KRRiT służy tylko do karania niewygodnych mediów i pilnowania, by swoim nic się nie stało

KRRiT, zgodnie z zapisami w Konstytucji, jest strażnikiem wolności słowa i interesu publicznego w mediach

Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Maciej Świrski udowodnił, że można zmienić tę instytucję nie tylko w niepotrzebną, ale wręcz szkodliwą dla ładu medialnego i niezależności mediów w Polsce. Mimo że KRRiT jest umocowana konstytucyjnie, okazała się bezbronna przed przekształceniem jej w upartyjnioną organizację służącą do karania niewygodnych mediów i pilnowania, aby „swoim” nic się nie stało.

Zgodnie z zapisami w Konstytucji, KRRiT jest strażnikiem wolności słowa i interesu publicznego w mediach i ma bronić prawa obywateli do rzetelnej informacji. Wypowiadając się publicznie, Maciej Świrski wiele razy już udowodnił, że ten zapis w Konstytucji rozumie jako chronienie interesów mediów działających w interesie Prawa i Sprawiedliwości i niszczenie karami nadawców, których media pozwalają sobie na krytykę partii kierowanej przez Jarosława Kaczyńskiego lub związanego z PiS prezydenta Andrzeja Dudy.

W obecnym kształcie KRRiT nie pozostaje o wiele więcej do roboty.

Kary dla krytyków PiS

Maciej Świrski do realizacji swojego zdania stosuje wysokie kary finansowe. Straszył nimi nadawców za wypowiedzi, które uznał za nieprawomyślne. Często były to kary za wykonywanie swoich obowiązków przez dziennikarzy. Dwa niedawne przykłady z brzegu: 476 tys. kary dla Eurozetu za to, że reporter Radia Zet Mariusz Gierszewski w grudniu 2022 roku podał, iż transport prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego przez Polskę, w czasie jego podróży do Stanów Zjednoczonych, został przeprowadzony z pominięciem polskich służb i policji. W styczniu Świrski nałożył 88 tys. zł (maksymalna wysokość kary w tym przypadku wynosiła 89 tys. zł) na Inforadio, bo nie spodobały mu się komentarze w porannych przeglądach prasy w radiu Tok Fm. Świrski stwierdził, że w tych audycjach odnotowane miały zostać m.in. sformułowania znieważające, poniżające i naruszające godność najważniejszych osób w państwie, w tym prezydenta RP.

W praktyce straszenie karami i nakładanie ich na nielubiane media stało się głównym zadaniem KRRiT. Co prawda, regulator zajmuje się jeszcze m.in. przyznawaniem i przedłużanie koncesji, ale w większości przypadków to działanie automatyczne. Chyba że stosuje się je wobec mediów, których KRRiT nie lubi, wtedy zwleka z decyzjami tak długo, jak tylko może. Wystarczy sobie przypomnieć, jak to wyglądało w przypadku TVN czy radia Tok FM.

W kompetencji Krajowej Rady pozostaje też karanie nadawców za ewidentne przewinienia, jak np. nieprzestrzeganie ograniczeń dotyczących długości emisji reklam czy nadawanie reklam piwa w porach, gdy nadawcy nie mogą tego robić. Kary za to nakładane są niejako z automatu i one za bardzo nie zajmują przewodniczącego KRRiT.

Teoretyczna kolegialność Krajowej Rady

Maciej Świrski skupia się na karach, których nałożenie wymaga uznaniowości. Zorientował się, że takie kary może nakładać według swojego uznania, jednoosobowo, nie pytając o zdanie innych członków KRRiT. Okazuje się, że Krajowa Rada jest organem kolegialnym, ale tylko w teorii. Zgodnie z zapisami Ustawy o radiofonii i telewizji cała Rada zbiera się i decyduje dopiero w sprawie cofnięcia koncesji na rozpowszechnianie programu. W kwestii decyzji o nałożeniu kary finansowej wyłączne kompetencje przysługują przewodniczącemu KRRiT.

W czerwcu 2023 roku Świrski występując przez sejmową komisją kultury i środków przekazu oświadczył, że nakładanie kar to jego obowiązek i z tego się wywiązuje. Jednak kar dla Telewizji Polskiej i Polskiego Radia, gdy wylewała się z nich partyjna propaganda, manipulacje i kłamstwa, a Ustawa o radiofonii i telewizji była tam codziennie łamana, Świrski nie nakładał.

Zabetonowany skład KRRiT

Przewodniczący skupił się na zarządzaniu karami, bo niewiele więcej mu zostało. Dawniej KRRiT miała istotny wpływ na wybieranie zarządów mediów publicznych. Kandydaci na prezesów TVP i Polskiego Radia musieli przejść przez procedury konkursowe. Jednak w 2015 roku PiS, które doszło wtedy do władzy, wybór zarządów mediów publicznych przekazało Radzie Mediów Narodowych. Zasiedli w niej czynni politycy – w większości z PiS. Nikt nie przejął się tym, że Trybunał Konstytucyjny uznał, iż było to działanie sprzeczne z konstytucją.

Jednak nawet zlikwidowanie RMN i przywrócenie Krajowej Radzie konstytucyjnych kompetencji w wyborze władz mediów publicznych nie uzdrowi sytuacji. Skład KRRiT jest obecnie zdominowany przez nominatów PiS, którzy najprawdopodobniej do zarządów TVP i Polskiego Radia wybraliby osoby wskazane przez kierownictwo PiS. Co więcej, pięcioosobowy skład Rady jest zabetonowany, bo kadencja członków trwa sześć lat, licząc od dnia powołania ostatniego członka. Sytuację mogłoby naprawić np. zwiększenie składu KRRiT i rozdzielenie kończenia kadencji przez członków Rady.

Autorzy założeń do nowej ustawy o mediach publicznych, wśród których są m.in. były prezes TVP i były przewodniczący KRRiT Jan Dworak oraz członek obecnej KRRiT prof. Tadeusz Kowalski zwracają uwagę, że funkcjonowanie KRRiT w obecnej formie jest niezgodne nie tylko z Konstytucją. Również z europejską dyrektywą o audiowizualnych usługach medialnych. Zauważają, że „organy regulacyjne powinny być prawnie odrębne i funkcjonalnie niezależne od rządów. Powinny one także wykonywać swoje uprawnienia w sposób bezstronny i przejrzysty. Ponadto prawo europejskie wymaga, by państwa ustanowiły przejrzyste, niedyskryminacyjne i gwarantujące wymagany poziom niezależności warunki oraz procedury mianowania i odwoływania członków organów regulacyjnych” – czytamy w dokumencie „Media obywatelskie – założenia ustawy o mediach służby publicznej”.

Na razie KRRiT nie spełnia żadnego z tych kryteriów, a cele, które obecnie realizuje, są sprzeczne z tym, do czego ten urząd został powołany.