Zawsze z człowieka wyjdzie prawdziwa natura dziennikarza

Redaktor Jadwiga Jenczelewska związana jest z DZ od 50 lat

Jadwiga Jenczelewska

Mentorka, autorytet w dziedzinie języka polskiego, redaktorka szanowana oraz podziwiana przez dziennikarzy i czytelników. Szczupła, zgrabna, biegająca na szpilkach z prędkością światła. Znająca odpowiedzi na wszelkie pytania związane z przepisami, wśród których funkcjonujemy. Redaktor Jadwiga Jenczelewska. Kobieca twarz DZ już od 50 lat!

Miałam ogromne opory, aby do redaktor Jadwigi Jenczelewskiej zwrócić się po imieniu, chociaż sama to proponowała. Nawet kiedy zostałam zastępczynią szefowej oddziału Śląsk. Przełamałam się późno, dopiero jako wydawczyni. Nie dlatego, że tworzyła dystans – jej wiedza, profesjonalizm, energia sprawiały, że nie mogłam tak po prostu zwrócić się do niej per „Jadziu”. Mimo cechującej panią redaktor serdeczności, ciepła i ogromnego poczucia humoru. Kiedy w końcu się odważyłam, poczułam z tego powodu prawdziwą dumę. Bo to wyjątkowy Człowiek, Redaktorka, Kobieta. Z wielu powodów, ale tym, który budzi mój największy podziw, jest fakt, że z „Dziennikiem Zachodnim” zawodowo związana jest od pół wieku! To praca, której oddała całe swoje serce. Pokochali ją czytelnicy i dziennikarze. Jest ikoną dziennikarstwa. Ciągle w biegu, ciągle aktywna. – Najdłużej w redakcji byłam reporterką dyżurną i publicystką. Owszem, pełniłam różne funkcje kierownicze, m.in. szefa działu publicystyki i reportażu, działu interwencji i łączności z czytelnikami, pełniłam funkcje redaktorskie, ale tak naprawdę zawsze najwięcej satysfakcji dawało mi pisanie tekstów i podejmowanie spraw społecznych, z którymi zgłaszali się czytelnicy – podkreśla redaktor Jadwiga Jenczelewska, czyli „Jadzia”. Poprosiłam, aby zdradziła kilka tajemnic ze swojego życia w (z) DZ, ale też aby spojrzała swoim fachowym okiem na kondycję współczesnego dziennikarstwa. Zgodziła się.

„Dziennik” i ja jesteśmy jak stare dobre małżeństwo

Było lato 1974 roku, kiedy młoda panna Jadwiga przekroczyła progi redakcji „Dziennika Zachodniego”. Pamięta ten dzień bardzo dobrze. – Rozpoczęłam pracę w DZ 1 sierpnia 1974 roku, więc łatwo policzyć, że w tym roku minie 50 lat od tamtego słonecznego lata, gdy zaczynała się moja zawodowa przygoda w redakcji „Dziennika Zachodniego”. Jak się okazało, na całe życie, dlatego stwierdzenie, które czasem powtarzam, że „Dziennik” i ja jesteśmy jak stare dobre małżeństwo, ma swoje uzasadnienie. Przez całe to półwiecze nigdy go nie zdradziłam, a DZ mnie? No, nie wiem…
Czy miała obawy w związku z przyjęciem? Oczywiście! Bo nie było to takie proste.
Przyjmował ją do pracy redaktor naczelny, Bronisław Schmidt-Kowalski.
Nigdy nie zapomnę słów red. Kowalskiego podczas wstępnej rozmowy w jego gabinecie. Powiedział mi: „Ale niech się pani nie martwi. Nawet jeśli nie nada się pani w DZ, to chętnie przyjmą panią w innej redakcji”. Potem się przekonałam, że ci, którzy w ocenie Kowalskiego nie mieli kwalifikacji do pracy w DZ, szli do innych wydawnictw i świetnie się tam sprawdzali. Taką wartość i rangę miała szkoła dziennikarstwa w DZ, która była znana nie tylko na Śląsku. Redaktor Kowalski przyjmował na okres próbny bardzo wielu stażystów. Często podkreślał jednak, że woli absolwentów każdych innych studiów, poza… dziennikarskimi, choć przecież sam prowadził zajęcia ze studentami dziennikarstwa na Uniwersytecie Śląskim. Uważał, że trzeba mieć wrodzone predyspozycje do tego zawodu, których nie gwarantuje i nie wykształci żadna wyższa uczelnia. To tzw. iskra boża, która jest potrzebna w każdym twórczym zawodzie, a dziennikarstwo do nich należy. Każdy obdarzony takimi predyspozycjami szybko się nauczy w redakcji, co i jak pisać oraz na czym ten zawód polega. Znam osobiście osoby, które skończyły dziennikarstwo, ale nie miały tej bożej iskry. To był dramat – i dla nich, i dla redakcji. Co innego z absolwentami dowolnych kierunków: jeżeli ktoś się nie nada, to wróci do wyuczonego zawodu, jeżeli się nada, to przecież prawnicy, ekonomiści, angliści, germaniści, a nawet inżynierowie przydają się bardzo w tym zawodzie, bo stają się specjalistami w danej dziedzinie. Tego, co w dziennikarstwie jest codziennym rzemiosłem, Kowalski uczył nas sam.

Do dziś pamięta wiele „złotych myśli” swojego pierwszego redaktora naczelnego, które wpajał dziennikarzom. – Na przykład, że nie ma złych tematów, są tylko źli dziennikarze, że dziennikarz to nie jest zawód, lecz charakter, że jest się dziennikarzem zawsze, czyli 24 godziny na dobę, albo nigdy. Może właśnie dlatego tak trudno dziś o rasowych dziennikarzy, bo nie ma już takich nauczycieli, a do zawodu trafiają ludzie, którzy co prawda mają ambicje, ale nie wiedzą, o co w tym zawodzie chodzi.

Czy był moment, kiedy pomyślała, że to już koniec tego związku z DZ? – W latach 80. wielkie piętno na funkcjonowaniu redakcji i nas samych bez wątpienia odcisnął stan wojenny i weryfikacja dziennikarzy, która na zawsze zostawiła w nas zły ślad. Trudno było się nam odnaleźć po czystce weryfikacyjnej z 1982 roku, która zdziesiątkowała zespół redakcyjny, podobnie jak inne z Domu Prasy. Tylko raz byłam bliska odejścia z redakcji – właśnie w stanie wojennym. Gdy zaczynałam pracę w schyłkowym PRL-u, a naczelnym DZ był red. Bronisław Schmidt-Kowalski, gazeta nigdy nie była organem partyjnym jak ówczesna „Trybuna Robotnicza”. DZ należał do gazet czytelnikowskich, którym było wolno więcej, więc Kowalski zachęcał do pisania tekstów krytycznych wobec tamtejszej rzeczywistości, oczywiście w miarę możliwości. Jak robiło się niebezpiecznie i cenzor dzwonił z pretensjami lub sekretarz partyjny, to naczelny nas bronił. Taki DZ był wtedy niezwykle ceniony przez czytelników i miał ogromne nakłady. W stanie wojennym, niestety, przepadły te nasze resztki niezależności.

Temat pod psem. Bo każdy temat jest ważny

Osoby, które zaczynają swoją pracę w dziennikarstwie, marzą, aby pisać reportaże, wywiady ze znanymi osobami czy felietony kulturalne. I czasem próbują. Rzadko jednak zdarza się, aby były to dobre teksty, nawet jeśli ktoś jest utalentowany. Dziennikarstwo jest bowiem jak rzemiosło – tu trzeba przejść pewne etapy. I nie krzywić się, kiedy redaktor każe nam pisać nudny tekst o dziurach w drodze. – Zaczynaliśmy terminowanie w dziale miejskim, który nazywaliśmy szpunciarnią, od pisania o zwykłych, codziennych, banalnych sprawach, ale dla czytelników bardzo ważnych. Dla młodego człowieka pisanie o latarni, która nie świeci wieczorem lub o dziurze w chodniku, o którą można się potknąć, nigdy nie jest spełnieniem życiowych marzeń związanych z dziennikarstwem. Ale to jest pierwszy stopień tego zawodu, który uczy szacunku dla każdego tematu i sprawnego posługiwania się językiem. Trzeba napisać zwięzłą i przejrzystą informację: co, gdzie, kiedy, jak rozwiązać sprawę, a na końcu powinien być jeszcze jakiś morał lub zgrabna refleksja. To wszystko w 4-5 krótkich zdaniach. Dopiero wtedy, gdy opanowaliśmy te ważne umiejętności, można było napisać dłuższy tekst. Mój pierwszy artykuł dotyczył problemu, jaki pojawił się w katowickim schronisku dla zwierząt, a nosił tytuł „Temat pod psem”. Awans z działu miejskiego do działu publicystycznego był dla każdego z nas wielkim przeżyciem i wyrazem prawdziwego uznania. Oznaczał pokonanie pierwszego prestiżowego kroku w tym zawodzie. Dodam, że w tamtych czasach i w tamtych redakcjach świadczył o byciu rasowym reporterem, który kieruje się zasadą: „widzę i opisuję”. Dziś, w dobie internetu, obowiązuje inna norma: „czytam i przepisuję”.

Wpadka(i) z górnikami. Zdarza się każdemu?

Nawet najlepszym, najbardziej solidnym zdarzają się wpadki. Zwykle najbardziej przeżywają je autorzy. Albo może przeżywali? W obecnych czasach coraz częściej coś, co kiedyś byłoby wpadką, błędem, dla młodego dziennikarza jest niestety codziennością. Co smutniejsze, ma ich na swoim koncie tyle, że często pozostaje w nieświadomości, że je popełnił. Redaktor Jadwiga do dziś pamięta swoją wpadkę. – Ta dotycząca „Dórników” była najpoważniejsza. Czołówka na 1 stronie, czyli najważniejszy tekst w gazecie, zaczynał się od słowa „Górnicy…”. Bardzo się spieszyliśmy z operatorem, aby coś innego poprawić w tym tekście. Poprawiliśmy, ale w ostatniej chwili palec omsknął się na klawiaturze i poszli „Dórnicy”. Na drugi dzień z samego rana wiedzieliśmy, co się stało. Do redakcji zadzwonił górnik i powiedział: „Wreszcie napisaliście wprost, co o nas myślicie”. Ale równie dobrze pamiętam swoją pierwszą wpadkę, którą dotkliwie przeżyłam. Też była związana z górnikami. Na 4 grudnia pisałam depeszę o połączeniu dwóch kopalń w Bytomiu. Dzięki temu można było zwiększyć wydobycie węgla, bo z szybu jednej do drugiej kopalni górnicy mieli przekazywać 3 tys. ton węgla na dobę. Wtedy technika wydawania gazety była zupełnie inna: do drukarni trafiały nasze maszynopisy, a tam teksty składali zecerzy. Rano ukazała się depesza, według której ten sprytny zabieg specjalistów w dwóch kopalniach miał zwiększać wydobycie… o 3 tony węgla. Pewnie jeden górnik ma wyższy urobek w ciągu dniówki. Od rana chodziłam do szefa działu depeszowego, aby przy nim posypać głowę popiołem. O dziwo, wszystkie próby przyznania się do błędu były bezskuteczne. Wtedy Dzień Górnika świętowało się hucznie i długo, więc nikt nie zauważył tego błędu i nie interweniował. Nie widzieli go też zecerzy, dyżurni depeszowcy, korekta, kierownictwo redakcji. Niczego nie sygnalizowali czytelnicy. Nie bez powodu wiemy w tym fachu, na czym polega fatalny automatyzm czytania i boimy się go bardzo. Tę wpadkę wspominam do dziś, choć było to prawie pół wieku temu.

Redakcja 30 lat temu. Dziennikarstwo to był styl życia

W tamtym czasie redakcja mieściła się w słynnym Domu Prasy na Rynku w Katowicach. DZ był na V piętrze. Zespół był bardzo zżyty, pracowity, zdolny, młody, dynamiczny – gdy zaczęłam pracę, średnia wieku załogi DZ wynosiła 35 lat. Byliśmy zaprzyjaźnieni nie tylko między sobą, ale też międzyredakcyjnie, bo poza nami przy ul. Młyńskiej 1 była też „Trybuna Robotnicza”, a po 1991 roku „Trybuna Śląska” „Sport”, „Wieczór” (w budynku obok), który najpierw był popołudniowym wydaniem DZ, a potem już samodzielną gazetą, tygodnik „Panorama” i „Poglądy” z Wilhelmem Szewczykiem jako naczelnym – zastąpione w latach 80. przez tygodnik „Tak i Nie”. Na tzw. antresoli, czyli półpiętrze, była kiedyś Cafe Sport, potem zamieniona na stołówkę. Ta stołówka karmiła nie tylko nas, ale też pracowników różnych instytucji kulturalnych z centrum Katowic. Była bardzo lubianym miejscem spotkań wszystkich ze wszystkimi. Pamiętam, jak spotykał się w niej na obiedzie młodziutki wówczas pianista Krystian Zimerman ze swoim prof. Andrzejem Jasińskim przed IX Międzynarodowym Konkursem Pianistycznym im. Fryderyka Chopina i uzgadniali szczegóły występów. Wiem to, bo często siedziałam przy stoliku obok. Ten konkurs w 1975 roku wygrał Zimerman właśnie, dziś zaliczany do najwybitniejszych żyjących pianistów świata.

Nie było internetu, ale było się blisko ludzi – także tych znanych i podziwianych, ludzi świata literatury, teatru, muzyki.

W naszej prasowej stołówce za dnia spotykała się cała śląska bohema, po południu przenosiła się do kawiarni „Kaktusy” przy ul. Dworcowej 9, a wieczorem do słynnego Klubu Niezależnych Stowarzyszeń Twórczych „Marchołt” przy ul. Warszawskiej 37. Dziennikarze stanowili liczącą się grupę współtworzącą kulturalny ośrodek regionu. Dodam, że wtedy w gazetach publikowali swoje teksty znani śląscy pisarze, m.in. Tadeusz Kijonka, Jan Pierzchała, Albin Siekierski, Feliks Netz. Niestety, ani tych dziennikarzy, pisarzy, ani innych twórców już nie ma. Wtedy życie redakcyjne miało wiele wymiarów, nie tylko zawodowy. A przecież pracowaliśmy bardzo ciężko: wszystkie informacje trzeba było zdobywać „na piechotę”, czyli osobiście, bo nawet telefony wtedy źle działały. Gdy redakcja przeniosła się do Sosnowca-Milowic, tamten świat przestał istnieć. Staliśmy się peryferyjną grupą zawodową, która – wyrzucona poza nawias tętniącego życiem środowiska – powoli znika.

„Zetki” w redakcji. Przemykają…

Dużo mówi się teraz o słynnym pokoleniu „Z”. Pokoleniu, które nie przywiązuje się ani do miejsca pracy, ani do niej samej. Słowo „etos pracy” jest dla nich kompletnie niezrozumiałe, ważne jest tylko to, co robią poza nią. Dziennikarstwo nigdy nie było zwykłym zawodem, traktowano ten zawód jako pasję, ale nawet pasja wymaga poświęcenia, które nijak się wpisuje w credo „zetek”. Pytam Jadzię, o „zetki” w dziennikarstwie. W końcu widziała kilka pokoleń w tym zawodzie. – Niedawno zastałam w redakcji młodego, sympatycznego człowieka, który zajął miejsce przy biurku sąsiadującym z moim. Powiedział mi, że właśnie rozpoczął pracę w DZ, jest u nas pierwszy dzień. Był zestresowany, więc starałam się przekazać mu o naszym zawodzie to, co jest jego dobrą i łatwiejszą stroną. Przy okazji radziłam, jak pisać, jakie tematy na początku wybierać, jak sobie radzić z informatorami. Obiecałam, że jak będzie potrzebował pomocy, także językowej, zawsze może na mnie liczyć. Gdy pojawiłam się w redakcji tydzień później, zapytałam o tego aplikanta, bo nie widziałam go przy biurku. – On tu już nie pracuje – usłyszałam. Wydaje mi się, że ten prawdziwy świat z jego wymaganiami, trudami, ale i oczekiwaniami, wielu młodym ludziom wydaje się zbyt opresyjny, więc buntują się przeciwko niemu. Może wychowali się w zbyt łagodnych czasach i za szybkim dostępem do różnych dóbr, więc nie mają tego uporu, hardości, ale i ambicji, które my mieliśmy. Nie dotyczy to chyba tylko świata mediów. Ale faktem jest, że zbyt szybko się zniechęcają, bo chyba inaczej to sobie wyobrażali. Może teoria nie zgadza się im z praktyką? Kiedyś miałam okazję przyjrzeć się nieco programowi, jakiego nauczani są młodzi ludzie na studiach dziennikarskich. Najbardziej zdumiał mnie i zaniepokoił rozziew między uczelnianą teorią a naszą dziennikarską rzeczywistością. To są dwa różne światy. Taki absolwent nie może umieć napisać prostej depeszy, gdy już trafi do redakcji i zmierzy się z praktyką – pomyślałam wtedy. Może rację miał mój pierwszy szef, który wolał przyuczać do zawodu absolwentów każdych innych studiów, ale nie dziennikarskich? – zastanawia się redaktor Jenczelewska.

Jest jeszcze kwestia warsztatu. Okej, nie od razu Kraków zbudowano, błędy robił każdy początkujący dziennikarz. Ale wiele jest takich, które sprawiają, że włosy stają dęba na głowie. Ortograficzne, stylistyczne, składniowe… i to na poziomie podstawowym! Jak to możliwe, kiedy na staż przychodzi student, albo do pracy zgłasza się magister i je popełnia?

Chyba wszyscy są tu trochę winni. Szkoła, bo bardziej jest nastawiona na trenowanie rozwiązywania testów, po to, by uczniowie potrafili zdać egzaminy, a mniej na prawdziwą poprawność językową. My sami, bo lekceważymy to, jak mówimy i piszemy, a także dlatego, że za mało czytamy. Z praktyki wiem, że osoby, które bardzo dużo czytają, dobrze piszą i ładnie mówią, bo przeważnie jesteśmy wzrokowcami i ta książkowa, literacka polszczyzna utrwala się nam w głowie. Winien jest też internet – tam nie jest potrzebna nawet podstawowa znajomość języka polskiego. Co gorsza, internet jeszcze usprawiedliwia naszą niewiedzę językową, bo w sieci nikt tego nie poprawia, nikt się nie oburza, że w co drugim słowie jest kardynalny błąd ortograficzny, właściwie nie ma interpunkcji, składnia jest na poziomie III klasy szkoły podstawowej. Przyjęło się, że tam można pisać bez poszanowania jakichkolwiek norm językowych, choć trudno czasem pojąć, o co piszącemu chodzi. A styl? Styl jest internetowy, czyli piszemy byle co i byle jak. Nawet jeśli szkoła nas czegoś nauczyła, to internet nas tego oducza i nie wstydzimy się wcale, że nie zaliczylibyśmy dyktanda nawet na poziomie niższych klas szkoły podstawowej.

Sposób widzenia świata. Trochę gorzka refleksja na koniec

Zawsze uważałam, że dziennikarstwo to nie jest zwykły zawód, ale sposób, w jaki widzi się otaczający świat. W tym świecie wszystko jest tematem do podjęcia i opisania go. Moi znajomi często żartują: przy tobie trzeba uważać, o czym się mówi, bo nie wiadomo, czy nie zrobisz z tego tematu do gazety. Nawet oni intuicyjne zauważają, że zawsze z człowieka wyjdzie prawdziwa natura dziennikarza. Czy znajdziemy pasjonatów dziennikarstwa? Są i wciąż będą, ale prasa jest w trudniejszej sytuacji niż inne media, a będzie coraz ciężej. Czytelnictwo spada, nakłady gazet są coraz niższe, zarobki marne, za to praca w nich jest tak samo trudna i odpowiedzialna, jak była kiedyś. Kto przeczyta to, co napiszemy? Znajomi, rodzina? A może tylko ci, którzy trochę zmienią nasze teksty i zamieszczą je w internecie jako swoje? Na razie młodzi nie mają motywacji, aby „urabiać sobie ręce po łokcie” w tym zawodzie. Prosta zasada ekonomii, że popyt rodzi podaż, także w tym fachu daje o sobie znać.