Gazety (nie)zależne

Dziennikarze w międzywojniu też byli podzieleni i głosili dwie prawdy

"Polityka przejmowania tytułów po maju 1926 spowodowała, że piłsudczycy szybko zbudowali swój system prasowy" – pisze Tomasz Borówka. Nie brakowało wydawnictw i gazet opozycyjnych - na zdjęciu Wojciech Korfanty

Jeśli myślisz, że dzisiejsze plemienne dziennikarstwo to wynalazek współczesny, weź do ręki gazety II Rzeczypospolitej.

W Katowicach 4 maja 1936 roku tematem, któremu poświęcono nie tylko czołówki, ale i kilka pierwszych stron dzienników „Polska Zachodnia” i „Polonia”, były obchody 15. rocznicy wybuchu trzeciego powstania śląskiego. Obie gazety opisywały wielką manifestację, jaka z tej okazji odbyła się w Katowicach. Cóż kiedy obie pisały o innym wydarzeniu.

NA ŚLĄSKU „POLSKA ZACHODNIA” KONTRA „POLONIA”

Ulicami Katowic przeszedł bowiem nie jeden, lecz dwa pochody. Jeden zorganizowały władze województwa, czyli ambitny wojewoda Michał Grażyński, drugi – zwolennicy Wojciecha Korfantego. Energiczny przywódca śląskiej sanacji zaprosił na obchody prominentów obozu rządzącego z generałem Edwardem Rydzem-Śmigłym na czele.

„Olbrzymia defilada ujmująca wspaniałym porządkiem, promieniująca mocą i wywołująca raz po raz wybuchy entuzjazmu wśród dziesiątek tysięcy widzów, zalegających chodniki trwała 3 godziny i 15 minut” – relacjonowała entuzjastycznie „Polska Zachodnia”. „W defiladzie wzięło udział ponad 60 tysięcy ludzi. Całą defiladę odbierał bez przerwy Naczelny Wódz Generał Rydz Śmigły, lustrując bystro okiem i niemal bez przerwy salutując maszerujące szeregi. Postać Generała Rydza Śmigłego skupiła na sobie niezwykle żywą i serdeczną uwagę zarówno defilujących szeregów jak i olbrzymich mas Widzów”.

A w wydaniu „Polonii” z 4 maja 1936 roku czytamy: „W 15-tą rocznicę III. Powstania Śląskiego odbyła się w Katowicach w dniu wczorajszym wspaniała manifestacja narodowa, zorganizowana przez organizacje katolicko-narodowe. Na placu targowym w Katowicach zebrały się olbrzymie tłumy (…). O godz. 9-ej ruszył ulicami miasta przeszło 20-tysięczny pochód z 80 sztandarami i transparentami”.

O imprezie wojewody Grażyńskiego czytelnicy „Polonii” mogli się dowiedzieć dopiero z krótkiego materiału na stronie 7, w sąsiedztwie wiadomości lokalnych w rodzaju „Awantura w Chorzowie” czy „Tragiczna śmierć pijanego. Znalazł śmierć w krzaku”, albo też „Tragicznie zakończona bójka uliczna w Katowicach”.

Trudno dziś orzec, która z tych imprez zgromadziła więcej uczestników, ale nawet jeżeli podane frekwencje – 60 tys. i 20 tys. – zostały propagandowo zawyżone, to z całą pewnością obie dla około 130-tysięcznych Katowic były wydarzeniami znaczącymi. Zignorowanie tej korfantowskiej przez „Polskę Zachodnią” kłóciło się z dziennikarską rzetelnością, zbagatelizowanie tej sanacyjnej na łamach „Polonii” również nie przydaje chwały gazecie.

– „Polska Zachodnia” była organem Związku Naprawy Rzeczypospolitej na terenie województwa śląskiego, dyspozycyjnym w stosunku do wojewody Grażyńskiego – przypomina dr hab. Janusz Mierzwa, profesor w Instytucie Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Ten na wiele mógł sobie w tej gazecie pozwolić i rzeczywiście miał tam ostateczny głos, wykorzystując ją jako tubę propagandową. Tego typu gazety były bardzo potrzebne władzy.

NA POMORZU „DZIEŃ” KONTRA „SŁOWO”

Podobny do „Polski Zachodniej” był „Dzień Pomorski”, poza Pomorzem ukazujący się w formie mutacji także na Kujawach: – Nie był oficjalną gazetą sanacji, lecz przez cały okres swojego istnienia w dużej mierze pozostawał na kroplówce administracji. Administracja w taki czy inny sposób finansowała go bądź starała się tę gazetę wspierać – tłumaczy prof. Mierzwa.

To musiało rzutować na zawartość i formę przekazu „Dnia”. Gdyby przybysz z głębi Polski do Torunia czy np. Bydgoszczy (gdzie gazeta ukazywała się jako bliźniaczy „Dzień Bydgoski”) przypadkiem wziął go tam do ręki, na agresywną retorykę z pewnością zwróciłby uwagę w pierwszej kolejności.

Jak w numerze z 27 października 1931, kiedy gazeta pisała o rozpoczęciu głośnego procesu brzeskiego. A tam frazesy niczym z politycznego wiecu: „Proces ten – naogół niewłaściwie oceniany w opinji – rozpoczyna nową kartę w historji naszych obyczajów politycznych. Jest on wynikiem konfrontacji dojrzewającego i niepozwalającego się wyrugować zmysłu państwowego w narodzie polskim – z nowem wydaniem »złotej wolności« szlachty sejmowej naszych czasów, rozciągającej pojęcia walki politycznej aż po granice anarchji, depcącej wszelkie poczucie moralne i więzy norm etycznych, na których wspiera się duch organizacji społecznego i państwowego życia narodu. (…) Niechże to będzie raz ustalone, czy wolno zniesławiać i bombardować piorunami wzgardy rząd, ponoszący odpowiedzialność za państwo, czy wolno buntować przeciw państwu obywateli dla powalenia rządu, a potem, sprowokowawszy krwawe zamieszki, skryć się bezkarnie w zacisze partyjnego podwóreczka, by po pewnym czasie, gdy burza przeminie, pomknąć chyłkiem po djety poselskie i nabrawszy nowego zapasu cynizmu, znów przywdziać togę »obrońcy konstytucji i prawa«”.

To samo wydarzenie przedstawiało w sposób nieporównanie spokojniejszy, powstrzymując się od patetycznych komentarzy, ukazujące się na tym samym terenie „Słowo Pomorskie”. W wydaniu z tego samego dnia dziennik ten neutralnie i spokojnie relacjonował fakty, choć na co dzień redakcja nie kryła swego zdecydowanie antysanacyjnego oblicza. Pismo powiązane było bowiem z endecją.

W 1936 roku, gdy wojewodą pomorskim został Władysław Raczkiewicz – polityk cieszący się opinią sanacyjnego liberała – uderzył się w piersi za grzechy popełnione przez jego poprzedników. Doszło do procesów kilku starostów, którzy w efekcie trafili za kratki. „Słowu Pomorskiemu” pozwolono wówczas o tym pisać, jednak na łamach „Dnia Pomorskiego” sprawa nie zaistniała. Nic dziwnego, że wkrótce ten tytuł upadł.

DEKLAROWANA NIEZALEŻNOŚĆ

„Polska Zachodnia” – jeden z największych dzienników międzywojennego województwa śląskiego – nie mogła uciec od powiązań z sanacją, z czego zdawali sobie sprawę wszyscy. Czy jednak konkurencyjna „Polonia” Korfantego mogła być uznawana za tytuł niezależny?

– Tak, na pewno – uważa dziennikarz Józef Krzyk. – To było prywatne przedsięwzięcie Wojciecha Korfantego, od początku do końca. „Polonia” absolutnie nie była od żadnej siły politycznej w Polsce uzależniona. Współautor napisanej wraz z Barbarą Szmatloch biografii „Korfanty. Silna bestia” pyta retorycznie: – Od kogo mogłaby być zależna, jeśli nie od swojego założyciela, prezesa, redaktora naczelnego?

Wymyślony przez Wojciecha Korfantego dziennik miał ambicję być tytułem ogólnopolskim z mocnym rysem politycznym. Korfanty, lider polskiej chadecji, był jednym z czołowych przeciwników sanacji, w związku z czym piłsudczycy gnębili go na wszelkie możliwe sposoby.

Z tezą o niezależności „Polonii” nie zgadza się dr Dariusz Zalega, historyk i publicysta. – Moim zdaniem w okresie międzywojennym w ogóle trudno mówić o prasie niezależnej, gdyż wszystkie pisma były mniej lub bardziej umocowane politycznie. I były powiązane z różnymi ośrodkami władzy, nawet jeżeli tym się nie afiszowały. Wiadomo było przecież, że „Polonia”, która deklarowała się jako niezależna, była jednak z pewnym obozem politycznym związana. Więc możemy co najwyżej mówić o prasie opozycyjnej i o prasie rządowej – przekonuje Zalega.

Józef Krzyk przyznaje, że wrogość Korfantego wobec sanacji była widoczna na łamach „Polonii”. Podkreśla jednak, że dziennik żył nie tylko z ataków na wrogów politycznych swojego szefa. Korfanty na łamach „Polonii” albo bronił się przed atakami ze strony zwolenników sanacji, albo – jeżeli już atakował – to krytykując konkretne posunięcia władz. I na tym polega różnica w stosunku do „Polski Zachodniej”.

Rzeczywiście, w „Polsce Zachodniej” Korfanty był dyżurnym czarnym charakterem i uosobieniem zła. Oto próbka z materiału o uwięzieniu Wojciecha Korfantego w 1930 roku: „Wiadomość o aresztowaniu największego szkodnika na Śląsku i o zamknięciu Sejmu Śląskiego, z którego opozycja zrobiła fortecę nie liczącej się z niczem demagogii, godzącej w podstawowe interesy Państwa, powita całe zdrowe społeczeństwo okrzykiem: nareszcie! Cynicznego warchoła, któremu zdawało się już, że może sobie drwić ze wszystkiego, dosięgła wreszcie karząca ręka prawa!”.

OBIEKTYWNY „IKAC”?

Wysokonakładowy „Ilustrowany Kuryer Codzienny” słynnym aresztowaniom przywódców Centrolewu poświęcił 12 września 1930 roku całą kolumnę. Pisał wyłącznie o faktach, nie komentując ich. Podobnie jak dwa dni później w artykule o aresztowaniach, w którym – przytaczając opinię zaangażowanych gazet od prawa do lewa – w zasadzie przedstawiono poglądy całej polskiej sceny politycznej, zarówno rządowej i popierającej sanację, jak endeckiej i socjalistycznej. Na pozór więc „IKC” zachował bezstronność. Jednak prawda była bardziej złożona.

– Marian Dąbrowski, czyli właściciel „Ikaca”, był klasą samą dla siebie – wskazuje prof. Mierzwa. – To człowiek, który tworzył na mapie prasowej II Rzeczypospolitej samodzielny, odrębny ośrodek, z którym w zasadzie wszyscy politycy musieli się liczyć. Dąbrowski nieco pozował na niezależnego.

Jeszcze przed przewrotem majowym Dąbrowski został senatorem z ramienia PSL „Piast”. Doszło do tego dzięki Wincentemu Witosowi, który chciał po prostu uchronić swój rząd przed krytyką ze strony „IKC”. Ale dla Dąbrowskiego, postaci dla Krakowa i Małopolski niewątpliwie zasłużonej, liczył się przede wszystkim jego własny interes. Toteż po przewrocie majowym „Ilustrowany Kuryer Codzienny”, nie deklarując tego głośno, przeszedł na pozycje prorządowe.

– Po 1926 roku, kiedy Piłsudski przejął władzę, Dąbrowski od razu zwekslował się na drugą stronę, bo to mu zabezpieczało dostęp do rynku i ograniczało skalę restrykcji wobec jego tytułów prasowych – ocenia prof. Mierzwa.

Publikacje koncernu Dąbrowskiego nie uderzały więc w centralne władze, ograniczając się do krytykowania poszczególnych lokalnych urzędników. Także to przydawało „Ikacowi” pozorów pewnej niezależności.

„IKC” (i nie on zresztą jeden) często stosował trik z wykorzystaniem przedruków z innych gazet – w ten sposób prezentował także niewygodne dla rządu opinie, ale nie brał za nie odpowiedzialności i miał czyste ręce w razie pretensji ze strony władzy. – Stanowiło to dosyć bezpieczne rozwiązanie – komentuje Janusz Mierzwa. – Założenie było takie, że jeżeli gdzieś cenzura puściła jakiś tekst, to teoretycznie tego przedruku nie powinna też zablokować w Krakowie. Z cenzurą krakowską zresztą Dąbrowski żył dość dobrze, a pewną skalę jej ingerencji miał wkalkulowaną w ryzyko. Nigdy jednak pewnych granic w relacjach z sanacją nie przekraczał.

RZĄDOWA AGENCJA, RZĄDOWA PRAWDA

Przypomnijmy też o roli Polskiej Agencji Telegraficznej. Ta w 1918 roku powstała jako niewielka agencja prywatna, by zostać oficjalną agencją rządową podlegającą Prezydium Rady Ministrów. Dzisiejsza Polska Agencja Prasowa nawiązuje do tradycji PAT, choć ma za sobą skomplikowaną i niezbyt chlubną przeszłość. Powstała wszak w 1944 roku w Moskwie jako agencja Polpress założona przez komunistów realizujących kremlowską politykę wasalizacji Polski. Jako PAP funkcjonowała od roku 1945. Już w wolnej Polsce dokonała symbolicznej fuzji z emigracyjną PAT i została jednoosobową spółką skarbu państwa. Obecnie można odnieść wrażenie, że historia po raz kolejny zatoczyła koło i PAP na powrót stała się dyspozycyjnym narzędziem w ręku rządzących.

Dr hab. Renata Piasecka-Strzelec, medioznawczyni, profesor Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, uważa, że za czasów II RP właśnie PAT stanowiła kluczowe ogniwo w systemie propagandy rządowej.

– PAT od początku swego istnienia była instytucją mniej lub bardziej upolitycznioną, w zależności od aktualnego kontekstu politycznego i warunków prawnych regulujących działalność prasowo-wydawniczą. Jako oficjalna agencja rządowa miała za zadanie dostarczanie prasie polskiej i obcej komunikatów i wiadomości, których ogłoszenie leżało w interesie władz państwowych – mówi prof. Piasecka-Strzelec.

Serwis PAT abonowało wiele polskich gazet, dla których był on głównym źródłem informacji z kraju (zwłaszcza jego oddalonych regionów) i świata. Stwarzało to więc ogromne pole dla manipulacji, przemilczeń, wybiórczej prezentacji faktów, podsuwania w podtekście ich interpretacji – słowem, dla prezentowania rzeczywistości w sposób pożądany przez władzę.

– Ukazująca się w gazecie depesza PAT była jak gdyby certyfikowana – tłumaczy prof. Mierzwa. – Było jasne, że jeżeli ktoś przedrukowuje komunikat PAT, nie powinien spodziewać się interwencji cenzury ani konfiskaty – mówi naukowiec.

Szczególnie w województwach gdzie rynek, a więc i pluralizm mediów, był ubogi. Duże tytuły, jak „IKC”, były w stanie gromadzić informacje, korzystając z własnych korespondentów i innych kontaktów, mniejszych redakcji często nie było jednak na to stać. Niejedna więc na komunikaty PAT była skazana i odnaleźć je można wszędzie – od oficjalnych tytułów sanacji („Gazeta Polska” czy „Polska Zbrojna”), poprzez te zakamuflowane, aż po gazety opozycyjne.

Tam wszakże materiałów PAT nie drukowano bezkrytycznie, a nawet ustosunkowywano się do nich szyderczym komentarzem. Jak chociażby w „Gazecie Robotniczej” z 11 września 1930 roku, w której czytamy: „Wczoraj zapowiadaliśmy oficjalny komunikat urzędowy na dziś w sprawie aresztowania naszych posłów. Komunikat istotnie ukazał się i szczerze uśmialiśmy się, gdy dowiedzieliśmy się z niego, że posłowie ci aresztowani zostali za… kradzieże, oszustwa i przywłaszczenia”. Nic więc dziwnego, że w tymże 1930 roku w ankiecie dla Polskiego Związku Wydawców Dzienników i Czasopism redakcja „Gazety Robotniczej” określiła PAT „biurem agitacyjnym sanacji”.

– Sam Polski Związek Wydawców Dzienników i Czasopism w dokumencie z początku lat 30. oceniał, że komunikaty polityczne i gospodarcze PAT, choć formułowane starannie i kompetentnie, „służą dyrektywom i interesom rządowym, nie starając się o pozory obiektywizmu” – dodaje prof. Piasecka-Strzelec.

Jednak komunikaty PAT drukowała też prasa przeciwników sanacji. Bywało, że w sposób wielce inteligentny wykorzystując je do obchodzenia cenzury. Tak było po aresztowaniu Korfantego w 1939 roku, które redakcja „Polonii” – obawiając się zdjęcia informacji przez cenzora czy wręcz konfiskaty wydania – ograła właśnie oficjalnym rządowym komunikatem: „W sobotę 29 kwietnia r. b. urzędowa Polska Agencja Telegraficzna podała z Warszawy wiadomość następującej treści: W dniu 29 bm. zgłosił się do prokuratury w Katowicach Wojciech Korfanty, ukrywający się od kilku lat za granicą. Na zarządzenie prokuratora Korfanty został aresztowany i osadzony w więzieniu do dyspozycji sędziego apelacyjnego śledczego do spraw wyjątkowego znaczenia w Warszawie, który prowadzi przeciw niemu śledztwo sądowe. Z przyczyn łatwo zrozumiałych i od nas niezależnych powstrzymujemy się od zaopatrzenia wiadomości tej w komentarze. (…)”.

Zręczny skądinąd zabieg świadczył o bezradności gazety wobec cenzury. A przecież „Polonia” była dużym tytułem największego na Śląsku i jednego z większych w Polsce wydawnictw prasowych. Dla mniejszych gazet o znacznie bardziej ograniczonym budżecie zarządzona przez cenzora konfiskata nakładu stanowiła poważny cios finansowy. „Jeżeli konfiskata spotka taką »Polonię« lub »Kattowitzer Zeitung« to jest pół biedy. Pisma te są bogate i mogą wydać drugie wydanie bez artykułu skonfiskowanego. »Gazeta Robotnicza« nie może sobie na to pozwolić, gdyż musi się liczyć z każdym groszem za papier itd. (…) Niech nam więc Szanowni Czytelnicy wybaczą, jeżeli nie drukujemy drugiego wydania po konfiskacie. Do tego dochodzą jeszcze koszta procesu, gdyż za konfiskatą idzie zawsze proces” – usprawiedliwiała się redakcja cytowanej gazety 16 października 1928.

Jednak jawne czy zakamuflowane prorządowe redakcje publikowały materiały PAT bezkrytycznie. Przykładem „Dziennik Bydgoski” w wydaniu z 16 września 1930 roku: „Burzliwe demonstracje przeciw rządowi. W Warszawie socjaliści urządzili pochód wbrew zakazowi. Zabici i ranni”. Z agencyjnego serwisu – powtarzając przy okazji rządową narrację o nielegalnych demonstracjach – gazeta korzystała też, opisując równoległe wydarzenia w swoim województwie pomorskim. Zamiast stworzyć własną depeszę i wziąć za nią odpowiedzialność, wydrukowała komunikat PAT: „Groźne awantury w Toruniu. Pobito starostę grodzkiego. Tłum strzela do policji. Masowe aresztowania”.

Cenzura w istotny sposób ograniczała niezależność mediów. – Ustawodawstwo prasowe z 1938 roku dawało władzom ogromne instrumentarium kontroli – mówi prof. Rafał Habielski z Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego. – Jeśli tylko władza chciała, mogła dobrać się prasie do skóry i wpływać na jej treść. Czasami to robiła, czasami nie, ale mogła zawsze.

Rafał Habielski zwraca uwagę, że kontrola publikacji mogła polegać nie tylko na konfiskatach. – Władza stworzyła system kontroli prasy i ingerencji, instrumentarium formalne i nieformalne, na przykład poprzez zachęcanie wydawców do poddawania się cenzurze prewencyjnej – dodaje.

Prof. Janusz Mierzwa objaśnia, jak to wyglądało od strony praktycznej: – Bywało, że z góry zakazywano rozpowszechniania pewnych informacji. Z Warszawy wypływały wytyczne, że należy zapobiegać ukazywaniu się artykułów na jakiś konkretny temat. Wtedy poprzez osobiste relacje czy bezpośredni kontakt z redakcją ucinano sprawę. Kwestia nie była podejmowana, skoro redaktorzy wiedzieli, że i tak nie ma możliwości, żeby artykuł na dany temat gdzieś się ukazał. Zjawisko to z czasem się nasilało.

CENZURA BIZNESOWA

Zewnętrzne naciski na wydawców i redakcje wywierała nie tylko władza, ale i biznes. Dr Zalega podaje przykład z Górnego Śląska. – W 1933 roku, gdy zaczęła wzbierać wielka fala strajków okupacyjnych, Unia Polskiego Przemysłu Górniczo-Hutniczego wydawała gigantyczne środki na przekupienie wszystkich mediów, niezależnie od ich powiązań politycznych. Chodziło o to, by o tych strajkach nie pisały bądź przedstawiały dyrekcję strajkujących zakładów w dobrym świetle. Przeznaczano nawet środki „na cele reprezentacyjne”, by pozyskać „zaprzyjaźnionych” dziennikarzy.

Ze zrozumiałych względów najodporniejsza na tego typu zabiegi była prasa lewicowa, w niej też – o ile nie zablokowała ich cenzura – ukazywały się materiały, które nie miałyby szans na publikację w prasie prorządowej czy też po prostu prawicowej.

– „Gazeta Robotnicza” była gazetą partyjną i nie ukrywała swego politycznego umocowania. – Sprawa była o tyle klarowna, że pismo stanowiło organ konkretnej partii politycznej, czyli PPS. Czytelnik, który brał ją do ręki, od razu wiedział, z czym będzie miał do czynienia – mówi dr Tomasz Kurpierz z katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, biograf Henryka Sławika, który był redaktorem naczelnym „Gazety Robotniczej”.

W piśmie tym, jasno deklarującym socjalistyczne przekonania, było jednak miejsce na rzetelne, profesjonalne i niezależne – w każdym razie od władzy – dziennikarstwo.

– Przymiotnik „niezależne” może mieć różne znaczenia – zauważa Dariusz Zalega. – Jak bowiem ocenić słynny reportaż Henryka Sławika ze strajku okupacyjnego w kopalni Giesche, który ukazał się w „Gazecie Robotniczej”? Widać przecież, po której stronie stoi autor i z kim sympatyzuje. Ale też widzimy, że redaktor Sławik był wśród strajkujących górników i rzetelnie zebrał materiał. W efekcie powstał autentyczny reportaż, będący dziś pewnym świadectwem epoki. Mamy do czynienia ze sporą liczbą tego typu materiałów zaangażowanych, których autorzy nie kryją, po której stronie stają. Jednak uczciwie to przyznają, co przecież jest rzetelniejsze niż udawanie obiektywizmu.

POLITBIURO W REDAKCJACH

Władza pragnęła kontrolować prasę, zdając sobie sprawę z jej siły przekazu. Na prasę odrodzonej w listopadzie 1918 roku Polski składało się ok. 600 tytułów. Liczne spośród nich nie przetrwały najbliższych lat. Wiele zmiotła z rynku hiperinflacja, a większość innych borykała się z niestabilnością finansową. „Cechą charakterystyczną dzienników i czasopism pozostała ich efemeryczność – nowo powstającym tytułom towarzyszyła wysoka liczba likwidowanych, głównie z powodów ekonomicznych” – pisze prof. Habielski w swym opracowaniu „Polityczna historia mediów w Polsce w XX wieku”.

Jednak dla ekipy, która doszła do władzy w efekcie zamachu majowego, rachunek ekonomiczny nie stanowił kwestii pierwszoplanowej. „Polityka przejmowania tytułów podjęta po maju 1926 spowodowała, że piłsudczycy zdołali w dość krótkim czasie zbudować system prasowy różniący się znacznie od struktur podobnego typu funkcjonujących po 1918 roku” – twierdzi Rafał Habielski.

W roku 1926 liczba ukazujących się w kraju tytułów prasowych wynosiła już ok. 1,6 tys., a władza była żywotnie zainteresowana przejęciem pełnej kontroli nad możliwie dużą liczbą gazet i czasopism z tej puli.

Podkreślmy – pełnej kontroli. Sanacja nie zadowalała się samą przychylnością mediów. Stanisław Cat–Mackiewicz, żarliwy admirator Piłsudskiego, wspierał jego politykę na łamach kierowanego przez siebie „Słowa”. Kiedy jednak po śmierci Marszałka nie wahał się krytykować epigonów zmarłego, gazeta szybko znalazła się na (nomen omen) cenzurowanym. Wydania „Słowa” zaczęto konfiskować, a jego nie dość uległy redaktor naczelny w 1939 roku trafił nawet do obozu w Berezie Kartuskiej.

Preferowanym przez zwolenników sanacji rozwiązaniem było pełne przejęcie tytułu. Tak uczyniono np. z „Gazetą Poranną”, już wcześniej prosanacyjną, lecz najwyraźniej nie w stopniu zadowalającym. Począwszy od 1932 roku, wydzierżawiony powiązanej z piłsudczykami spółce tytuł stanowił już tylko tubę różnych odłamów sanacji. Inny mechanizm zastosowano w 1927 roku wobec gazety „Ziemia Lubelska”. Temu dziennikowi ludowców z PSL „Wyzwolenie” zaproponowano hojną comiesięczną dotację z państwowej kasy. Warunek jej przyznania był jeden: „Redakcja dostaje się do rąk naszych bez żadnych ubocznych wpływów” (jak to dosłownie ujął Kazimierz Świtalski, dyrektor Departamentu Politycznego MSW).

Analogicznie jak „Dzień Pomorski” nieoficjalną, lecz całkowicie podporządkowaną sanacji gazetą był od 1927 roku „Dziennik Lwowski”. Mimo hojnego dotowania upadł on jeszcze w 1930 roku. Głośne przejęcie przez sanację innej lwowskiej gazety, endeckiego dotąd „Słowa Polskiego” (1927), ostatecznie okazało się krokiem dla tego tytułu zgubnym. Dotychczasowi czytelnicy zaczęli go bojkotować, co po kilku latach doprowadziło do jego upadku. W roku 1935 po zaledwie paru miesiącach identyczną katastrofą zakończyło się we Lwowie przejęcie kolejnego tytułu endecji, „Kuriera Lwowskiego”. Bojkotowany jak jego poprzednik, zniknął z rynku już po kilku miesiącach. Z trudnego jak widać terenu sanacja nie zamierzała jednak rezygnować, zakładając we Lwowie swą kolejną gazetę – „Dziennik Polski”.

Władzę było na to stać. Powielająca propagandę sanacji prorządowa prasa znajdowała się w uprzywilejowanej pozycji, nawet jeżeli nie radziła sobie na rynku. – Miała za sobą olbrzymią machinę państwową – podkreśla prof. Mierzwa. – Mogła liczyć na dotacje z jej strony. Pisma opozycyjne nie, a do tego były stale na oku aparatu administracyjnego, co groziło im konfiskatami. Ponadto dystrybutor mógł oświadczyć, że nie będzie gazety kolportował. Prowadzenie opozycyjnej gazety po 1926 roku stało się niemal horrorem. Tytuły opozycyjne mogły wprawdzie funkcjonować, podobnie jak opozycyjne partie – sanacyjna II Rzeczpospolita była przecież państwem autorytarnym, jednak nie totalitarnym, gdzie byłoby to niemożliwe. Ale nie miały łatwo.

***

Ten tekst Tomasza Borówki pochodzi z archiwalnego wydania magazynu „Press”.