Strzelają do wszystkiego, co się da – mówi Mateusz Lachowski, reporter wojenny Polsat News

"Rosjanie strzelają do wszystkiego, co się rusza" – mówi Mateusz Lachowski

Dziennikarze są chronieni? Nie. „Gdy jako dziennikarz znajdziesz się w zasięgu wzroku Rosjan – możesz zginąć” – opowiada nam Mateusz Lachowski. Z reporterem wojennym Polsat News rozmawia Marek Twaróg.

Twoja mama wciąż ostrzega Cię, żebyś nie zginął jak Waldemar Milewicz?

Mama cały czas śledzi sytuację w Ukrainie, wie, gdzie jestem i co robię. Gdy mówię jej, że jadę do Donbasu czy Mikołajowa, zawsze pyta: „Po co tam jedziesz, przecież możesz pracować z Kijowa?”. Wtedy po raz setny tłumaczę, że w Kijowie nic się nie dzieje. Mama pamięta Milewicza, bo wspólnie oglądaliśmy jego program „Dziwny jest ten świat”, a jego śmierć w Iraku była dla nas szokiem.

No i jak uspokajasz mamę?

Mówię, że w Polsce przecież też może mi się coś stać. Albo że mam cały czas na sobie kamizelkę kuloodporną, co nie jest prawdą, bo nie będę przecież paradował w kamizelce po Kijowie.

Zdaniem władz ukraińskich na tej wojnie zginęło już 32 dziennikarzy, więc bezpiecznie nie jest.

To jest moja pierwsza wojna, nie licząc pobytu w Ukrainie trzy lata temu podczas kręcenia dokumentu „Żelazne numery”. Jestem tu od pierwszego dnia, w sumie grubo ponad pięć miesięcy. I wiem, że gdy jako dziennikarz znajdziesz się w zasięgu wzroku Rosjan – możesz zginąć. Rosjanie strzelają do wszystkiego, co się rusza. Pamiętam, jak zginęli wolontariusze, którzy jechali, żeby uratować opuszczone schronisko dla psów pod Kijowem. Taka jest ta wojna, taka jest ta rosyjska armia.

***

To tylko fragment rozmowy Marka Twaroga z Mateuszem Lachowskim. Pochodzi ona z najnowszego numeru „Press”.