Mariusz Szczygieł – Perła ze Złotoryi

Mariusz Szczygieł

Złotoryja, którą przez długie lata postrzegał jako kamień u szyi, stała się dla Mariusza Szczygła życiowym posagiem. Z powodu małomiasteczkowych kompleksów uważniej niż rówieśnicy przyglądał się ludziom i rzeczom. To zaprocentowało w jego dziennikarstwie.

Znowu środa. W liceum nie opuszczało go wrażenie, że codziennie jest środa. Tego dnia miał dwie lekcje matematyki i jedną wychowania fizycznego – nie cierpiał ich jednakowo. A gdy tylko jedna środa minęła, zaraz była kolejna.

Z powodu WF-u ani przez moment nie myślał o liceum w rodzinnej Złotoryi. Tu wszystkie klasy były sportowe; stąd pochodzą mistrzowie świata w akrobatyce sportowej z 1976 roku. Mariusz Szczygieł zaś sportem się nigdy nie interesował. Nawet dziś, gdy na siłowni w jednym z warszawskich hoteli robi swoje serie, inni mężczyźni patrzą na niego dziwnie. W przeciwieństwie do nich nie pompuje na pokaz, tylko tak po prostu: żeby zbić nadciśnienie, które nie wiadomo skąd się wzięło. Podobno ze stresu.

Przewodniczący jury Marek Zaleski nazwał w laudacji książkę Szczygła „reportażem egzystencjalnym” https://t.co/oSG0JozpMZ

— Magazyn Press (@PressRedakcja) October 6, 2019

A co do szkoły: z tą swoją nienawiścią do matematyki wybrał jednak liceum ekonomiczne w Legnicy. Chciał się wyrwać ze Złotoryi. – Cieszyłem się na tę Legnicę, bo w porównaniu z rodzinną Złotoryją wydawała mi się lepszym światem – wyjaśnia Szczygieł.

W złotoryjskiej podstawówce był prymusem, a w legnickim liceum szybko spadł na dno. Miał beznadziejne oceny z większości przedmiotów, piątkę tylko z polskiego. Nawet historia słabiutko, bo nie znosił kucia na pamięć. Łatwo mu wchodził jeszcze rosyjski, za to niemieckiego nie cierpiał. Gdy po czterech latach rozszerzonej nauki wizytator spytał go: „Jak się nazywasz?”, odpowiedział mu po niemiecku: „Jestem głodny”.

Był jedynym chłopakiem w klasie. Robił gazetkę szkolną i wygrywał konkursy literackie. Gdy miał 16 lat, harcerski tygodnik „Na Przełaj” wydrukował jego pierwszy tekst. Wtedy Szczygieł zrozumiał, że do matury da sobie radę – w szkole się bowiem zorientowano, że przynosi jej splendor. – Możesz mieć lufy ze wszystkiego, możesz nienawidzić dyrektora szkoły, ale jeśli jesteś w czymś dobry, to przeżyjesz – mówi dziś Szczygieł. Dyrektorowi wybaczył, bo pomógł mu na maturze zdać tę cholerną matematykę.

Worek z mokrym praniem

Pisanie na poważnie zaczął od donosu na dyrektora Kisiela. Pewnego dnia zebrał on przewodniczących klas, by opowiedzieli mu, co boli młodzież. – Gdy już się pożaliliśmy, dyrektor stwierdził, że nic z tym nie da się zrobić, bo w szkole zawsze będzie strona oceniana i oceniająca – wspomina Szczygieł. Powstały po tym spotkaniu tekst „Punkt widzenia” wysłał do „Na Przełaj” na konkurs ogłoszony po odwieszeniu pisma w stanie wojennym. Był marzec 1983 roku, był w drugiej klasie liceum i miał swój pierwszy tekst w druku.

Wkrótce poznał redaktorów pisma, bo w liceum jeździł z nimi na harcerskie obozy dziennikarskie. Jednym z zadań na takim obozie było dotarcie do odległej o kilkadziesiąt kilometrów miejscowości w Bieszczadach. Nie wolno mu było wydać więcej niż 100 zł, które dostał. Szczygieł nie tylko przyniósł je z powrotem, ale jeszcze zarobił, bo w napotkanym obozie dla harcerek zrobił gazetkę obozową, za co go nakarmiły, przenocowały i jeszcze mu dopłaciły.

Potem sam bywał opiekunem młodych reporterów na obozach dziennikarskich. Tam poznał go przyszły reporter „Gazety Wyborczej” Piotr Lipiński. – Na bieszczadzki zlot współpracowników tygodnika „Na Przełaj”, gdzieś koło 1988 roku, przyjeżdża wysoki blondyn, cały ubrany na czarno – wspomina Lipiński. – Worek podróżny wypchany ma mokrym praniem, które zrobił jeszcze w Warszawie, ale nie zdążył wysuszyć. W drodze między Warszawą a Bieszczadami rozwieszał to pranie w każdym miejscu, w tym na podwórku posterunku milicji – wspomina Lipiński ze śmiechem.

Kanapki ze szpitala

Złotoryja, którą przez długie lata postrzegał jako kamień u szyi, stała się dla Mariusza Szczygła życiowym posagiem. Z powodu małomiasteczkowych kompleksów uważniej niż rówieśnicy przyglądał się ludziom i rzeczom. To zaprocentowało w jego dziennikarstwie.

Jadąc na studia dziennikarskie do Warszawy w 1985 roku, miał ze sobą plecak, torbę i karton z ukochanym węgierskim ekspresem do kawy, nie jakimś tam zwykłym przelewowym. Po drodze wstąpił do szpitala w Legnicy odwiedzić matkę, u której zdiagnozowano stwardnienie rozsiane. Dała mu na drogę kanapki zrobione z własnej szpitalnej kolacji. Wspomnienie tych kanapek sprawiło, że w 2001 roku, po 16 latach studiowania na Uniwersytecie Warszawskim, został w końcu magistrem. Jako pierwszy w rodzinie.

Studiując, pracował bowiem jednocześnie w „Na Przełaj”. Jacek Szmidt, ówczesny szef działu reportażu w „Na Przełaj”, wspomina: – Ten chłopak ze Złotoryi okazał się perłą. Miał niekwestionowany talent, ogromną wrażliwość na słowo. Oraz tę uważność wobec drugiego człowieka, która cechowała Ryszarda Kapuścińskiego. Szczygieł – reporter jest uprzejmy, łagodny, nigdy ekspansywny.

W tamtych czasach, by zostać dziennikarzem, trzeba było pisać, odbywając staż w redakcji, a potem specjalna komisja go zaliczała. Po jej decyzji dostawało się status dziennikarza i prawo do legitymacji dziennikarskiej. Gdy komisja zebrała się w sprawie Szczygła, miał już na koncie blisko 200 tekstów opublikowanych w „Na Przełaj”.

Jednak nie wszyscy czuli wdzięczność. Jacek Szmidt: – Pamiętam, że wybuchła afera, bo nie dość, że materiał był dla władzy bulwersujący, to jeszcze zilustrowaliśmy go kupioną w jakiejś agencji fotką prezerwatywy naciągniętej na banana. Później to było wręcz instruktażowe zdjęcie, ale wtedy wylądowaliśmy na dywaniku w wydziale prasy Komitetu Centralnego partii; grzmiano też na nas z ambon w kościołach.

W tamtych czasach, by zostać dziennikarzem, trzeba było pisać, odbywając staż w redakcji, a potem specjalna komisja go zaliczała. Po jej decyzji dostawało się status dziennikarza i prawo do legitymacji dziennikarskiej. Gdy komisja zebrała się w sprawie Szczygła, miał już na koncie blisko 200 tekstów opublikowanych w „Na Przełaj”.

Najważniejszym było „Rozgrzeszanie” – napisane z Ewą Żychlińską (obecnie Żychlińska-Konarowska) o licealistach homoseksualistach. Wtedy jeszcze nie używano słowa „gej”.

Zaczęło się od tego, że do rubryki „Kocha, lubi, szanuje” przyszedł list od chłopaka ze Zgorzelca. Pisał, że szuka przyjaciół, ale jest „zboczonym pedałem”. W redakcji powstał pomysł, by zrobić reportaż idący tropem listów, które przyszły w odpowiedzi na list tego chłopaka. To, co się stało potem, przeszło wszelkie oczekiwania. Po tekście Szczygła i Żychlińskiej redakcja dostała ok. 700 listów, przede wszystkim od gejów i lesbijek wdzięcznych, że po raz pierwszy ktoś w oficjalnej prasie napisał o ich problemach. Był rok 1986.

Jednak nie wszyscy czuli wdzięczność. Jacek Szmidt: – Pamiętam, że wybuchła afera, bo nie dość, że materiał był dla władzy bulwersujący, to jeszcze zilustrowaliśmy go kupioną w jakiejś agencji fotką prezerwatywy naciągniętej na banana. Później to było wręcz instruktażowe zdjęcie, ale wtedy wylądowaliśmy na dywaniku w wydziale prasy Komitetu Centralnego partii; grzmiano też na nas z ambon w kościołach.

Tekst miał dalszy ciąg: wywiad Szczygła z ówczesnym marszałkiem Sejmu Mikołajem Kozakiewiczem – seksuologiem. A potem, za jego radą, redakcja założyła skrzynkę i kontaktowała ze sobą homoseksualną młodzież z różnych miast.

Mariusz Szczygieł zdał sobie sprawę, że dziennikarstwo to zawód, w którym można coś dobrego zrobić dla ludzi.

Płetwonurek

Pierwszą jej książką, która mu wpadła w ręce, były „Trudności ze wstawaniem”, wydane w podziemiu w 1988 roku. Marzył, że kiedyś Hannę Krall pozna osobiście, a jeszcze bezczelniej, że się z nią zaprzyjaźni. Wyobrażał sobie, jak ona go pyta: „Mariuszu, co u pana słychać?”.

Jej pierwsze pytanie skierowane do niego było jednak zupełnie inne. „Jak pan może tak pisać?” – usłyszał, gdy przeczytała jego pierwszy tekst napisany dla „Gazety Wyborczej” w 1989 roku. „Pan musi uciec od naśladowania mojego pisania sprzed 20 lat. Powinien pan stosować neutralną narrację dziennikarską. Za wiele lat, jak już wyrobi pan własny styl, będzie pan sobie pisał po swojemu” – tłumaczyła mu Hanna Krall. Wykreśliła z tekstu kilkadziesiąt przymiotników, maglowała go o każde słowo i w końcu, pomiędzy jego zdaniami, powstał nowy, lepszy reportaż.

Zabrał się za wyrabianie własnego stylu. Pisze zdawałoby się prosto, czasem jakby zbyt prosto, ale to jest taka jego – jak mówi Małgorzata Szejnert – chytra naiwność. Jeszcze łatwiej niż po języku można poznać Szczygła po jego stosunku do bohatera – łagodnym, rozumiejącym. Szejnert nazywa to umiejętnością oswajania dramatu.

Były reporter „GW” Cezary Łazarewicz opowiada, jaką wolność wywalczył sobie Szczygieł w „Gazecie”: – „Wyborcza” publikowała eseje noblistów, filozofów, wywiady z przywódcami świata, rozważania religijne. A Szczygieł sam wybierał swoje tematy. Pisał, o czym chciał. Miał niezwykłą siłę przebicia się na łamy. Gdyby jej nie miał, nie udałoby mu się umieścić wtedy w gazecie swojego dużego tekstu „Onanizm polski”.

– Onanizować się czy nie onanizować? Dziś to pytanie wydaje się absurdalne, może właśnie dlatego, że na początku lat dziewięćdziesiątych zadał je Mariusz Szczygieł w swoim tekście – wspomina Piotr Lipiński, który pracował ze Szczygłem w dziale reportażu „GW”.

– W tamtej Polsce, między peerelem a współczesnością, on podnosił obyczajowe tematy do rangi symboli. Hasło: „Nie ma wolności bez Solidarności” uzupełnił o „Nie ma wolności bez seksualności”. Przekonywał Polaków, że onanizm jest czymś normalnym. Było to o tyle odważne, że czytelnicy tkwili wówczas między przywiązaniem do surowego Kościoła katolickiego a wczesnokapitalistyczną rewolucją obyczajową – mówi Lipiński. I zastrzega: – Ale sprowadzanie pisarstwa Szczygła do tematyki penisa to uproszczenie. Szczygieł to płetwonurek. Zanurzając się w wodzie zaledwie kilka metrów od brzegu, odkrywa barwny świat, którego nie dostrzegają plażowicze. A to największa siła reportażu: pokazać to, co jest na wyciągnięcie ręki, lecz nikt tego nie zauważa.

Cezary Łazarewicz: – Gdy przyjechałem do centrali „Gazety” na staż reporterski, on był już wielką gwiazdą. Legenda głosiła, że gdy powstawał dział reportażu „Gazety”, Mariusza i Wojtka Tochmana umiłowała sobie Hanna Krall jako najzdolniejszych ze wszystkich reporterów. Mariusz nie dawał tego odczuć. „Nazywam się Mariusz Szczygieł” – przedstawiał się i zawsze coś miłego człowiekowi powiedział. Że ciekawy tekst, że ważny temat, a jak nie dało się nic dobrego powiedzieć o samym tekście, bo był czerstwy, to mówił, że autor ma niebywały słuch i wspaniale odtworzył język bohaterów. Musiał te wszystkie teksty chyba czytać, bo skąd by to wiedział?

Wieloletnia szefowa działu reportażu „Gazety Wyborczej” Małgorzata Szejnert tak wspomina Szczygła z pierwszych lat pracy w „Gazecie”: – Wrażliwy, świetnie obserwujący ludzi, miał z nimi doskonały kontakt. Był też zawsze taki promienny, co zresztą zachował do dziś i co bardzo pomaga mu jako reporterowi. Miał też inną cechę, którą potem wykorzystywał w telewizji – umiał udawać naiwnego, naprawdę nie będąc naiwnym. W ten sposób ośmielał ludzi do mówienia. To nie było oszustwo, ale metoda dziennikarska, która dawała doskonałe efekty.

Pisał o wszystkim, w archiwum „Wyborczej” wyskakują mi teksty zaczynające się od „o”: „O szokującym syndromie kochanków”, „O gospodzie pełnej idiotów”, „O kurczaku à la Havel”, „O czułości”, „O mężczyznach z grupy C”, „O samozaspokojeniu”.

Pierwszy naiwny

Witold Orzechowski, producent pierwszego polskiego talk-show „Na każdy temat” w Polsacie, w 1995 roku szukał następcy chorego Andrzeja Woyciechowskiego, który prowadził program od dwóch lat. Szczygła usłyszał w radiu i uznał, że jego delikatność i empatia wobec ludzi dobrze by się w programie sprawdziły.

Potrzebna była zgoda Polsatu. Bogusław Chrabota, wtedy redaktor naczelny Telewizji Polsat, dziś naczelny „Rzeczpospolitej”, ocenia, że zatrudnienie Szczygła na miejsce Woyciechowskiego było jedną z najszczęśliwszych decyzji personalnych, jakie mu się przydarzyły. – Pomysłodawcą był Witold Orzechowski, a ja nie protestowałem, choć Mariusza znałem dość powierzchownie. Ujął mnie jego uśmiech i głos, głęboki, naturalny, jakby stworzony do mikrofonu. Był zaprzeczeniem Andrzeja. Woyciechowski był nadnaturalnie poważny, pozował na człowieka mądrzejszego od swych gości, siłą swojej osobowości wbijał w fotel. Mariusz odwrotnie, zdobył szybko zaufanie telewidzów i licznych fanów. Był nową jakością w telewizji, czego zresztą miał chyba świadomość – tłumaczy Chrabota.

Szczygieł wziął w „GW” urlop bezpłatny. Ludzie w „Gazecie” poczuli, że ich opuścił. – Mieliśmy do niego żal, jakby nas zdradził, idąc do tej telewizji. W dodatku robił tam, jak dla niego, rzeczy zbyt proste. Podejrzewaliśmy, że już nie wróci do „Gazety”, bo telewizyjny chleb jest zbyt dobry, żeby z niego łatwo rezygnować – przyznaje Małgorzata Szejnert.

Zdaniem Szczygła „Na każdy temat” uczyło tolerancji. – Pokazaliśmy Polakom, że jesteśmy różni, że każdy ma prawo do przeżywania swego życia, jak chce. Byłem przewodnikiem po innościach i alternatywnych stylach życia – mówi reporter. W talk-show jako dziennikarz przyjął rolę chłopaka z prowincji, którego wszystko ciekawi. „Ty nawet prostytutkę traktujesz jak gwiazdę” – dziwił się Orzechowski.

Czy się opłaciło? Z jednej strony stracił na odejściu z poważnej gazety, bo zyskał wizerunek – jak sam mówi – małomiasteczkowego dystrybutora kosmetyków Amway. Z drugiej – już po roku było go stać na kupno mieszkania na Powiślu w Warszawie.

W latach 1995–2001 Mariusz Szczygieł poprowadził 350 wydań „Na każdy temat”. Otrzeźwienie przyszło, gdy Mariusz Ziomecki napisał w „Press”o nim: „Ten kolega wybił się przed laty jako reportażysta, ale od dawna zarabia na chleb w inny sposób: zgrabnie, jak aktor, odgrywa rolę pierwszej naiwnej w świntuszącym programie dla kucharek”.

Gdy potem doszło jeszcze do uszu Szczygła, że na infolinię funduszu emerytalnego założonego przez Polsat dzwonią klienci, pytając, jak to możliwe, iż Szczygieł reklamuje ten fundusz, podczas gdy sam jest ubezpieczony w Allianz – uznał, że czas się z Polsatu ewakuować.

Teraz telewizja poczuła się porzucona. – Wtedy oceniałem to źle. Po latach uważam, że tą decyzją, jako twórca i dziennikarz, Mariusz uratował sobie życie. Telewizja skazuje na celebrytyzm, a to prosta droga do śmierci ambicji twórczych. Pisanie daje większe pole do kreacji, rozwoju intelektualnego, z czego Mariusz pilnie skorzystał. Miał idealne wyczucie, kiedy, z korzyścią dla siebie samego, należy odejść – podsumowuje Bogusław Chrabota.

Płodne Czechy

Cieszy się więc, że dziś na ulicy, w pociągu czy samolocie ludzie rozpoznają go jako pisarza i dziennikarza, a nie celebrytę z telewizji. Dopiął też swego – zaprzyjaźnił się z Hanną Krall. Ona mówi do niego jak w jego marzeniu: „Panie Mariuszu”, a on do niej: „Pani Haniu”.

Jednak pierwszy tekst po odejściu z Polsatu i powrocie do „Gazety Wyborczej” zawdzięcza jeszcze programowi „Na każdy temat”. Chciała tam wystąpić kobieta, której matka zapisała 700 zeszytów, bo przez całe życie spisywała wszystkie wykonane czynności: posiłki zjedzone, telefony odebrane, przedmioty znalezione, gazety kupione, książki przeczytane i filmy obejrzane. Każda czynność była ponumerowana. Reportaż Szczygła „Reality” o Janinie Turek jest najczęściej przedrukowywanym jego tekstem w światowych antologiach reportażu. Sztuka teatralna na jego podstawie jest wystawiana we Włoszech.

Małgorzata Szejnert: – Mariusz wrócił do „Gazety” w przepięknym stylu. Paradoksalnie ponowny debiut był dla niego trudniejszy, bo miał przerwę w pisaniu i nikt nie wiedział, w jakiej jest formie. Po „Reality” wiedzieliśmy już, że nic ze swego talentu nie stracił, a zyskał łatwość wchodzenia w relacje z ludźmi. Były gwiazdor telewizyjny szybko się zorientował, że jako reporter będzie miał w Polsce ciężko. Stał się zbyt rozpoznawalny. Dokądkolwiek pojechał, ludzie traktowali go jak „pana z telewizji” – chętnie z nim rozmawiali, ale już się tak przed nim nie otwierali.

Zaczął więc reporterskie podróże do Czech. Pierwsza była historia zakazanej w komunizmie piosenkarki Marty Kubišovej. – Praktycznie dla rozmowy z nią nauczyłem się czeskiego. I rok po tym postanowieniu przeprowadziłem z nią rozmowę – wspomina. Powstał materiał „Życie jest mężczyzną” i ukazał się jako pierwszy mój tekst w „Wysokich Obcasach” w grudniu 2001 roku.

Małgorzata Szejnert: – Okazało się, że Czechy są dla Polaków takie nieopisane, a dla Mariusza tak płodne.„Gazeta” wysyłała go do Pragi na parę dni, a zostawał dłużej. Wykorzystywał do tego urlopy płatne i bezpłatne. W ten sposób zbierał materiał do książki „Gottland” – zbioru reportaży o minionych i współczesnych Czechach.

„Gottland” wydało Wydawnictwo Czarne w 2006 roku. Trzy lata później Szczygieł dostał za nią European Book Prize i 10 tys. euro. Książkę przetłumaczono m.in. na czeski, niemiecki, francuski, węgierski, włoski, rosyjski, ukraiński, hiszpański, słoweński, serbski, bułgarski, angielski, rumuński, estoński, słowacki i macedoński.

„Gottland” uważał za tytuł idealny i uniwersalny. Bo to łatwe do odczytania na całym świecie połączenie niemieckich słów „Bóg” i „kraj”, w tle z nazwiskiem najbardziej znanego czeskiego piosenkarza Karela Gotta.

Tak myślał do czasu, gdy wydawcy w USA wytłumaczyli mu, że dla amerykańskiego czytelnika słowo „Gottland” jest niezrozumiałe. Zaproponowali podtytuł: „Historie z Czechosłowacji” albo lepiej, bo Czechosłowacja już nie istnieje: „Historie z Czech”. A może najlepiej by było: „Historie ze środka Europy”. Ewentualnie: „Z serca Europy”. Na to Szczygieł nie mógł się zgodzić, bo przecież środek Europy to także Polska.

Rzeczywiście. Może zatem: „Historie z Czech i Słowacji”? Tylko że w „Gottlandzie” nie ma prawie nic o Słowacji. Więc najlepiej będzie – doszedł do wniosku wydawca – „Historie z połowy Czechosłowacji”.

Potem amerykański wydawca zaczął dociekać, czy autor ma wszystkie wypowiedzi do książki zarejestrowane na dyktafonie. Gdy Szczygieł wyjaśnił, że często tylko spisuje rozmowy, poprosili go o zdobycie oświadczeń od bohaterów, że tak rzeczywiście mówili. Trochę go to ubodło, ale nie miałby nic przeciw temu, tylko że od wydania książki minęło sześć lat i czworo głównych bohaterów zmarło. Więc niech mu poradzą, jak zdobyć te oświadczenia.

Amerykanie uznali zatem, że muszą podwójnie zabezpieczyć się w tytule. W USA trzeba więc szukać książki Mariusza Szczygła „Gottland. Prawie prawdziwe historie z połowy Czechosłowacji”.

– A co miałem zrobić? – odpowiada pytaniem, widząc moje zdumienie takim finałem sprawy. Przekonuje, że najważniejsze, by czytelnicy wiedzieli, że reportaż jest prawdziwym, ale wyłącznie subiektywnym gatunkiem.

Tłumaczy to na przykładzie: – Było czterech facetów, którzy pisali o innym facecie. Jeden napisał, że gdy ten gość wjeżdżał do Jerozolimy, uczniowie wsadzili go na osiołka. Drugi o tym samym momencie napisał, że ten facet sam wsiadł na osiołka. Trzeci – że mieszkańcy Jerozolimy jeszcze przed miastem wsadzili go na osiołka. A czwarty nic o tym historycznym wydarzeniu nie napisał. I kto z nich miał rację?

Gdy zauważam, że choć nie wiemy, który autor Ewangelii ma rację, prawda była jedna, Szczygieł się denerwuje: – Mówiąc „pisarz”, myślicie sobie, że to jest ktoś, kto zmyśla. Dlaczego? Bo większość ludzi w Polsce ma słabą kulturę literacką. Określenie „pisarz” asocjuje się im ze zmyślaniem – tłumaczy. – A ja jestem pisarzem, który nie zmyśla. Można pisać ładnie i prawdziwie. Tylko dziennikarze niemający talentu myślą, że jak piszesz ładnie, to na pewno zmyślasz.

Po czym, już spokojniej, dodaje, że reporter może sobie pozwolić tylko na jeden rodzaj kłamstwa, tzw. kłamstwo formy. Gdyby to on teraz ze mną robił wywiad w kawiarni, a ja nazajutrz zabrałbym go na wyprawę do miejsc mojej młodości i dopowiedział coś ciekawego po drodze, to on jako autor włożyłby wszystko w rozmowę podczas naszej podróży. Bo lepiej się czyta. Ale to nie znaczy, że skłamałby. A jeśli już, to tylko formą, nie treścią.

W łóżku

Z etatu w „Gazecie Wyborczej” zrezygnował w 2011 roku. Przez osiem miesięcy łączył obowiązki redaktorskie jako szef „Dużego Formatu” i wiceszef „Gazety Świątecznej”. Całe dnie redagował cudze teksty, a gdy wracał wieczorem do domu, to zamiast pisać swoje rzeczy, znów siedział przed komputerem nad redagowaniem.

Najgorsza była świadomość, że sam napisałby to lepiej. Jak mówi: „Redaktor nie leży na łóżku, tylko jest łóżkiem dla kogoś innego”. Postanowił znów sam wskoczyć do łóżka.

W 2013 roku napisał jeden reportaż, ale dzięki niemu znów trafił na szczyt. Tekst „Śliczny i posłuszny” opublikowany w „Dużym Formacie” przyniósł mu m.in. tytuł Dziennikarza Roku 2013 i Nagrodę im. Andrzeja Woyciechowskiego.

Ten tekst był jednocześnie jego największą dziennikarską wpadką. Opisywał katechetkę i ekspertkę Ministerstwa Edukacji Narodowej, która przed laty zakatowała swego sześcioletniego pasierba za zgubienie sznurowadeł. Szczygieł przypilnował, by nie można było dojść jej prawdziwych danych, każde zdanie w reportażu on i jego współpracownicy wpisywali do internetu, by sprawdzić, czy nie pojawia się coś, co mogłoby zdradzić, kim jest bohaterka. – Nawet gdy cytowałem jej dokumenty rodzinne, tak je zmieniałem, żeby nikt po słowach nie dotarł do jej rodziny. Na przykład „lęk o jutro” zmieniałem na: „obawa o przyszłość” – opowiada.

A jednak przeoczył to, że w internecie wciąż można znaleźć stary tekst o owej morderczyni z jej prawdziwymi danymi. Internautom więcej nie trzeba było. Podali jej dane, łącznie z telefonem i adresem; rozszyfrowali, w której szkole uczyła. – Pisałem ten tekst jako przestrogę, że przemoc nigdy się nie kończy. Warsztatowo to był jeden z moich najlepszych reportaży, bo oparłem go na pomyśle rozmów z nieujawnioną, tajemniczą osobą. To była rówieśniczka zabitego chłopca, na której wiadomość w radiu o jego śmierci zrobiła w dzieciństwie piorunujące wrażenie. Zapamiętała nazwisko morderczyni i w dorosłym życiu interesowała się dalej tą sprawą. Jest autorką książek o literaturze i naukowcem.

– Dostałem nagrody, ale nie spałem po nocach – przyznaje Szczygieł.

Gdy bohaterce jego tekstu zaczęto palić znicze pod ogrodzeniem domu, rzucać czymś w okna, wysyłać pocztą sznurówki – Szczygieł przestraszył się na poważnie. Do dziś niektórzy czytelnicy nie mogą mu wybaczyć, że napisał tekst o osobie, której wyrok już się zatarł, więc z prawnego punktu widzenia jest niekarana. Pewna dziewczyna przed spotkaniem autorskim podała mu karteczkę i wyszła. Napisała, że nie chce go już znać.

Wrzenie Świata

Pieniądze z nagród przeznaczył w 2014 roku na wydawnictwo Dowody na Istnienie. Wraz z Wojciechem Tochmanem i Pawłem Goźlińskim już w 2010 roku stworzyli w Warszawie kluboksięgarnię Wrzenie Świata przy ul. Gałczyńskiego oraz założyli Fundację Instytut Reportażu, w ramach której działa Polska Szkoła Reportażu. Przyjmują rocznie ok. 20 studentów, którzy płacą co najmniej 8 tys. zł za rok weekendowych spotkań, pracy i nauki.

Wrzenie Świata szybko stało się kultowym miejscem dla młodych duchem czytelników literatury faktu. Potem powstał Faktyczny Dom Kultury – w wynajmowanym od miasta drugim lokalu naprzeciwko robią spotkania autorskie, premiery literackie, pokazy filmów dokumentalnych i wystawy fotografii. Natomiast wydawnictwo Dowody na Istnienie obecnie pożera ich całą wolną gotówkę i konkuruje z Wydawnictwem Czarne, z którego wyszli i które nieraz im pomagało. Mariusz Szczygieł podkreśla jednak, że nadal przyjaźni się z Moniką Sznajderman z Czarnego.

W „Dużym Formacie” ma teraz tylko cotygodniowy felieton. Mówi, że każdy tekst pisze tak, jakby miał być jego ostatnim. O felietonie do „Dużego Formatu” myśli przez dwa, trzy dni (najpierw musi znaleźć człowieka, który ma ciekawą prawdę do przekazania). Potem cyzeluje tekst, a gdy się zorientuje, że umieścił obok siebie dwa razy to samo słowo, bywa, że jedzie do redakcji, by osobiście nanieść poprawkę.

Dla tych, którzy marzą o dłuższym życiu swoich dzieł, Mariusz Szczygieł ma radę: – Zostanie tylko to, co nie jest doraźne. Wojciech Giełżyński napisał mnóstwo książek, ale, mówię o tym z przykrością, bo go bardzo lubiłem, o jego książkach nie będzie pamiętał nikt. A Ryszard Kapuściński napisał kilkanaście i te książki zostaną. Kapuściński jeszcze przed etapem pisania usuwał ze swej głowy wszystko, co było aktualne doraźnie. Nie dawał tego do tekstu. Jeśli chcesz pozostać w świadomości ludzi choćby kilka, kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat, musisz pomijać doraźność. Inaczej nie masz szansy na przetrwanie.

A co on sam zostawi niedoraźnego? – Napisałem dwie dobre, prawdziwe książki reporterskie: „Gottland” i „Zrób sobie raj”. Lecz nie mam złudzeń, że najbardziej zostaną zapamiętane te trzy tomy „Antologii polskiego reportażu XX wieku”, które zrobiłem – stwierdza.

Striptiz

Werbalnie stale nawiązuje do seksu. Ustalając termin wywiadu, stwierdza: „A więc będę się przed tobą onanizował?”. Jego zdaniem język związany z seksualnością rozumie każdy, w ten sposób błyskawicznie dociera się do rozmówcy. – Tłumaczę studentom, że puenta tekstu jest jak orgazm, ale mają ustalić, co będzie najlepszą grą wstępną – mówi. Uwielbia prowokować.

Nie stroni od publicznych wypowiedzi na temat kołtuństwa Polaków. O parze gejów w telewizji mówił w „Press”: „Niechby się przed kamerą pocałowali, dopiero byśmy zobaczyli, jak narodowi i mediom skacze adrenalina”.

– Zrobię striptiz, nie mam problemu z mówieniem o sobie – deklaruje, ale to nie do końca prawda. Jego własna seksualność, choć tyle o seksie publicznie mówi, nie jest tematem do rozważań medialnych. – Na tym etapie mego życia nie rozmawiam o swoim życiu intymnym. I nikt mnie na to nie namówi – ucina. Jeśli się kiedyś otworzy, to na własnych warunkach i raczej w książce.

Nie ma za to oporów, by na pytanie o życiowy sukces, odpowiedzieć: – Przez siedem lat byłem w bardzo szczęśliwym związku i byłem nieprawdopodobnie zakochany.

Dostał tyle nagród, że już mu się wszystkie mieszają. Gdzie trzyma statuetki? – Szklane na parapecie, bo fajnie przez nie przechodzi światło. A metalowe są w pokoju technicznym, na dnie szafy, w której mam stare ciuchy – mówi. Tam też trafiła statuetka stalówki dla Dziennikarza Roku. Jedynie metalowa rzeźba Wańkowicza, czyli Nagroda Melchiora od Polskiego Radia, stoi na biurku w jego gabinecie, bo mu się najbardziej podoba.

Moment odbierania Europejskiej Nagrody Literackiej 2009 za „Gottland” wspomina jednak jako traumatyczne przeżycie. Był w panice. Nie zna angielskiego, więc nie rozumiał, co do niego mówią, w dodatku jego tłumaczka zachorowała na gardło i była szansa, że nie wydusi z siebie ani słowa. Przez półtorej godziny przed ceremonią błąkał się po unijnych brukselskich korytarzach, żeby z nikim nie musieć rozmawiać. Wrócił kwadrans przed wejściem na scenę, gdy już wokół było wielu Polaków.

Mama radzi mu, żeby się nie przyznawał, iż nie zna języków, bo w ten sposób sam się publicznie „upokarza i poniża”. A on jej tłumaczy, że Czesi mają rację: jak czegoś nie dasz rady ukryć, naucz się o tym mówić.

W niedzielę 6 października Mariusz Szczygieł został zwycięzcą 23. edycji Nagrody Literackiej Nike. Za najlepszą książkę roku jury wybrało zbiór reportaży „Nie ma”. Szczygieł został też laureatem Nike Czytelników „Gazety Wyborczej” i Wyborcza.pl. W wywiadzie dla PAP Szczygieł zdradził, że chce napisać dwie książki: „Osobisty przewodnik po Pradze”oraz reportaż o grupie porywaczy z Dolnego Śląska, którzy w kwietniu 1982 roku porwali samolot PLL LOT i wylądowali w Berlinie Zachodnim na lotnisku Tempelhof.