Ostatnio dodane

Zmarł nestor polskiego dziennikarstwa sportowego

To on komentował słynny mecz siatkarzy Polska - ZSRR

Roman Paszkowski

Roman Paszkowski nie żyje. W tym roku skończyłby 98 lat. Zmarł w Katowicach. To on komentował choćby słynny mecz w siatkówce o złoty medal na igrzyskach w Montrealu w 1976 roku, Polska – ZSRR, wygrany przez Polskę 3:2.

– Z pamięcią u mnie coraz słabiej, ale tamten mecz ciągle gdzieś we mnie tkwi. O, nawet sobie przypominam, że decydujący punkt w piątym secie zdobyliśmy po ataku w aut Rosjanina. To był Władimir Czernyszew – opowiadał „Wyborczej” kilka lat temu.

Roman Paszkowski należał do najbardziej cenionych dziennikarzy i sprawozdawców sportowych Polskiego Radia. Od 1954 roku aż do emerytury na którą przeszedł w 1980 roku był sprawozdawcą, komentatorem i dziennikarzem Radia Katowice.

Razem z primadonną

Znał się na wielu dyscyplinach. W latach czterdziestych był koszykarzem Cracovii, AZS-u i Wisły Kraków, a radiową karierę zaczynał w Rozgłośni Polskiego Radia w Krakowie. Ciekawe, że był również wielokrotnym mistrzem świata dziennikarzy w tenisie.

– Jestem z pokolenia, które uprawiało różne sporty. Byłem reprezentantem Krakowa w piłce ręcznej, koszykówce i ping-pongu. Potem moim sportem numer jeden był już tenis. W Katowicach grywałem na kortach Baildonu przy ulicy Astrów. Kiedyś codziennie, potem dwa, trzy razy w tygodniu. Miałem tam blisko, bo długo mieszkałem na Plebiscytowej. Kilka razy zostałem mistrzem Polski dziennikarzy, w latach 80. dwa razy zdobyłem też mistrzostwo świata w swojej kategorii wiekowej – wspominał.

– To Roman Paszkowski mnie wymyślił! W 1977 roku zorganizował konkurs na sprawozdawcę sportowego. Konkurs miał siedem etapów, był bardzo trudny. Wcale nie dotyczył jedynie sportu, wymagał wiedzy ogólnej. Na jednym z etapów musiałem zrecenzować „Sceny z życia małżeńskiego” Ingmara Bergmanna. Udało mi wygrać ten konkurs, a następne dwa lata były dla mnie bardzo… trudne. Roman Paszkowski był pedantem, zapisywał najdrobniejsze uwagi, a potem rozliczał mnie z błędów. Bardzo wiele mi to dało, jestem mu za to wdzięczny. Podkreślał, że warto operować skrótem, nie należy „zagadywać” słuchacza. To był człowiek, który interesował się wszystkim. Kiedy wróciłem z Włoch, pytał, jak było w La Scali. Jego żoną była Natalia Stokowacka, primadonna Opery Śląskiej w Bytomiu – mówi Jerzy Góra, szef redakcji sportowej Radia Katowice.

Inteligentny i taktowny

– Ostatni z wielkich mistrzów, niezwykła postać mikrofonu – dodaje Henryk Grzonka, były prezes i redaktor naczelny Radia Katowice. – Cieszę się, że mogłem go poznać i wiele się od niego nauczyć. Był przedstawicielem „katowickiej szkoły sprawozdawczości”, którą stworzył inny wielki sprawozdawca Witold Dobrowolski. Chodziło w niej o to, że emocje, owszem, były ważne, ale sprawozdawcy nie wolno koloryzować, na siłę upiększać relacji. To był niezwykle inteligentny, bardzo taktowny człowiek, który świetnie potrafił przekazać uwagi, dzięki którym można było być lepszym. Do końca aktywny, codziennie schodził po schodach do kiosku po gazety. Miał poczucie humoru. Kiedy kilka miesięcy temu pytałem go jak zdrowie, odparł, że wszystko dobrze, ale od niedawna już wie, do czego służą poręcze – mówi Henryk Grzonka.