Ostatnio dodane

Odszedł Grzegorz Miecugow

„Ogromna klasa, inteligencja, poczucie humoru. Oddał życie pracy”

Grzegorz Miecugow

Jeden z ostatnich prawdziwych dziennikarzy, oddany swojej pracy, nie zadufany w swoją inteligencję ani nie wynoszący się nad rozmówcę. Inteligentny, wrażliwy człowiek, po odejściu którego zostanie wyrwa – tak ludzie mediów wspominają zmarłego w sobotę Grzegorza Miecugowa.

Grzegorz Miecugow urodził się 22 listopada 1955 roku w Krakowie, jego ojcem był krakowski dziennikarz Bruno Miecugow. Był absolwentem II Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie oraz Wydziału Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Karierę dziennikarską rozpoczynał w redakcji lokalnego warszawskiego radia. Od 1987 roku był członkiem, a następnie szefem programu „Zapraszamy do Trójki” w Programie III Polskiego Radia. Po odejściu z radia związał się z TVP, gdzie był m.in. prezenterem i wydawcą „Wiadomości”; później współtworzył TVN (od 1997 r.) i jeden z jego sztandarowych programów – „Fakty”. Początkowo prowadził jego weekendowe wydania. Od 2005 r. był jednym z gospodarzy „Szkła kontaktowego” w TVN24. W tej samej telewizji prowadził wywiady w programie „Inny Punkt Widzenia”. W 2001 roku – wspólnie z Martyną Wojciechowską – prowadził pierwszą polską edycję „Big Brothera” w TVN.

Od wielu lat walczył z chorobą nowotworową, ale pracował do ostatnich swoich dni.

Będzie brak, wyrwa

Justyna Pochanke, dziennikarka i prezenterka TVN i TVN24, mówi Wirtualnemedia.pl, że zupełnie nie była przygotowana na jego śmierć.

Są tacy ludzie – zawsze zdawałam sobie z tego sprawę – których brak nie jest po prostu nieobecnością, lecz czymś głębszym: jest wyrwą. W przypadku Grzegorza tak właśnie jest. Zawodowo był on obecny w moim życiu zawsze. Najpierw byłam jego słuchaczką, a potem – koleżanką z pracy. Grzesiek był rano, kiedy parzyłam kawę i był wieczorem, kiedy machaliśmy sobie ręką w garażu, gdy wyjeżdżałam z pracy. To jest ciągła obecność. A jednocześnie nie tylko ciągła, ale i istotna. W najważniejszych chwilach: od moich pierwszych momentów w telewizji, do końca. Ostatnia nasza rozmowa była o psach. Bo my rozmawialiśmy o wszystkim: o psach, o samochodach, pękniętych łękotkach… – opowiada Pochanke.

Zdaniem dziennikarki, Grzegorza Miecugowa można zamknąć w kilku określeniach. – Piekielnie inteligentny, oczytany, błyskotliwy, pracowity, wrażliwy, dowcipny. Ale pomyślałam sobie, że dla mnie był też niezwykłym dziennikarzem. Miał w sobie klasę i subtelność. Sprawiało to, że nie odczuwał potrzeby górowania nad rozmówca. To jest bardzo rzadkie w tym zawodzie, zwłaszcza, gdy ma się tak ogromną wiedzę i jest się niezwykle inteligentnym. To pokusa, której Grzegorz nigdy nie miał. Kiedy siadał do rozmowy z osobami wybitnymi – to był dla nich partnerem, a gdy rozmówcy byli mniej wybitni to nigdy nie dawał im tego odczuć. To rzadka, przepiękna cecha – której mu zazdroszczę. No i miał coś jeszcze, na co zawsze miałam wrażliwe ucho: głos. Jego głos to głos, którego się nie zapomina. Dla mnie głos jest rezonansem, echem charakteru. Grzesiek miał swój charakter w głosie: przede wszystkim był to głos bardzo ciepły, bardzo spokojny, bardzo pewny, a w drugim planie – zawsze pan usłyszał bardzo delikatny uśmiech. To głos, który dźwięczał w uszach cały czas – wspomina Pochanke.

Co teraz będzie? – Będzie brak, wyrwa. Będzie ona widoczna na korytarzach jeszcze wiele dni. Każdego z kolejnych, nadchodzących dni będziemy widzieli, jak bardzo go brak. Kiedy przychodziły nieoczekiwane, wielkie wydarzenia, sytuacje nadzwyczajne –zawsze był w nich Grzesiek. Kochał tę pracę i zawód – po prostu się urodził do bycia dziennikarzem. To jeden z ostatnich prawdziwych dziennikarzy, którzy jak mówią to myślą, a jak słuchają to słuchają z uwagą. Po tym człowieku było widać, że on wie, co robi i kocha to, co robi. Oddał tej pracy życie – ale nie poświęcił. W poświęceniu jest jakaś smutna rezygnacja z czegoś. On oddał jej życie, bo do końca oddawał się jej z ciekawością i z ochotą – dodaje Justyna Pochanke.

Spokój, opanowanie, klasa

Dla Anity Werner, dziennikarki TVN i TVN24, Grzegorz Miecugow był nauczycielem, przewodnikiem i autorytetem.

– Tak się złożyło, że towarzyszył mi od pierwszych chwil w TVN. Zanim trafiłam do TVN24 na rozmowę o pracę – dosłownie chwilę wcześniej – byłam też na castingu do programu w TVN. Na tym castingu byłam razem z Grzegorzem – wtedy poznałam go osobiście. Oczywiście było to dla mnie bardzo onieśmielające. Gdy byłam dzieckiem, informacje podawane w telewizji kojarzyły mi się przede wszystkim z Grzegorzem Miecugowem, który wtedy pracował w telewizji publicznej. A tu się okazuje, że spotykam osobę, która już wówczas była dla mnie marką, znakiem rozpoznawczym. Później, gdy dostałam się do TVN24, byłam dumna z tego, że mogę tę osobę mieć blisko, tuż obok siebie – opowiada Werner.

Grzegorz Miecugow towarzyszył dziennikarce także podczas jej pierwszego serwisu w TVN24, gdy stacja startowała. – Pracował wtedy w newsroomie jako wydawca. Razem pracowaliśmy przy wielu ważnych wydarzeniach, które relacjonowała TVN24. Kiedy umarł papież Jan Paweł II, zaczynałam dyżur zaraz po Grzegorzu. Miałam wtedy szansę podpatrywać „od kuchni” jego spokój, opanowanie, klasę i dziennikarską wrażliwość. Był fantastycznym nauczycielem, jedną z niewielu osób na początku mojej drogi w TVN24, które – niedoświadczonej, kompletnie zielonej osobie – poświęcały czas. Miał go dla mnie zawsze. Służył radą; potrafił skrytykować, ale i potrafił pochwalić. Przede wszystkim potrafił się jednak zainteresować. I nie było takiej sytuacji, żebyśmy przeszli obok siebie na korytarzu, nie zatrzymali się i nie porozmawiali. Gdy widziałam go gdzieś na horyzoncie, na końcu korytarza, wiedziałam, że usłyszę zaraz „Cześć Maleńka, co tam?” – dodaje.

We wspomnieniach Anity Werner każda rozmowa z Grzegorzem Miecugowem była „z jednej strony zwykła, lecz z drugiej – każda była intelektualnym wyzwaniem”. – Grzegorz był tak intelektualnie, mentalnie, wewnętrznie bogato złożony, że nawet z prostego „dzień dobry” mogło się za chwilę zrobić – „Ale czy na pewno to jest dobry dzień??”. I to już było zaproszenie do dalszej rozmowy. Dla mnie pozostanie nauczycielem i przewodnikiem – od pierwszych dni. To był człowiek do zadań specjalnych. Gdy trzeba było opowiedzieć ludziom o czymś trudnym, to robił to Grzegorz. Bo było wiadomo, że on się w tym odnajdzie – że jego kultura osobista, wiedza, takt i intuicja go nie zawiodą. Proszę pamiętać, że on był filozofem z wykształcenia. To wykształcenie i ta ciekawość świata… Plus jego zamyślona mina – on był człowiekiem, który myśli i przerabia w sobie świat. Co nie przeszkadzało mu mieć fantastyczne, cięte poczucie humoru i znajdować radość w spacerach z psem czy noszeniu kolorowych butów. No i jeszcze to, że w jego wnętrzu zawsze działo się coś mądrego, czego efekty było widać potem w pracy albo w kontaktach z ludźmi. Tak jak powiedziałam w Faktach: To brak, którego nie da się zapełnić. To wielkość, której nie da się opisać – wspomina Anita Werner.

Profesjonalizm przede wszystkim

Redaktor naczelny dziennika „Rzeczpospolita”, Bogusław Chrabota, ma wspomnienia związane ze zmarłym dziennikarzem z początku lat 90-tych. – Grzesiek, z którym miałem okazje pracować w TAI, był przede wszystkim profesjonalistą. Przekonywał o tym każdy z nim kontakt. Nie pamiętam, by miał w sobie coś z nicponia, czy dziennikarskiego buntownika, co go odróżniało od wielu kolegów. Już sam tembr jego głosu, tematy które go zajmowały, sposób prowadzenia dyskusji sugerowały, że każda rozmowa z nim będzie o czymś. Nie pamiętam, by pozwalał sobie też na jakieś grubiańskie żarty, za to potrafił i chyba lubił ironizować. Myślę, że jego prawdziwym żywiołem było radio. Telewizji chyba nie kochał i to paradoks, że właśnie dzięki niej zdobył popularność. Żałuję, że nie zdobył sobie mocniejszego miejsca w Faktach, królował w pasmach mniej eksponowanych. Był twarzą „Szklą kontaktowego” i odniósł z tym programem sukces, choć tajemnicą zostanie, ile go to kosztowało. Ile wypitych kaw, ile wypalonych papierosów, ile nieprzespanych nocy. To najtrudniejsza praca w dziennikarstwie telewizyjnym. Nie idzie w parze ze zdrowiem. Grzesiak chyba o tym nie myślał, a na pewno się tym nie przejmował – mówi nam Chrabota.

Urodzony mentor

Maciej Sojka, dyrektor zarządzający serwisu Showmax, który budował z Grzegorzem Miecugowem później TVN 24 – poznał go także w latach 90-tych. – Czyli długo przedtem, zanim razem trafiliśmy do TVN i do TVN24, pracowaliśmy wspólnie w „Wiadomościach”. Ja byłem początkującym dziennikarzem, on – już postacią znaną i moim mentorem. Wspominaliśmy właśnie dzisiaj z paroma osobami taką sytuację: miałem otóż przekonanie, że on był w jakiś szczególny sposób moim promotorem, tymczasem on po prostu starał się pomagać wszystkim. Ale każdy, kogo objął swoją opieką, miał wrażenie, że jest dla niego wyjątkowy i szczególny. To niezwykła cecha. Myślę, że Grzegorz był urodzonym mentorem. Nie ma wielu takich ludzi: prowadzących innych za rękę, starających się tłumaczyć, ale przy okazji robiących to z ogromną pasją. To główna cecha Grzegorza – z mojego punktu widzenia – mówi w rozmowie z portalem Wirtualnemedia.pl.

Jaki był to człowiek? – O nieprawdopodobnym wręcz poczuciu humoru. Był w stanie rozbawić każde towarzystwo mądrymi, inteligentnymi żartami. Do jakiegokolwiek środowiska wchodził – wszędzie był przyjmowany ciepło. Poza czysto zawodowymi kwestami, gdzie koś się z nim pokłócił – nie potrafię sobie przypomnieć, żeby ktoś się z nim gniewał na poważnie. Był to po prostu człowiek, którego ciężko było nie lubić: był to szalenie miły, ciepły człowiek. A z drugiej strony – ambitny dziennikarz, który chciał osiągnąć swoje cele. Gdy był pod presją, albo zawiódł się na kimś zawodowo – zdarzało mu się wybuchać, lecz były to krótkotrwałe, czysto zawodowe wybuchy. Nie był to człowiek maksymalnie opanowany – lecz nigdy nie robił tego tak, by zostawiło to po sobie jakiś niesmak. Po prostu chciał, by to, co robi, było absolutnie świetne. To też go wypalało. Był to człowiek, który całkowicie poświęcał się pracy. Wczoraj przyjąłem te wiadomość z szokiem: od kilku lat miałem z nim słaby kontakt. Lecz chwilę później pomyślałem: nie dziwię się z drugiej strony. Za to, jak pracował, jak się temu poświęcał, przyszło mu zapłacić wysoką cenę. I on ją zapłacił – dodaje Maciej Sojka.

Najważniejszy program w życiu

Edward Miszczak, dyrektor programowy TVN, wspominał Miecugowa na antenie TVN24. – Grzegorz to nie był rewolwerowiec, to nie był człowiek pierwszego planu. To był fundament, na którym się budowało. To był facet, na którym zostały zbudowane „Fakty”. Oczywiście „Fakty” miały swoich prowadzących, znanych dziennikarzy. Ale ten zespół, kiedy to wszystko startowało, scalał właśnie Grzegorz Miecugow. Kiedy natomiast w TVN pojawił się „Big Brother”, to tak naprawdę mierzyliśmy się z niezwykłą przygodą. Grzesiek zgodził się poprowadzić program, spróbować upublicystycznić tego kolosa – opisuje Miszczak.

– W życiu zawodowym Grześka, gdzieś między „Innym punktem widzenia” a „Szkłem kontaktowym”, było miejsce na ironię, dowcip, na długie i głębokie pytanie oraz pokazanie sprawy inaczej. Myśleliśmy, że „Szkoło kontaktowe” to jest program na chwilę. Dzisiaj takie programy są największym wyzwaniem. Można być uściskanym przez widzów, ale można usłyszeć też cierpkie słowa. Trzeba przyjść wieczorem do studia, zmierzyć się z poglądami widzów, odpowiednio spointować, przerwać we właściwym momencie. Grzesiu mi mówił: „Stary, taka robota”. To był chyba najważniejszy program w życiu Grzegorza – wspomina Edward Miszczak.

Grzegorz Miecugow zmarł w sobotę, tuż przed godziną 15.