Program wsparcia dla mediów lokalnych ruszy za kilka tygodni. Jednak w konkursie organizowanym przez resort kultury nie wezmą udziału serwisy internetowe oraz radia i telewizje działające tylko online. Nie uwzględniono ich we wstępnych założeniach projektu. – Media elektroniczne nie są gorsze – mówi przedstawiciel Jawnego Lublina.
Konsultacje w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego z wydawcami lokalnymi ruszą już 12 stycznia. We wstępnych założeniach pilotażu programu „Bliska kultura”, w ramach którego ma zostać rozdzielonych 10 mln złotych, nie uwzględniono jednak serwisów internetowych oraz internetowej telewizji i radia.
Zapytaliśmy o to kilku wydawców portali oraz ludzi odpowiedzialnych za lokalne telewizje oraz radiostacje.
Jarosław Jędrkowiak to wydawca lokalnego wielkopolskiego portalu Gostyn24.pl, działającego od prawie 20 lat. Strona ma średnio 200 tysięcy użytkowników w miesiącu. Serwis nie załapie się jednak na dotacje z resortu kultury.
– Dziwi mnie, że w założeniach programu nie ujęto portali. Bo to właśnie lokalne serwisy, takie jak Gostyn24 stały się dziś głównym źródłem informacji dla większości mieszkańców. Prasa papierowa czasy świetności ma już za sobą, co widać po zamykaniu się gazet, które z powodzeniem działały przez ostatnie lata. Zmieniła się też rola lokalnych dziennikarzy – mówi Jarosław Jędrkowiak w rozmowie z Wirtualnemedia.pl.
Jak dodaje, lokalne portale nie mają łatwego zadania. Serwis odchodzi od relacjonowania wszystkiego i za wszelką cenę, aby tylko być pierwszym.
– Koszty z tym związane są ogromne, a organizator i tak wrzuci szybciej selfie, filmiki, albo sto fotek, do mediów społecznościowych. Uważam, że rolą lokalnych portali jest dziś skupienie się na tym co społecznie ważne i uzasadnione. Bo jak wiadomo „samorządówki” to czysta propaganda, a social media pełne są fake newsów” i dezinformacji – ocenia wydawca gostyn24.pl
Wydawca JawnyLublin.pl: media elektroniczne nie są gorsze
Również Krzysztof Jakubowski, założyciel i wydawca portalu jawnylublin.pl, uważa brak wsparcia z resortu kultury za niefortunny.
– Mam nadzieję, że to dopiero wstępny zarys programu „Bliska kultura” i portale się w nim pojawią. Miał być skierowany do wszystkich mediów lokalnych, a pojawiają się ograniczenia. Media elektroniczne nie są gorsze. Jawnylublin.pl generuje duży koszt i uważam brak wsparcia za niefortunny – ocenia lubelski wydawca.
Krzysztof Jakubowski zwraca uwagę, że czytelnicy przenoszą się do internetu, a prasa papierowa nie ma szans w walce na aktualne informacje. – Prasa drukowana zanika, tylko ostatnio zamknęło się kilka tytułów. Także duże wydawnictwa, np. Polska Press, ograniczają wydania papierowe. Jeżeli rząd chce pomóc prasie drukowanej, to warto na przykład obniżyć VAT – podkreśla.
Wydawca z Elbląga: nigdy nie wchodziliśmy w papier, bo to ślepa uliczka
Włodzimierz Gęsicki, wydawca portEl.pl z Elbląg: – Brak słów. Od 25 lat mamy zarejestrowany tytuł prasowy w sądzie. Wydajemy od początku wyłącznie gazetę internetową. Nigdy nie wchodziliśmy w papier, bo to ślepa uliczka. Bez wątpienia przekazywanie informacji przeniosło się z papieru do internetu, z tym nie ma co walczyć
Gęsicki ocenia, że nawet dwa razy wyższa kwota nie pomoże mediom lokalnym.
– Nawet zakładając, że 10 mln to tylko pilotaż i pomocą nie zostaną objęte portale internetowe, ten program to jałmużna. Nawet jeśli będzie 20 mln, to w przeliczeniu na wydawnictwo da, według moich obliczeń, parę tysięcy złotych. To nie zapewni żadnej z gazet lokalnych komfortu wydawniczego – ocenia.
Podkreśla, że od 1 stycznia wzrasta pensja minimalna oraz składki ZUS i planowane wsparcie nie zrekompensuje nawet podwyższonych kosztów wydawania gazet. – Minister Cienkowska głosi hasła o znaczeniu mediów lokalnych dla rozwoju demokracji i lokalnych społeczności, jednak ten program ma wymiar wyłącznie symboliczny – dodaje.
Zdaniem Gęsickiego „jedyne rozsądne rozwiązanie” nie wymaga ustaw, narad, opracowanych miesiącami programów, tylko jednego prostego rozporządzenia.
– Ministerstwa na programy promocyjne wydają łącznie setki milionów złotych. Wystarczy zarządzić, by określony procent z tej kwoty był przeznaczany dla mediów lokalnych. Obecnie są one całkowicie pomijane w tych kampaniach – proponuje wydawca z Elbląga.
– To my lepiej wiemy, gdy chodzi na przykład o profilaktykę nowotworów, gdzie jest w Elblągu odpowiednia przychodnia, w jakich godzinach pracuje. Możemy zrobić wywiad z pracującym tam lekarzem, opublikować fotoreportaż lub rolkę zachęcającą pacjenta do badań profilaktycznych w tym konkretnym miejscu w naszym mieście. Skuteczność takich lokalnych kampanii byłaby zdecydowanie większa, niż tych prowadzonych centralnie – tłumaczy Włodzimierz Gęsicki.
Wydawca ze Świdnicy: to śmieszna kwota
Na brak zrozumienia lokalnej specyfiki zwraca uwagę Marek Kowalski, wydawca portalu Swidnica24.pl.
– Trudno to nawet skomentować, skoro braliśmy udział w konsultacjach, a w ostatniej chwili usunięto zapis o likwidacji samorządówek. Rozgrywki polityczne są w samej Koalicji Obywatelskiej. Donald Tusk w 2022 roku mówił, że jest za likwidacją samorządówek. Sam rozmawiałem z minister Cienkowską, która przyznała, że przyczyna była polityczna – przypomina swoją głośną rozmowę.
– Prowadzę portal 10 lat. Mamy kilkanaście tekstów dziennie na temat powiatu. Mieszkańcy często sami zgłaszają tematy, jesteśmy dla nich czasem ostatnią deską ratunku – wyjaśnia.
Kowalski zgadza się z tym, że zmierzch prasy drukowanej o takim znaczeniu, jakie miała jeszcze nawet przed pandemią, jest nieuchronny. Ale dziwi go brak realnego wsparcia z Warszawy dla mediów lokalnych.
– Papier powoli zmierza ku końcowi. Przepływ informacji w XXI wieku jest całkiem inny. Podana dziś, dziś zjedzona, informacja na drugi dzień jest już nieświeża. Dziwią mnie te zapisy w programie Ministerstwa Kultury, który ma być doraźnym wsparciem dla mediów lokalnych. Mówimy o prasie, jakby ktoś nie wiedział, że kiedyś się ona w tej formie – drukowanej – skończy. Poza tym przeznaczona na program ministerstwa kwota jest śmieszna. Politycy co innego deklarują, co innego widzimy na co dzień. Niezależne media lokalne, dociekliwe, zadające pytania, są dla nich po prostu niewygodne tak jak dla samorządowców – ocenia.
Pstrong: poziom kosztów telewizji lokalnych jest wysoki
Jest i głos z drugiej strony. Krzysztof Pstrong to prezes Fundacji Fundusz Telewizji Lokalnych, obejmującej stacje, które mają koncesję na nadawanie przyznaną przez KRRiT. Pstrong pozytywnie ocenia deklarowane wsparcie z MKiDN. Wyjaśnia te, co różni te stacje, od tych, które koncesji nie mają i nie dostaną środków z ministerstwa.
– Wsparcie będzie realizowane dla tych mediów, które działają w sposób certyfikowany i na rzecz państwa. Mają szereg obowiązków wynikających z prawa. Realizują misję publiczną, a nie mają dostępu do rynku reklam – mówi Krzysztof Pstrong, który uważa, że poziom kosztów telewizji lokalnej jest o wiele wyższy niż mediów działających w internecie.
– Dziennikarze robią materiały w terenie, które trzeba obrobić, zachować rygory wynikające z koncesji. Materiały telewizji lokalnych są obiektywne, transparentne i rzetelne – tłumaczy.
– To małe polskie rodzinne firmy, na terenie miasta, gminy, powiatu. Te stacje są szczególnie ważne dla osób wykluczonych, które nie korzystają z intenetu, w takim stopniu jak inni. To ludzie starsi, chorzy czy niepełnosprawni – dodaje.
Jednocześnie Krzysztof Pstrong przyznaje, że choć środki są małe, to jako pierwszy krok należy go ocenić pozytywnie.
– To bardzo dobra informacja. Dofinansowanie jest małe, bo mamy około 150 lokalnych, koncesjonowanych stacji telewizyjnych. A część z nich jest w bardzo złej kondycji finansowej. Ich rola w promowaniu samorządności i demokracji lokalnej jest bardzo duża – mówi Krzysztof Pstrong.
Wymienia stacje, które pojawiają się jako zwycięzcy konkursu „To nas dotyczy”, organizowanego przez jego fundację. To takie telewizje jak TV Toya z Łodzi, WTK z Poznania, TV Asta z Piły, Pro-Art z Ostrowa Wielkopolskiego czy Twoja Telewizja Morska z Wejherowa.
Prezes Radia Bielsko: prowadzenie stacji radiowej jest dość drogie
Z kolei brak wsparcia dla internetowych radiostacji tłumaczy Jerzy Handzlik, prezes Radia Bielsko. Jego zdaniem lokalne stacje radiowe z koncesją pełnią ważną rolę. Podaje przykład blackoutu w Hiszpanii.
– Jest duża różnica między redakcją, która publikuje coś na YouTube czy Facebooku, ale nie ma zasięgu na falach FM czy DAB. Żeby nadawać na falach, trzeba posiadać koncesję, zostać zweryfikowanym. W kwietniu 2025 roku w Hiszpanii w czasie blackoutu internet też nie działał, a radia nadawały bez przerwy – tłumaczy w rozmowie z Wirtualnemedia.pl.
Sam ocenia pozytywnie deklarowane wsparcie dla lokalnych mediów. – To pierwszy, sympatyczny krok. Prowadzenie stacji radiowej jest jednak dość drogie. Za 10 mln złotych nie zmieni się mediów lokalnych w Polsce, biorąc pod uwagę 200 stacji radiowych – zaznacza.
Jerzy Handzlik łącznie prowadzi pięć stacji, w tym Radio Bielsko, które ma około pół miliona słuchaczy. Na wsparcie z resortu kultury może liczyć jeszcze Radio Express, które ma około 200 tysięcy słuchaczy.
– Zajmujemy się wszystkim, co jest lokalne. Wiadomości krajowe czy ze świata są dla nas na ostatnim miejscu, chyba że wybuchnie wojna czy są wybory prezydenta kraju – opowiada o profilach swoich głównych stacji.
– Potrafimy wygrać ze stacjami ogólnopolskimi w liczbie wiadomości z naszego miasta. Sami trafiamy na ogólnopolskie anteny tylko w takich przypadkach jak za dwa tygodnie, gdy Bielsko-Biała będzie pierwszą Polską Stolicą Kultury – dodaje nasz rozmówca.
Jerzy Handzlik prowadzi jeszcze Radio Nuta, Radio Mega i Radio Disco, których można słuchać w systemie DAB+ w kilkunastu miastach. Łącznie pięć wymienionych stacji ma około milion słuchaczy.