„Kolega Andrzej #Poczobut pisze z białoruskiego więzienia, by »jak największa liczba osób« wiedziała o jego »wdzięczności za pamięć o nim«. Nie trzeba umieć czytać między wierszami, by poczuć wagę tych słów. Pamiętajmy, mówmy i piszmy o Poczobucie. Jesteśmy do tego zobowiązani” – stwierdziła na Twitterze Wiktoria Bieliaszyn z „Gazety Wyborczej”.
Więziony dziennikarz w liście do bliskich wspomniał też, że w więzieniu „nagle postanowili dać mu szczęśliwe życie”.
– Andrzej używa też w liście niezrozumiałego grypsu – mówi Jerzy Jurecki, wydawca „Tygodnika Podhalańskiego” i przyjaciel więzionego dziennikarza. I dodaje: – Nie wspomina jednak o żadnych szczegółach, bo jeśliby to zrobił, to list nie zostałby przekazany. Z tego płyną więc niedobre informacje. Pewnie wymyślono coś, żeby dokuczyć mu jeszcze bardziej niż dotychczas – stwierdza Jurecki.
Wcześniej niezależna białoruska dziennikarka Hanna Liubiakowa podkreślała, że Poczobut przez tydzień był przetrzymywany w izolatce. „Reżim wciąż go upokarza. Martwią mnie warunki panujące w więzieniu” – napisała dziennikarka na Twitterze.
Jak stwierdza Jerzy Jurecki, w sprawie Andrzeja Poczobuta trzeba mocniej naciskać na polskie władze. – Należy użyć sposobów, których używa świat. Jeśli chce się kogoś wyciągnąć z więzienia, to np. wymienia się go na kogoś innego. Polska ma możliwości, żeby oddziaływać na władze białoruskie w bardziej radykalny sposób niż dotychczas – mówi Jurecki.
Na początku lutego Andrzej Poczobut został skazany na osiem lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Był oskarżony m.in. o nawoływanie do sankcji przeciwko Białorusi i o podżeganie do niepokojów społecznych. Dziennikarz złożył apelację od wyroku białoruskiego sądu.