Z TERESĄ SEMIK, dziennikarką i publicystką, autorką książki
Zabiorę twoje łzy. Sądowa historii pacyfikacji kopalni Wujek,
rozmawia MAREK MIERZWIAK
- Przypomnę może, że pacyfikacja katowickiej kopali „Wujek” rozpoczęła się 16 grudnia 1981 roku. Górnicy strajkując na terenie swojego zakładu żądali zniesienia stanu wojennego, uwolnienia wszystkich internowanych i wypuszczenia z aresztu przewodniczącego “Solidarności” Jana Ludwiczaka. Do głównego uderzenia użyto: 5 kompanii ZOMO (Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej), 2 kompanie ORMO (Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej), l kompanię NOMO (Nieetatowe Oddziały Milicji Obywatelskiej), 7 armatek wodnych, a ponadto 3 kompanie po 10 bojowych wozów piechoty i l kompanię czołgów. Dodatkowo do dyspozycji dowódcy pozostawiono pluton specjalny ZOMO dowodzony przez chorążego Romualda Cieślaka. Jeśli kompania liczy od 60 do 110 żołnierzy, podoficerów i oficerów, to możemy w przybliżeniu powiedzieć, że strajkujących górników atakowało około 1000 osób. Uzbrojonych, wyćwiczonych, zdeterminowanych, bo mówiono im, że górnicy tylko czekają, żeby ich zabić. W trakcie walki zginęło 9 górników: Jan Stawisiński, Joachim Gnida, Józef Czekalski, Krzysztof Giza, Ryszard Gzik, Bogusław Kopczak, Andrzej Pełka, Zbigniew Wilk, Zenon Zając, a 21 zostało rannych. Rannych zostało również 41 milicjantów i żołnierzy, w tym 11 ciężko.
Po pacyfikacji kopalni Służba Bezpieczeństwa zatrzymała 7 osób, które zostały oskarżone o organizowanie i kierowanie strajkiem w kopalni. 20 stycznia 1982 Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach umorzyła śledztwo w sprawie śmierci górników stwierdzając równocześnie, że milicjanci z plutonu specjalnego działali w warunkach obrony koniecznej i użyli broni zgodnie z przepisami. Niecały miesiąc później sąd Śląskiego Okręgu Wojskowego ogłosił wyrok na przywódców górniczego strajku: Stanisław Płatek skazany został na 4 lata, Jerzy Wartak na 3,5 roku, Adam Skwira i Marian Głuch zostali skazani na 3 lata więzienia, natomiast 4 osoby zostały uniewinnione.
Prawie 10 lat po tych tragicznych wydarzeniach rozpoczął się proces milicjantów, którzy strzelali do górników z kopalni “Wujek”. 21 grudnia 1991 prokurator skierował do sądu akt oskarżenia przeciwko 24 osobom związanym z pacyfikacją kopalni. Byliśmy na tej pierwszej rozprawie i przez prawie 6 lat obserwowaliśmy to, co działo się w największej sali Sądu Okręgowego. Pisałaś później relacje z procesu w Dzienniku Zachodnim, ja mówiłem o tym słuchaczom Radia Katowice.
- Co myślałaś, kiedy w “wolnej Polsce” rozpoczynał się ten akt sprawiedliwości dziejowej?
- Wydawało mi się od samego początku, że to nie będzie łatwy proces. Że to nic jest materiał dowodowy, który pozwoli prosto i jasno stwierdzić kto jest winien, a kto nie. Myślałam, wbrew temu co mówił śp. mec. Leszek Piotrowski, że to nie będzie “krótka historia o zabijaniu”.
- Patrzyłaś na to jako absolwentka prawa Uniwersytetu Śląskiego. Więcej było u ciebie racjonalizmu w myśleniu niż emocji?
- Chyba tak. Ten proces był skomplikowany z kilku powodów. Po pierwsze, wydarzenia te zdarzyły się wiele lat wcześniej. Uczestniczyły w nich setki osób. Materiał dowodowy został skrupulatnie zniszczony zaraz po tej tragedii. Tutaj nie było bezpośredniego dowodu na to, kto strzelał do górników z “Wujka” i z jakiego egzemplarza broni. To z góry właściwie określało, że proces nie ma szans ani szybko się skończyć, ani że będzie łatwy, ani że będzie sprawiedliwy. To znaczy taki, który ukarze winnych i da jakieś zadośćuczynienie osobom pokrzywdzonym.
- Sąd opierał się głównie na zeznaniach świadków. Było ich mnóstwo. Jeśli dobrze pamiętam, przesłuchano ponad 300 osób.
- Dowód z zeznań świadków zawsze jest obarczony jakimiś nieścisłościami, bo pamięć ludzka jest ulotna. Poza tym to wszystko działo się w ogromnych emocjach. Po obu stronach. W związku z tym pewne rzeczy inaczej się zapamiętuje i potem inaczej relacjonuje. Po jakimś czasie wychodziło na to, że ci świadkowie już nie bardzo byli pewni, czy byli świadkami pewnych wydarzeń, czy tylko czytali o nich w gazetach, względnie obejrzeli je w telewizji. Z biegiem czasu ocena ich zeznań też wymagała ostrożności procesowych.
- W czasie tego procesu wielokrotnie świadkowie mówili o tym, że widzieli też żołnierzy, ba! nawet padała ranga – kapitan wojska polskiego – którzy też mieli strzelać do strajkujących górników. Prokuratura jednak nie podnosiła tego wątku.

Teresa Semik
- To było traktowane jako pewien wątek poboczny i -jak mówili górnicy – było zrzucaniem odpowiedzialności z zomowców. Ale dwunastu świadków widziało strzelającego oficera. I to mówili świadkowie ze strony górników oraz zomowców. No, czy aż tyle osób miało zwidy? Coś może musiało być na rzeczy. Przecież jeden górnik zapewniał, iż widział karabin maszynowy w okolicach ogrodzenia. Oczywiście to były jednostkowe spostrzeżenia, ale że ten oficer wojska strzelał, to dla mnie jest dosyć jednoznaczne. To jest kopalnia “Wujek”. A w kopalni “Manifest Lipcowy” jest taka historia: komisarz wojskowy tej kopalni, z okien biurowca dyrekcji oglądał przebieg wydarzeń z wysokości drugiego piętra. Miał znakomite pole widzenia. I on mówił wyraźnie, że widział jak z czołgu, który zawisł na tym oblodzonym żelastwie, oddano strzały z karabinu maszynowego. Tam nie było ofiar, ale inny oficer wojska, też dowódca pułku zmechanizowanego, który atakował kopalnie rybnickie, twierdził, że sprawdził stan amunicji. I amunicji nie brakowało. To są jednak poboczne historie, nie wyjaśnione do końca.
- Prokuratura nie pokusiła się o jakąś szerszą ocenę tych wydarzeń. Przede wszystkim skorzystała z tego, na czym oparto się w prokuraturze garnizonowej w roku 1981.
- No właśnie, a tam wyłącznie wśród osób branych pod uwagę, które użyły broni przeciwko górnikom, był tylko pluton specjalny. Czyli mówiąc krótko, to przełożeni tego plutonu specjalnego stwierdzili, że żadna inna formacja nie strzelała w 81 roku. l prokuratura w dużej mierze oparła się na tamtych aktach prokuratury wojskowej z końca 1981 i początku 1982 roku. W postanowieniu o umorzeniu sprawy jasno i wyraźnie powiedziano, że strzelali funkcjonariusze plutonu specjalnego, ale z racji tego, że nie da się przypisać konkretnego egzemplarza do konkretnego strzelca, nie można wskazać sprawców.
- Czyli odpowiedzialność zbiorowa?
- To oczywiste.
-Ale oskarżeni za bardzo nie przejmowali się tym, co dzieje się na sali sądowej. Pamiętam, że czasami doskonale się bawili opowiadając sobie różne historyjki, czytali “Nie”, łuszczyli słonecznik…
- Spali… Bo wiedzieli, że czas działa na ich korzyść. Ale też jak rozmawiałam z jednym z nich, po którejś rozprawie, to on już nie był taki bohater jak na sali sądowej. Wtedy mi powiedział, że życie rodzinne im się kompletnie rozwaliło. Są rozbite rodziny, było wyrzucanie z pracy. Przegrali wszystko przez ten proces. Bo im obiecano po tym 81 roku, że zniszczone zostaną wszystkie dokumenty. A tak się nie stało. Oni byli zszokowani, że tyle dokumentów jest, między innymi te ich raporty, w których przyznawali, że mieli broń i strzelali w kopalni. A gdyby zniszczono akta prokuratury wojskowej? Zobacz, ile zniszczono dokumentów w samym ZOMO. Przecież zaginęła nagle książka wydań broni. Zaginęły kartki z wpisami do dziennika sztabowego, akurat z dni od 16 do 17 grudnia. Czyli wynikało z tego, że oni robili wszystko, żeby jakoś pozacierać za sobą ślady.
- Potem to przestrzeliwanie broni.
- To wyłącznie świadczy o tym, że chcieli “zamataczyć”… Nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że tylko po to przestrzeliwali broń.
- Nie chcieli z nami rozmawiać, uciekali zaraz po rozprawach, w ogóle nie odzywali się i nie rozmawiali przy dziennikarzach.
- Bo taką przyjęli linię obrony. Bardzo zresztą skuteczną. Przez dwa procesy świetnie się ślizgali i liczyli na to, że będzie przedawnienie. Byli przekonani, że nie ma dowodów, że zostały zniszczone. Ktoś im już w tym 82 roku podpowiedział taką linię obrony. I tego przez lata się trzymali. To, że oni brali broń w trybie alarmowym, podnosili już w śledztwie prokuratorów wojskowych. Ja nie byłam w wojsku, ale usiłuję zrozumieć, że idzie oto oddział specjalny na jakąś akcję i każdy z nich ma nie swój egzemplarz broni. Toż to bzdura, ale nie sądzę, że oni to sami wymyślili.
- Przez dwa procesy wierzono im. W roku 2005 zadzwoniłem do generała Czesława Kiszczaka pytając czy zgodzi się na rozmowę. Na początku powiedział: niech pan przyjedzie. Ale kiedy już przyjechałem do Warszawy i siedzieliśmy w jego domu, nagle zmienił zdanie. Nie chciał słuchać pytań, które miałem mu zadać, a tym bardziej nie chciał odpowiadać i opowiadać o tym, co się w Katowicach stało. Generał, w niebieskich bamboszach, mówił mi za to, jak mu mieszkanie okradli z cennych zegarów i obrazów.
- Im trudno przyznać się do błędu. Jeżeli chodzi o Kiszczaka, to wystarczyłoby, żeby powiedział przepraszam. Nikt nie chce go już wsadzać do więzienia. Natomiast, jeśli chodzi o zomowców, to ja na nich patrzyłam ze zdumieniem, na ich solidarność. No, masz pojęcie; oto siedzisz 15 lat na ławie oskarżonych, a wiadomo, że nie strzeliłeś, że nie wyjąłeś nawet broni. Siedzisz z solidarności z kolegami… Pokaż mi, gdzie masz taką solidarność…
- W grupie przestępczej.
- No właśnie.
- Od 30 października 2001 roku trwał drugi proces. Sąd Okręgowy wydał wyrok uniewinniający z konkluzją, że materiał dowodowy nie dał jednoznacznej odpowiedzi, kto był winny śmierci górników. Sąd Apelacyjny w Katowicach uchylił ten wyrok zarzucając sędziom, że niedostatecznie przeanalizowali ważny dowód – tak zwany “Raport taterników”.
- Pisałam otwarcie w gazecie, że im nie ufam.
- Dlaczego?
- Z wielu powodów. Po pierwsze – Jacek Jawor-ski, Ryszard Szafirski i Janusz Hierzyk byli dorosłymi ludźmi i doskonale wiedzieli, co należy zrobić z prawdą o jakimś przestępstwie. Po drugie, to ludzie z ich szeregów, bo Jaworski przecież był członkiem plutonu specjalnego w Krakowie. Ale trzecia najważniejsza sprawa, to ta, że cała trójka została odtrącona przez środowisko z Zakopanego. Przez taterników właśnie, za to szkolenie zomowców. Bo z zomowcami nikt się wówczas nie bratał, nie rozmawiał z nimi, a oni zorganizowali dla nich szkolenie i w wielkiej komitywie pili razem wódkę. Zostali przez środowisko uznani za konfidentów. A czwarta sprawa to ta, że nie wierzę w raporty taterników.
- Że one były? Jacek Jaworski w reportażu, który zrobiłem wspólnie z Anną Sekudewicz bardzo dokładnie o nich mówił. Kiedy zostały napisane i do kogo miały trafić.
- Jestem przekonana, że nigdy ich nie było. Żadna z osób, do których one miały trafić, już nie żyła. Taki dziwny zbieg okoliczności… Ostatni raport miał dotrzeć do księdza gdzieś tam na Podhalu w grudniu 82 roku. Najważniejszym świadkiem był tutaj Janusz Onyszkiewicz, do którego Hierzyk dotarł z informacją o taternikach, a było to nie wcześniej niż w 83 roku, dlatego że Onyszkiewicz przedtem siedział. Jak Hierzyk zapytał go wówczas, co z tą wiedzą należy zrobić, on powiedział, że dobrze byłoby ją spisać. Czyli raporty nie mogły być spisane w 1982 roku.
- Zatem – według ciebie – Wallenrodami oni nie byli?
- Chcieli się zrehabilitować w swoim środowisku taternickim i ja to rozumiem. Tylko niech nie grają wielkich bohaterów, bo jest to dla mnie wszystko zafałszowane. Ich raporty to mit.
- Ale jednak sąd im uwierzył i wymierzył kary więzienia dla członków plutonu specjalnego.
- Istotne było tylko to, co oni mówili jako świadkowie. Co zapamiętali. Tak naprawdę sąd potrzebował jednego dowodu – kto dał sygnał do strzału. I Jaworski im dał ten dowód mówiąc, że Walerek (tak mówiono na dowódcę plutonu – Romualda Cieślaka) strzelił pierwszy i powiedział: “Pieprzyć dziadów, walimy”. To jest ten dowód, który dał Jaworski na to, że zomowcy strzelali do górników. Czy tak było? Można tylko stwierdzić, że skoro Jaworski był jednym z nich, to oni mu zaufali mówiąc o wszystkim. Mogli się otworzyć, ale nie wierzę w to…
- Przy wódce, ogromnie zmęczeni po wędrówce górskiej opowiadali sobie wszystko, chwalili się, jak to faceci, jak kowboje.
- Ale kto to mówił? On już nic żyje, Andrzej Rau, stary kawaler “jaja” sobie robił na całego. Z całego procesu, najweselszy facet na tej ławie oskarżonych.
- No i co, on wymyślił, że strzelali w łeb i na komorę, żeby zabić?
- No tak może sobie mówili… I jeszcze jeden dowód przeciwko Jaworskiemu. Był wezwany na świadka Krzeptowski, nic pomnę imienia, chyba Jan, który był szefem schroniska i powiedział, że żadnych imprez alkoholowych wtedy nie było. Nic.
- A jednak, powtarzam, sąd dał wiarę ich zeznaniom.
Trzeci skład orzekający uwierzył, że Jaworski mówi prawdę, twierdząc, że Cieślak powiedział: “walimy”. Na małej przestrzeni było ze dwustu chłopów, no to wiesz, jak on musiał krzyczeć, żeby go usłyszeli tamci? No chyba, że powiedział do dwóch, trzech, którzy byli obok… To mógł powiedzieć. Ale żeby wszyscy słyszeli?
- O tym wszystkim, o swoich przemyśleniach i wątpliwościach piszesz w książce. Opisane są procesy, ale opisujesz też ludzi, którzy bezpośrednio i pośrednio byli w tej tragicznej historii. Przypominasz Jana Drucia, działacza Solidarności z Chorzowa, którego wcie|ono do ZOMO. Pod kopalnią “Wujek” odmówił wykonania rozkazu, czyli ochraniania pojazdu służbowego i oddalił się z miejsca, gdzie pojazd był zaparkowany. Został skazany na rok więzienia. Czyli można było powiedzieć: nie! A opowieść o matce zastrzelonego Jana Stawisińskiego, która przyjeżdżała z Koszalina na każdą rozprawę...
- Dla mnie pani Janina Stawisińska była taką osobą, która wszystkich mobilizowała i uczyła pokory. Jak już nikomu nie chciało się przychodzić na ten proces i zadawano sobie pytanie: komu jest to jeszcze potrzebne? Ja widziałam ją, która-jak powiedziałeś – była na każdej rozprawie, siedząc godzinami na tej twardej ławce. Tak sobie wówczas myślałam: może jednak trzeba uczestniczyć w rozprawach. Pani Janina jest taką moją bohaterką, która przewija się przez karty tej książki. Jej syn, kiedy go zabito, miał 22 lata. To jest zaskakujące, ale nikt nie wie, co robił Janek w momencie kiedy dostał w głowę? Kto go podniósł z ziemi? Kto go zawiózł do szpitala w Szopienicach? To samo dotyczy Andrzeja Peł-ki, Bogusława Kopczaka, wszystkich pozostałych. Jedynie koledzy widzieli jak padli Józef Czekalski i Zbigniew Wilk.
- Był tam taki wir, tumult, że ludzie nie wiedzieli co się dzieje?
- Tak, poza tym wszystko było strasznie zadymione. Wielu ludzi na niewyobrażalnie małej przestrzeni. Bo tam naprawdę jest mało miejsca, żeby się zmieściły dwie kompanie ZOMO i tutaj wersje są takie – od 300 do nawet 1000 górników. No niechby ich było 500 to jest masa ludzi. I jeszcze resztki po dwóch barykadach, rozrzucone lutnie… Tam było piekło.
- Niedawno sąd skazał twórców stanu wojennego czytając w sentencji, że WRON była związkiem zbrojnym o charakterze przestępczym, działającą dla osobistych korzyści na szkodę Polski i Polaków. Jak oceniasz to, co powiedział generał Wojciech Jaruzelski, że on by jeszcze raz to zrobił, czyli wprowadziłby stan wojenny.
- Powiem ci szczerze, że to mnie nieprawdopodobnie zdumiało. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że dobrze, iż napisałam tę książkę, bo to znaczy, że on albo bredzi, albo niczego nie zrozumiał. No bo jak można w 30 lat później powiedzieć, że on by się zgodził na stan wojenny, na zamykanie ludzi, na zabijanie, na te wszystkie upokorzenia, te okropieństwa, które nie były potrzebne.
- Ale oni przygotowywali stan wojenny kiedy tylko powstała “Solidarność”.
- Po co były te tysiące internowanych, strzelanie do ludzi, upokorzenie narodu. To mnie, powiem szczerze, rozwścieczyło. Jest jeszcze drugi powód, dla którego napisałam tę książkę. Oczywiście są głosy, że o stanie wojennym powinni wypowiadać się historycy. Aja mówię, owszem, proszę bardzo, niech się wypowiadają historycy, ale to nie historycy oceniali stan wojenny, tak rozstrzygająco jednoznacznie, jak właśnie prawnicy, poprzez pryzmat obowiązującego wtedy prawa. Jasno i czytelnie, kto złamał prawo, a kto go nie złamał. Gdzie była granica między obroną konieczną, gdzie jej po prostu nie było. Jeżeli dzisiaj jeszcze, ileś tam procent ludzi mówi, 50 na 50, że uważa za słuszne wprowadzanie stanu wojenny, to tak sobie pomyślałam, że to jednak dobrze, że napisałam tę książkę, że może pokażę ludzi, którzy zostali wciągnięci w wir tych wydarzeń. Ci, co zginęli, to nie byli żadni wybitni działacze, którzy z jakąś przekorą przystępowali do tego strajku, którzy w ogóle chcieli tego strajku. Oni strajkowali dlatego, że wymagała tego od nich solidarność górnicza. Że jak wszyscy, to wszyscy. Bo jak oni by później spojrzeli kolegom w oczy. Wcale nie chcieli być w tym wirze wydarzeń. Ale stan wojenny pożarł wszystko naokoło i ich też.
-Ty, jako prawnik, dzisiaj możesz powiedzieć, że złamano prawo wówczas w ilu miejscach?
- Złamano prawo wprowadzając stan wojenny decyzją Rady Państwa, gdy obradował sejm i to tylko on mógł podjąć decyzje o wprowadzeniu stanu wojennego na terenie całej Polski albo na określonym obszarze. Druga sprawa – dekrety o stanie wojennym, tak naprawdę ukazały się 17 grudnia. Czyli 16. strajki były legalne. Po trzecie, nawet – trzymając się tych nielegalnych jeszcze przepisów prawa, nieobowiązujących – podkreślam – przepisów, udział w strajku był traktowany jako występek. Przestępstwa dzielimy na występki i zbrodnie. Występki są zagrożone karą do trzech lat, a przestępstwa od trzech w górę. I jeżeli tamto prawo mówiło, że występkiem jest strajkowanie, to przeciwko występkowi, co znaczy – osobom, które popełniają występek, kieruje się tysiąc żołnierzy, tysiąc zomowców, czołgi, armatki wodne, gazy łzawiące i broń. Pluton specjalny i broń ostrą, maszynową.
- Czyli wielokrotnie WRON złamała to prawo, które sama stworzyła na użytek stanu wojennego.
-Tak, tak…
- Zatem – grupa przestępcza!
- No, jeżeli ktoś łamie prawo, wykorzystuje do łamania tego prawa wojsko i milicję, krótko mówiąc, siły zbrojne, no to co to jest? Nie pasuje ta nazwa? Nie razi mnie to zupełnie, szczerze mówiąc. Bo jeśli wyprowadza się przeciwko ludziom wojsko, łamie się podstawowe prawa obywatelskie swoich mieszkańców…
- Zgadzamy się więc…
- A tej książki, powiem szczerze, bo taka jest prawda – w ogóle nie zamierzałam pisać. Mnie to po prostu interesowało jako prawnika, chciałam wiedzieć, jak to wszystko wówczas się toczyło. Bardzo mi to było potrzebne. Szukałam, siedziałam w jakiś papierach, grzebałam się w detalach. A tak naprawdę na napisanie tej książki namówiła mnie Krysia Bochenek. Tak mi wierciła dziurę w brzuchu. Udawałam, że coś robię, że coś piszę. I kiedy zginęła, pomyślałam sobie: Boże Święty, muszę to skończyć. Usiadłam i napisałam. I wiem jedno, dopóki tak jest przez nas, Polaków, oceniany stan wojenny, rozmowa na ten temat jest ciągle potrzebna. Bo jeżeli 30 lat po tej tragedii, w głowach połowy społeczeństwa pozostaje przekonanie, że oto Jaruzelski zbawił kraj, to ja się nie zgadzam z taką oceną. Ja się z tym nie umiem pogodzić. Nie można…. Ja nie oceniam tego, co się wydarzyło, z punktu widzenia tamtej polityki, czy ówczesnej historii. Oceniam to wyłącznie poprzez pryzmat prawa. I wtedy łatwiej jest jakby powiedzieć, gdzie było dobro, gdzie zło. Co było prawem, a co było bezprawiem.
- Dziękuję za rozmowę.