Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

26-02-2014, 11:07

Karbidki dla naszych dziennikarzy  »

Wydawnictwo górnicze
Bar
26-02-2014

Dwaj nasi dziennikarze: Witold Gałązka i Maciej Dorosiński zostali laureatami tegorocznej nagrody Karbidka, przyznawanej przez Wyższy Urząd Górniczy oraz Fundację Bezpieczne Górnictwo im. Wacława Cybulskiego.

Marcin Dorosiński i Witold Gałązka z "Trybuny Górniczej" - laureaci nagrody Karbidka

W tym roku to wręczane za promocję bezpieczeństwa w górnictwie wyróżnienie zostanie przyznane już po raz czwarty. W poniedziałek, 10 lutego, ośmioosobowa kapituła ogólnopolskiego konkursu Karbidka, pod przewodnictwem dr. inż. Piotra Litwy, postanowiła uhonorować pięć osób w dwóch kategoriach.

Oprócz wspomnianych reprezentantów naszego wydawnictwa w kategorii „Prasa i portale internetowe” laureatką Karbidki 2014 została też Karolina Baca-Pogorzelska z dziennika Rzeczpospolita. W kategorii “Radio i telewizja” Karbidki otrzymają Przemysław Adamski z TVP Katowice oraz Andrzej Lampart z TVP Wrocław. Uroczyste wręczenie nagród odbędzie się 1 kwietnia, podczas XVI konferencji z cyklu “Problemy bezpieczeństwa i ochrony zdrowia w polskim górnictwie” w Zawierciu.

– Dziennikarze są sojusznikami nadzoru górniczego w podwyższaniu standardów bezpieczeństwa w polskim przemyśle wydobywczym. Konkurs ten jest formą podziękowania za całoroczny trud dziennikarski. Przyznając nagrody, doceniamy rzetelność zawodową, pracowitość, samodzielność i determinację w podejmowaniu tematów, z którymi trudno się przebić w natłoku informacji sensacyjnych i wydarzeniowych na łamy gazet, newsowe strony portali internetowych, anteny radiowe i telewizyjne – podkreśla Piotr Litwa, prezes WUG.

Karbidki dla dziennikarzy nawiązują do historycznej lampki górniczej. Organizatorzy konkursu są przekonani, że media publiczne mogą być edukacyjnym “kagankiem” w upowszechnianiu dobrych praktyk w górnictwie.

Całość: http://gornicza.com.pl/aktualnosc/3773/karbidki-dla-naszych-dziennikarzy

26-02-2014, 10:53

Miałem dziadka w Wehrmachcie  »

Press
Elżbieta Rutkowska, @jabrzoza
26-02-2014

Rozmowa z Cezarym Gmyzem, dziennikarzem “Tygodnika do Rzeczy” i Telewizji Republika

Jacek Karnowski podaje Panu rękę?

Nie mamy z tym problemu.

Więc wybaczył Panu, że przyszedł Pan na galę Grand Press? Użytkownicy serwisu wPolityce.pl komentowali, że to obciach.

Cezary Gmyz

Nic nie wiem, żeby Jacek miał mnie za to przekląć.

A jak się układają stosunki między “W Sieci” i “Do Rzeczy”?

Jak to między konkurencyjnymi redakcjami. Tygodnik “W Sieci” walczy o ten sam rynek co my, czy raczej o dużą jego część, bo mamy jednak czytelników o zbliżonych, a nie takich samych poglądach. Oba pisma tworzą dawni dziennikarze “Uważam Rze”, chociaż ostatnio w redakcji “W Sieci” pojawiła się duża grupa osób związanych wcześniej z “Gazetą Polską”.

“Gazeta Polska” to też Wasza konkurencja, ale stosunki jakieś cieplejsze.

Bo z “Gazetą Polską” – mimo podobnego profilu ideowego – nie walczymy o ten sam rynek. Ich czytelnicy są bardziej na prawo. My jesteśmy bliżej centrum.

A “W Sieci”?

Bliżej segmentu “Gazety Polskiej” niż “Do Rzeczy”.

Rozłam między lisowczykami a Karnowskimi jest jednak głośniejszy niż konkurencja między “W Sieci” a “Gazetą Polską”.

Nie czuję się lisowczykiem, przypomnę, że podkomendni pułkownika Lisowskiego tłukli protestantów, ja zaś od urodzenia jestem kacerzem. A poważnie: Polacy uwielbiają kłótnie. To się ujawnia przy okazji wyborów parlamentarnych, ale i wyborów czytelniczych. Czytelnik lubi ostry spór, ponieważ może się utożsamić z jedną lub drugą stroną. Kto się utożsamia z poglądami “W Sieci”, będzie nienawidził Tomasza Lisa. Z naszymi czytelnikami jest podobnie, ale my w “Do Rzeczy” spory między dziennikarzami uważamy za coś, co czytelnika najmniej interesuje.

Interesuje czy nie, tych sporów na łamach prasy i tak pełno.

Bo dziennikarze w Polsce pełnią inną funkcję niż na przykład w Niemczech.

To znaczy?

Znam rynek niemiecki: byłem tam na stypendium dziennikarskim w 2005 roku, prowadziłem też programy stypendialne dla niemieckich dziennikarzy w Polsce. Nie wyobrażam sobie, żeby na przykład “Die Zeit” dał na okładce redaktora naczelnego “Spiegla”. W Niemczech dziennikarz stara się nie wychodzić poza rolę przekaźnika. Natomiast u nas dziennikarze nie tylko opisują rzeczywistość, ale bardzo często również ją kreują. I obok polityków i celebrytów są bohaterami zbiorowej wyobraźni.

Niemieckie warunki pracy bardziej się Panu podobają?

Myślę, że dziennikarze są tam bardziej profesjonalni. U nas kodeksów etyki dziennikarskiej jest pięć czy sześć i nikt ich nie zna oprócz samych autorów. Natomiast dla niemieckiego dziennikarza kodeks jest absolutnym wyznacznikiem standardów zawodowych. Zabrania on na przykład nagrywania z rękawa. W ciągu ostatnich 20 lat sytuacje, w których dziennikarze niemieccy zdecydowali się skorzystać z ukrytego mikrofonu czy ukrytej kamery, można policzyć na palcach jednej ręki. A u nas to powszechna metoda dziennikarska. Gdy pytałem Niemców, dlaczego jej nie stosują, powiedzieli, że po pierwsze, prawo tego zabrania, a po drugie, to nieetyczne: dziennikarz nie powinien posługiwać się metodami służb specjalnych. I ja się z nimi zgadzam. Tylko raz potajemnie nagrałem rozmówcę, zresztą innego dziennikarza – bo spodziewałem się, że w ten sposób mogę udokumentować przestępstwo.

Kogo Pan nagrał?

Jana Pińskiego, obecnego naczelnego “Uważam Rze”.

I jak Pan to nagranie wykorzystał?

Na nagraniu utrwaliłem, jak Piński mówi, że jego kumpel, niejaki Leszek Szymowski, zamierza “ujawnić”, że miałem być konsultantem UOP na początku lat 90. Było to związane z moimi krytycznymi opiniami na temat książki Szymowskiego “Agenci SB kontra Jan Paweł II”, jakie formułowałem w Internecie. Ta książka to okruchy prawdy pomieszane z konfabulacjami i zwyczajnymi łgarstwami. W dodatku Szymowski przypisał sobie “odkrycia”, które wyczytał w moich publikacjach – czyli mnie okradł. Chciałem, by to nagranie było dowodem w procesie, który mi Szymowski wytoczył. Na szczęście wygrałem bez tego.

Cezary Gmyz

A drukowanie tego, co ktoś inny nagrał z ukrycia, jest w porządku?

Uważam, że na przykład publikacja tak zwanych taśm Gudzowatego była etycznie dopuszczalna. Ale już ustawka z Renatą Beger nie.

Jaka to różnica?

Akcja z Renatą Beger była kreowaniem rzeczywistości. Kamera została zainstalowana za wiedzą i zgodą posłanki Renaty Beger, a bez wiedzy i zgody ministra Adama Lipińskiego. Renata Beger mogła więc tak kierować rozmową, by skłonić go do powiedzenia czegoś, co go skompromituje w oczach opinii publicznej. Nie było równości sił.

A gdyby ktoś trzeci ich nagrywał, a oni o tym nie wiedzieli – to już można?

Też nie do końca.

Tak został nagrany Aleksander Gudzowaty.

Gudzowaty został nagrany przez Koska, szefa jego ochrony, i wiedział, że jest nagrywany. Natomiast nie wiedział Józef Oleksy. Ale ponieważ doszło do tego bez ingerencji dziennikarskiej, to można było tych taśm używać – mimo pewnej dwuznaczności sytuacji ze względu na Oleksego.

Tylko w czym lepszy jest dziennikarz, który dostanie gotowe nagranie i je opublikuje, od tego, który się wysili, by je zdobyć?

Bo nie kreuje rzeczywistości, tylko ją opisuje.

Ale jest użyty do kreowania. Ktoś mu daje te nagrania w jakimś celu.

Oczywiście. Tylko że dziennikarz dostający taśmy zawsze powinien sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ich publikacja jest w interesie opinii publicznej. Miałem do czynienia z podobnymi wypadkami…

Afera hazardowa na przykład.

Akurat nie to miałem na myśli. Afera hazardowa była oparta na technice operacyjnej Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Stenogramy, które opublikowaliśmy, odpowiadały rzeczywistości, nie było w tym żadnej kreacji. CBA dokumentowało rozmowy, które nie odbywały się z jego inspiracji.

Tylko że nie było w tym też pracy dziennikarskiej: dostał Pan stenogramy i opublikował je sauté.

Ponad 20 lat pracowałem na to, żeby takie stenogramy przychodziły do mnie, a nie do innych dziennikarzy. Mówi się o tego typu materiałach, że są wrzutkowe. Owszem, korzystam z wrzutek, także od ludzi związanych ze służbami specjalnymi – ale długo pracowałem na to, żeby oni przychodzili właśnie do mnie. I nie jest tak, że to nie kosztuje wysiłku. Nie jestem dziennikarzem mordercą zza biurka. Tutaj, w redakcji, rzadko mnie pani zastanie. Mój dzień pracy to spotkania z ludźmi, a nie gadanie przez telefon. Bez osobistego spotkania z człowiekiem nie mogę ocenić, czy nie wpuszcza mnie w maliny – a były takie przypadki, że informatorzy usiłowali mnie wyprowadzić na manowce albo użyć do jakiegoś celu. Czasami kończyło się to rezygnacją z newsa, który trafiał potem do innej gazety. Tak było na przykład ze sprawą dysków MSZ, gdy informatyk kupił dyski, na których były nieskasowane pliki, w tym dotyczące zakupu smokingu dla Włodzimierza Cimoszewicza. Ciekawy materiał, tylko że facet, który przyniósł go do redakcji, zażądał pieniędzy. A świętą zasadą w normalnym dziennikarstwie śledczym jest, że nie płaci się za informacje – niezależnie od tego, co pokazują w filmach sensacyjnych. Płacenie groziłoby tym, że informator zechce sobie uczynić z dziennikarza źródło dodatkowego dochodu i zacznie kreować wydarzenia.

Za dziennikarstwo śledcze w plebiscycie Dziennikarz Roku 2013 głosowały na Pana “Gazeta Polska” i “Fronda”, ale także “Kurier Iławski” – z uzasadnieniem: “za najbardziej wybuchowy materiał w historii polskiego dziennikarstwa i jeszcze bardziej spektakularne lądowanie na bruku”. Tekst „Trotyl na wraku tupolewa” ukazał się w październiku 2012 roku. A ciągle pamiętają.

Głosowali na mnie też w 2012 roku (wtedy bez uzasadnienia – przyp. red.). To był jeden z najważniejszych materiałów w historii polskiego dziennikarstwa i ma w niej trwałe miejsce.

Trwałe ma, tylko z której strony.

Jakby wszyscy tak samo oceniali wydarzenia, byłoby nudno.

A nie czas już ten trotyl i nitroglicerynę odszczekać?

Nigdy nie odszczekam, bo mój tekst się broni w stu procentach.

Nawet po tym, jak w styczniu tego roku biegli Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji ustalili, że na wraku tupolewa “nie ujawniono śladów pozostałości materiałów wybuchowych ani substancji będących produktami ich degradacji”?

Sekwencja zdarzeń jest taka. W “Trotylu na wraku tupolewa” piszę, że urządzenia użyte na przełomie września i października 2012 roku sygnalizowały obecność materiałów wybuchowych. Następnego dnia prokuratura zwołuje konferencję na godzinę 14…

13.30.

Cezary Gmyz

13.30. W międzyczasie mamy jeszcze nocne spotkanie Grzegorza Hajdarowicza z rzecznikiem rządu Pawłem Grasiem. Nazajutrz rano Graś w programie “Polityka przy kawie” łże, że nic nie wie o tej publikacji. Prokuratura ogłasza to, co ogłasza, nie dając dziennikarzom szans na postawienie dociekliwszych pytań.
Miesiąc później, 5 grudnia 2012 roku, pułkownik Jerzy Artymiak z pułkownikiem Ireneuszem Szelągiem i pułkownikiem Zbigniewem Rzepą są gośćmi sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka i wtedy Artymiak przyciskany przez Antoniego Macierewicza mówi, że owszem, urządzenia użyte w Smoleńsku pokazały ślady TNT – trotylu, co nie oznacza jednak obecności materiałów wybuchowych. To jest w pełni zgodne z tym, co napisałem.
Następnie jadą po próbki, próbki trzy miesiące spoczywają bez polskiego dozoru w Moskwie. W międzyczasie okazuje się, że nie pobrali wszystkich, więc jadą jeszcze raz. Na początku tego roku pojawia się sprawozdanie Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego – nie wiadomo przez kogo sporządzone, chociaż w polskiej procedurze karnej nie ma biegłych incognito. Prokuratura już nie ma odwagi spotkać się z dziennikarzami, wydaje kilkuzdaniowy komunikat. A to niejedyne wątpliwości, jakie prokuratura wojskowa ma co do tego raportu biegłych.

Prokuratura poprosiła biegłych o doprecyzowanie, ale konkluzją i tak było nieujawnienie śladów materiałów wybuchowych.

Prokuratorzy chcą wiedzieć, jak to się stało, że trzy supernowoczesne urządzenia użyte w Smoleńsku 700 razy dały sygnał obecności trotylu, oktogenu, heksogenu, nitrogliceryny oraz paramononitrotoulenu – czyli jak to możliwe, że urządzenia, których skala pomyłki jest według producenta poniżej jednego procenta, pomyliły się w stu procentach. To tak, jakby 30 patroli policji na podstawie wskazań alkomatów złapało 700 pijanych kierowców – a potem na badaniach krwi okazało się, że ci ludzie mają we krwi zero promila.

Ma Pan pewność co do alkomatów?

Kilka razy dmuchałem i zawsze było 0,0. Więc mam. Osobiście widziałem wskazania na wyświetlaczach i wydruki z detektorów materiałów wybuchowych. To nie były detektory wędlin, pasty do butów czy kosmetyków.

To co by się musiało stać, żeby Pana przekonać, że nie było materiałów wybuchowych?

Jest taka możliwość, ale zachowam ją dla siebie. Mogę tylko powiedzieć, że są próbki, które nie zostały jeszcze przebadane.

A co do “spektakularnego lądowania na bruku”: jaki jest dla Pana bilans tej sprawy z trotylem? Z jednej strony stracił Pan dobrą pracę, ale z drugiej utrzymał się Pan w zawodzie, ukazał się wywiad rzeka z Panem, w pewnych kręgach został Pan wręcz bohaterem męczennikiem.

Nie uważam się za męczennika. Ani za bohatera. Za dziennikarza owszem.

A bilans trotylu?

Robię swoje. Podliczyłem w książce to, co za mną i przestałem się oglądać za siebie. “Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy” i teksty, których jeszcze nie napisaliśmy. Ta książka, wywiad rzeka, powstała, bo po raz pierwszy po prawie ćwierćwieczu pracy miałem chwilę czasu, żeby dokonać jakiegoś bilansu zawodowego.
Trochę jednak na tej aferze straciłem, bo moja gęba stała się bardziej rozpoznawalna, więc spotkania w miejscach publicznych z informatorami, którzy chcą zachować anonimowość, nie wchodzą już w grę.

Po trotylu “Rzeczpospolita” wylała na Pana kubeł pomyj, ale gdy Pan odchodził z redakcji przy Prostej, z tą swoją torbą z Ikei, ze sto osób przyszło, żeby Pana wesprzeć.

Ten gest solidarności miał dla mnie bardzo duże znaczenie. Zebrała się masa dziennikarzy, których cenię: od Janka Pospieszalskiego po Przemysława Babiarza. To byli ludzie z realnymi osiągnięciami zawodowymi, którzy mimo nagonki mediów mainstreamowych uznali, że dopełniłem wymogów rzetelności dziennikarskiej.

Byli tam również politycy.

Mariusz Kamiński chyba przyszedł. Znamy się jeszcze z NZS.

I Adam Hofman.

To wolny kraj.

Nie czuł się Pan zakłopotany jako dziennikarz popierany przez polityków?

Mamy w Polsce konstytucyjną wolność zgromadzeń, więc każdy może wziąć udział w zebraniu, jakie mu się żywnie podoba i ja nie zamierzam nikomu ograniczać praw tylko dlatego, że ktoś jest politykiem.

Rok temu Paweł Lisicki mówił nam, że nad Pana tekstami długo się siedzi. Ciągle tak jest?

Długo się siedzi, bo mam dysleksję. Dzisiaj (10 lutego – przyp. red.) jest w numerze tekst o pułkowniku Ryszardzie Kuklińskim – rzeczywiście powstawał długo, gdyż mam przyjemność pracowania w firmie, w której nie muszę się zgadzać z przełożonymi i kolegami. Mogę się wydzierać o każdy przecinek.

A o co się kłóciliście przy Kuklińskim?

O parę rzeczy. Ale spotkaliśmy się w połowie drogi.

I długo to trwało?

Spór o ostateczny kształt tekstu jakąś godzinę.

A całość?

Pierwsze informacje do tego tekstu dostałem sześć lat temu. Piszę książkę o agenturze w Watykanie i to, że mogłem zidentyfikować “Lamosa”, czyli agenta w otoczeniu Jana Pawła II, jest efektem tego projektu – nad którym pracuję już szósty rok.

Luksus.

Ale to przynosi efekty. Przez lata istnienia IPN dorobiłem się jednak pewnej marki. Do tego stopnia, że jeden z prokuratorów proponował, żebym został biegłym od dokumentów esbeckich.

I co Pan na to?

Pochlebia mi to. Ale nie pracuję tylko z archiwami. Dzięki temu, że stosunkowo mało czasu upłynęło od upadku komuny, wciąż mogę rozmawiać z esbekami czy z agentami.

Pytanie, czy mówią prawdę.

Czasami nie mówią. Ale można to weryfikować.

U innych esbeków?

Najczęściej w dokumentach. Może panią zaskoczę, ale bywają takie sytuacje, że esbecy mówią prawdę, a kłamią opozycjoniści z czasów PRL. Najbardziej wiarygodne są dokumenty wytworzone w tamtym czasie, ponieważ wbrew temu, co często opowiada “Gazeta Wyborcza”, esbecja nie miała żadnego interesu, by oszukiwać samą siebie. Owszem, zdarzały się przypadki fałszowania dokumentów, ale dość szybko były wykrywane przez ZOF-kę, czyli Zarząd Ochrony Funkcjonariuszy – bo esbecja inwigilowała też samą siebie.

A nie myślał Pan po tym trotylu, żeby zająć się raczej tematyką religijną? Przecież nie jest Panu obca.

Nie jest, piszę książkę o Watykanie.

Ale agenturalną, a nie religijną.

Będzie w niej też kilka przemyśleń natury religijnej. Na przykład historia bardzo dobrze uplasowanego w Watykanie księdza, którego pozyskano do współpracy, ale wkrótce po werbunku wypadł mu dysk i musiał wrócić do kraju – jak nie dostrzec w tym ręki boskiej?

Jakie znaczenie ma Watykan dla luteranina?

Najlepszą dotąd historię papiestwa napisał luteranin Leopold von Ranke. Świetna, trzytomowa pozycja XIX-wieczna, do dzisiaj wznawiana.
Luteranie z jednej strony są krytyczni wobec papiestwa, lecz z drugiej fascynują się nim.

Luteranin mógłby bezstronnie opisywać wojny katolickich fundamentalistów z antyklerykałami.

Cezary Gmyz

Jeden z pierwszych moich materiałów dziennikarskich to było spotkanie kardynała prymasa Glempa z lekarzami w Klubie Lekarza w Alejach Ujazdowskich. Wysłał mnie na nie Ryszard Holzer, który kierował wtedy działem krajowym “Życia Warszawy”. Mówię do niego “Rysiu, ty, Żyd, wysyłasz luteranina, żeby obsługiwał prymasa katolickiego?”. A on: “Właśnie dlatego. Będziesz się bardziej starał, żeby się nie rypnąć, bo jak się rypniesz, to powiedzą, że specjalnie, boś kacerz”. Dzierżę chyba światowy rekord podróży odbytych z papieżem przez luteranina. Uczestnictwo w ponad stu mszach papieskich to chyba wśród luteran ewenement.

Do religii Pan nie wrócił, ale za to w Telewizji Republika chwycił Pan za nóż.

To nie pierwszy raz. U Tomasza Wołka w “Życiu” z kropką prowadziłem rubrykę kulinarną. Zająłem nawet pierwsze miejsce w konkursie Kucharz Medialny, pokonując między innymi młodego Dowbora. Potrawy oceniała czołówka szefów kuchni.

W “Kuchni polskiej” w Telewizji Republika gotowanie jest jednak raczej pretekstem do rozmowy.

Pracowałem kiedyś dla telewizji, dla katolickiego magazynu informacyjnego “Czasy”. Zauważyłem tam, że gdy włącza się czerwone światło kamery, ludzie zaczynają kłamać, żeby lepiej wypaść. Jedną z metod na prawdomówność było więc sadzanie delikwenta za kierownicą samochodu i nagrywanie rozmowy w czasie jazdy – człowiek skupia się wtedy na prowadzeniu i uważa, żeby się nie zabić, zamiast się zastanawiać, jakie robi wrażenie. Ostre narzędzie w ręku działa podobnie – moi goście pilnują się, żeby nie odciąć sobie palców, co zwiększa ich szczerość.

A nie przeszkadza Panu rozbieżność ról, jakie Pan w tej stacji odgrywa: prowadzi Pan program i jednocześnie zasiada w radzie nadzorczej?

Wszystkie ręce na pokład. Oprócz prawnika każdy członek władz Telewizji Republika ma swój program: Bronek Wildstein, Anita Gargas, Tomasz Sakiewicz. Nie mam wrażenia, żebyśmy łamali jakieś standardy. Kiedy widzę niedociągnięcia, to jako członek rady nadzorczej nie idę sam ochrzaniać dziennikarzy, tylko dzwonię do Bronka, żeby on to zrobił jako redaktor naczelny.

Rozmawialiśmy o mediach prawicowych. A te media z drugiej strony jak się nazywają?

Reżimowe.

Mocne słowo. A tak łatwo się mówi.

Bardzo łatwo. Z podobną łatwością ja jestem notorycznie określany mianem dziennikarza prawicowego, chociaż poglądy mam centrowe, czy pisowskie – a w latach 2005-2007, gdy rządziło PiS, publikowałem krytyczne materiały pod adresem tej partii. Byłem zresztą wtedy przedmiotem inwigilacji.
Niedobrze, że środowisko dziennikarskie aż tak się podzieliło. Z tymi, których dziś nazywam dziennikarzami reżimowymi, zaczynałem kiedyś robotę, z większością z nich jestem na ty. I dziś to też nie są osobiste animozje, bo chociaż źle oceniam pewne rzeczy robione na przykład przez Wojciecha Czuchnowskiego, to nie jest tak, że nie podajemy sobie ręki.

Nazywa go pan dziennikarzem reżimowym, a potem idziecie razem na piwo?

No, na piwo to nie chodzimy. Ale pamiętam go jako dobrego dziennikarza.

Potrzebny mediom jest ten bitewny język?

To nie myśmy zaczęli. Określenia “dziennikarz prawicowy” zaczęto używać tuż po rządach PiS. Jeżeli ktoś mnie atakuje pałką, to i ja biorę swoją do łapy.

Do wyboru języka dochodzi dobór tematów. Czemu ma służyć lustracja rodziców?

To bardzo istotne, kto skąd pochodzi. Mam na półce z pięć biografii Adolfa Hitlera i każda zaczyna się od próby ustalenia, kim był jego pradziadek.

Ale to Hitler. A dlaczego Pan lustrował matkę sędziego Tulei?

Bo orzekał w procesach lustracyjnych. Mając mamusię i tatusia w SB, powinien się wyłączyć z tych procesów. Nawet gdyby wyrzekł się rodziców – to będzie miał emocjonalny stosunek do tych spraw. Chociaż pochwalam wyrok sędziego Tulei na zbrodniarza stalinowskiego, nie zachwyca mnie, że człowiek z takimi koneksjami w tego typu sprawach w ogóle orzeka.

To pewnie jest Pan dziś dumny z autorów “Resortowych dzieci”, którzy poszli tym tropem na całego.

Książka Doroty Kani, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza zawiera pewne błędy. Dlatego recenzując ją, musiałem wbrew swoim sympatiom bronić Wojciecha Czuchnowskiego i Piotra Stasińskiego. Uważam, że umieszczenie ich w tej książce nie odpowiada kryteriom resortowych dzieci. Stasiński ze swojego epizodu podpisania zobowiązania współpracy z SB szybko się wycofał i – choć z pewnym opóźnieniem – otwarcie przedstawił sprawę, a jego wersję potwierdzili ludzie, którym ufam, między innymi Jan Olszewski. Z kolei Czuchnowski w Krakowie przed 1989 rokiem działał w opozycji, więc nie ma podstaw, by twierdzić, że był resortowym dzieckiem. Chciałem też bronić Marcina Mellera, z którym byłem w NZS, ale to zadanie wziął na siebie Tomasz Terlikowski.

Czyli co: niektórych można oszczędzić za dobre sprawowanie, ale w zasadzie to lustrujmy rodziców?

Trzeba przyjąć jasne kryteria, a nie “bo cię, ku…a, nie lubię”. Natomiast chylę czoła przed autorami “Resortowych dzieci” za podjęcie tematu.

Mówiliśmy na początku, że dziennikarze w Polsce za bardzo zajmują się swoimi kolegami. A tu jeszcze włącza się rodziców.

To dlatego, że dziennikarze – na własne życzenie – stali się mieszkańcami masowej wyobraźni.

Więc według Pana bohaterowie tej książki sami są sobie winni?

Poniekąd tak. Jak ktoś chce funkcjonować w obiegu publicznym, musi się liczyć z tym, że jego życiorys i rodowód zostaną prześwietlone.

Ale czy człowiek może odpowiadać za to, co robili jego rodzice?

W Piśmie Świętym jest, że do siódmego pokolenia.

To w Starym Testamencie.

Pytanie, czy czerpali profity z tego, co robili przodkowie – czy wręcz przeciwnie. Zawsze zwracam uwagę na przypadek Antoniego Zambrowskiego, syna jednego z bardziej czerwonych ludzi w aparacie stalinowskim, który został jednym z najbardziej antykomunistycznych dziennikarzy, pisząc głównie w “Tygodniku Solidarność”.

A nie zastanawiał się Pan, dokąd styl “dziadka w Wehrmachcie” zaprowadzi media?

Sam miałem dziadka w Wehrmachcie. Odkryłem to przez przypadek, czytając stare listy dziadka do babci. Pisał je zresztą po polsku.

Ślązak?

Ślązak. W listach użył sformułowania, że “hauptman” nie daje mu urlopu, i innych niemieckich terminów. To nie było po śląsku. Zrobiłem kwerendę archiwalną – i odkryłem, że wcielili go do Afrika Korps.

I co to zmienia?

Nie znałem dziadka. Umarł, gdy moja mama miała 17 lat. Zaczął wojnę w mundurze polskim, w 1943 roku został wcielony do Wehrmachtu, a w 1944 roku zwiał do Andersa. Fabularnie fajna historia, warta opisania.

Po wojnie wrócił do Polski?

Wrócił. Miał podwójnie przerąbane: za Wehrmacht i za Andersa. Musiał uciekać z Górnego Śląska. Dlatego urodziłem się we Wrocławiu.

Daleko nie uciekł.

Ale to już były ziemie tak zwane odzyskane. Ludzie, którzy mieli kłopoty, bardzo często się tam przenosili, żeby nie wpaść w łapy bezpieki.

I chciałby Pan, żeby ktoś tym dziadkiem w Wehrmachcie teraz wymachiwał, że Pan nie może być polskim dziennikarzem?

Nie mam na to żadnego wpływu. Jestem częścią debaty publicznej. Jeśli ktoś się będzie chciał zająć historią dziadka Wojnara, to you’re welcome. Nie jestem w stanie zmienić historii. Natomiast mogę opowiadać historie ciekawe. Ostatnio odkryłem, że pierwszym lokatorem mojego mieszkania był prokurator. IPN oskarżył go o zbrodnie komunistyczne, sąd jednak uznał, że się przedawniły. Wie pani, jak się nazywał sędzia, który podjął taką decyzję? Robert Gmyz. Pewnie jakiś mój daleki krewny, bo to dość rzadkie nazwisko.

Rozmawiała: Elżbieta Rutkowska,  @jabrzoza

Całość: http://www.press.pl/wywiady/pokaz/574,Mialem-dziadka-w-Wehrmachcie

26-02-2014, 05:42

“W Sieci” rozlicza “Wprost” z reklam ze spółek skarbu państwa  »

Press
(MW)
26-02-2014

Tygodnik “W Sieci” (Fratria) w najnowszym wydaniu zarzuca tygodnikowi “Wprost” (AWR Wprost), że jest dotowany przez spółki skarbu państwa, dlatego osiąga wysokie wpływy reklamowe mimo spadającej sprzedaży egzemplarzowej. Wpływami konkurencyjnego “Tygodnika do Rzeczy”, którego większościowym udziałowcem podobnie jak we “Wprost” jest Platforma Mediowa Point Group SA, już się nie zajmuje.

Wydatki sektora publicznego w tygodnikach opinii

Autor artykułu Andrzej Rafał Potocki w artykule “Ile państwowej kasy we »Wprost«”, powołując się na dane Nielsen Audience Measurement, Związku Kontroli Dystrybucji Prasy, Kantar Media i ZenithOptimedia, stara się wykazać, że większość wydatków reklamowych spółek skarbu państwa w latach 2010–2013 przeznaczanych na tygodniki opinii trafiała do tygodnika “Wprost”. Jako przykład podaje PKO BP, które 49 proc. swojego budżetu reklamowego przeznaczonego na tygodniki ogólnopolskie w ub.r. ulokowało we “Wprost”, choć według jego wyliczeń w przypadku tego pisma koszty dotarcia z reklamą są najwyższe. “Wprost” porównuje on z “Bloomberg Businessweek Polska”, “Gazetą Polską”, “Newsweekiem”, “Polityką” i “Przeglądem”. Dlaczego w tym zestawieniu redakcja nie zajmuje się wpływami reklamowymi “Tygodnika do Rzeczy”, który sprzedaje reklamy w pakiecie z “Wprost”? – Można by nas podejrzewać o walkę konkurencyjną, gdybyśmy podali wpływy “Tygodnika do Rzeczy”. Nie zrobiliśmy tego, bo wierzymy, że spółka Orle Pióro wydająca ten tygodnik jest niezależna od Platformy Mediowej Point Group. Wiąże je jedynie związek inwestorsko-kapitałowy – mówi Michał Karnowski, członek zarządu wydawnictwa Fratria i dziennikarz “W Sieci”. – Opisaliśmy groźne zjawisko finansowania wybranych mediów przez spółki skarbu państwa, bez względu na ich zasięgi i poziom czytelnictwa. To zjawisko szkodliwe dla polskich mediów i dla polskiej demokracji – dodaje Karnowski.

Mariusz Janicki, zastępca redaktora naczelnego tygodnika “Polityka”, zauważa: – “W Sieci” i “Do Rzeczy” muszą trzymać ten sam front polityczny, więc nie mogą się atakować otwarcie. Pod fasadą wspólnych idei toczy się jednak twarda walka biznesowa.

Z kolei rzeczniczka prasowa Platformy Mediowej Point Group odpowiada na zarzuty “W Sieci” następująco: – Życzylibyśmy i sobie, i naszej konkurencji wpływów z reklamy na poziomie, o jakim pisze autor populistycznego tekstu. Niestety, prezentowane liczby nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistych wpływach reklamowych, a dowolność w żonglowaniu danymi i faktami świadczy o ignorancji autora bądź celowym wprowadzaniu czytelników w błąd.

Według firmy badawczej Kantar Media najwyższe przychody reklamowe (cennikowo, bez uwzględniania rabatów) spośród tygodników opinii miał w ub.r. “Newsweek Polska” (Ringier Axel Springer Polska) – 131,7 mln zł (spadek o 1,2 proc. w stosunku do 2012 roku). Wpływy “Wprost” wyniosły 118,8 mln zł (spadek o 11,7 proc.). Mniej cennikowo zarobiła “Polityka” (Polityka) – 70,5 mln zł (spadek o 9,5 proc.).

Według Kantar Media “Tygodnik do Rzeczy” zarabia na reklamach więcej niż “W Sieci” – odpowiednio 25,7 mln i 17,8 mln zł, choć według danych ZKDP sprzedaje się gorzej. Średnia sprzedaż ogółem “Tygodnika do Rzeczy” wyniosła w ub.r. 86,6 tys. egz., a “W Sieci” – 94,4 tys. egz.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/44441,W-Sieci-rozlicza-Wprost-z-reklam-ze-spolek-skarbu-panstwa

26-02-2014, 05:32

Nagroda im. Macieja Płażyńskiego zostanie przyznana po raz trzeci  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
łb
26-02-2014

Ruszyła III edycja Nagrody im. Macieja Płażyńskiego, którą przyznaje się dziennikarzom i mediom służącym Polonii. Kandydatury można zgłaszać do 10 marca br.

Maciej Płażyński

Nagroda im. Macieja Płażyńskiego jest przyznawana dziennikarzom za osiągnięcia w roku poprzednim. Nagroda zostanie wręczona w czterech kategoriach: dziennikarz polonijny, dziennikarz krajowy publikujący na tematy polonijne, dziennikarz zagraniczny publikujący na temat Polonii oraz redakcja medium polonijnego.

Zwycięzców wybierze jury, w skład którego wchodzą dziennikarze zajmujący się tematyką międzynarodową, a także przedstawiciele rodziny Macieja Płażyńskiego, Marszałka Senatu RP, Ministra Spraw Zagranicznych oraz Muzeum Emigracji. Gala wręczenia nagród odbędzie się 12 kwietnia br. w Gdyni.

Organizatorem Nagrody jest Fundacja Press Club we współpracy z Fundacją Pomorską, którą założył Maciej Płażyński. Kandydatów do nagród we wszystkich kategoriach można zgłaszać na stronie nagrodaplazynskiego.pl.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/nagroda-im-macieja-plazynskiego-zostanie-przyznana-po-raz-trzeci

25-02-2014, 19:02

Długi powrót bohatera  »

Miesięcznik społeczno-kulturalny "Śląsk" nr 2/2014
Bogdan Widera
25-04-2014

Sejmik Śląski zdecydował, że rok 2014 będzie w naszym województwie Rokiem Henryka Sławik

Praktycznie do 1988 roku Henryk Sławik pozostawał w Polsce a nawet na rodzinnym Śląsku postacią nieznaną. Wprawdzie w roku 1946 został patronem ulicy (dzisiejszej Zabrskiej), ale tylko przez kilka dni, ponieważ władza ludowa szybko się zorientowała, że to nie jest bohater na ten czas (jej czas). Bo jak można tak honorować delegata rządu Sikorskiego, posła do sanacyjnego” Sejmu Śląskiego itd.? W dodatku Ślązaka, czyli “element niepewny”. Jednak w roku 1968 jeszcze raz Sławik został wspomniany w “Głosie Pracy” w kontekście wydarzeń marcowych (Polacy ratowali Żydów, którzy okazali się niewdzięczni). W tekście pominięto zasadnicze szczegóły dotyczące bohatera, bo tkwił w nich diabeł, a nawet znacznie gorzej – Kościół katolicki. Sławik bowiem ratował od zagłady Żydów przy pomocy duchownych wystawiających im na polskie nazwiska metryki chrztu. Jego biografia też nie bardzo pasowała do akceptowanych wtedy wzorców, ponieważ był socjalistą dość antykomunistycznym. W swojej gazecie pisał o ZSRR – mówiąc eufemistycznie – mało entuzjastycznie. Powtórnie więc skazany został na przemilczenie. I musiało minąć kolejnych 20 lat, żeby zaczął powracać do społecznej pamięci. Dopiero wtedy pojawiły się pierwsze publikacje prasowe, następnie książki, podjęto także badania naukowe.

O życiu i działalności Sławika napisano już wiele, również w naszym miesięczniku ukazało się kilka tekstów, mimo to – przeprowadziłem taką prywatną sondę – wciąż pozostaje szerzej mało znany. Przypomnę więc bardzo skrótowo niektóre fakty z jego życiorysu. Urodził się w Szerokiej w rodzinie ubogiej. Skończył czteroklasową szkołę ludową, oczywiście niemiecką (w późniejszym czasie znajomość tego języka bardzo mu się przydała). Po I wojnie światowej i powrocie z rosyjskiej niewoli był powstańcem śląskim. W Polsce angażował się w działalność społeczną, oświatową, polityczną i dziennikarską. Zamieszkał w Katowicach przy ul. Św. Jana (kamienicę spalili radzieccy wyzwoliciele miasta). Został redaktorem naczelnym “Gazety Robotniczej” – organu PPS. Był dziennikarzem wojującym, polemizował zarówno z korfantowską „Polonią” jak i z prasą sanacyjną (zwłaszcza po przewrocie majowym). Interesowała go głównie tematyka społeczna (w “Czarnym ogrodzie” Małgorzaty Szejnert jest informacja o tym, jak bez urzędowych zezwoleń zjechał do kopalni, aby zrobić reportaż o strajkujących górnikach). Najważniejszy jest jednak czas II wojny światowej. Sławik, wpisany przez Niemców na listę do aresztowania, uciekł na Węgry. Tam spotkał Jozsefa Antalla, delegowanego przez rząd Królestwa Węgier do opieki nad polskimi uchodźcami, który zaproponował mu współpracę, dzięki czemu mnóstwo Polaków udało się uratować a nawet przerzucić do polskich sił zbrojnych na Zachodzie. W tym też czasie zaczęła się ich wielka akcja ratowania Żydów uciekających z Polski. Było wśród nich wiele dzieci (wiadomo ze świadectw, że niektóre z nich wyrzuciły z pociągów matki wiezione do obozów koncentracyjnych). A one przetrwały wojnę dzięki stworzonemu przez Antalla i Sławika sierocińcowi niby dla dzieci polskich oficerów. Pomagali księża wystawiający świadectwa chrztu. Ocalały tysiące. Zdradzony Sławik, mimo tortur, nie wydał Antalla. Został stracony w Mauthausen w 1944 roku.

Od osób dobrze poinformowanych wiem, że nasz bohater wrócił do Katowic przez Węgry, tam go odkryto wcześniej i doceniono. Być może dlatego, iż Jozsef Antall, syn Jozsefa – przyjaciela Sławika, został premierem Węgier po 1989 roku. Mniej więcej w tym samym czasie poszukiwanie rodziny swojego wybawcy zaczyna Henryk Zvi Zimmermann z Izraela. Odnajduje ją (matka przeżyła obóz a córkę odnalazł i wyekspediował do Katowic Antall. Niedługo potem, w 1990 roku instytut Yad Yashem nadał pośmiertnie Sławikowi medal “Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

Tablica pamiątkowa poświęcona Henrykowi Słowikowi usytuowana przy ulicy św. Jana w Katowicach

Powrót naszego bohatera na Śląsk następuje jednak tak naprawdę dopiero w 2004 roku. Wtedy to Rada Miasta Jastrzębia podejmuje uchwałę o nadaniu imienia Henryka Sławika Gimnazjum nr 3, a na katowickim cmentarzu przy ul. Sienkiewicza zostaje wmurowana tablica pamiątkowa. W roku 2008 Jastrzębie ma już ulicę imienia bohaterskiego Ślązaka, a w Katowicach powstaje stowarzyszenie HENRYK SŁAWIK – ŻYCIE I DZIEŁO. Ukazują się kolejne publikacje, odbywają wykłady i naukowe seminaria. W lutym roku 2010 w czasie organizowanego przez Urząd Miasta i Stowarzyszenie “Dnia Węgierskiego w Katowicach” prezydent RP Lech Kaczyński dekoruje pośmiertnie Henryka Sławika Orderem Orła Białego, a Jozsefa Antalla Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. W uroczystości uczestniczy prezydent Węgier Laszlo Solyom. O to odznaczenie apelowało do prezydenta Stowarzyszenie, a inicjatywę poparł metropolita katowicki abp Damian Zimoń. Kolejne uroczystości odbywają się od tej pory w Katowicach i na Węgrzech. Zaś w Warszawie, parku wilanowskim, posadzono trzy lipy ku czci Sławika, Antalla i Wallenberga, którzy w czasie II wojny światowej nieśli ratunek Żydom na terytorium Królestwa Węgier. W uroczystości udział wzięli ambasadorowie Szwecji, Węgier i Izraela oraz wiceprezydent Katowic. W rok później prezydenci Bronisław Komorowski i Janos na terenie obozu Mauthausen odsłonili tablicę upamiętniającą zamordowanego tam Sławika i innych członków Komitetu Obywatelskiego. W akcie tym uczestniczyła delegacja Miasta Katowice oraz wnuk bohatera Zbigniew Kutermak.

Wiceprezydent Miasta Katowice Michał Luty od którego uzyskałem wiele z wykorzystanych w tym tekście informacji, mówi mi również, że Henryk Sławik i Jozsef Antall będą mieli w Katowicach swój pomnik. Ma stanąć przed budowanym centrum kongresowym. To bardzo dobrze. Dla Katowic, ale też sprawiedliwości dziejowej. Bo prześladuje mnie myśl, jak bardzo nie potrafimy “sprzedać” światu naszej historii. Albo nie chcemy, bo decydują jakieś partykularne względy polityczne. Schindler, który uratował mniej Żydów niż Sławik został przez film Spielberga wypromowany wszędzie. Wallenbergowi z dyplomatycznym paszportem na pewno było łatwiej niż uchodźcy ze Śląska. Niestety w wielu wydanych u nas publikacjach już w tytule ogłaszano: “polski Wallenberg”, “śląski Wallenberg”, a przecież była szansa, żeby ktoś – napisał “Wallenberg – szwedzki Sławik”.

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/6153

25-02-2014, 10:34

“100/XX. Antologia polskiego reportażu”: książka, na którą czeka cała Polska  »

Onet.pl
Bernadetta Darska
25-02-2014

Długo wyczekiwana, w nowoczesny sposób zapowiadana na Facebookowym profilu, potrzebna i konieczna, monumentalna, doskonale przygotowana, fascynująca – w końcu ma swoją premierę!

"100/XX. Antologia polskiego reportażu"

“100/XX. Antologia polskiego reportażu” pod redakcją Mariusza Szczygła jest publikacją nie tylko bardzo ważną z historycznego punktu widzenia – to faktycznie imponujący zapis tego, co w tym gatunku w Polsce działo się w ciągu minionego wieku, ale też z edukacyjnego – to prawdziwa kopalnia kompetentnie i atrakcyjnie zaprezentowanej wiedzy na temat tekstów z pogranicza literatury i dziennikarstwa, intelektualnego – wielość tematów politycznych, społecznych, etycznych i kulturalnych zmusi do zastanowienia się nad niejednoznacznością ludzkiego losu każdego, kto choć przez chwilę przypuszczał, że czarno-białe widzenie ma jakąkolwiek rację bytu, twórczego wreszcie – mnogość wyborów formalnych podejmowanych przez reporterów, stylistyczna niejednorodność, bogactwo postaci i doświadczeń zapewnią lekturową satysfakcję i skłonią do dalszych poszukiwań.

Dwa opasłe tomy liczące w sumie ponad tysiąc osiemset stron, sto reportaży, sto miniesejów autorstwa redaktora tomu – każdy z nich poprzedza tekst właściwy, będąc wprowadzeniem do biografii autora, realiów społeczno-politycznych, w których żył, i jego poglądów dotyczących uprawianego gatunku – to wszystko, choć pozornie powinno zaspokoić czytelnicze apetyty, tylko je wzmaga.

Jestem przekonana, że czytelnicy nie tylko z żalem uświadomią sobie koniec lektury, kiedy ten nastąpi, ale też ruszą od razu do bibliotek i księgarń, szukając zbiorów reportaży, z których pochodzą opublikowane w antologii teksty. Tym samym dojdzie do przedłużenia przyjemności, rozciągnięcia jej w czasie, uświadomienia sobie, że nie tylko można wracać do “100/XX”, ale że dzięki tej książce przygoda z reportażem okazuje się właściwie niekończącą się historią, bo w kolejce czekają i będę czekać kolejne publikacje książkowe.

Mariusz Szczygieł

Antologia pod redakcją Szczygła jest, oczywiście, projektem autorskim, co zostaje zaakcentowane we “Wstępie”. W owym poprzedzającym wybór reportaży tekście znajdziemy również deklarację, z którą jako czytelnicy możemy się utożsamić. Szczygieł wyznaje, że jest szczęśliwy z tego powodu, iż udało się “100/XX” stworzyć. Nieco dalej nie ukrywa jednak, że jest również nieszczęśliwy – bo wielu autorów i tekstów zabrakło. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że idea towarzysząca Szczygłowi była i godna uznania, i nieco przewrotna: “A więc przy oczywistych autorach – nieoczywiste teksty. A poza tym mnóstwo autorów nieoczywistych” (tom 1, s. 17). Czytelnik może więc przypomnieć sobie tytuły, które kiedyś czytał lub poznać te, które będą dla niego czymś nowym.

Niejedna osoba dostrzeże i aktualność niektórych portretów sprzed lat, i ich nieprzystawalność do dzisiejszych czasów. Zdarzy się zapewne i taki fan reportażu, który doceni odświeżenie pamięci o reportażach sprzed roku 1989 i z podziwem dostrzeże pewną ciągłość odsłaniającą się w deklarowanych przez autorów zobowiązaniach stanowiących zawodowe credo ich reporterskiej działalności.

Niewątpliwym atutem antologii jest więc nie tylko polifoniczność i różnorodność, ale i możliwość odczytywania tej publikacji w bardzo odmienny, eksponujący wagę wielu wątków, sposób.

Wspominałam już o miniesejach autorstwa Mariusza Szczygła, wprowadzających w tematykę poruszaną przez danego autora i będących krótkim przewodnikiem po najważniejszych faktach z biografii. Warto przy tych tekstach zatrzymać się na chwilę. Jeśli bowiem potraktujemy je jako pewną całość, a jest to możliwe i zasadne, otrzymujemy intrygujący obraz przemian zachodzących w społeczeństwie, świadectwo historycznego uwikłania, pasjonujące i powtarzające się zderzanie zwyczajności z niecodziennością, archiwum szczegółów, wokół których bywa budowany ludzki dramat, czy zapis budzenia się w społeczeństwie tęsknot za wolnością i ich tłumienia przez państwo. Ów, tak go określmy, kontekst stawiający w centrum człowieka jest równie ważny jak refleksja na temat gatunku, jaką znajdziemy w tekstach Szczygła. Autor “Gottlandu” chętnie przytacza poglądy reporterów i opisuje ich podejście do zawodu.

Reportażem i świadectwem swoich czasów może więc być list (np. świadectwo Kazimiery Iłłakowiczówny), fragment dziennika (np. zapiski Marii Dąbrowskiej), podanie do urzędników (np. tekst Franciszka Gila) czy zbiór wypowiedzi różnych osób (np. projekty inicjowane przez Marka Millera). Tekst może koncentrować się na ważnych wydarzeniach historycznych (np. Stefan Żeromski opisuje sytuację na Warmii, Mazurach i Powiślu przed plebiscytem w 1920 roku, Tadeusz Staniewski rekonstruuje przebieg strajku dzieci we Wrześni, Stanisław Strumph-Wojtkiewicz portretuje atmosferę towarzyszącą przewrotowi majowemu z 1926 roku, Józef Mackiewicz jest świadkiem mordowania wileńskich Żydów w Ponarach, Ewa Berberyusz notuje, jak wygląda zwykły dzień Lecha Wałęsy), ale też przyglądać się problemom tabuizowanym (np. Wanda Wasilewska opisuje jeden dzień w poradni świadomego macierzyństwa, Zbigniew Mitzner portretuje obóz w Zbąszyniu, założony przez Polaków dla Żydów, polskich obywateli, wygnanych z Niemiec tuż przed “nocą kryształową”, Małgorzata Szejnert pisze o losie arystokracji w Polsce Ludowej, Barbara Seidler skupia się na wydarzeniach Grudnia’70) lub postrzeganym jako mało istotne (np. anonimowy autor “Tygodnika Ilustrowanego” opisuje szkołę dla służących, a Konrad Turowski wypadek w miejskim szalecie).

Reporter znajduje swój temat i na sali sądowej (np. Irena Krzywicka), i w więzieniu (np. Zofia Nałkowska), i w trakcie podróży (np. Antoni Słonimski czy Stanisław Cat-Mackiewicz w Rosji, Ferdynand Goetel w Indiach), i w biurze matrymonialnym (eksperyment Jerzego Urbana), i w wielkim mieście sparaliżowanym nagłym brakiem dopływu energii (tekst Wiesława Górnickiego). Czasami decyduje się na wcielenie w osobę podobną do swojego bohatera (np. Janusz Rolicki, Jacek Hugo-Bader), jest społecznie zaangażowany (np. Włodzimierz Godek), bywa przekonany, że można dla prawdy przekraczać granice przyzwoitości (np. Janusz Roszko), czasami jest archiwistą codzienności i intymności (np. Jan Bijak, Edward Redliński, Andrzej Mularczyk), uważa, iż ma prawo do osądzania i wskazywania ludziom właściwej drogi postępowania (np. Jerzy Lovell), często się dziwi lub jest oczarowany (np. Ewa Owsiany), zwykle wywołuje w swoim bohaterze pewien niepokój (np. Włodzimierz Nowak).

Jednym z najbardziej poruszających reportaży zamieszczonych w tomie jest “Nie oświadczam się” Wiesława Łuki. Opisane w tekście wydarzenia pozwalają zastanowić się nad mroczną stroną człowieczeństwa, negatywnym obliczem małej, rządzącej się swoimi prawami społeczności, zaprzeczeniem właściwie wszystkiego, co określa się mianem humanizmu i zwykłego ludzkiego współczucia.

Przy okazji tego reportażu Szczygieł informuje również o niespotykanym komforcie pracy Łuki. Dziennikarz mógł eksplorować jeden temat przez kilka lat. Dzięki tekstom Szczygła czytelnik otrzymuje także historię prasy w pigułce. Oczywiście, mowa tu przede wszystkim o tych tytułach, dzięki którym reportaż mógł się rozwijać i pokazywać swoje tematyczne i formalne bogactwo.

To, co szczególnie uderza w trakcie lektury tekstów i co pozostaje niezmienne, to pokazanie niezwykłości w tym, co przeciętne i niewyróżniające się oraz pewnej systemowości w tym, co wydaje się niesamowite. Mówiąc inaczej, dobry reporter jest ciekawy świata i ludzi, widzi temat zarówno w czymś wielkim, jak i małym, w szczególe, ale i w próbie uogólnienia.

Połączenie uważności, wrażliwości, wiedzy i talentu reportera skutkuje powstaniem tekstów ważnych, wartych zapamiętania, odsłaniających absurdy, obnażających moralne uwikłanie, zmuszających do reagowania. Takich reportaży czytelnik znajdzie w antologii “100/XX” wiele.

Całość: http://ksiazki.onet.pl/100-xx-antologia-polskiego-reportazu-ksiazka-na-ktora-czeka-cala-polska/x5kfr