Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

27-02-2014, 22:48

Irena Dziedzic nie jest kłamcą lustracyjnym  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
pap/wm
27-02-2014

Irena Dziedzic nie jest kłamcą lustracyjnym – potwierdził w czwartek Sąd Najwyższy. Tak skończyła się autolustracja znanej w PRL dziennikarki. Według IPN w latach 1958-66 była ona agentką kontrwywiadu MSW jako TW “Marlena”.

Irena Dziedzic

SN oddalił kasację Prokuratora Generalnego od prawomocnego wyroku oczyszczającego Dziedzic. “Autor kasacji nie wykazał, by w postępowaniu odwoławczym zaistniały rażące naruszenia prawa, mogące wpłynąć na treść rozstrzygnięcia” – mówił w uzasadnieniu postanowienia SN sędzia Dariusz Kala.

Po wyroku 88-letnia Dziedzic zapowiedziała pozwy wobec tych, którzy “naruszali jej dobra osobiste” w tej sprawie (nie ujawniła, kogo ma myśli). Także w czwartek Sąd Okręgowy w Warszawie odroczył do 8 kwietnia proces cywilny, jaki Dziedzic wytoczyła IPN w związku z jej lustracją. IPN wnosi o oddalenie pozwu.

W 2006 r. “Newsweek”, a potem m.in. TVP podały nazwisko Dziedzic wśród dziennikarzy PRL, którzy mieli być tajnymi współpracownikami SB. Dziedzic, która zaprzeczała, by była “Marleną”, wniosła do sądu o autolustrację. Mówiła o “nachodzeniu” jej przez SB, która “utrudniała jej pracę zawodową” i fabrykowała akta. Uznała się za wieloletnią ofiarę tajnych służb, bo sprawa jej rzekomej współpracy miała być zemstą wysokiego oficera służb za to, że w latach 50. nie chciała z nim tańczyć.

Nie zachowała się ani teczka pracy “Marleny”, ani jej zobowiązanie do współpracy. Są zaś zapisy oficera prowadzącego Włodzimierza Lipińskiego (już nie żyje) i sześć dokumentów z lat 60., pod którymi Dziedzic miała się podpisać; w tym pokwitowania wzięcia pieniędzy. Według IPN miała też ona dostać od SB 9 tys. zł pożyczki, którą oddała dopiero po czterech latach. Dziedzic mówiła, że “nie ma w świadomości”, by przyjmowała pożyczkę, bo “nie miała wtedy problemów finansowych”. Pokwitowania pieniędzy od SB uznała za zmanipulowane.

W 2010 r. Sąd Okręgowy Warszawa-Praga uznał – jak wniósł IPN – za nieprawdziwe jej oświadczenie lustracyjne zaprzeczające związkom ze służbami PRL i zakazał jej pełnienia funkcji publicznych na trzy lata. “Lustrowana przekazywała informacje kontrwywiadowi w ograniczonym zakresie, kontakty były sporadyczne, ale jednak była to współpraca” – uznał SO.

W 2011 r. Sąd Apelacyjny uchylił ten wyrok, uznając że SO nie wykazał, by Dziedzic miała świadomość współpracy oraz by doszło do jej “materializacji”. SA ocenił, że pokwitowania nie są typowe, bo zazwyczaj agenci nie podpisywali się nazwiskiem, lecz kryptonimem.

W ponownym procesie SO uznał w 2012 r. oświadczenie Dziedzic za prawdziwe, bo nie ma “bezspornych dowodów” na podjęcie współpracy, przekazywanie informacji operacyjnych, świadomości współpracy i jej tajności. SO dodał, że informacje od Dziedzic nie były istotne i nie można wykluczyć, że w nie pochodziły od niej, tylko od otaczającej ją “sieci agentów” lub z podsłuchu.

W 2013 r. Sąd Apelacyjny niejednogłośnie oddalił apelację IPN. Powoływał się on na odnalezioną już po wyroku z 2012 r. w IPN notatkę Lipińskiego nt. spotkania z 1958 r. z “Marleną”. Notatkę wysłano szefowi PZPR Władysławowi Gomułce, wraz z dopiskiem wiceszefa MSW Mieczysława Moczara, że pod tym kryptonimem kryje się Dziedzic.

W notatce esbek pisał, że “Marlena” opisywała mu reakcje na odejście Stefana Staszewskiego z funkcji prezesa PAP – na co miał nalegać m.in. ambasador ZSRR, a Gomułka miał zakazać Staszewskiemu pełnienia wyższych funkcji, czemu z kolei miał być przeciwny ówczesny premier Józef Cyrankiewicz. Według IPN notatka dowodzi wagi sprawy, skoro informowano o niej szefa PZPR.

SA uznał, że notatka z 1958 r. nie wnosi niczego nowego, bo nie wiadomo, w jakiej formule uzyskano te informacje, czy w ramach podjętej współpracy. Obrona uznała notatkę za “wrzutę” IPN.

Kasacja podpisana przez wiceprokuratora generalnego Roberta Hernanda wnosiła o zwrot sprawy do SO. Kasacja powoływała się m.in. na sprawę notatki. “Funkcjonariusze nie napisaliby nieprawdy dla szefa MSW i PZPR” – dowodził w SN prok. IPN Piotr Stawowy.

Pełnomocnik Dziedzic mec. Leszek Ziomek i ona sama byli za oddaleniem kasacji jako “oczywiście bezzasadnej”. “Esbecy przypisywali swym +agentom+ informacje z podsłuchów” – mówił adwokat. Dziedzic powiedziała, że nie rozmawiała ze Staszewskim. “Esbecy pisali wszystko dla awansów” – dodała.

SN uznał kasację za “oczywiście bezzasadną”, co oznacza że nie powstanie pisemne uzasadnienie tej decyzji. SN podkreślił, że SA ocenił notatkę, choć “mógł to uczynić bardziej dogłębnie”.

Według SN cała sprawa była “nietypowa”, a materiał “kruchy”, choć niektóre dokumenty wskazywały na możliwość współpracy. Sędzia Kala podkreślił zarazem, że ich całościowa ocena musiała uwzględniać zasadę, że nie dające się usunąć wątpliwości rozstrzyga się na korzyść lustrowanego. Dodał, że SB pisała o Dziedzic, iż “nie realizowała naszych zadań”.

Dziedzic urodziła się w Kołomyi (dziś Ukraina). Pracę dziennikarską zaczęła w 1946 r.; od 1956 r. była w TVP. Stworzyła pierwszy talk-show “Tele-Echo”, który prowadziła 25 lat (do kwietnia 1981 r.). Od 1983 do 1991 r. prowadziła “Wywiady Ireny Dziedzic”.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/irena-dziedzic-nie-jest-klamca-lustracyjnym

27-02-2014, 14:50

Grzegorz Haftarczyk odchodzi z Polskapresse, Chudzikiewicz odpowiada za internet  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
pp
27-02-2014

Magdalena Chudzikiewicz została dyrektor zarządzającą pionu Internet, IT i marketingu w Grupie Polskapresse. Przejęła kompetencje członka zarządu Grzegorza Haftarczyka, który odszedł z firmy za porozumieniem stron.

Magdalena Chudzikiewicz

Przed Chudzikiewicz zostały postawione zadania integracji produktów internetowych, technologii Polskapresse i Mediów Regionalnych, a także wdrożenie strategicznych dla obu spółek projektów, jak strategie sprzedaży kontentu, produktów bezpłatnych i pozyskiwania nowych źródeł przychodów

Obszar poligrafii przechodzi pod opiekę Dariusza Świąder, wiceprezesa Polskapresse, prezesa Mediów Regionalnych.

Magdalena Chudzikiewicz z Polskapresse związana jest od 2005 roku. Swoją karierę w mediach rozpoczynała od stanowiska PR managera i rzecznika prasowego Grupy Polskapresse. Od 2011 roku jest dyrektorem marketingu Grupy, najpierw prasy, a od 2012 także internetu, oraz rzecznikiem prasowym. Z ramienia zarządu nadzorowała wdrożenie strategii pozyskiwania nowych źródeł przychodów dla Grupy, m.in. SMS premium, bazy danych, a w ostatnim roku także przygotowanie strategii sprzedaży kontentu.

Grzegorz Haftarczyk wiceprezesem Grupy Polskapresse był od 2005 roku. Wcześniej pracował m.in. jako prezes Polskapresse Oddział Prasa Krakowska, prezes Parkiet Media, a także wiceprezes Polskapresse oddział Prasa Bałtycka.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/grzegorz-haftarczyk-odchodzi-z-polskapresse-chudzikiewicz-odpowiada-za-internet

27-02-2014, 14:01

Śląska Fotografia Prasowa – odbyły się pierwsze obrady jury  »

Dziennik Zachodni
mat. pras.
27-02-2014

Pierwsze posiedzenie Jury

Na tegoroczny – jedenasty już – konkurs Śląskiej Fotografii Prasowej, organizowany przez Bibliotekę Śląską oraz Syndykat Dziennikarzy Województwa Morawsko-Śląskiego i Ołomunieckiego, 52 fotoreporterów nadesłało łącznie 559 zdjęć. Były to zarówno fotografie pojedyncze, jak i cykle. Wszystkie zdjęcia wykonane zostały w 2013 roku. Pierwsze obrady Jury odbyły się 26 lutego 2014 roku.

Spośród fotografii spełniających wymogi konkursu Jury dokonało wyboru 160 prac 30 autorów, które zostaną zaprezentowane na wystawie w Galerii Holu Głównego Biblioteki Śląskiej od 5 marca br. Końcowe obrady Jury odbędą się na początku marca tego roku. Wtedy wyłonieni zostaną laureaci trzech nagród głównych (w tym nagrody przechodniej – Złotego Druha) oraz nagród specjalnych, m.in.: Nagrody Czytelników Biblioteki Śląskiej, Nagrody dla autorów podejmujących tematykę korespondującą z programem Miasto Ogrodów oraz Nagrody im. Jana Suchana. Ponadto przyznany zostanie Wielki Splendor – honorujący fotoreportera o ogromnym dorobku twórczym. Uroczystość wręczenia nagród odbędzie się 20 marca br. o godz. 17.00 w Bibliotece Śląskiej.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/3347867,slaska-fotografia-prasowa-odbyly-sie-pierwsze-obrady-jury-zdjecia,id,t.html

27-02-2014, 09:45

Platforma Mediowa Point Group przeprowadza swoje redakcje i spółki  »

Press
(GK)
27-02-2014

Redakcje “Wprost” i “Tygodnika do Rzeczy” z początkiem marca przeprowadzą się do warszawskiego kompleksu biurowego Batory Office Buildings. Wraz z nimi przenosi się główny udziałowiec wymienionych tytułów, Platforma Mediowa Point Group SA, i jej spółki zależne.

W Batory Office Building dwa piętra zajmą redakcje "Wprost" i "Tygodnika Do Rzeczy"

Batory Office Buildings położony jest przy Alejach Jerozolimskich w dzielnicy Włochy. Od września 2012 roku PMPG działała w części biurowej Blue City na Ochocie, a powstała na początku 2013 roku redakcja “Tygodnika do Rzeczy” (wydawany jest przez spółkę Orle Pióro) miała odrębną siedzibę przy ul. Racławickiej.

Zarząd PMPG przenosiny tłumaczy konsolidacją działalności w jednym biurowcu, co ma poprawić komunikację w grupie. Ważnym argumentem są też oszczędności. Spółki i redakcje PMPG zajmą teraz dwa piętra biurowca o łącznej powierzchni 1,2 tys. mkw. Tymczasem po nabyciu AWR Wprost w końcu 2009 roku grupa PMPG zajmowała ponad 5 tys. mkw. i była związana długoterminowymi umowami na wynajem, co znacząco obciążało jej wyniki. W 2012 roku strata netto PMPG wyniosła 10,5 mln zł. W marcu spółka ogłosi wyniki za ub.r., według ogłoszonych wcześniej prognoz będą to zyski (EBITDA – 6,8 mln zł, zysk brutto – 5,9 mln zł).

Analizę tego, co kryją bilanse PMPG i jej spółek zależnych oraz w jaki sposób zarząd PMPG zabiega o poprawę ich wyników, zamieścimy w marcowym wydaniu miesięcznika “Press”.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/44467,Platforma-Mediowa-Point-Group-przeprowadza-swoje-redakcje-i-spolki

27-02-2014, 08:38

Dwa wielkopolskie tygodniki opublikowały listy skazanych za jazdę po pijanemu  »

Press
(AO, MAL)
27-02-2014

"Życie Pleszewa" i "Gazeta Jarocińska"

“Gazeta Jarocińska” i “Życie Pleszewa” (oba wydaje Południowa Oficyna Wydawnicza) opublikowały teksty o skutkach prowadzenia samochodu pod wpływem alkoholu, a wraz z nimi listy osób skazanych za to z terenu, na którym się ukazują tygodniki. Eksperci nie mają pewności, czy publikowanie takich informacji jest powinnością mediów.

Opublikowane listy zawierają imiona i pierwsze litery nazwisk skazanych za jazdę po pijanemu oraz miejscowości, w których mieszkają. Listy przygotowały, na wniosek redakcji, Sąd Rejonowy w Jarocinie oraz jego Wydział Zamiejscowy Karny z siedzibą w Pleszewie, a obejmują skazanych w 2013 roku. – Na pomysł tej publikacji wpadliśmy po spektakularnych wypadkach w Kamieniu Pomorskim czy Trójmieście, w których zginęli ludzie, a które spowodowali pijani kierowcy – mówi Piotr Piotrowicz, właściciel i prezes Południowej Oficyny Wydawniczej. – Funkcją mediów jest piętnowanie takich czynów – dodaje. Osobiście nie miał żadnych oporów przed opublikowaniem listy, choć jak sam przyznaje, w wielu przypadkach podane dane wskazują jednoznacznie na to, kto się pod nimi kryje. Jak mówi Piotrowicz, żaden ze skazanych wymienionych na liście nie interweniował u niego w sprawie publikacji. To samo mówi Przemysław Góralczyk, autor tekstu, który ukazał się w “Życiu Pleszewa”.

Podobną publikację szykuje należące do tego samego wydawcy “Życie Rawicza”. Natomiast “Życie Gostynia” raczej takich list nie opublikuje, bo tamtejszy sąd rejonowy zazwyczaj w przypadku spraw o jazdę pod wpływem alkoholu orzeka podanie wyroku do publicznej wiadomości, więc informacje takie pismo publikuje sukcesywnie. – Tylko skopiowalibyśmy to, co już było – mówi Hanna Hejduk, redaktor naczelna tytułu.

Czy redakcje dobrze zrobiły, publikując takie dane? Zdaniem mec. Jerzego Naumanna, trudno to jednoznacznie ocenić. – Na szali są tu bowiem dwa dobra: pierwsze to ochrona prywatności osoby skazanej, druga wartość to odstraszanie potencjalnych pijanych kierowców, którzy mogliby powodować wypadki. Zatem dziennikarza można tu albo rozgrzeszyć, albo próbować pociągnąć do odpowiedzialności w zależności od tego, prymat której wartości się uzna – mówi Naumann. I zwraca uwagę, że w ten sposób media wyręczają sądy, które nie wiedzieć czemu – jak stwierdza – rzadko orzekają podanie wyroku do publicznej wiadomości.

Wątpliwości co do oceny działania wielkopolskich tygodników ma również psycholog Krystyna Kmiecik-Baran, kierownik działu analiz Europejskiego Instytutu Analiz Społecznych. Jak wskazuje, publikowanie takich danych, mimo że zgodne z przepisami, jest działaniem na granicy prawa, bo można w ten sposób zidentyfikować skazanych w małych miejscowościach. – Rozumiem piętnowanie pijanych kierowców, którzy powodują wypadki, ale strachem nie da się zdyscyplinować społeczeństwa. Publikowanie informacji, które nie zostały upublicznione zgodnie z wyrokiem sądu, przywołuje mi na myśl stosowanie środków pozaprawnych w czasach komuny – mówi Kmiecik-Baran.

Pięć wydawanych przez Południową Oficynę Wydawniczą tytułów ma w sumie 35 tys. egz. nakładu. Każde z pism ma zasięg powiatu.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/44466,Dwa-wielkopolskie-tygodniki-opublikowaly-listy-skazanych-za-jazde-po-pijanemu

26-02-2014, 12:19

LUDZIE Z OŁOWIU (część druga)  »

Blogi Newsweeka ZEW Moje boje
ZEW
26-02-2014

Oto dalszy ciąg mojego artykułu zamieszczonego w “Dzienniku Śląskim” (1994 rok) na temat dziejów i upadku prasowego drukarstwa ołowianego w Katowicach.

LUDZIE Z OŁOWIU cd.

A teraz przenieśmy się na drugą stronę barykady. Stefan Makioła (rocznik 1909) w latach 1927-39 pracował w Drukarni Śląskiej w Katowicach przy ul. Batorego 4, firmowanej przez wojewodę Grażyńskiego. W ogóle pracę zawodową rozpoczął jako 14-letni chłopiec w Księgarni Polskiej w Chorzowie, skąd pochodził. Otarł się jednak o korfantowską “Polonię”. Tam właśnie, przy Sobieskiego składał zawodowy egzamin. Za zadanie dostał – wyskładać ręcznie tytuł książki.

BAZGRALI JAK LEKARZE

Jak chodzi o dziennikarzy “Polski Zachodniej”, to pamięta dra Jana Przybyłę, który potem w Chropaczowie był burmistrzem. Za to przedtem skaperowano go od Korfantego. Do dziś wspomina Stefan Makioła bazgroły, istne recepty lekarskie jakie zsyłał redaktor naczelny Edward Rumun. Składacz musiał nieźle się nabiedzić aby je rozszyfrować. Bo trzeba wiedzieć, iż przed wojną prawie wszystkie teksty dziennikarskie były pisane ręcznie! Każdy redaktor miał zresztą swojego specjalistę-linotypistę, który po nim wszystko mógł odcyfrować. – Jak Przybyła zrobił poprawki do “Gustlika Pod Hołdą”, był to tygodniowy dodatek do “Polski Zachodniej”, to było coś okropnego. On dopiero na stronie robił adiustacje i poprawki do treści artykułów – wspomina S. Makioła.

Tę cenną myśl dedykujemy współczesnym składaczom (już komputerowym), którzy wymagają od nas redaktorów najwyżej do siedmiu poprawek na stronie maszynopisu. Nie ma jednak róży bez kolców. Sięgnijmy raz jeszcze do wspomnień B. Surówki: “Gafy drukarskie przytrafiały się więc bardzo często, a niektóre bywały wcale wesołe, jak na przykład nasz wielki subtytuł na trzy szpalty umieszczony w sprawozdaniu z pewnego procesu w “Kurierze Wieczornym”: “Linka w śledziu”. Czytelnicy łamali sobie głowę nad tym co to ma znaczyć, zwłaszcza, że w tekście nic o tym nie było mowy. Tytuł ten bowiem powinien brzmieć “Luka w śledztwie”. Ale ponieważ był napisany ręcznie…”

Przedwojenne życie Towarzyszy Sztuki Drukarskiej nie było pełne tylko walki klasowej i walki z konkurencją. – Jak redaktorzy mieli imieniny to było okropne picie i żarcie. Obchodziło się je w zecerni, albo w redakcji, która była zaraz obok. Pamiętam do dziś, taka wódka była – “Perła Hajducka”. Pod stołem było pełno butelek, no to nieraz szedłem je sprzedać – wraca pamięcią do tamtych dni Stefan Makioła, który w drukarstwie pracował do 1952 r. Wtedy w Drukarni Śląskiej był tytularzem.

Hałas przy linotypach - maszynach do składu, był nie do wytrzymania

GADZINÓWKĘ” TEŻ ROBIONO

W pierwszym roku okupacji niemieckiej drukarnia “Polonii” przy ul. Sobieskiego była nieczynna. Niemcy sprowadzili większe niż do tej pory maszyny rotacyjne, maszyny płaskie i całe “akcydensy” (druki drobne) przenieśli do Mikołowa. Tu pozostał dział gazetowy, który wydawał m.in. tzw. gadzinówkę “Kattowitzer Zeitung”. W wydającej ją firmie “Gauverlag” pracowali także Ślązacy.

Podsumowując czasy II Rzeczypospolitej. W dziejach prasy nie są one zbyt szeroko opisywane. Po prostu stosowano tu do tej pory parawan polityczny a większość monografii Prasowych Zakładów Graficznych omija wstydliwie wątek Korfantego. Grażyński to w ogóle ma pecha, bo o ile jeszcze Korfanty miał zasługi, które propaganda minionego okresu umiała jeszcze jakoś sprzedać, o tyle Grażyński (czytaj Piłsudski) nie mieścił się w żadnym przedziale. Niewątpliwie ten pobieżny szkic nie wypełnia tej luki.

Być może przypadające we wrześniu tego roku 70-lecia PZG (rozbudowanych dopiero po wojnie), a także koniec “gorącego składu” będzie dobrą okazją do wydania stosownej monografii.“Pionierzy-drukarze”, bo tak ich nazywano w owym czasie w zakładzie, stanęli na wysokości zadania i już 2 lutego 1945 r. ukazało się pierwsze wydanie organu Komitetu Wojewódzkiego PPR w Katowicach – “Trybuny Śląskiej” a kilka dni później pierwszy numer “Dziennika Zachodniego” – czytamy w monografii PZG wydanej w 1968 r. Niemcy wywieźli w głąb Rzeszy większość maszyn. Z maszyny rotacyjnej usunęli noże do falcowania. A tymczasem monter Józef Popiołek zdołał wcześniej podmienić dobre noże na zużyte. Te pierwsze zakopał na podwórku drukarni.

P.S. Widać aby odkupić swoje medialne grzechy Stefan Makioła został Świadkiem Jehowy. Nie żyje, zginął pod kołami autobusu.

CDN

ZEW

Całość: http://blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/684608,ludzie-z-olowiu-czesc-druga-2.html