Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

02-03-2014, 18:40

Śniadanie Europejskie  »

Wiadomości Zagłębia
(mł)
02-03-2014

W mijającej kadencji poseł do Parlamentu Europejskiego prof. Adam Gierek zorganizował cztery Śniadania Europejskie, w których uczestniczyło około 40 osób. Kameralna forma spotkań przy śniadaniu, w podziemiach Pałacu Schoena w Sosnowcu, pozwoliła na przedyskutowanie bardzo zróżnicowanych zagadnień, między innymi z zakresu funkcjonowania samorządu terytorialnego, nauki, przemysłu, mediów.

Zaproszeni reprezentowali takie środowiska jak: prezydenci miast, szefowie wielkich firm, naukowcy, samorządowcy, kandydaci do Parlamentu Europejskiego, działacze lewicy, dziennikarze. Kolejne Śniadanie Europejskie, stanowiące podsumowanie serii spotkań, odbyło się 28 lutego. Prof. Adam Gierek podziękował gościom za przybycie, inspirację, oraz intelektualne wsparcie w jego pracy parlamentarnej. Mówił o swojej pracy w kończącej się kadencji. Dyskutowano o najważniejszych problemach Zagłębia Dąbrowskiego i Śląska w kontekście europejskich i światowych uwarunkowań.

W śniadaniu uczestniczyli: Zdzisław Banaś – burmistrz Siewierza, Jarosław Bolek – www.sosnowieckiportal.pl, Andrzej Chwiluk – przewodniczący Związku Zawodowego Górników, Dariusz Ciepiela – “Nowy Przemysł”, Stefan Dzienniak – Prezes Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej, Kazimierz Górski – prezydent Sosnowca, Dariusz Kindler – Progress, prof. Jerzy Kopel – rektor WS Humanitas, Ryszard Łukawski – wiceprezydent Sosnowca, Ryszard Mach – prezydent Zawiercia, Krzysztof Malczewski – starosta będziński, Hanna Michta – redaktor naczelna “Kuriera Miejskiego”, Zbigniew Podraza – prezydent Dąbrowy Górniczej, Kamil Puternicki – telewizja TELPOL, doc. Jerzy Siemianowicz – Wyższa Szkoła Zarządzania, Krzysztof Snakowski – WDR Progres, Andrzej Szarawarski – prezes Stowarzyszenia Dom Europejski, Oddział Sosnowiec, Edward Szlęk – prezes JSW KOKS SA, Edward Szwagierczak – redaktor naczelny “Magazynu Hutniczego”, Przemysław Szwagierczak – “Magazyn Hutniczy”, Tadeusz Wnuk – prezydent Śląskiej Izby Budownictwa, prof. Zygmunt Woźniczka – Uniwersytet Śląski, Jan Wójtowicz – przewodniczący Śląskiego Stowarzyszenia Pokolenia, Zbyszek Zaborowski – poseł na Sejm RP oraz red. Teresa Stokłosa, reprezentująca redakcję “Wiadomości Zagłębia”

Całość: http://www.wiadomoscizaglebia.pl/artykul/2299.html

28-02-2014, 21:56

“Chciałbym kiedyś skrobnąć coś o śląskiej piłce” – wywiad z Pawłem Czado  »

http://ksiazkisportowe.blogspot.com/
Piotr Stokłosa
28-02-2014

Paweł Czado od najmłodszych lat zbiera książki i różne inne rzeczy poświęcone futbolowi. Dziennikarz “Gazety Wyborczej” dorobił się nawet własnego pokoju piłkarskiego, w którym trzyma sportową literaturę i prasę. Oprócz kolekcjonowania różnych pozycji, twórca popularnego “Czadobloga” zajmuje się także ich pisaniem, choć sam stworzone przez siebie dzieła nazywa skromnie “broszurkami”. W wywiadzie dla bloga autor m.in. biografii Edwarda Szymkowiaka opowiada, że intensywnie myśli nad porządną książką o śląskim futbolu, ale na razie nie chce składać żadnych deklaracji.

- Pamięta Pan swoją pierwszą książkę sportową?

Paweł Czado

Pierwsza książka sportowa? Hmm… zastrzelił mnie Pan tym pytaniem (śmiech). To musiało być dosyć dawno, pewnie na początku lat osiemdziesiątych. Ale co to mogło być…? Wiem! Pierwszą książkę sportową kupiłem przy okazji mistrzostw świata w 1982 roku. Nie pamiętam już autora, ale na pewno było to coś o rozgrywanym w Hiszpanii mundialu. Uwielbiałem tę książkę, przeczytałem ją chyba z pięćdziesiąt razy – skończyłem i zaczynałem od nowa, potem jeszcze raz i kolejny… Tak się przez to zniszczyła, że musiałem oddać ją do introligatora. Mam ją zresztą do dziś, gdyż wręcz “zasysam” wszystko, co dotyczy piłki nożnej: literaturę czy różne pamiątki, często właśnie z czasów dzieciństwa. Dorobiłem się nawet własnego pokoju piłkarskiego, w którym trzymam te wszystkie rzeczy. Nikt nie ma tam wstępu, nawet mój pies wie, że ma tam nie wchodzić. Książka o mistrzostwach świata w Hiszpanii była więc tą pierwszą. Pamiętam też, że dawno temu było coś takiego jak kolekcje samoprzylepnych ilustracji. Dotyczyły one różnych dziedzin – biologii, historii, motoryzacji, ale także piłki nożnej. Kupowało się paczki, w których znajdowało się sześć takich nalepek i następnie wklejało się je do specjalnego albumu. Je też zbierałem. A potem “zasysałem” już wszystko jak leci. Wychowałem się na prasie, głównie “Sporcie” i “Piłce Nożnej”, więc kupowałem kolejne roczniki i je oprawiałem. “Piłka Nożna” z lat 80. i 90. to było i w dalszym ciągu jest dla mnie mistrzostwo świata.

- Jedną z Pana pierwszych książek o sporcie była też chyba “Encyklopedii piłkarskich mistrzostw świata” Andrzeja Gowarzewskiego? Pisał Pan o niej kiedyś na swoim blogu.

Tę książkę zapamiętałem bardzo dobrze, dlatego, że kiedy ją kupowałem, omal nie dostałem przy okazji po ryju od toruńskich skinheadów (śmiech). Pamiętam to jak dziś: byłem wtedy z rodzicami na wakacjach w Toruniu. Kiedy zwiedzaliśmy razem miasto, zauważyłem księgarnię i postanowiłem do niej wstąpić. Okazało się, że mieli tam “Encyklopedię piłkarskich mistrzostw świata”, której szukałem od kilku tygodni. Bez wahania ją kupiłem i wyszedłem z księgarni, ale rodzice byli już daleko – poszli dalej w kierunku rynku. Nagle zjawiło się koło mnie kilku skinheadów z żądaniem: „Dorzuć nam na flaszkę!”. Oczywiście odmówiłem i znalazłbym się w niezłych tarapatach, gdyby nie tata, który zauważył z daleka co się święci i przybiegł na ratunek. Miejscowi od razu zmienili nastawienie, mówiąc: “Wszystko w porządku, to nasz kolega”, na co tata odparł: “To mój syn!” (śmiech). Wszystko szczęśliwie rozeszło się więc po kościach. To było w roku 1990, miałem wtedy 17-18 lat. Rok później zaczęła już ukazywać się Encyklopedia Piłkarska Fuji i to była całkiem nowa jakość. Mam to szczęście, że kupuję ją na bieżąco i mogę śledzić jej rozwój. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie pierwszy tom. Mam nawet autografy na tej książce od dwóch jej współautorów – Henryka Góreckiego i Kazimierza Romańca. To było coś niesamowitego, każda kolejna część zabijała swoją fachowością. Później miałem okazję poznać pana Gowarzewskiego i dostąpiłem nawet zaszczytu współtworzenia niektórych tomów. Nie ma co ukrywać – Andrzej Gowarzewski to fenomen na skalę światową i możemy tylko się cieszyć, że mieszka i wydaje tutaj w Katowicach.

- Z tego co wiemy z encyklopedii, jej twórca pracuje też nad biografią Ernesta Wilimowskiego, którą zamierza kiedyś wydać. Zgodzi się Pan ze mną, że to książka, na którą zdecydowanie warto czekać?

Byłoby świetnie, gdyby ta książka wyszła. Nie ma sensu, żeby o Erneście Wilimowskim pisał ktokolwiek inny. Pan Gowarzewski wielokrotnie bywał u niego w Niemczech i zebrał takie materiały, do których nie dotrze już żaden inny autor. Jeżeli ktoś napisze i wyda coś o Wilimowskim, to będzie mu przykro, kiedy ukaże się książka Gowarzewskiego.

- Zamykając już powoli temat Encyklopedii Piłkarskiej Fuji – w jednym z roczników tej serii ukazała się informacja o wystawie “Górnoślązacy w polskiej i niemieckiej reprezentacji narodowej w piłce nożnej” organizowanej przez Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej. Andrzej Gowarzewski zwracał uwagę na „zniemczone” nazwiska polskich piłkarzy w pierwszym wydaniu publikacji towarzyszącej tej wystawie. Pan był jednym z współautorów tej pozycji. Jak to się stało, że Cieślik nagle stał się “Cieschlikiem”?

Anons wystawy został wydany w dwóch wersjach językowych – po polsku i po niemiecku. Jakiś zewnętrzny tłumacz, tworząc przekład, “zniemczył” po prostu nazwiska polskich piłkarzy. Gerard Cieślik to był zawsze Cieślik pisany przez „ś”, a nie, jak być może w czasie okupacji, przez “sch”. To był więc błąd, ale on moim zdaniem nie wynikał ze złych intencji, tylko z niedopatrzenia, więc nie doszukiwałbym się tutaj celowego działania. Przez mgłę pamiętam to, co pisał w tej sprawie pan Gowarzewski. Wytknął ten błąd – miał do tego prawo – ale jak mówię, moim zdaniem był to tylko przypadek.

- Pozycja „Górnoślązacy w polskiej i niemieckiej reprezentacji narodowej w piłce nożnej” to któraś z kolei publikacja w Pan dorobku. W wywiadzie z Panem na portalu netkultura.pl znalazłem informację, że jest Pan autorem lub współautorem siedmiu książek dotyczących sportu.

Książki to za duże słowo. Można powiedzieć, że są to broszurki. Pozycja, o której Pan wspomniał, to krótka publikacja towarzysząca wystawie. Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej chciał takową zorganizować, więc zwrócił się do mnie z prośbą o przygotowanie do niej krótkiej broszurki. Ta praca była formą uczczenia pamięci Joachima Waloszka, który był moim szefem tutaj w “Gazecie Wyborczej”, miał ogromną wiedzę na temat śląskiego futbolu i współpracował z panem Gowarzewskim przy monografiach poświęconych Ruchowi Chorzów i Górnikowi Zabrze. Ten świetny dziennikarz zmarł w 2005 roku, w wieku czterdziestu paru lat. Postanowiłem więc uczcić jego pamięć, zamieszczając w przygotowywanej publikacji jego teksty. Ostatecznie anons rozrósł się do rozmiarów broszurki, nie było zamysłu tworzenia wielkiej książki. Powstały jeszcze inne rozdziały – jeden autorstwa Witolda Łastowieckiego, który traktował o Ślązakach w NRD, drugi Grzegorza Bębnika o weryfikowaniu śląskich piłkarzy po II wojnie światowej.

- Jeśli jesteśmy już przy wojennych losach zawodników ze Śląska, świetnie opisał je Thomas Urban w książce “Czarny orzeł, biały orzeł. Piłkarze w trybach polityki”. O tej pozycji także pisał Pan na swoim blogu.

Thomas Urban był tutaj, kiedy pisał tę książkę i mieliśmy okazję porozmawiać. Uważam, że “Czarny orzeł, biały orzeł” to bardzo dobra i interesująca pozycja, która odkrywa nieznane dotąd fakty. Jej dużą zaletą jest to, że pokazuje losy śląskich piłkarzy z innego punktu widzenia. Wielu ludzi postrzega tę tematykę przez pryzmat wojenny, wszystko jednoznacznie interpretując na zasadzie: czarne-białe. Dla wielu osób Ernest Wilimowski jest cały czas zdrajcą i właśnie tak traktują jego występy w niemieckich barwach. Książka Urbana może zmienić taki sposób myślenia.

- W ubiegłym roku przeprowadzał Pan wywiad z Mariuszem Kowollem, który pracuje nad książką o podobnej tematyce – chce opisać futbol na Górnym Śląsku w czasie II wojny światowej. Może powiedzieć Pan coś więcej na temat tej publikacji?

Mariusz Kowoll to człowiek o ogromnej wiedzy i wielkiej pasji. Nie mam wątpliwości – to co planuje, to będzie hit. Cały czas zbiera materiały i szuka nowych informacji, bo jest niesamowicie skrupulatny. Interesuje się statystyką, więc każdą tabelkę sprawdza tak dokładnie, jak to tylko możliwe. Moim zdaniem to będzie coś świetnego i z powodzeniem mógłby to być temat pracy nie tylko doktorskiej, ale też habilitacyjnej. W Polsce jeszcze na ten temat tak naprawdę nie powstało nic poważnego, a Mariusz Kowoll wyczyści wszystko do cna i kolejne pokolenia będą się opierać na jego pracy. Oczywiście nie będzie to książka dla wszystkich, bo nie każdego interesuje okres 1939-1945, ale to, czego on się tam, jak to się mówi, „dosznupał”, to może być coś fantastycznego. Nie chciałbym na temat za dużo mówić, bo to jego praca, ale jestem przekonany, że kiedy ta książka się ukaże, wszyscy będziemy w szoku.

- Rozmawialiśmy wcześniej o Pana dotychczasowych pozycjach, które Pan nazywa broszurkami. Zastanawiał się Pan nad napisaniem jakiejś obszerniejszej książki?

To, co pisałem dotychczas, to były rzeczy, które wychodziły nagle, przy okazji jakiegoś wydarzenia. Trudno nazwać książką pozycję liczącą 100 czy 70 stron. Oczywiście mam jakieś pomysły i plany, zbieram nawet materiały, ale na razie nie chcę o tym mówić. Życie nauczyło mnie, że nie warto składać naprzód żadnych deklaracji, ponieważ kiedy coś nie wyjdzie, człowiek świeci oczami. Lepiej nie mówić nic, wziąć się do pracy i jak dzieło będzie już gotowe, dopiero wtedy się nim pochwalić. Dlatego też nie chcę na razie mówić o temacie czy zakresie książki, ponieważ to stawiałoby mnie w roli deklarującego coś, a je nie chcę tego robić. Natomiast pomysły są i to różne, wiec chciałbym kiedyś “skrobnąć” coś o śląskiej piłce.

- Otrzymywał Pan sygnały od czytelników bloga, że warto byłoby sięgnąć po pióro i napisać jakąś książkę?

Tak, zdarzało się, że czytelnicy sugerowali mi różne pomysły. Do wszystkich podchodzę z uszanowaniem. Lubię swojego bloga właśnie ze względu na czytelników, bo przekonałem się, że ludzie mają gigantyczną wiedzę, pasję i umiejętności, których nigdy bym nie poznał, gdybym tego bloga nie prowadził. Przykładem chociażby wspomniany już w tej rozmowie Mariusz Kowoll.

- Pański blog w ogóle jest swego rodzaju ewenementem, gdyż odpisuje Pan w komentarzach właściwie każdemu, kto zada jakieś pytanie czy postawi zarzut. Często pod wpisami tworzą się przez to gorące dyskusje.

Nie zawsze tak robię, ale staram się odpisywać, gdyż jest to po prostu ciekawe. Lubię rozmawiać z czytelnikami, bo oni są interesujący. Nie jest tak, że odpowiadam tylko tym, którzy mają coś do powiedzenia – często przekomarzam się też z tymi, którzy ewidentnie chcą mnie zahaczyć. Nie ukrywam, że blog jest dość wyrazisty i czasem prowokujący, więc rozumiem, że niektórzy ludzie się denerwują, kiedy go czytają. Nie mam również problemu z tym, że ktoś mnie niemerytorycznie zaatakuje. Moim jedynym problemem jest to, że lubię czasami równie niemerytorycznie odpowiedzieć i później ludzie uznają, że nakręcam tę całą „bijatykę” w komentarzach. Ale traktuję swój blog jako zabawę, a jeżeli ktoś go lubi i skorzysta jeszcze z jakiejś informacji – tym lepiej. Uważam się jedynie za popularyzatora tematu śląskiej piłki, nikogo więcej. Cieszę się, że poruszana przeze mnie tematyka jest na tyle ciekawa, iż mojego bloga czytają także ludzie spoza Śląska.

- Ciekawa tematyka to jedno, ale na Pana korzyść działa też chyba fakt, że podobnych miejsce w internecie jest tak naprawdę bardzo niewiele?

Rzeczywiście, choć kilka ciekawych stron by się znalazło. Przykładem może być Sławomir Szymański – autor bloga “Sphaeristerium”, który napisał monografię wrocławskiego sportu (“Sport w Breslau” – przyp. red.). Nie znamy się osobiście, nigdy nie rozmawialiśmy tête-à-tête, kontaktowaliśmy się jedynie przez bloga. Bardzo spodobało mi się to, co robi, a jego książka jest po prostu fantastyczna. Świetnie, że są ludzie, którzy pasjonują się takimi tematami i że doczekaliśmy czasów, kiedy można o takich rzeczach pisać. W PRL-u byłoby to raczej niemożliwe.

- Autorom piszącym o lokalnym sporcie należy się chyba duży szacunek za to, że poświęcają swój wolny czas, po godzinach pracy siedząc w bibliotekach i zbierając materiały, a następnie pisząc takie książki. Duże wydawnictwa rzadko decydują się bowiem na wydanie jakichś pozycji dotyczących historii sportu. Uważa Pan, że to błąd?

Trudno dziwić się dużym wydawnictwom, że nie decydują się na takie książki, gdyż to jest biznes – one muszą przede wszystkim na tym zarobić. Wydawcy nie mają przekonania, że duży zysk może im przynieś jakaś pozycja historyczna, w dodatku dotycząca zaledwie lokalnego sportu. Doskonale to rozumiem. Tym bardziej się cieszę, że nieustępliwość ludzi takich jak Sławomir Szymański powoduje, iż takie książki się u nas ukazują.

- W ostatnim czasie można zaobserwować prawdziwy “boom” na książki sportowe w Polsce. Jak Pan ocenia to zjawisko?

Bardzo się cieszę, że książek sportowych jest coraz więcej. Sam regularnie odwiedzam księgarnie, żeby sprawdzić, czy jest w nich coś nowego. Kiedy byłem w Szkocji, wszedłem do jednej z księgarni w Glasgow. To, co tam zobaczyłem, wprawiło mnie w osłupienie – nie było tam jednej półki z pozycjami o sporcie, tylko całe setki różnych publikacji. Zastanawiałem się wtedy, kiedy będzie tak w Polsce. Jak się okazuje, być może już niedługo. Wszystko zależy od tego, czy ludzie będą chcieli to czytać. Z drugiej jednak strony powstają książki, w których autor chce coś wyrazić i wydaje je własnym sumptem w stu egzemplarzach. Tak zrobił na przykład Paweł Gaszyński, tworząc serię “Zanim powstała liga”. Mam pierwszy tom tego cyklu i na pewno kupię następne. To jest piękne, że istnieją ludzie, którzy potrafią realizować swoje pasje w ścisłym tego słowa znaczeniu. Świetnie, jeśli są jeszcze do tego merytorycznie przygotowani, tak jak Paweł Gaszyński, który pracuje w archiwum. Widać, że facet wie, co robi. Właśnie takie osoby najbardziej podziwiam i szanuję. Napisanie porządnej i obszernej książki to ogromny wysiłek – trzeba ją przemyśleć, zebrać materiały, często gdzieś pojechać, a następnie to wszystko sprawnie opisać. Tworzenie biografii Edwarda Szymkowiaka, która liczy zaledwie 70 stron, zajęło mi mnóstwo czasu, a co dopiero napisanie książki mającej kilkaset stron? Czapki z głów przed autorami, którzy potrafią coś takiego stworzyć.

- Dynamiczny rozwój rynku literatury sportowej na pewno ma swoje plusy, ale zauważam też negatywne konsekwencje. Chociażby takie, że często na rynek wypuszczane są pozycje, które nie mają zbyt dużej wartości merytorycznej. To główny minus “boomu” książkowego?

Postrzegam to zjawisko wyłącznie pozytywnie. Nie zgodzę się co do negatywnych konsekwencji, ponieważ czytelnik ma swój rozum. Jeśli w księgarni weźmie książkę do ręki, to jest w stanie zorientować się w ciągu trzech minut, czy chcę ją przeczytać. Jeśli nie, to po prostu jej nie kupi. Wiadomo, że nic nie rozwija się idealnie – muszą być lepsi i słabsi autorzy, ale ci gorsi też dokładają jakąś cegiełkę do rozwoju literatury sportowej. Owszem, zdarzają się kuriozalne przypadki, że piszę się książkę w pięć czy dziesięć dni, ale to są wyjątki. Ja nie znajduję w takich książkach nic, co mogłoby mnie wciągnąć, ale rozumiem, że liczy się biznes. Skoro takie pozycje są wydawane, to znaczy, że kogoś mogą zainteresować. Tę samą książkę może przeczytać pięćdziesięciolatek, trzydziestolatek i dziesięciolatek i u każdej z tych osób obiór będzie inny. To jest normalne. Czytam teraz “Quo Vadis” i odbieram to dzieło zupełnie inaczej niż w dzieciństwie.

- Wraca Pan także do książek sportowych?

Tak, są takie pozycje. Po książkę sportową można sięgać, żeby czegoś się z niej dowiedzieć, ale można też doceniać jej formę. Dla mnie takim przykładem dopracowanej formy jest pozycja”Futbol jest okrutny”. Michał Okoński pisze bardzo ciekawie, ale należy pamiętać, że jest redaktorem w dobrej gazecie i zajmuje się w niej szlifowaniem tekstów innych.  Jest więc zawodowcem i to wychodzi w książce. Specyfika tej pozycji polega na tym, że Michał Okoński podczas jej pisania właściwie nie musiał ruszać się z domu. Broń Boże nie umniejszam tutaj wartości książki, wręcz przeciwnie – końcowy efekt jest piorunujący. To świetna pozycja, do której często wracam.

- Ma Pan jakąś ulubioną książkę o sporcie?

Czy mam ulubioną książkę sportową? Trudno powiedzieć. Natomiast z tych przeczytanych ostatnio najbardziej podobała mi się autobiografia Zlatana Ibrahimowicia. Bardzo dobrą książką sprzed lat była też biografia Wojciecha Kowalczyka, którą napisał Krzysztof Stanowski.

- No i “Spalony” tego samego autora, czyli biografia Andrzeja Iwana. Tak można przynajmniej wywnioskować z lektury pańskiego bloga.

Tak, to też bardzo ciekawa książka.

- Ostatnią publikacją, którą opisywał Pan na swoim blogu, jest pozycja “Futbol obnażony”, czyli w oryginale “The Secret Footballer”. Ona ukaże się w Polsce 19 marca, ale Pan miał już okazję się z nią zapoznać i z tekstu można wywnioskować, że warto na nią czekać.

Ta książka podobała mi się z tego względu, że prezentuje świeże spojrzenie na współczesny futbol. Nawet w trakcie czytania tak bardzo nie interesowało mnie, kto jest tym tajemniczym piłkarzem, po prostu przyjemnie spędziłem czas na jej lekturze. Byłoby świetnie, gdyby ktoś napisał coś takiego o polskiej lidze – nie w ujęciu wyśmiewnym i anegdotycznym, ale właśnie w takiej formie, jaka została zaprezentowana w pozycji “Futbol obnażony”. Ja rozumiem, że z ekstraklasy można się śmiać, bo jak pokazują wyniki konfrontacji w europejskich pucharach, nie jest ona najsilniejszą ligą, ale mimo wszystko są to interesujące rozgrywki. Chętnie przeczytałbym o tym, jakie są przyczyny przewagi jednej drużyny nad drugą, a niekoniecznie o tym, w jakich klubach bawią się po meczach zawodnicy. Aż tak bardzo mnie to nie interesuje. Warsztat trenera Oresta Lenczyka albo kulisy afery w Lechu Poznań, która miała wpływ na wyrzucenie z zespołu Bartosza Ślusarskiego i Rafała Murawskiego – to są ciekawe kwestie. Jednych interesuje, z jakich powodów ci zawodnicy odeszli, drudzy wolą przeczytać o tym, w jakim sektorze boiska najlepiej spełniałby się zawodnik X, współdziałając z zawodnikiem Y. Pozostaje więc kwestia tego, jak to przyjemnie i sympatycznie połączyć. Jeśli ktoś ma taki pomysł i jednocześnie posiada talent do pisania, to niewątpliwie zrobi furorę. Ja z wielką chęcią sięgnąłbym po taką książkę.

Całość: http://ksiazkisportowe.blogspot.com/2014/02/chciabym-kiedys-skrobnac-cos-o-slaskiej.html#more

28-02-2014, 18:51

Śląskie: Piotr Litwa rozmawia z dziennikarzami  »

Portal górniczy nettg.pl
Witold Gałązka
28-02-2014

Nigdy nie byłem politykiem. I mogę to wykorzystać na plus, bo nie jestem zależny od miejscowych – mówił Piotr Litwa, przyszły wojewoda śląski, podczas swego pierwszego spotkania z dziennikarzami, które zorganizowano w piątek w południe w Wyższym Urzędzie Górniczym w Katowicach.

Piotr Litwa

Piotr Litwa pełni w WUG funkcję prezesa do czasu formalnego odwołania, co może to potrwać kilka dni. Reporterzy wszystkich rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych w regionie oraz dziennikarze prasowi wzięli przyszłego wojewodę w krzyżowy ogień pytań. Interesowali się m.in., czy nominację traktuje jako swój zawodowy awans.

- Nie, jest to po prostu inne stanowisko. Kierowałem organem centralnym, którego szefa powołuje premier i który obejmował nadzorem obszar całego kraju łącznie z terytorium morskim. Jeśli brać pod uwagę właściwość miejscową wojewody, to trudno mówić o awansie, natomiast zakres zadań będzie podobnie duży – mówił Litwa.

Jakie najważniejsze cele stawia sobie przyszły wojewoda śląski?

- Aby kompetentnie odpowiedzieć, najpierw muszę zrobić przegląd kadry i zadań urzędu wojewódzkiego – odparł po namyśle Piotr Litwa, podkreślając, że ogólne powinności wojewody, które polegają na wypełnianiu odpowiednich przepisów, to jeszcze nie wszystko. – Potrzebna jest też dobra współpraca z samorządami i organami administracji centralnej w regionie. Na Śląsku ta współpraca jest szczególnie istotna, ze względu na potencjał przemysłu i jego oddziaływanie na środowisko – powiedział przyszły wojewoda.

Czy objęcie fotela wojewody oznacza rozpoczęcie przez Piotra Litwę kariery politycznej? – dopytywali dziennikarze.

Litwa stanowczo zaprzeczył: – Nigdy nie byłem politykiem. I mogę to wykorzystać na plus, bo nie jestem zależny od miejscowych polityków – zaznaczył.

Pytany o stosunek do ustawy metropolitalnej Piotr Litwa zauważył, że obszar miast śląskich jest niewielki w porównaniu do metropolii światowych i działania między samorządami na pewno można sprawnie skoordynować tak, by przyniosły korzyści obywatelom.

Zdecydowanie skrytykował pojawiający się ostatnio pomysł powrotu do 49 województw w Polsce. – To nie byłoby dobre. Powinniśmy szukać pomysłów z myślą o przyszłości a są to innego rodzaju rozwiązania, niż prosty powrót do tego, co już było. – Przykładem takiego kierunku może być integracja miedzy Krakowem a Katowicami – dopowiedział Litwa wypytywany, co myśli o tzw. Krakowicach. – Zbliżenie między Małopolską a Śląskiem nie będzie łatwe z powodu innych tradycji w obu regionach, ale jest to właśnie kierunek przyszłościowy. Wymagałoby pokonania barier mentalnych, bo organizacyjne ani techniczne nie istnieją w tej sprawie. Jeśli myślimy o organizowaniu wspólnych wielkich imprez, jak np. olimpiada i wielu innych, powinniśmy wykorzystywać cały potencjał naszego sąsiedztwa.

Całość: http://www.nettg.pl/news/118454/slask-piotr-litwa-rozmawia-z-dziennikarzami

28-02-2014, 17:36

“Wiadomości Wrzesińskie” chcą ujawniać nazwiska skazanych za jazdę po pijanemu  »

Press
(MAL)
28-02-2014

Naczelny “Wiadomości Wrzesińskich” popiera pomysł publikowania list skazanych za jazdę samochodem pod wpływem alkoholu – co zrobiły tygodniki Południowej Oficyny Wydawniczej – i chce pójść krok dalej: publikować pełne dane skazanych.

"Wiadomości Wrzesińskie"

Po tym jak poinformowaliśmy, że “Gazeta Jarocińska” i “Życie Pleszewa” opublikowały listy osób skazanych za jazdę po alkoholu: z imieniem i pierwszą literą nazwiska, w komentarzu na Press.pl odezwał się do nas Waldemar Śliwczyński. Wydawca i naczelny “Wiadomości Wrzesińskich” (Wydawnictwo Kropka) zapowiada, że będzie chciał wprowadzić takie informacje także w swoim tygodniku. “Ja zmodyfikuję pomysł Piotra Piotrowicza w »Wiadomościach Wrzesińskich« i podam skazanych prawomocnym wyrokiem za jazdę po pijanemu z pełnymi personaliami. Bo jest to dozwolone! Ochrona prywatności – pisanie inicjałów zamiast pełnych personaliów – przysługuje oskarżonym (postawionym przed sądem) i podejrzanym (osobom, przeciwko którym toczy się postępowanie), a nie skazanym prawomocnym wyrokiem” – skomentował nasz artykuł Śliwczyński. A w rozmowie z “Presserwisem” dodał: – Zwrócimy się do sądu o listę skazanych w ubiegłym roku za jazdę po pijanemu. Jeśli tylko otrzymamy takie dane z sądu, od razu zajmiemy się publikacją.

Wcześniej jego tygodnik opublikował dwa artykuły o skazanych lekarzu i prezesie spółdzielni inwalidów, podając ich dane osobowe. – Wtedy bez problemu otrzymaliśmy takie dane i sąd nie miał przeciwwskazań co do publikacji, ale jeszcze będziemy chcieli się upewnić u prawników, czy to na pewno zgodne z prawem – dodaje Śliwczyński.

Zdaniem specjalisty od prawa prasowego Michała Zaremby z Uniwersytetu Warszawskiego dane skazanych można publikować tylko w szczególnych wypadkach. – Dane osobowe skazanych objęte są szczególną ochroną na podstawie ustawy o ochronie danych osobowych, kwestia ta regulowana też jest przepisami Kodeksu cywilnego – tłumaczy Zaremba. Inaczej sytuacja wygląda, gdy wyrok dotyczy osób publicznych. – Jeśli nie ma dodatkowej kary podania wyroku do publicznej wiadomości, dane takie ujawniać można jedynie, gdy chodzi o osoby prowadzące działalność publiczną, na przykład polityków czy urzędników – dodaje.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/44488,Wiadomosci-Wrzesinskie-chca-ujawniac-nazwiska-skazanych-za-jazde-po-pijanemu

28-02-2014, 09:45

Dziennikarze kontra rzecznicy prasowi. Dziś pojedynek na lotki i rakietki. Kto wygra?  »

Dziennik Zachodni
Katarzyna Pachelska
28-02-2014

W ostatni dzień lutego w centrum Bażantowo Sport w Katowicach zmierzą się śląscy i zagłębiowscy dziennikarze z rzecznikami prasowymi, reprezentującymi różne instytucje. Będzie to turniej w badmintona. Celem jest promowanie przekazywania 1% podatku organizacjom pożytku publicznego z naszego regionu.

Koszulki reprezentacji dziennikarzy i rzeczników w turnieju w badmintona

Są zawsze tam, gdzie liczą się: refleks, pogoń za newsem i giętki język. Będą więc i w piątek (28 lutego) w Bażantowo Sport w Katowicach, na czwartych zawodach Rzecznicy vs. Dziennikarze.

Podczas dorocznej imprezy ludzie mediów ze Śląska i Zagłębia promują poprzez sportową rywalizację ideę pozostawienia 1% podatku lokalnym organizacjom pożytku publicznego. Grali już w siatkówkę, squasha i strzelali.

W tym roku zagrają w badmintona. Zawody poprowadzi Grzegorz Pączko – bohaterski ochroniarz z lotniska Katowice-Pyrzowice, który po tym jak złapał spadające dziecko, wielokrotnie podkreślał w mediach, że niesamowity refleks zawdzięcza właśnie grze w badmintona.

Zawody Rzeczników i Dziennikarzy mają trzyletnią tradycję. W siatkówkę (2011 r.) zwyciężyli dziennikarze, rok (2012 r. – strzelanie) i dwa lata później (2013 r. – squash) lepsi byli rzecznicy, ale to nie wynik sportowy jest najważniejszy podczas dorocznych zawodów, a idea.

- Co roku spotykamy się na gruncie sportowym w czasie, w którym wypełniamy roczne PIT-y, aby zachęcić ludzi do przekazania 1% podatku organizacjom pożytku publicznego z naszego regionu – tłumaczą Bartłomiej Wnuk z Bażantowo Sport i Rafał Jankowski, rzecznik NSZZ Policjantów.

W piątkowe zawody badmintona w Bażantowo Sport (początek o godz. 18) sporą dozę humoru wprowadzi Stefania Dyduch, Ślązaczka od siedmiu pokoleń i autorka wideobloga Bifyj.pl, która na żywo będzie komentowała gwarą sportowe zmagania.

Każdy z Rzeczników i Dziennikarzy rozegra jeden mecz, a o zwycięstwie zadecyduje bilans spotkań całej grupy zawodowej.

Udział w imprezie potwierdzili:

DZIENNIKARZE
Katarzyna Nylec – Onet.pl
Katarzyna Pachelska – Dziennik Zachodni
Dawid Chalimoniuk – Gazeta Wyborcza
Adam Szaja – TVS
Tomasz Nieć – TVP Katowice
Tomasz Ciesielski – TVN24
Dariusz Kmiecik – Fakty TVN
Michał Łyczak – Eska
Piotr Kalsztyn – MM Silesia

RZECZNICY
Rafał Jankowski – NSZZ Policjantów
Jakub Jarząbek – UM Katowice
Cezary Orzech – Port Lotniczy Katowice-Pyrzowice
Łukasz Zimnoch – Tauron Dystrybucja
Bartłomiej Wnuk – Bażantowo Sport
Marcin Baron – Uniwersytet Ekonomiczny w Katowicach
Jacek Szymik-Kozaczko – Uniwersytet Śląski
Paweł Doś – Politechnika Śląska

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/3348893,dziennikarze-kontra-rzecznicy-prasowi-dzis-pojedynek-na-lotki-i-rakietki-kto-wygra,id,t.html

27-02-2014, 23:14

Mieczysław Chudzik: Miesiąc miodowy spędziłem z kamerą  »

Gazeta.pl Katowice
Anna Malinowska
27-02-2014

- Na egzaminach do łódzkiej Filmówki usłyszałem: proszę przyjść za rok, jak się pan nauczy polskiego. Obraziłem się. Poszedłem dopiero po ośmiu – wspomina Mieczysław Chudzik, operator filmowy, przez całe życie związany z ośrodkiem telewizji w Katowicach. W tym roku mija 50 lat od czasu, gdy po raz pierwszy zaczął pracować z kamerą.

Anna Malinowska: Z okazji 50-lecia ukazała się właśnie książka o panu – “Kamerzysta” autorstwa Mirosława Słomczyńskiego. Łatwo się czyta o sobie samym?

Mieczysław Chudzik

Mieczysław Chudzik: Nie. Jeszcze jej nie przeczytałem. Tak się w sobie zbieram. Zaczynam i odkładam. To trochę krępujące. Nie czuję się kimś specjalnie wyjątkowym. Miałem w życiu szczęście, że potrafiłem się znaleźć w dobrym miejscu i żyłem w ciekawych czasach. Mój zawód pozwolił mi być świadkiem wielu niesamowitych rzeczy i spotkać wielu niesamowitych ludzi. A książkę napisał mój kolega z pracy w telewizji. To z nim w latach 60. spędziłem swój miesiąc miodowy. Byłem tuż po ślubie. I zamiast wyjechać z żoną, dostałem szybkie zlecenie z pracy: musisz jechać na Ukrainę. Trzeba było szybko zrobić materiał o współpracy Katowic z Donieckiem. Przy okazji jeszcze zahaczyć o Krym, żeby zrobić jeszcze jeden film. A ponieważ byłem uważany za eksperta od wyjazdów na Wschód, nie mogłem się wymigać. Pojechałem więc z Mirosławem Słomczyńskim. Tak się poznaliśmy. A później życie potoczyło się tak, że Mirosław został dyrektorem ośrodka, więc i moim szefem. Rzadko się zdarza, żeby dyrektor pisał książkę o podwładnym. Zazwyczaj jest odwrotnie.

Skąd w pana życiu wzięła się kamera?

- Za to mogę podziękować moim kolegom w szkole. Mieszkałem w Rosji. Właściwiej byłoby powiedzieć: w Związku Radzieckim. Oczywiście moi rodzice byli Polakami. W mojej miejscowości, Mścibowie, na terenie dzisiejszej Białorusi, mieszkały rodziny różnych narodowości. Tak też było w mojej klasie. Chłopcy lubili rozrabiać. Mieliśmy mnóstwo energii i różnych pomysłów. Dyrektor musiał jakoś okiełznać to towarzystwo. I zorganizował kółka zainteresowań. Było teatralne, dziennikarskie itp. Najbardziej oblegane było fotograficzne. Też się tam zapisałem. Rodzice mieli starego, przedwojennego kodaka. Za zarobione z uzbieranego złomu pieniądze kupiłem sobie później smienę. A fotografowaliśmy wszystko. Przyrodę, dziewczyny, siebie samych. Jeszcze przed maturą znalazłem pracę w jednej z firm jako pomocnik geodety. Robiłem dalej fotografie, uczyłem się o obróbce zdjęć. Miałem w sumie poukładane życie. Zupełnie dla mnie nagle rodzice podjęli decyzję o wyjeździe do Polski. Był 1957 r.

Późno. Rodzina nie myślała o wyjeździe zaraz po wojnie, przy dużej fali repatriacji?

- Mama nie chciała. Wszystkie rodziny, które wyjeżdżały, dostawały dom na zachodzie, w miejscu, w którym wcześniej mieszkali Niemcy. Mama nie chciała mieszkać w domu po kimś, kogo wywieziono. Ale stało się tak, że ojciec trafił do więzienia. W czasie wojny walczył w polskim wojsku. Mamie udało się go wyciągnąć. Wtedy też rodzice postanowili wyjechać. Ale to już nie było takie proste. Dopiero jak nastał Gomułka, takie wyjazdy stały się możliwe. Wtedy nie bardzo w to wierzyłem. Na miejscu miałem swój świat. Pracę, przyjaciół, dziewczyny. Jednego dnia wracam do domu, patrzę, a tu ciężarówka stoi. Rodzice mówią, że już wszystko spakowane. Papiery załatwione. Nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać. Trafiliśmy najpierw do obozu przejściowego w Terespolu. Ja, moje dwie siostry, rodzice i ciotka. Źle się tam czułem, dobijała mnie niepewność. Tata spotkał tam swoją znajomą, która powiedziała tylko: jedźcie na Śląsk. Ojciec był kolejarzem, dowiedział się, że będzie mieć tam pracę na kolei. Mieliśmy dostać mieszkanie. I tak dostaliśmy się do Siemianowic Śląskich. Dom był blisko huty. Byliśmy w szoku. A ja w ogóle nie mówiłem po polsku!

A tu gwara, huta, kopalnie. Trafiliście w specyficzny region.

- Mama się dość szybko zaaklimatyzowała. Była dobrą krawcową. Szybko zyskała klientki. A ja jak się odezwałem, to słyszałem tylko “ruski”. Dalej interesowałem się fotografią. Trafiłem do klubu AKF Śląsk. Miał siedzibę na ul. Francuskiej w Katowicach. Tam był świat intelektualistów, artystów, dziennikarzy, filmowców. Przykleiłem się do tego towarzystwa, bo oni nie śmieli się z tego, jak mówię. Poprawiali mnie, uczyli. Przekleństw też. Kiedy gruchnęła informacja, że Jerzy Ziętek będzie otwierał telewizję, kilka osób namawiało mnie, żeby spróbować się załapać. Nie odważyłem się. Wolałem pomagać. Jechać z filmowcem w teren i np. nosić kable. Do klubu przychodził też Jerzy Badura, który kiedyś zaproponował: może by pan spróbował u mnie w laboratorium? I tak dostałem pracę przy wywoływaniu materiałów filmowych. W pewnym momencie laboratorium zostało przeniesione do ośrodka telewizyjnego. Podskórnie czułem, że złapałem Pana Boga za nogi. W tamtych czasach dziennikarze żyli jak w rodzinie. Ja byłem kimś najmłodszym, najmniej doświadczonym. Biegałem więc po wódkę dla kolegów. Ale też zapraszano mnie do montażowni. Coraz więcej uczyłem się o pracy w telewizji. Chciałem dostać się do szkoły – łódzkiej Filmówki. Pojechałem na egzaminy. Usłyszałem, że muszę się lepiej nauczyć polskiego i mam wrócić za rok. Obraziłem się i na egzaminy pojechałem dopiero po ośmiu latach. Wróciłem do laboratorium. I prawie w nim umarłem. Ktoś pomieszał odczynniki. Nawdychałem się jakiegoś zabójczego gazu i zemdlałem. Na szczęście szybko mnie znaleziono i trafiłem do szpitala. Po powrocie do pracy usłyszałem tylko, że do laboratorium już nie wrócę i zostałem asystentem operatora. W 1964 r. brakowało już ludzi do pracy. Trzeba było robić coraz więcej materiałów reporterskich. Moi przełożeni zdecydowali, że mam zostać operatorem. Pojechałem do Warszawy, gdzie komisja oceniła moje prace, musiałem oświetlić plan filmowy. Poszło mi dobrze.

Pamięta pan swój pierwszy materiał?

- To było przedszkole, ogródek jordanowski. Musiałem nie tylko nakręcić obrazki, ale też zebrać informacje. Ile dzieci uczęszcza, jakie są dla nich zajęcia itp. Przed emisją denerwowałem się strasznie. A później to już była objazdówka po hutach i kopalniach. Młody byłem. Towarzystwo stwierdziło więc: niech wyciera kąty. Kto w końcu lubi pracować z kamerą w takich warunkach? Z czasem pojawiły się zlecenia na fabuły. Proszę sobie wyobrazić, że do Huty Katowice jeździłem na zdjęcia do serialu “Ślad na ziemi”. To była opowieść o ludziach zatrudnionych na budowie zakładu przemysłowego. Występowali m.in. Witold Pyrkosz, Zbigniew Buczkowski, Krzysztof Stroiński i Teresa Lipowska.

Mirosław Słomczyński z bohaterem swojej książki Mieczysławem Chudzikiem

Spełniało się moje wielkie marzenie. Praca na potrzeby filmu a robienie reporterki to przecież dwa różne światy! To tak, jakby pisało się esej, a wcześniej zwykłą depeszę. Myślałem, że do reporterki już nigdy nie wrócę. Poznawałem reżyserów, kierowników produkcji. I robiłem filmy! Ale przyszedł 1981 rok i zamrożono wszystkie produkcje. Musiałem przeprosić się z telewizją i wrócić. Trzeba było z czegoś płacić rachunki. Tyle że nie odpowiadała mi już codzienna sieczka i praca w grafiku. Nie chciałem być już zwykłym reporterem. Zacząłem robić duże dokumenty. Jeździłem po całej Polsce, za granicę. Biegła znajomość rosyjskiego, tamtejszych realiów spowodowała, że z czasem stałem się ekspertem od wschodniego kierunku. Robiliśmy m.in. cykl o radzieckim ratownictwie górniczym. O osiągnięciach poszczególnych republik. Jubileusz 900-lecia chrztu Rusi – bardzo zamkniętą imprezę, w której uczestniczyło tylko kilku dziennikarzy. Kilkakrotnie zjeździłem Syberię. Zrobiłem tam też materiał o odradzającej się wierze prawosławnej.

Z bohaterami filmów łatwo się pracowało?

- Do każdego z nich człowiek miał zawsze swój stosunek. Nie znosiłem Gomułki. To był zgryźliwy, złośliwy facet, który nie lubił kamer. Zupełnie inny był Gierek. Przynajmniej rozumiał pracę dziennikarzy. Kiedyś nagrywaliśmy jedno z jego przemówień. Pełna sala, a nam wysiadła kamera, i mieliśmy tylko początek. W pracy nam łeb ukręcą! Po oficjalce poszedłem do asystenta Gierka. Obiecał, że zapyta, czy szef się zgodzi odczytać raz jeszcze. Specjalnie na potrzeby telewizji. I Gierek się zgodził! Przeczytał jeszcze raz. Przy pustej sali. A myśmy filmowali.

Zawsze było tak miło?

- Niewiele brakowało, a zostałbym aresztowany. Pojechaliśmy na materiał do Indii. Mieliśmy m.in. przeprowadzić wywiad z premier Indirą Gandhi. Przed naszym przylotem BBC wyświetliło dokument, który bardzo się Hindusom nie spodobał. Za bardzo wyeksponowana została bieda. Jak przylecieliśmy, jeszcze na lotnisku złapałem za kamerę i filmowałem. W pewnym momencie podjechały samochody. Miły pan zaprosił do środka. Gdybym wiedział, że to ludzie ze służb, to bym uciekł. A ja wsiadłem i zostałem wywieziony do jakiegoś ośrodka. Po kilkunastu godzinach wydobyły mnie stamtąd nasze służby dyplomatyczne. Dużo dłużej trwało odzyskiwanie sprzętu. W końcu się udało. Wszystkie materiały zrobiliśmy. Łącznie z rozmową z Gandhi. Cieszyłem się, że zgodziła się na filmowanie w ogrodzie. W jej gabinecie było za ciemno.

Często trzeba było balansować na granicy. Szukać nowych rozwiązań, możliwości. W czasie puczu moskiewskiego (w sierpniu 1991 roku generałowie próbowali odsunąć od władzy Michaiła Gorbaczowa) nie mieliśmy gdzie mieszkać. Noce spędzaliśmy z młodzieżą przy ogniskach, na barykadach. Ale dzięki temu mieliśmy wspaniały materiał. A gdy nieco wcześniej Litwa ubiegała się o niepodległość, spałem w Wilnie w szpitalu. Wśród chorych. Bo hotel dla dziennikarzy był obstawiony przez milicję i często ich nie wypuszczali. A ja poznałem lekarza – Polaka, który pomógł mi znaleźć inne noclegi. W Ekwadorze robiłem film o cmentarzu długowiecznych ludzi i rozwaliłem sobie głowę. Przeskakiwałem przez płot i wpadłem w kłębowisko drutu kolczastego. Dobrze, że byli przy mnie Indianie, którzy mnie opatrzyli.

Kiedy indziej na poligonie filmowałem czołg. Wszedłem do małego schronu. Chciałem sfilmować najazd czołgu od dołu. Czołg na schron najechał i rozwalił beton w środku. Tak że zostałem w tym zakleszczony. Przy okazji jednego z filmów w Teatrze Śląskim wpadłem z kolei do zapadni na scenie. Wszyscy się śmiali, że poznałem teatr od podszewki.

Jest coś, czego w zawodowym życiu pan żałuje?

- Może zbyt mało agresywnie na początku mojej drogi nie poszedłem do przodu? Żałuję, że nie poznałem lepiej angielskiego. Że nie nauczyłem się hiszpańskiego i chińskiego. Wtedy zrobiłbym więcej lepszych rzeczy. A może nie. Bo wtedy musiałbym wejść na bardzo głęboką wodę. I wyjechać z Polski. A ja już raz repatriację przechodziłem. Miałem uraz. Nie chciałem tego powtarzać. Zostałem w Katowicach. Nie żałuję niczego. Mój zawód praktycznie zdominował całe życie.

Mieczysław Chudzik. Rocznik 1939. Jest autorem m.in. zdjęć do takkich filmów jak “Z Gliwic do Paryża. Wojciech Pszoniak”, “Gliwickie lata Tadeusza Różewicza”, “Bobrek. Wspomnienie o Bogumile Kobieli”, “Adam Bujak – w poszukiwaniu utraconego Boga”.

Całość: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35055,15540183,Mieczyslaw_Chudzik__Miesiac_miodowy_spedzilem_z_kamera.html