ZA TALERZ ZUPY
Nie znaczy to, że w 1945 roku wyzwoliciele w czapkach z czerwonymi gwiazdami huśtali drukarzy na rękach. “A ruscy to ołów zrzucali z okien wprost do ciężarówek” – wspomina emerytowany metrampaż z Tarnowskich Gór, Antoni Sowa. No cóż, widocznie szkolenie geopolityczne w Armii Czerwonej szwankowało i nie za bardzo było wiadomo czy jest to już “Giermania ili niet”. “Ówczesne trudności i braki pokonywano dzięki zapałowi i poświęceniu. Pracowano bez wytchnienia niejednokrotnie 12-16 godzin na dobę nie pytając o wynagrodzenie. Nierzadko jedynym był wówczas bochenek chleba lub talerz zupy. Praca była mordęgą” – pisała w wydaniu jubileuszowym “Gazeta Drukarza” (wrzesień 1984 r.).
Pod koniec 1946 r. “Trybuna” miała już 4 wydania, 12 mutacji i nakład 320 tys. egzemplarzy. W 1951 r. oddano do użytku po dwóch latach budowy nowe skrzydło drukarni (to od strony Liebknechta, obecnie Opolskiej). Pozwoliło to “rozgęścić” stare Korfantowskie skrzydło obiektu – to od ulicy Sobieskiego. M. in. można było rozdzielić pracujące okresowo razem zecernie – gazetową i akcydensów. W tymże roku – na okrągłą rocznicę 22 lipca rusza nowa, supernowoczesna jak na owe czasy 96-stronnicowa, maszyna rotacyjna produkcji NRD firmy “Plamag” (do tej pory jest ona opoką rotacji w PZG należących do “Fibak-Marquard-Press”). Zakupionych zostało również 15 linotypów produkcji radzieckiej.
To właśnie na nich zaczynał swoją karierę drukarza Eugeniusz Tyrtania z Katowic-Starej Ligoty. – Ukończyłem Technikum Poligraficzne w Piotrowicach. Zaczynałem na linotypach w 1953 r. Wtedy największymi autorytetami i powiedziałbym mistrzami byli dla mnie pracownicy z jeszcze przedwojennymi rodowodem tacy jak – metrampaż Paweł Ruda, brygadziści Piotr Kula i Tadeusz Friedel, konserwator linotypów Jan Madla, składacz Robert Tesarczyk. Ten ostatni zresztą był bardzo dobrym polonistą i stale mnie mobilizował do tego aby nie puszczać błędów, nawet jak w maszynopisie było źle. Oni pracowali jeszcze w “Polonii” – wspomina pan Eugeniusz Tyrtani, późniejszy wieloletni kierownik zecerni gazetowej.
OSTATNI PLENER PZPR
Kiedyś na zecerni i linotypach, w tym “sercu drukarni” pracowało 110 ludzi, którzy robili 4 dzienniki, 18 tygodników, 3 dwutygodniki, 1 miesięcznik oraz ponad 30 “zakładówek”. Ale praca w tej branży to wcale nie był miód, zwłaszcza na początku lat pięćdziesiątych. Nieżyjący już dzisiaj Tadeusz Witucki wyskładał zamiast “Stalin” – “Sralin”, no i go posadzili. Wpadek nieuniknionych przy tym obłożeniu pracą i szybkością działania było zresztą wiele. Jan Madla kiedyś zrobił taki oto tytuł: “XXV lat odchodów Polski Ludowej”. Kiedyś też poszło “Szanuj wysiłki klasy robotniczej”.
A ten przypadek to już sam pamiętam – na progu lat 80. uroczysta formułka nad winietą wydanego 27 stycznia “Wieczoru” głosiła: “Chwała zwycięzcom śląsko-zagłębiowskiej ziemi” (miało być “wyzwolicielom”). Milicjanci jeździli za “nadziałami” po kioskach. Z kolei Ludwik Zelner i Alfred Brzezina przez długi czas łamiący “Dziennik Zachodni”, do dzisiaj wspominają biegnący przez całą rozkładówkę tytuł: “Ostatni plener KC PZPR”.
Eugeniusz Zieliński, rocznik 1932 z Katowic-Ligoty zaczynał w 1949 r. Jeszcze na Korfantowskiej zecerni, która była tam gdzie do niedawna bufet i świetlica (na parterze budynku PZG od strony ul. Sobieskiego). Naprzeciwko była chemigrafia, a w piwnicy maszyna rotacyjna. Pracował jako “łamacz” przy “Trybunie Robotniczej”, “Sporcie” i “Wieczorze”. – Żal mi takich fachowców. Zostało to dzisiaj zniweczone. W pół roku dobrego fachowca się nie wykształci na komputerze. Jak tak dalej będzie to już koniec drukarstwa – twierdzi E. Zieliński ze smutkiem.
A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE
Niewielu “ludzi z ołowiu” umiało dostosować się do ducha nowych czasów i próbowano przestawić się z powodzeniem na nową technikę. Eugeniusz Tyrtania już w 1971 r. napisał, przy pomocy Jana Madli, pracę dyplomową “Automatyzacja procesu składania i odlewania wierszy linotypowych”. chodziło o zastosowanie taśmy perforowanej (takiej jak w teleksie) do “programowania” linotypu. On też był tym, który urządzał w PZG pracownię fotoskładu. Przy użyciu, wydających się już dzisiaj prymitywnymi “Poltypów” komputeryzował pierwszy z wydawanych tu tytułów bielską “Kronikę”.
A przecież takie oszałamiające perspektywy stały, nie tylko przed tą zecernią, ale i całą drukarnią. “Za 4 lata gazety z nowej drukarni” głosiły tytuły w gazetach w 1984 r. I dalej pisało: “Nowy kompleks gazetowy PZG RSW “Prasa-Książka-Ruch” zajmie 4 tysiące metrów kwadr. zabudowy i będzie mieć 65 tys. metrów sześć. kubatury. Zasadniczy blok – hala rotacji zostanie specjalnie wyciszony zgodnie z projektem poznańskich inżynierów. Nowa drukarnia będzie wybudowana za 4 lata. Już w 1988 r. drukarze przeniosą się tutaj ze starej, wysłużonej drukarni. Remont starego budynku zagrożonego szkodami górniczymi jest nieopłacalny.”
A dzisiaj wymarłe jest i ciche pomieszczenie zecerni gazetowej, hala linotypów oraz stereotypii (odlewni). Rzeczywiście, coś w dołku ściska nie tylko starego zecera. ale i bywałego tu redaktora. Wszak tutaj rodził się i “Dziennik Śląski” (na wiosnę 1992 r.). A więc chyba już nigdy nie usłyszymy metalowych dzwoneczków pracujących na zapalenie płuc, ciągle tych samych radzieckich linotypów, nikt już chyba wkrótce nie będzie potrafił czytać w ołowiu jak w lustrze, nikt nie będzie liczył “nadskładów”, a także nikt nie wrzaśnie wreszcie triumfalnie (w godzinę po harmonogramie): “Kalander!”. Dla każdego kto wygodnym fotelu przed ekranem telewizora, przepraszamy monitora komputerowego robi gazetę, cała ta pisanina jest bez sensu.
NOWE ZADANIA I STARZY FACHOWCY
Aby domknąć tę ołowianą historię drukarni (podobno wywieziono stąd 10 ton ołowiu gdzieś do Łodzi. Złośliwi mówią, że to na “ołowiane żołnierzyki”) wymieńmy może jeszcze kilkanaście nazwisk ludzi, którzy w nierozerwalny sposób tworzyli dzieje gazetowego drukarstwa. I niech nie obrażą się ci, których nie wymieniliśmy. Wszystkich nie sposób. Świetnymi metrampażami byli więc tu przez długie powojenne lata: Franciszek Mikosz, Werner Żydziok, Krzysztof Zgraja, Roman Aksamit, Stefan Wieczorek. Byli też liczni niepełnosprawni (niemówiący) jak np. Zdzisław Zachariasz, pracujący tu od 30 lat oraz tak “egzotyczne” typy jak Islandczyk Tomas Hafsteinson. do końca pozostało 28 osób – m. in. szef zecerni Piotr Strzebin, Artur Hołeczek, Jan Różyczka, Włodzimierz Ufel, Marian Szkliniorz – zecerzy, kalandrzysta Józef Staroń, a także Jan Zgraja i Maryk Matyjaszczyk ze stereotypii.
Część zecerów (tak ze zlikwidowanej rok wcześniej zecerni akcydensów, jak i z zecerni gazetowej) potrafiła się przestawić już wcześniej i znalazła zajęcie przy komputerach. Wśród nich wymieńmy może – Czesławę Matuszczyk, Krzysztofa Cichonia i Stanisława Jankowskiego. Wielu jednak trafiło np. na ekspedycję i na portiernię. “I co, miałem zarobić na Volvo, a nawet na felgi mi nie starczyło?” – powiedział z rozżaleniem któryś z byłych zecerów podczas spotkania z “Fibakowską” dyrekcją PZG.

W zecerni gazetowej
Zasięgnęliśmy opinii w tej sprawie dyrektora generalnego firmy “Fibak-Marquard-Press” Romana Tomczoka: Przed drukarnią stoją nowe zadania, wszyscy mieli szansę zmiany zawodu i przestawienia się. Nasz fotoskład przejął “Gazetę Opolską”, wdrażany jest elektroniczny system przygotowania “Panoramy”. Jedna maszyna do druku kolorowego już jest, będzie i druga. Proces zmian w technologii był znany już od dawna, praktycznie od lutego zeszłego roku. Nie wszyscy skorzystali ze swojej szansy. Przyznaję, że mamy do czynienia z pewną nadwyżką w zatrudnieniu. Być może zachowamy pewne elementy starej technologii i stworzymy Izbę Tradycji…
I na tym wypadałoby skończyć niby ten rozdział w dziejach drukarstwa, ale jest jednak coś, co nie pozwala tego zrobić ot tak. Bywali w świecie mówią, że na tym nie koniec “klasyki”. Otóż na Zachodzie dalej kształci się tradycyjnych zecerów. Owszem, składa się na komputerach, ale sam montaż gotowych kawałków odbywa się ręcznie. Zawsze to taniej (koszty naświetlania całej strony!) i dokładniej. Poza tym chodzi o podstawowe zasady łamania – zachowania światła, gutenbergowska zasada złotego środka. Komputerowa młodzież tego nie przestrzega, nie do końca nauczona. Może jednak nie wszystko jest jeszcze stracone.
P.S. Trzecia i ostatnia część mojej sagi LUDZIE Z OŁOWIU zamieszczonej w “Dzienniku Śląskim” w roku 1994. Przypominam, że dotyczyła ona głównie katowickiego prasowego drukarstwa dokonywanego w ołowiu. Amen.
ZEW