03-04-2012, 18:05
Wallraff – człowiek, który zmienił Niemcy »
Angelika Kuźniak
03-04-2012
Udawał Turka. Udawał Somalijczyka. Udawał robotnika. Udawał bezdomnego. Udawał pracownika call center. Udawał dziennikarz tabloidu – z reporterem Günterem Wallraffem rozmawia Angelika Kuźniak.
Rozmowa ukazała się 1 października 2011 w “Magazynie Świątecznym”
Günter Wallraff: Wie pani, ja naprawdę chciałem wtedy zwiać.
Angelika Kuźniak: Kiedy?
- Zanim wszedłem do redakcji “Bildu”, popatrzyłem na tę gębę w lustrze, niby moja, ale wiedziałem, że to już nie ja. Bo to była gęba człowieka…
“…pragnącego robić karierę, gęba, jakiej nienawidzę u młodych menedżerów. Wysztafirowany, z włosem na jeża, opalony na brąz. Wypolerowany pysk”.
- Czyli Hans Esser, trzydziestolatek, wcześniej służył w Bundeswehrze, potem pracował w agencji reklamowej.
Sam pan go wymyślił?
- Kilka rad dał mi kolega. Pisał teksty do “Bildu” przez dwa lata, bo musiał spłacić długi. Wyznał mi, że stracił już do siebie szacunek. Uzgodniliśmy, że poleci mnie na swoje miejsce. Nazwisko pożyczyłem od znajomego z Portugalii, zmieniłem chód, sposób mówienia. Miał być drapieżny i dynamiczny. Operację plastyczną odradził chirurg. Powiedział, że latami będę czuł się ze sobą obco.
Tamtego dnia potwornie się bałem.
Czego?
- Po pierwsze, że mnie mimo wszystko rozpoznają. Publikowałem wcześniej w “Metall”, to międzynarodowe czasopismo dla branży metalurgicznej. Dwa miliony egzemplarzy, sześć języków. Wydałem kilka książek. W reportażach opisywałem, jak łamane są prawa pracowników w hucie Thyssena, fabryce Siemensa, Forda, w koncernie ubezpieczeniowym Hansa Gerlinga. Po moich tekstach wzmagały się kontrole, nakładano kary i zmuszano do poprawy warunków pracy. Zarządy zaczęły się bać. W biurach personalnych tych firm wywieszono “list gończy” z moim zdjęciem.
A po drugie?
- W moich kolejnych wcieleniach byłem do tej pory ofiarą. Teraz – mówię o roku 1977 – miałem być współsprawcą, dziennikarzem tabloidu. A to przecież nie jest tak, że wieczorem wracam do domu i rolę odwieszam jak płaszcz. Musiałem stać się Esserem. Wiedziałem, że będę kłamał, manipulował, zmyślał, zatajał ważne informacje. Że będę gwałcił ludzi duchowo, ogłupiał, żeby na końcu zabrać im wszystko: godność, imię, prywatność. Mówiąc żargonem dziennikarzy “Bildu”: wiedziałem, że moje teksty “wysmażę na ostro”.
“Poliże pan krew, chwyci trop i trudno będzie pana utrzymać, jak psa na łańcuchu”?
- Esser jak Messer [nóż]. W “Bildzie” pracowałem jak robot.
“Wprawiony zostajesz w ruch za pomocą raz ustalonego kierunku marszu”. Po co panu to wszystko?
- Nie umiem pisać “z zewnątrz”. Muszę poczuć to na sobie.
“Gdy trzeba upowszechnić maskowaną prawdę – pisał pan – konieczne jest założenie maski”.
- Tak. Maska, którą nałożyłem tamtego dnia, niszczyła również mnie. Ale czułem, że tylko dzięki niej będę mógł pokazać, jak tabloid redukuje czytelników do mięsa, które służy temu, żeby zwiększyć nakład. Jak pierze im mózgi.
I jak potrafi doprowadzić do samobójstwa?
- Też. Ofiary manipulacji “Bildu” zgłaszają się do dziś do fundacji, którą założyłem. Opłacamy im adwokatów. Ponad sto osób dostało odszkodowania od koncernu Springera.
Kiedyś dziennikarz “Bildu” dowiedział się od informatora z policji, że znaleziono zwłoki kobiety. Zanim się powiesiła, zraniła się młotkiem. Znaleziono go przy zwłokach. To wydało mu się podejrzane. Pojechał do jej domu. Zrozpaczonemu mężowi przedstawił się jako pracownik instytutu badającego przypadki samobójstw, po to by w porę pomóc innym, którzy chcą targnąć się na swoje życie.
Rozmawiali godzinę. W “Bildzie” napisano potem, że kobieta zatłukła się sama młotkiem ze strachu przed porządkami wiosennymi. Brzmi absurdalnie, ale dla “Bildu” nie miało to znaczenia.
A jaka była prawda?
- Ta kobieta od dawna leczyła się psychiatrycznie, wielokrotnie próbowała popełnić samobójstwo. Jej mąż przeczytał ten wymyślony tekst i zabił się. Zostawił list, w którym oskarżał “Bild” o mord. Mord na sobie. Napisał też: “Ci, co mają trochę przyzwoitości i poczucia honoru, nie powinni kupować tej kłamliwej gazety”.
Ale czytelnicy “wierzą raczej we własne złudzenia niż w to, że ‘Bild’ kłamie – albo wiedzą, czują, domyślają się, że ‘Bild’ kłamie, mimo to nie mogą się od ‘Bildu’ uwolnić. Są od niego uzależnieni”. Tak pan potem napisał w książce.
- I to prawda. Ale nałóg dopadał również tych, którzy w tej gazecie pracowali. Większość ludzi nie miała w “Bildzie” stałej umowy. Drukują cię – zarabiasz, nie drukują – wylatujesz. Po miesiącu z przerażeniem stwierdziłem, że selekcjonuję spotykanych ludzi na tych, których historia nadaje się do “Bildu”, i tych, którzy z punktu widzenia tabloidu są nieciekawi. Bo najważniejsze stało się to, żeby “dostarczyć historyjkę”. I zdjęcie, bo historyjka bez zdjęcia nie istnieje.
Zawsze się udawało?
- Kilka razy wróciłem bez. Na przykład wtedy, kiedy kazali mi przynieść zdjęcia dzieci molestowanych seksualnie. Albo kiedy wysłali mnie do rodziców chłopca, którego zabił piorun. Stałem w korytarzu ich domu przed ojcem, składałem mu kondolencje, ale w głowie miałem dwie rzeczy: zdjęcie, musisz mieć zdjęcie. I słowa naczelnego, że jeśli nie będzie chciał dać, mam go nastraszyć, że weźmiemy fotografię z kostnicy.
Ojciec się nie zgodził, wyszedłem. W redakcji powiedziałem, że się nie udało. Byli wściekli.
Po sześciu tygodniach o redakcji “Bildu” mówiłem już “my”, zauważyłem też, że z dumą podnoszę głowę, kiedy naczelny mnie chwali.
Po czterech miesiącach: “Zaczynam czuć w stosunku do siebie obcość”.
- Myślę, że gdybym został tam dłużej, zmieniłbym się na stałe.
Ale zadzwonił telefon.
- Byłem wtedy na zwolnieniu. Brałem je czasem, żeby zachować równowagę. Usłyszałem głos znajomego: Zwiewaj! Wpadłeś!
Powiedział, że w siedzibie Springera mają notatkę, którą chce wydrukować jakiś magazyn, a w niej czarno na białym stoi, że Wallraff pracuje w “Bildzie” jako Hans Esser.
Horst Fust, zastępca naczelnego “Bildu”, wydał natychmiast komunikat prasowy. Nazwał metodę zastosowaną przez pana “haniebną i kryminalną”, a pana “członkiem podziemia komunistycznego”.
- Nie wiem, kto mnie wsypał. Może kontrwywiad. Ich akta będą jeszcze zamknięte przez prawie 30 lat, ale już w 1970 roku wylano mnie z firmy Melitta, gdzie pod fałszywym nazwiskiem pracowałem nad reportażem. Właściciel powiedział, że dostał informację o mnie właśnie od kontrwywiadu. Śledzili mnie z powodu rzekomego wspierania Grupy Baader-Meinhof.
Ten, kto krytykował “Bild”, stawał się wtedy automatycznie pomocnikiem terrorystów. Kiedy podczas demonstracji w czerwcu 1967 roku policjant zastrzelił w Berlinie Zachodnim studenta Benna Ohnesorga, w berlińskich gazetach, głównie należących do koncernu Springera, uznano, że policja w prawidłowy sposób zakończyła te “skandaliczne studenckie ekscesy”. W kwietniu 1968 postrzelono lewicowego działacza studenckiego Rudiego Dutschkego.
Kule były trzy, a poeta i pieśniarz Wolf Biermann napisał wtedy, że pierwsza wyszła z “lasu Springera”.
- Ten, kto strzelał, był czytelnikiem jego prasy. Tysiące ludzi blokowało drukarnie, żeby uniemożliwić wyjazd ciężarówek z gazetami Springera.
Pan stał przed drukarnią we Frankfurcie.
- Tak. W maju 1972 roku Grupa Baader-Meinhof podłożyła bomby pod ich siedzibą w Hamburgu. 17 osób zostało rannych.
Znałem Ulrike Meinhof. Pracowaliśmy w redakcji pisma “Konkret”. Lubiłem ją jako kobietę i jako komunistkę. Zadzwoniła kilka dni przed akcją uwolnienia Baadera. Czułem wtedy, że sprawdza, jak bardzo zgadzam się z nią politycznie. Jakby chciała wiedzieć, czy może na mnie liczyć.
Kiedy później usłyszałem Ulrike czytającą manifest RAF, byłem przerażony. Napisałem do niej list otwarty, w którym potępiłem wszystkie akcje tej grupy. W tekście do “Konkretu” napisałem, że eskalacja przemocy będzie służyć jedynie tym, którzy rządzą.
“Użycie pistoletów sprowokuje użycie granatów. Użycie broni ciężkiej przez anarchistyczne grupy bojownicze przygotuje pole do wymarszu wojsk Bundeswehry przeciwko ludności cywilnej”.
- Po tym liście lewicowcy uznali mnie za kontrrewolucjonistę. Dla koncernu Springera już od dawna byłem “członkiem podziemia komunistycznego”.
W 1977 na komunikacie prasowym wicenaczelnego “Bildu” się nie skończyło. Zaczęli grzebać w pana życiorysie.
- Grupa reporterów z koncernu Springera szukała dowodów na moją przestępczą działalność. Najpierw w redakcji. Na szczęście nie podpisywałem dokumentów fałszywym nazwiskiem. Byłem ostrożny, bo po wydaniu książki “Wy na górze, my na dole” oskarżono mnie już raz o fałszerstwo. Chodziło o to, że pracując jako goniec w koncernie ubezpieczeniowym, posługiwałem się fałszywymi dokumentami. Przeciwko kryminalizowaniu mojej metody pisarskiej wystąpił wtedy przed sądem Heinrich Böll, laureat Nobla. Uważał, że zamaskowany reporter skuteczniej niż związki zawodowe może skontrolować, jak zakłady przestrzegają praw pracowników, i publicznie bronić ich praw.
W redakcji niczego nie znaleźli, więc pojechali do pańskiej matki.
- Przedstawili się tak bełkotliwie, że zrozumiała, że są z lewicowego “Spiegla”. Zwierzała się im, jak bardzo się o mnie martwi. Ale oni byli nachalni, prawie wyrywali jej zdjęcia z rąk. To zaniepokoiło moją matkę i zatrzasnęła im drzwi przed nosem.
Podziałało?
- A skąd! Poszli do sąsiadów. Pytali, czy biłem się z kolegami, czy kradłem jabłka z ich ogrodu. Sąsiedzi pomyśleli, że jestem terrorystą, bo przecież o uczciwych ludzi tyle osób nie pyta. Zaczęli unikać mojej matki.
Kiedy ukazała się pana pierwsza książka o “Bildzie”, “Wstępniak”, zaczęły się procesy.
- Do dzisiaj miałem ich dziesiątki. Z każdym nowym wyrokiem znikały kolejne fragmenty książki, razem około 60. Czytelnikom zagrabiono m.in. opisy spotkań w mieszkaniu naczelnego. I to nie dlatego, że były fałszywe, ale dlatego, że – jak określił sąd – “zdobyto je, wykorzystując fałszywe dane”. Na mojej półce stoi 20 wersji “Wstępniaka”.
Wreszcie w 1981 roku sąd najwyższy nazwał “Bild” “błędnym kierunkiem rozwoju” na niemieckim rynku prasowym. Moją metodę uznał za legalną wszędzie tam, gdzie istnieje podejrzenie, że dochodzi do poważnych uchybień, a ich wykrycie “będzie miało nadrzędne znaczenie dla interesu publicznego”. Od tego czasu w Niemczech mówi się o “lex Wallraff”.
“Bildu” nie miałem w rękach od lat. Dla zdrowia psychicznego.
Po wydaniu drugiej książki o “Bildzie”, “Świadkowie oskarżenia” w 1979 roku, powiedział pan, że Wallraff znów się narodził.
- Bo po pracy w “Bildzie” czułem się jakbym zatracił tożsamość. Miałem z nią już problem jako mały chłopiec.
W 1947 roku trafiłem do domu dziecka. Ojciec leżał wtedy w szpitalu, matka prawie nie odchodziła od jego łóżka. Któregoś dnia zaprowadziła mnie do wielkiego domu, przespacerowaliśmy się wokół budynku i nagle zniknęła. Zostałem sam wśród zakonnic i obcych dzieci. Oddałem moje ubranie, dostałem mundurek taki jak wszyscy, utraciłem nawet własny zapach.
Potem jako 17-latek napisałem: jestem moim własnym charakteryzatorem. Po latach dodałem: ciągle nakładam nowe maski, żeby odnaleźć siebie i żeby w jednej z nich ukryć się przed sobą.
W 1979 roku chciałem być jak najbliżej poniżanych, wykorzystywanych i odrzuconych.
Ciągnęło pana do nich już od młodości.
- Bo sam się tak trochę czułem. Mieszkałem wtedy z rodzicami na przedmieściach Kolonii w wielkim bloku. Przeciętni ludzie, przeciętny widok z okna. Sąsiedzi musieli wiedzieć wszystko o sobie nawzajem: kto ma więcej, kto ma lepiej od innych. Mój ojciec inwalida, po wypadku w fabryce Forda, nie mógł kupić mi nawet porządnych butów. Do dziś nie wyrzucam jedzenia. Nie mam rodzeństwa, więc próbowałem zaprzyjaźnić się z dziećmi z podwórka, ale miałem za mało, żeby komukolwiek zaimponować.
Pracowałem kiedyś nad reportażem o koncernie ubezpieczeniowym. Podczas przerwy obiadowej zwykli pracownicy cisnęli się w stołówce w kolejce po jedzenie. Dla pracowników średniego szczebla były dwie inne sale, dla dyrektorów kasyno z kelnerem. Szef koncernu jadał samotnie. Wyrzucono mnie z pracy, ponieważ przysiadłem się do jednego z dyrektorów, a byłem tylko gońcem. Podziały są wszędzie.
W szkole uczyłem się słabo, nie dosypiałem, bo o świcie roznosiłem gazety. Matka powtarzała mi: Będziesz zamiatał ulice. Odpowiadałem, że to pożyteczny zawód.
Naukę przerwał pan szybko.
- Zmarł mój ojciec. Musiałem pomóc utrzymać dom. Nawet się nie zmartwiłem, bo od teorii wolę działanie. Szukałem prawdziwego życia.
I znalazł je pan w Skandynawii.
- To już było kilka lat później. Podróżowałem pół roku. W Skandynawii pierwszy raz zetknąłem się tak blisko z wyrzutkami społeczeństwa. Mój przyjaciel Norweg był uzależniony od morfiny. Udawał przede mną różne choroby, żebym tylko zaprowadził go do szpitala. Tam dostawał leki przeciwbólowe. Jeśli nie byliśmy w szpitalu, to włóczyliśmy się po ulicach, czasem wśród alkoholików. Obserwowałem. Bywało, że nie jedli cały dzień. Choć w Szwecji na przykład nie musieli spać pod mostem, mieli schronisko na półwyspie, dostawali pościel i pakiet żywnościowy. Inaczej było w Niemczech, jak się okazało po latach. Sam jako bezdomny nocowałem przy minus 30 stopniach na dworze. Ale opłacało się, bo po moim tekście zamknięto najgorszą noclegownię w Niemczech i otworzono nową, z lepszymi warunkami. Dwukrotnie wcielałem się w bezdomnego. Okazało się, że każdy z nas może się nim stać. Wcieliłem się też w alkoholika i trafiłem do zakładu psychiatrycznego, bo tam ich kierowano. Są ludzie, którym trzeba pomóc, mogę to zrobić, opisując ich los. Wielu uważa, że są nieważni, ale dla mnie to oni są najbardziej interesujący i autentyczni.
W 1962 roku dostał pan powołanie do wojska.
- Wtedy w kasynach oficerskich oddawano jeszcze hołd symbolom nazistowskim. Stanąłem przed dowódcą, który kazał mi się meldować: strzelec Wallraff. Było jasne, że nie wezmę broni do ręki. Miałem 20 lat. Moim idolem był pisarz Wolfgang Borchert. Ceniłem go za pacyfizm, sam czułem się trochę Szwejkiem.
Nie zgłaszałem się po broń, aż uznano, że nie jestem godny, żeby ją nosić. Dostałem od dowódcy kij na sznurku. Codziennie stroiłem go kwiatami i stawiałem obok wyszlifowanych karabinów moich kolegów. Potem zabrano mi i to, bo wieść o tym, co robię, rozniosła się po wielu jednostkach. Stałem więc z pustymi rękami, gdy inni strzelali. Żeby mnie złamać, wysyłano mnie na okrutne wielokilometrowe marsze.
Wezwano też pastora, żeby przemówił panu do rozumu.
- Tylko że dla mnie Kościół już wtedy niewiele znaczył. Ojciec był chrzczony, matka była protestantką, ale nie miało to większego znaczenia. Ale kiedy w szpitalu powiedzieli ojcu, że zostało mu niewiele życia, zakonnice wmówiły mu, że jego dusza zostanie uratowana tylko wtedy, jeśli umrze jako dobry katolik. Musiał odnowić śluby z mamą i mnie ochrzcić.
W pokoju było ciemno, paliło się tylko kilka świec. Dostałem ubranie do chrztu, oczywiście za małe. To było żenujące. Ksiądz zapytał, czy chcę się nazywać Johannes, ale uparłem się przy Günterze. Miałem pięć lat, ale ta farsa spowodowała, że jestem dzisiaj poszukującym agnostykiem. Choć Jezus Chrystus zawsze był dla mnie wzorem. Z obrzydzeniem patrzę dziś na to, co się dzieje w niemieckim Kościele. Historia molestowania głęboko mną wstrząsnęła.
Ksiądz w koszarach nie miał szans. Próbował mnie przekonać, że dalszy opór “jest samobójstwem i grzechem”. Zaproponował układ. Ja cofnę odmowę wykonywania służby wojskowej, on załatwi, że będę sanitariuszem.
Zgodził się pan?
- Nie, a dowódca był wściekły, bo dołączyło do mnie jeszcze pięciu żołnierzy. Kiedy wróciłem z tygodniowego urlopu, zamknięto mnie na oddziale psychiatrycznym.
Tam zaczął pan pisać swój dziennik.
- Napisałem też list do Heinricha Bölla. Odpisał. Korespondowaliśmy, podnosił mnie na duchu. Któregoś dnia przełożeni włamali się do mojej szafki. Znaleźli listy i pamiętnik. Proponowali, że wcześniej wyjdę z wojska, jeśli pisemnie zaświadczę, że go nie opublikuję. Odmówiłem. Po dziesięciu miesiącach mnie wypuścili. Wiedziałem już, że słowo może być bronią.
O jego sile przekonał się pan później.
- Na początku lat 60. dla dziennika “Hamburger Abendecho” pisałem o kolejnych ślubach Bardotki, potwornie mnie to nudziło. Dopiero kiedy zacząłem pisać reportaże dla “Metall”, m.in. ten o hucie Thyssena, w której sprzątałem bez maski pył szklany, poczułem siłę słowa. Kolejni pracodawcy próbowali zablokować publikacje. Instytut Gospodarki Niemieckiej wydał nawet “Czarną księgę Wallraffa”, gdzie wytykali moje rzekome błędy.
A co na to robotnicy?
- W tamtych czasach nie stawiali jeszcze wielu krytycznych pytań. A tego, kto śmiał protestować, natychmiast przenoszono do innej pracy, a nawet wyrzucano na bruk.
Wtedy zmienił się krąg moich znajomych. Przedtem należeli do niego głównie literaci, artyści, teraz przeważali robotnicy spychani do roli głupków, którzy sami nie umieją się bronić.
Po wydaniu “Trzynastu niepożądanych reportaży” stałem się osobą publiczną.
I postanowił pan wykorzystać to w Grecji.
- Chciałem zwrócić uwagę Europy, że Grecja od siedmiu lat terroryzowana jest przez juntę czarnych pułkowników. Aby zdemaskować metody walki reżimu z opozycją, postanowiłem dostać się do greckiego więzienia. Zrobiłem to także dla siebie. Traktowano mnie jak celebrytę, czułem się oderwany od korzeni.
Jest maj 1974. Ateny.
- Potwornie się bałem. Przed wyjazdem napisałem testament. Miałem już wtedy rodzinę. Liczyłem, że mogę dostać dwa albo trzy lata więzienia. Słyszałem o torturach: elektrowstrząsach, pozbawianiu snu. Usunąłem z moich ubrań wszystkie naszywki, które mogłyby wskazywać na to, że jestem cudzoziemcem, chciałem być potraktowany jak greccy dysydenci. Zażyłem mocne środki przeciwbólowe i uspokajające, przywiązałem się łańcuchem na jednym z głównych placów miasta do latarni i rozrzuciłem ulotki. Szybko podbiegli do mnie tajniacy. Zaczęli bić metalowymi prętami. Rzucili mnie na ziemię. Wrzeszczałem o pomoc. Zalewałem się krwią.
Został pan wtrącony do więzienia.
- Wyrywano mi tam paznokcie, czasem schodzą jeszcze dziś. Miałem spędzić w więzieniu 14 miesięcy, ale w sierpniu 1974 dyktatura upadła. Rozentuzjazmowany tłum wyniósł mnie z więzienia na rękach razem z innymi politycznymi. Opisałem to w książce “Nasz sąsiedzki faszyzm”. Długo nie mogłem dojść do siebie.
Ale już dwa lata później jedzie pan do Portugalii.
- To był czas, kiedy Demokratyczny Ruch Wyzwolenia Portugalii podkładał bomby pod biurami lewicowych partii. Na jego czele stał były prezydent António de Spinola, który w Szwajcarii i Niemczech organizował polityczne i finansowe wsparcie dla trzeciego puczu.
Do Portugalii pojechałem z romanistką Hellą Schlumberger. Mieliśmy ze sobą 76 tysięcy marek, które udało się zebrać w Niemczech, miały wspomóc portugalskie rolnictwo.
Po miesiącu na wsi zaczęło się panu nudzić.
- Pojechaliśmy z Hellą na miejsce, gdzie ostatnio był zamach na biuro partii socjalistycznej. Włożyłem nawet krawat. Spotkaliśmy tam mężczyznę z wilczurem i ten wilczur nam pomógł.
Hella, w przeciwieństwie do mnie, dobrze sobie radzi z psami. Zagadnęła właściciela wilczura, jak nawiązać kontakt z “dzielnymi ludźmi”, którzy troszczą się o prawo i porządek w tym kraju. Okazało się, że ten człowiek był członkiem organizacji terrorystycznej – i tak dotarliśmy do tych ludzi.
Powiedzieliśmy im, że jesteśmy wysłannikami tajnej niemieckiej organizacji, która chce wesprzeć portugalskich prawicowców. Zostawiłem numer telefonu do domu Helli i wyjechaliśmy do Niemiec.
Zadzwonili?
- I to szybko. Powiedzieli, że Spinola przyjeżdża specjalnie dla nas do Niemiec. Mieliśmy przedstawić mu swojego szefa i ekspertów militarnych. Tymi ekspertami zostali nasi znajomi, którzy służyli w Bundeswehrze. Spinola dowiedział się, że stoi za nami ponad 100 tys. ludzi. Chciał dostać 5 tys. pistoletów maszynowych, broń maszynową, granatniki, amunicję i 11 milionów marek wpłaconych na konto szwajcarskiego banku. Wszystko na walkę z Partią Komunistyczną.
8 kwietnia 1976 roku ukazał się wasz artykuł w tygodniku “Stern”.
- To wystarczyło, żeby Szwajcaria wydaliła Spinolę z kraju. Uciekł potem do Brazylii. Franz Josef Strauss musiał gęsto się tłumaczyć.
Kilka tygodni po publikacji artykułu otrzymał pan list z pogróżkami.
- Ostrzegano mnie, że nadejdzie “zapłata”. Potem wybuchł pożar na piętrze i poddaszu mojego domu. Spłonęła duża część mojego archiwum i wiele listów od Bölla. Trzy dni później otrzymałem jeszcze jeden list, a w nim zdanie: “To było ostatnie ostrzeżenie”. Moja rodzina była przerażona.
Ale to pan napisał: “Nie ma u mnie właściwie podziału między pracą a życiem prywatnym”.
- I wiele za to zapłaciłem. Po powrocie z Aten rozpadło się moje drugie małżeństwo i świat mi się zawalił.
Kolejne uderzenia też były bolesne dla mojej rodziny. Na przykład gdy w 1998 roku tygodnik “Focus” napisał, że współpracowałem ze Stasi jako agent “Walter”. Już w latach 70. musiałem się tłumaczyć z wizyt w Berlinie wschodnim. Pojechałem tam po raz pierwszy w 1965 roku jako członek literackiej grupy 61. Dyskutowaliśmy, jak przenieść doświadczenia ze świata robotników do literatury. Sąd w Hamburgu uznał zarzuty dotyczące współpracy ze Stasi za nieprawdziwe, ale nasz spokój to zburzyło.
Myślę jednak, że również dzięki temu, że nie byłem nadopiekuńczy, moje córki wyrosły na mądre, samodzielne i pewne siebie kobiety. Często nie było mnie w domu. Na przykład trzy lata z przerwami, gdy wcieliłem się w Alego.
W 1983 roku ukazuje się ogłoszenie: “Obcokrajowiec, silny, przyjmie każdą pracę, nawet najcięższą i najbrudniejszą, także nisko płatną”.
- Na odpowiedzi czekałem: Ja – Ali. Syn Greczynki i Turka.
Włożył pan treskę, ciemne soczewki.
- Nawet mój optyk powiedział, że mam świdrujący wzrok południowca. Dzięki temu wyglądałem młodziej. Zacząłem pracę przy renowacji ośrodka jeździeckiego w Kolonii, potem dziesięć godzin dziennie czyściłem ze szlamu rowy melioracyjne. Zatrudniły mnie dwie kobiety, obiecały “kieszonkowe”. Nie zobaczyłem go na oczy.
Za to mieszkanie mógł pan wybrać.
- O tak, miałem wybór między zardzewiałym samochodem albo oborą. Ostatecznie zamieszkałem w niedokończonym budynku pełnym gruzu.
A i tak “przed sąsiadami Alego ukrywano. Chodziło o to, żeby nikt nie mógł przezwać gospodarstwa ‘turecką’ zagrodą”.
- W autobusie, nawet jeśli był zatłoczony, miejsce obok mnie pozostawało wolne. Kiedy szedłem do knajpy, obsługa mnie ignorowała. Kiedy byłem na spotkaniu z Franzem Josefem Straussem, pozwolono mi podejść dopiero, gdy się podałem za wysłannika przywódcy tureckich faszystów, którego hasłem było: “Śmierć wszystkim wszawym Żydom, komunistycznym skurwysynom i greckim psom!”. Dostałem nawet księgę pamiątkową i autograf. Udawałem naiwnego.
Bo “udając naiwnego, byłem sprytniejszy, mogłem wyraźniej dostrzec zakłamanie i lodowatą obojętność tego społeczeństwa, które uważa się za tak mądre, swobodne, idealne i sprawiedliwe”.
- Czasem Alego traktowano jak dziecko, nawet jak głupka. Mówiłem łamanym niemieckim, przekręcając słówka, zmieniając szyk zdań. Ale to miało też dobre strony.
Jakie?
- Mogłem zadać właściwie każde pytanie. Jako dziennikarz, pisarz nie mógłbym tego zrobić.
O co Ali pytał?
- Na przykład kolegę w firmie inżynieryjnej, co będzie, jeśli podczas pracy wydarzy się wypadek.
Odpowiedź?
- Szefowie będą udawać, że pracuję tam dopiero od trzech dni. Pracowaliśmy na czarno, nie mieliśmy ubezpieczenia.
Ale Ali usłyszał też od pracodawcy: “Myślenie zostaw koniowi, bo on ma duży łeb”.
- Byłem też “cholernym śmierdzielem”, kiedy z wyczerpania wylałem beton, który w 30-stopniowym upale musiałem transportować taczką. Albo usłyszałem, że przyjechałem do Niemiec nażreć się do syta. Któregoś razu znajomy przyniósł ulotkę z Domu Młodzieży. Były w niej wskazówki dla cudzoziemców. Przeczytam pani: “W naszym kraju przez dwa dni po zjedzeniu czosnku nie chodzimy między ludzi i tego samego oczekujemy od naszych gości”.
Pracował pan też w McDonaldzie. Tam przydało się to, że gra pan w ping-ponga.
- Tak, szef pochwalił mnie za szybkość przy przewracaniu krążków hamburgera. Pryskający tłuszcz parzył mi ręce. To była najobrzydliwsza praca. Nasze spodnie nie miały kieszeni, żebyśmy nie mogli wkładać do nich napiwków ani chusteczek. Przez to kapało nam z nosa dokładnie na grill.
A w hucie Thyssena zdjęli mi z głowy kask kupiony za własne pieniądze i dano niemieckiemu koledze. Nie było masek ani rękawic ochronnych.
Poszedłem na mecz Turcja – Niemcy i usiadłem w sektorze niemieckim. Miałem chorągiewkę z półksiężycem, ale kiedy usłyszałem okrzyki: “Niemcy dla Niemców”, “Precz z czerwonymi”, szybko ją zwinąłem. Na stadionie nie udawałem już Turka, mówiłem najczystszą literacką niemczyzną.
Opisał pan to w książce “Na samym dnie”.
- Na spotkaniach autorskich podchodzą do mnie Niemcy i przyznają, że uważali, że cudzoziemcy są zagrożeniem i mają się wynieść. Chcę w to wierzyć. Z kolei obcokrajowcy stwierdzili, że ta książka ich chroni. Że nie mówi się o cudzoziemcach jedynie przy okazji pracy na czarno. W końcu zaczęto w mediach mówić o handlu ludźmi i niewolnictwie. Kontrole u Thyssena wykazały, że przestrzega się teraz zasad bezpieczeństwa, pracownicy dostają ubrania ochronne. A w Bonn w sklepie z ubraniami po lekturze książki właścicielka przyjęła dwie Turczynki na praktykę.
W roku 2009 ukazała się pana książka “Z pięknego świata. Ekspedycje w głąb kraju” oraz film “Czarno na białym”. Wcielił się pan w sprzedawcę z call center.
W Niemczech agencji call center jest ponad 6 tysięcy, zatrudniają prawie pół miliona osób. Kiedy wszedłem do wielkiego biura, usłyszałem: “Świeże mięso idzie”. Zauważyłem też, że obok każdego monitora jest lustro, a na nim napis: “Spójrz w to lustro. To, co zobaczysz, jest wyjątkowe”.
Tak się pan czuł?
- Oczywiście, że nie. Znów byłem współsprawcą i znów miałem oszukiwać, tylko nikt tego głośno nie mówił. Choć już jedna z pierwszych zasad call center: nigdy nie podawaj prawdziwego nazwiska, o tym świadczy. Najważniejsze zadanie: zdobyć dane klienta z numerem konta bankowego. Takie trofeum wpisywało się potem na tablicę. Takie nakręcanie rywalizacji.
Co pan sprzedawał?
- Na przykład zasady ochrony małoletnich. Każda firma powinna to mieć u siebie. Za 89 euro w ramce, a tak naprawdę można to było ściągnąć za darmo w internecie i wydrukować na domowej drukarce. Ale rozmowę prowadziłem według przygotowanego schematu. Często upominano mnie, że za dużo słychać w moim głosie sentymentalizmu. I tak najczęściej kończyło się na tym, że dzwoniłem wieczorem do moich klientów i kazałem odmówić przyjęcia przesyłki wysłanej za pobraniem.
Czasem tematy znajduje pan w skrzynce pocztowej.
- Ludzie często do mnie piszą. Tak było w sprawie piekarni, które wypiekają bułki dla Lidla. Na kilku stronach nieznany nadawca opisał warunki pracy w takiej fabryce. Musiałem to sprawdzić.
Zatrudnili pana bez problemu? Firma Weinzheimer chwaliła się w ulotce, że zatrudnia wykwalifikowanych piekarzy.
- Na moim przykładzie widać, że to nieprawda. Nie znałem się na niczym, co miałem tam robić. Dostałem białe spodnie, koszulkę z krótkim rękawkiem. Kiedy zapytałem, co będzie, jak zrobi się zimno, powiedziano mi: wtedy będziesz musiał szybciej pracować.
Pośpiech to wypadki.
- Trzeba było wyrobić normę. 40 blach na zmianie. Rzadko się to udawało. Kiedy dochodziło do wypadku, nie zawsze można było włączyć guzik bezpieczeństwa, bo to powodowało zatrzymanie całej produkcji. Kazano nam zdejmować gorące blachy 60 na 80 cm z włączonych taśm. Poparzenia nie goiły się. I zwolnień też nie akceptowano.
Doświadczenia z piekarni opublikował pan w tygodniku “Die Zeit”. Zmieniło się coś po tym?
- Weinzheimer przestał istnieć. Szef drugiej firmy długo nie chciał, ale w końcu przeprosił za błędy przeszłości. Początkowo zlikwidowali wszystkie kamery. Potem je częściowo przywrócono. Podniesiono wynagrodzenie o ponad 20 procent.
Kwame Ogonno, Somalijczyk, w którego się pan wcielił, też nie miał w Niemczech lekko.
- Już wynajęcie mieszkania jest problemem. Właścicielka wpuszcza wprawdzie Kwame do środka, ale następnemu interesantowi Niemcowi mówi, że “przez telefon nie widać, jak człowiek wygląda”, a ten był “całkiem czarny” i on zupełnie “nie pasuje”.
Kwame szuka więc noclegu na kempingu.
- Bo w Niemczech można wynająć przyczepę na cały rok. Recepcjonista w końcu wydusza, że “problemem jest kolor skóry”, a niemieckiemu turyście, a filmowaliśmy to wszystko ukrytą kamerą, tłumaczy, że jeśli przyjmie Cyganów albo innych kolorowych, wyniosą się stali bywalcy.
Okazało się, że “wszystko, co poza kolorem skóry stanowi o człowieczeństwie, jest w przypadku czarnego drugorzędne”.
- To porażające. We wstępie do “Na samym dnie” napisałem, że wiem już, jak daleko można posunąć się w pogardzie dla drugiego człowieka. Chyba się jednak, proszę pani, myliłem. Nie wiem, czy taka granica istnieje.
Całość: http://wyborcza.pl/1,76842,11469966,Wallraff___czlowiek__ktory_zmienil_Niemcy.html?as=1&startsz=x







