Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

03-04-2012, 18:05

Wallraff – człowiek, który zmienił Niemcy  »

Gazeta Wyborcza
Angelika Kuźniak
03-04-2012

Udawał Turka. Udawał Somalijczyka. Udawał robotnika. Udawał bezdomnego. Udawał pracownika call center. Udawał dziennikarz tabloidu – z reporterem Günterem Wallraffem rozmawia Angelika Kuźniak.

Rozmowa ukazała się 1 października 2011 w “Magazynie Świątecznym”

Günter Wallraff: Wie pani, ja naprawdę chciałem wtedy zwiać.

Angelika Kuźniak: Kiedy?

Günter Wallraff w redakcji "Bildu"

- Zanim wszedłem do redakcji “Bildu”, popatrzyłem na tę gębę w lustrze, niby moja, ale wiedziałem, że to już nie ja. Bo to była gęba człowieka…

“…pragnącego robić karierę, gęba, jakiej nienawidzę u młodych menedżerów. Wysztafirowany, z włosem na jeża, opalony na brąz. Wypolerowany pysk”.

- Czyli Hans Esser, trzydziestolatek, wcześniej służył w Bundeswehrze, potem pracował w agencji reklamowej.

Sam pan go wymyślił?

- Kilka rad dał mi kolega. Pisał teksty do “Bildu” przez dwa lata, bo musiał spłacić długi. Wyznał mi, że stracił już do siebie szacunek. Uzgodniliśmy, że poleci mnie na swoje miejsce. Nazwisko pożyczyłem od znajomego z Portugalii, zmieniłem chód, sposób mówienia. Miał być drapieżny i dynamiczny. Operację plastyczną odradził chirurg. Powiedział, że latami będę czuł się ze sobą obco.

Tamtego dnia potwornie się bałem.

Czego?

- Po pierwsze, że mnie mimo wszystko rozpoznają. Publikowałem wcześniej w “Metall”, to międzynarodowe czasopismo dla branży metalurgicznej. Dwa miliony egzemplarzy, sześć języków. Wydałem kilka książek. W reportażach opisywałem, jak łamane są prawa pracowników w hucie Thyssena, fabryce Siemensa, Forda, w koncernie ubezpieczeniowym Hansa Gerlinga. Po moich tekstach wzmagały się kontrole, nakładano kary i zmuszano do poprawy warunków pracy. Zarządy zaczęły się bać. W biurach personalnych tych firm wywieszono “list gończy” z moim zdjęciem.

A po drugie?

- W moich kolejnych wcieleniach byłem do tej pory ofiarą. Teraz – mówię o roku 1977 – miałem być współsprawcą, dziennikarzem tabloidu. A to przecież nie jest tak, że wieczorem wracam do domu i rolę odwieszam jak płaszcz. Musiałem stać się Esserem. Wiedziałem, że będę kłamał, manipulował, zmyślał, zatajał ważne informacje. Że będę gwałcił ludzi duchowo, ogłupiał, żeby na końcu zabrać im wszystko: godność, imię, prywatność. Mówiąc żargonem dziennikarzy “Bildu”: wiedziałem, że moje teksty “wysmażę na ostro”.

“Poliże pan krew, chwyci trop i trudno będzie pana utrzymać, jak psa na łańcuchu”?

- Esser jak Messer [nóż]. W “Bildzie” pracowałem jak robot.

“Wprawiony zostajesz w ruch za pomocą raz ustalonego kierunku marszu”. Po co panu to wszystko?

- Nie umiem pisać “z zewnątrz”. Muszę poczuć to na sobie.

“Gdy trzeba upowszechnić maskowaną prawdę – pisał pan – konieczne jest założenie maski”.

- Tak. Maska, którą nałożyłem tamtego dnia, niszczyła również mnie. Ale czułem, że tylko dzięki niej będę mógł pokazać, jak tabloid redukuje czytelników do mięsa, które służy temu, żeby zwiększyć nakład. Jak pierze im mózgi.

I jak potrafi doprowadzić do samobójstwa?

- Też. Ofiary manipulacji “Bildu” zgłaszają się do dziś do fundacji, którą założyłem. Opłacamy im adwokatów. Ponad sto osób dostało odszkodowania od koncernu Springera.

Kiedyś dziennikarz “Bildu” dowiedział się od informatora z policji, że znaleziono zwłoki kobiety. Zanim się powiesiła, zraniła się młotkiem. Znaleziono go przy zwłokach. To wydało mu się podejrzane. Pojechał do jej domu. Zrozpaczonemu mężowi przedstawił się jako pracownik instytutu badającego przypadki samobójstw, po to by w porę pomóc innym, którzy chcą targnąć się na swoje życie.

Rozmawiali godzinę. W “Bildzie” napisano potem, że kobieta zatłukła się sama młotkiem ze strachu przed porządkami wiosennymi. Brzmi absurdalnie, ale dla “Bildu” nie miało to znaczenia.

A jaka była prawda?

- Ta kobieta od dawna leczyła się psychiatrycznie, wielokrotnie próbowała popełnić samobójstwo. Jej mąż przeczytał ten wymyślony tekst i zabił się. Zostawił list, w którym oskarżał “Bild” o mord. Mord na sobie. Napisał też: “Ci, co mają trochę przyzwoitości i poczucia honoru, nie powinni kupować tej kłamliwej gazety”.

Ale czytelnicy “wierzą raczej we własne złudzenia niż w to, że ‘Bild’ kłamie – albo wiedzą, czują, domyślają się, że ‘Bild’ kłamie, mimo to nie mogą się od ‘Bildu’ uwolnić. Są od niego uzależnieni”. Tak pan potem napisał w książce.

- I to prawda. Ale nałóg dopadał również tych, którzy w tej gazecie pracowali. Większość ludzi nie miała w “Bildzie” stałej umowy. Drukują cię – zarabiasz, nie drukują – wylatujesz. Po miesiącu z przerażeniem stwierdziłem, że selekcjonuję spotykanych ludzi na tych, których historia nadaje się do “Bildu”, i tych, którzy z punktu widzenia tabloidu są nieciekawi. Bo najważniejsze stało się to, żeby “dostarczyć historyjkę”. I zdjęcie, bo historyjka bez zdjęcia nie istnieje.

Zawsze się udawało?

- Kilka razy wróciłem bez. Na przykład wtedy, kiedy kazali mi przynieść zdjęcia dzieci molestowanych seksualnie. Albo kiedy wysłali mnie do rodziców chłopca, którego zabił piorun. Stałem w korytarzu ich domu przed ojcem, składałem mu kondolencje, ale w głowie miałem dwie rzeczy: zdjęcie, musisz mieć zdjęcie. I słowa naczelnego, że jeśli nie będzie chciał dać, mam go nastraszyć, że weźmiemy fotografię z kostnicy.

Ojciec się nie zgodził, wyszedłem. W redakcji powiedziałem, że się nie udało. Byli wściekli.

Po sześciu tygodniach o redakcji “Bildu” mówiłem już “my”, zauważyłem też, że z dumą podnoszę głowę, kiedy naczelny mnie chwali.

Po czterech miesiącach: “Zaczynam czuć w stosunku do siebie obcość”.

- Myślę, że gdybym został tam dłużej, zmieniłbym się na stałe.

Ale zadzwonił telefon.

- Byłem wtedy na zwolnieniu. Brałem je czasem, żeby zachować równowagę. Usłyszałem głos znajomego: Zwiewaj! Wpadłeś!

Powiedział, że w siedzibie Springera mają notatkę, którą chce wydrukować jakiś magazyn, a w niej czarno na białym stoi, że Wallraff pracuje w “Bildzie” jako Hans Esser.

Horst Fust, zastępca naczelnego “Bildu”, wydał natychmiast komunikat prasowy. Nazwał metodę zastosowaną przez pana “haniebną i kryminalną”, a pana “członkiem podziemia komunistycznego”.

- Nie wiem, kto mnie wsypał. Może kontrwywiad. Ich akta będą jeszcze zamknięte przez prawie 30 lat, ale już w 1970 roku wylano mnie z firmy Melitta, gdzie pod fałszywym nazwiskiem pracowałem nad reportażem. Właściciel powiedział, że dostał informację o mnie właśnie od kontrwywiadu. Śledzili mnie z powodu rzekomego wspierania Grupy Baader-Meinhof.

Ten, kto krytykował “Bild”, stawał się wtedy automatycznie pomocnikiem terrorystów. Kiedy podczas demonstracji w czerwcu 1967 roku policjant zastrzelił w Berlinie Zachodnim studenta Benna Ohnesorga, w berlińskich gazetach, głównie należących do koncernu Springera, uznano, że policja w prawidłowy sposób zakończyła te “skandaliczne studenckie ekscesy”. W kwietniu 1968 postrzelono lewicowego działacza studenckiego Rudiego Dutschkego.

Kule były trzy, a poeta i pieśniarz Wolf Biermann napisał wtedy, że pierwsza wyszła z “lasu Springera”.

- Ten, kto strzelał, był czytelnikiem jego prasy. Tysiące ludzi blokowało drukarnie, żeby uniemożliwić wyjazd ciężarówek z gazetami Springera.

Pan stał przed drukarnią we Frankfurcie.

- Tak. W maju 1972 roku Grupa Baader-Meinhof podłożyła bomby pod ich siedzibą w Hamburgu. 17 osób zostało rannych.

Znałem Ulrike Meinhof. Pracowaliśmy w redakcji pisma “Konkret”. Lubiłem ją jako kobietę i jako komunistkę. Zadzwoniła kilka dni przed akcją uwolnienia Baadera. Czułem wtedy, że sprawdza, jak bardzo zgadzam się z nią politycznie. Jakby chciała wiedzieć, czy może na mnie liczyć.

Kiedy później usłyszałem Ulrike czytającą manifest RAF, byłem przerażony. Napisałem do niej list otwarty, w którym potępiłem wszystkie akcje tej grupy. W tekście do “Konkretu” napisałem, że eskalacja przemocy będzie służyć jedynie tym, którzy rządzą.

“Użycie pistoletów sprowokuje użycie granatów. Użycie broni ciężkiej przez anarchistyczne grupy bojownicze przygotuje pole do wymarszu wojsk Bundeswehry przeciwko ludności cywilnej”.

- Po tym liście lewicowcy uznali mnie za kontrrewolucjonistę. Dla koncernu Springera już od dawna byłem “członkiem podziemia komunistycznego”.

W 1977 na komunikacie prasowym wicenaczelnego “Bildu” się nie skończyło. Zaczęli grzebać w pana życiorysie.

- Grupa reporterów z koncernu Springera szukała dowodów na moją przestępczą działalność. Najpierw w redakcji. Na szczęście nie podpisywałem dokumentów fałszywym nazwiskiem. Byłem ostrożny, bo po wydaniu książki “Wy na górze, my na dole” oskarżono mnie już raz o fałszerstwo. Chodziło o to, że pracując jako goniec w koncernie ubezpieczeniowym, posługiwałem się fałszywymi dokumentami. Przeciwko kryminalizowaniu mojej metody pisarskiej wystąpił wtedy przed sądem Heinrich Böll, laureat Nobla. Uważał, że zamaskowany reporter skuteczniej niż związki zawodowe może skontrolować, jak zakłady przestrzegają praw pracowników, i publicznie bronić ich praw.

W redakcji niczego nie znaleźli, więc pojechali do pańskiej matki.

- Przedstawili się tak bełkotliwie, że zrozumiała, że są z lewicowego “Spiegla”. Zwierzała się im, jak bardzo się o mnie martwi. Ale oni byli nachalni, prawie wyrywali jej zdjęcia z rąk. To zaniepokoiło moją matkę i zatrzasnęła im drzwi przed nosem.

Podziałało?

- A skąd! Poszli do sąsiadów. Pytali, czy biłem się z kolegami, czy kradłem jabłka z ich ogrodu. Sąsiedzi pomyśleli, że jestem terrorystą, bo przecież o uczciwych ludzi tyle osób nie pyta. Zaczęli unikać mojej matki.

Kiedy ukazała się pana pierwsza książka o “Bildzie”, “Wstępniak”, zaczęły się procesy.

- Do dzisiaj miałem ich dziesiątki. Z każdym nowym wyrokiem znikały kolejne fragmenty książki, razem około 60. Czytelnikom zagrabiono m.in. opisy spotkań w mieszkaniu naczelnego. I to nie dlatego, że były fałszywe, ale dlatego, że – jak określił sąd – “zdobyto je, wykorzystując fałszywe dane”. Na mojej półce stoi 20 wersji “Wstępniaka”.

Wreszcie w 1981 roku sąd najwyższy nazwał “Bild” “błędnym kierunkiem rozwoju” na niemieckim rynku prasowym. Moją metodę uznał za legalną wszędzie tam, gdzie istnieje podejrzenie, że dochodzi do poważnych uchybień, a ich wykrycie “będzie miało nadrzędne znaczenie dla interesu publicznego”. Od tego czasu w Niemczech mówi się o “lex Wallraff”.

“Bildu” nie miałem w rękach od lat. Dla zdrowia psychicznego.

Po wydaniu drugiej książki o “Bildzie”, “Świadkowie oskarżenia” w 1979 roku, powiedział pan, że Wallraff znów się narodził.

- Bo po pracy w “Bildzie” czułem się jakbym zatracił tożsamość. Miałem z nią już problem jako mały chłopiec.

W 1947 roku trafiłem do domu dziecka. Ojciec leżał wtedy w szpitalu, matka prawie nie odchodziła od jego łóżka. Któregoś dnia zaprowadziła mnie do wielkiego domu, przespacerowaliśmy się wokół budynku i nagle zniknęła. Zostałem sam wśród zakonnic i obcych dzieci. Oddałem moje ubranie, dostałem mundurek taki jak wszyscy, utraciłem nawet własny zapach.

Potem jako 17-latek napisałem: jestem moim własnym charakteryzatorem. Po latach dodałem: ciągle nakładam nowe maski, żeby odnaleźć siebie i żeby w jednej z nich ukryć się przed sobą.

W 1979 roku chciałem być jak najbliżej poniżanych, wykorzystywanych i odrzuconych.

Ciągnęło pana do nich już od młodości.

- Bo sam się tak trochę czułem. Mieszkałem wtedy z rodzicami na przedmieściach Kolonii w wielkim bloku. Przeciętni ludzie, przeciętny widok z okna. Sąsiedzi musieli wiedzieć wszystko o sobie nawzajem: kto ma więcej, kto ma lepiej od innych. Mój ojciec inwalida, po wypadku w fabryce Forda, nie mógł kupić mi nawet porządnych butów. Do dziś nie wyrzucam jedzenia. Nie mam rodzeństwa, więc próbowałem zaprzyjaźnić się z dziećmi z podwórka, ale miałem za mało, żeby komukolwiek zaimponować.

Pracowałem kiedyś nad reportażem o koncernie ubezpieczeniowym. Podczas przerwy obiadowej zwykli pracownicy cisnęli się w stołówce w kolejce po jedzenie. Dla pracowników średniego szczebla były dwie inne sale, dla dyrektorów kasyno z kelnerem. Szef koncernu jadał samotnie. Wyrzucono mnie z pracy, ponieważ przysiadłem się do jednego z dyrektorów, a byłem tylko gońcem. Podziały są wszędzie.

W szkole uczyłem się słabo, nie dosypiałem, bo o świcie roznosiłem gazety. Matka powtarzała mi: Będziesz zamiatał ulice. Odpowiadałem, że to pożyteczny zawód.

Naukę przerwał pan szybko.

- Zmarł mój ojciec. Musiałem pomóc utrzymać dom. Nawet się nie zmartwiłem, bo od teorii wolę działanie. Szukałem prawdziwego życia.

I znalazł je pan w Skandynawii.

- To już było kilka lat później. Podróżowałem pół roku. W Skandynawii pierwszy raz zetknąłem się tak blisko z wyrzutkami społeczeństwa. Mój przyjaciel Norweg był uzależniony od morfiny. Udawał przede mną różne choroby, żebym tylko zaprowadził go do szpitala. Tam dostawał leki przeciwbólowe. Jeśli nie byliśmy w szpitalu, to włóczyliśmy się po ulicach, czasem wśród alkoholików. Obserwowałem. Bywało, że nie jedli cały dzień. Choć w Szwecji na przykład nie musieli spać pod mostem, mieli schronisko na półwyspie, dostawali pościel i pakiet żywnościowy. Inaczej było w Niemczech, jak się okazało po latach. Sam jako bezdomny nocowałem przy minus 30 stopniach na dworze. Ale opłacało się, bo po moim tekście zamknięto najgorszą noclegownię w Niemczech i otworzono nową, z lepszymi warunkami. Dwukrotnie wcielałem się w bezdomnego. Okazało się, że każdy z nas może się nim stać. Wcieliłem się też w alkoholika i trafiłem do zakładu psychiatrycznego, bo tam ich kierowano. Są ludzie, którym trzeba pomóc, mogę to zrobić, opisując ich los. Wielu uważa, że są nieważni, ale dla mnie to oni są najbardziej interesujący i autentyczni.

W 1962 roku dostał pan powołanie do wojska.

- Wtedy w kasynach oficerskich oddawano jeszcze hołd symbolom nazistowskim. Stanąłem przed dowódcą, który kazał mi się meldować: strzelec Wallraff. Było jasne, że nie wezmę broni do ręki. Miałem 20 lat. Moim idolem był pisarz Wolfgang Borchert. Ceniłem go za pacyfizm, sam czułem się trochę Szwejkiem.

Nie zgłaszałem się po broń, aż uznano, że nie jestem godny, żeby ją nosić. Dostałem od dowódcy kij na sznurku. Codziennie stroiłem go kwiatami i stawiałem obok wyszlifowanych karabinów moich kolegów. Potem zabrano mi i to, bo wieść o tym, co robię, rozniosła się po wielu jednostkach. Stałem więc z pustymi rękami, gdy inni strzelali. Żeby mnie złamać, wysyłano mnie na okrutne wielokilometrowe marsze.

Wezwano też pastora, żeby przemówił panu do rozumu.

- Tylko że dla mnie Kościół już wtedy niewiele znaczył. Ojciec był chrzczony, matka była protestantką, ale nie miało to większego znaczenia. Ale kiedy w szpitalu powiedzieli ojcu, że zostało mu niewiele życia, zakonnice wmówiły mu, że jego dusza zostanie uratowana tylko wtedy, jeśli umrze jako dobry katolik. Musiał odnowić śluby z mamą i mnie ochrzcić.

W pokoju było ciemno, paliło się tylko kilka świec. Dostałem ubranie do chrztu, oczywiście za małe. To było żenujące. Ksiądz zapytał, czy chcę się nazywać Johannes, ale uparłem się przy Günterze. Miałem pięć lat, ale ta farsa spowodowała, że jestem dzisiaj poszukującym agnostykiem. Choć Jezus Chrystus zawsze był dla mnie wzorem. Z obrzydzeniem patrzę dziś na to, co się dzieje w niemieckim Kościele. Historia molestowania głęboko mną wstrząsnęła.

Ksiądz w koszarach nie miał szans. Próbował mnie przekonać, że dalszy opór “jest samobójstwem i grzechem”. Zaproponował układ. Ja cofnę odmowę wykonywania służby wojskowej, on załatwi, że będę sanitariuszem.

Zgodził się pan?

- Nie, a dowódca był wściekły, bo dołączyło do mnie jeszcze pięciu żołnierzy. Kiedy wróciłem z tygodniowego urlopu, zamknięto mnie na oddziale psychiatrycznym.

Tam zaczął pan pisać swój dziennik.

- Napisałem też list do Heinricha Bölla. Odpisał. Korespondowaliśmy, podnosił mnie na duchu. Któregoś dnia przełożeni włamali się do mojej szafki. Znaleźli listy i pamiętnik. Proponowali, że wcześniej wyjdę z wojska, jeśli pisemnie zaświadczę, że go nie opublikuję. Odmówiłem. Po dziesięciu miesiącach mnie wypuścili. Wiedziałem już, że słowo może być bronią.

O jego sile przekonał się pan później.

Günter Wallraff jako Turek Ali w hucie koncernu Thyssena

- Na początku lat 60. dla dziennika “Hamburger Abendecho” pisałem o kolejnych ślubach Bardotki, potwornie mnie to nudziło. Dopiero kiedy zacząłem pisać reportaże dla “Metall”, m.in. ten o hucie Thyssena, w której sprzątałem bez maski pył szklany, poczułem siłę słowa. Kolejni pracodawcy próbowali zablokować publikacje. Instytut Gospodarki Niemieckiej wydał nawet “Czarną księgę Wallraffa”, gdzie wytykali moje rzekome błędy.

A co na to robotnicy?

- W tamtych czasach nie stawiali jeszcze wielu krytycznych pytań. A tego, kto śmiał protestować, natychmiast przenoszono do innej pracy, a nawet wyrzucano na bruk.

Wtedy zmienił się krąg moich znajomych. Przedtem należeli do niego głównie literaci, artyści, teraz przeważali robotnicy spychani do roli głupków, którzy sami nie umieją się bronić.

Po wydaniu “Trzynastu niepożądanych reportaży” stałem się osobą publiczną.

I postanowił pan wykorzystać to w Grecji.

- Chciałem zwrócić uwagę Europy, że Grecja od siedmiu lat terroryzowana jest przez juntę czarnych pułkowników. Aby zdemaskować metody walki reżimu z opozycją, postanowiłem dostać się do greckiego więzienia. Zrobiłem to także dla siebie. Traktowano mnie jak celebrytę, czułem się oderwany od korzeni.

Jest maj 1974. Ateny.

- Potwornie się bałem. Przed wyjazdem napisałem testament. Miałem już wtedy rodzinę. Liczyłem, że mogę dostać dwa albo trzy lata więzienia. Słyszałem o torturach: elektrowstrząsach, pozbawianiu snu. Usunąłem z moich ubrań wszystkie naszywki, które mogłyby wskazywać na to, że jestem cudzoziemcem, chciałem być potraktowany jak greccy dysydenci. Zażyłem mocne środki przeciwbólowe i uspokajające, przywiązałem się łańcuchem na jednym z głównych placów miasta do latarni i rozrzuciłem ulotki. Szybko podbiegli do mnie tajniacy. Zaczęli bić metalowymi prętami. Rzucili mnie na ziemię. Wrzeszczałem o pomoc. Zalewałem się krwią.

Został pan wtrącony do więzienia.

- Wyrywano mi tam paznokcie, czasem schodzą jeszcze dziś. Miałem spędzić w więzieniu 14 miesięcy, ale w sierpniu 1974 dyktatura upadła. Rozentuzjazmowany tłum wyniósł mnie z więzienia na rękach razem z innymi politycznymi. Opisałem to w książce “Nasz sąsiedzki faszyzm”. Długo nie mogłem dojść do siebie.

Ale już dwa lata później jedzie pan do Portugalii.

- To był czas, kiedy Demokratyczny Ruch Wyzwolenia Portugalii podkładał bomby pod biurami lewicowych partii. Na jego czele stał były prezydent António de Spinola, który w Szwajcarii i Niemczech organizował polityczne i finansowe wsparcie dla trzeciego puczu.

Do Portugalii pojechałem z romanistką Hellą Schlumberger. Mieliśmy ze sobą 76 tysięcy marek, które udało się zebrać w Niemczech, miały wspomóc portugalskie rolnictwo.

Po miesiącu na wsi zaczęło się panu nudzić.

- Pojechaliśmy z Hellą na miejsce, gdzie ostatnio był zamach na biuro partii socjalistycznej. Włożyłem nawet krawat. Spotkaliśmy tam mężczyznę z wilczurem i ten wilczur nam pomógł.

Hella, w przeciwieństwie do mnie, dobrze sobie radzi z psami. Zagadnęła właściciela wilczura, jak nawiązać kontakt z “dzielnymi ludźmi”, którzy troszczą się o prawo i porządek w tym kraju. Okazało się, że ten człowiek był członkiem organizacji terrorystycznej – i tak dotarliśmy do tych ludzi.

Powiedzieliśmy im, że jesteśmy wysłannikami tajnej niemieckiej organizacji, która chce wesprzeć portugalskich prawicowców. Zostawiłem numer telefonu do domu Helli i wyjechaliśmy do Niemiec.

Zadzwonili?

- I to szybko. Powiedzieli, że Spinola przyjeżdża specjalnie dla nas do Niemiec. Mieliśmy przedstawić mu swojego szefa i ekspertów militarnych. Tymi ekspertami zostali nasi znajomi, którzy służyli w Bundeswehrze. Spinola dowiedział się, że stoi za nami ponad 100 tys. ludzi. Chciał dostać 5 tys. pistoletów maszynowych, broń maszynową, granatniki, amunicję i 11 milionów marek wpłaconych na konto szwajcarskiego banku. Wszystko na walkę z Partią Komunistyczną.

8 kwietnia 1976 roku ukazał się wasz artykuł w tygodniku “Stern”.

- To wystarczyło, żeby Szwajcaria wydaliła Spinolę z kraju. Uciekł potem do Brazylii. Franz Josef Strauss musiał gęsto się tłumaczyć.

Kilka tygodni po publikacji artykułu otrzymał pan list z pogróżkami.

- Ostrzegano mnie, że nadejdzie “zapłata”. Potem wybuchł pożar na piętrze i poddaszu mojego domu. Spłonęła duża część mojego archiwum i wiele listów od Bölla. Trzy dni później otrzymałem jeszcze jeden list, a w nim zdanie: “To było ostatnie ostrzeżenie”. Moja rodzina była przerażona.

Ale to pan napisał: “Nie ma u mnie właściwie podziału między pracą a życiem prywatnym”.

- I wiele za to zapłaciłem. Po powrocie z Aten rozpadło się moje drugie małżeństwo i świat mi się zawalił.

Kolejne uderzenia też były bolesne dla mojej rodziny. Na przykład gdy w 1998 roku tygodnik “Focus” napisał, że współpracowałem ze Stasi jako agent “Walter”. Już w latach 70. musiałem się tłumaczyć z wizyt w Berlinie wschodnim. Pojechałem tam po raz pierwszy w 1965 roku jako członek literackiej grupy 61. Dyskutowaliśmy, jak przenieść doświadczenia ze świata robotników do literatury. Sąd w Hamburgu uznał zarzuty dotyczące współpracy ze Stasi za nieprawdziwe, ale nasz spokój to zburzyło.

Myślę jednak, że również dzięki temu, że nie byłem nadopiekuńczy, moje córki wyrosły na mądre, samodzielne i pewne siebie kobiety. Często nie było mnie w domu. Na przykład trzy lata z przerwami, gdy wcieliłem się w Alego.

W 1983 roku ukazuje się ogłoszenie: “Obcokrajowiec, silny, przyjmie każdą pracę, nawet najcięższą i najbrudniejszą, także nisko płatną”.

- Na odpowiedzi czekałem: Ja – Ali. Syn Greczynki i Turka.

Włożył pan treskę, ciemne soczewki.

- Nawet mój optyk powiedział, że mam świdrujący wzrok południowca. Dzięki temu wyglądałem młodziej. Zacząłem pracę przy renowacji ośrodka jeździeckiego w Kolonii, potem dziesięć godzin dziennie czyściłem ze szlamu rowy melioracyjne. Zatrudniły mnie dwie kobiety, obiecały “kieszonkowe”. Nie zobaczyłem go na oczy.

Za to mieszkanie mógł pan wybrać.

- O tak, miałem wybór między zardzewiałym samochodem albo oborą. Ostatecznie zamieszkałem w niedokończonym budynku pełnym gruzu.

A i tak “przed sąsiadami Alego ukrywano. Chodziło o to, żeby nikt nie mógł przezwać gospodarstwa ‘turecką’ zagrodą”.

- W autobusie, nawet jeśli był zatłoczony, miejsce obok mnie pozostawało wolne. Kiedy szedłem do knajpy, obsługa mnie ignorowała. Kiedy byłem na spotkaniu z Franzem Josefem Straussem, pozwolono mi podejść dopiero, gdy się podałem za wysłannika przywódcy tureckich faszystów, którego hasłem było: “Śmierć wszystkim wszawym Żydom, komunistycznym skurwysynom i greckim psom!”. Dostałem nawet księgę pamiątkową i autograf. Udawałem naiwnego.

Bo “udając naiwnego, byłem sprytniejszy, mogłem wyraźniej dostrzec zakłamanie i lodowatą obojętność tego społeczeństwa, które uważa się za tak mądre, swobodne, idealne i sprawiedliwe”.

- Czasem Alego traktowano jak dziecko, nawet jak głupka. Mówiłem łamanym niemieckim, przekręcając słówka, zmieniając szyk zdań. Ale to miało też dobre strony.

Jakie?

- Mogłem zadać właściwie każde pytanie. Jako dziennikarz, pisarz nie mógłbym tego zrobić.

O co Ali pytał?

- Na przykład kolegę w firmie inżynieryjnej, co będzie, jeśli podczas pracy wydarzy się wypadek.

Odpowiedź?

- Szefowie będą udawać, że pracuję tam dopiero od trzech dni. Pracowaliśmy na czarno, nie mieliśmy ubezpieczenia.

Ale Ali usłyszał też od pracodawcy: “Myślenie zostaw koniowi, bo on ma duży łeb”.

- Byłem też “cholernym śmierdzielem”, kiedy z wyczerpania wylałem beton, który w 30-stopniowym upale musiałem transportować taczką. Albo usłyszałem, że przyjechałem do Niemiec nażreć się do syta. Któregoś razu znajomy przyniósł ulotkę z Domu Młodzieży. Były w niej wskazówki dla cudzoziemców. Przeczytam pani: “W naszym kraju przez dwa dni po zjedzeniu czosnku nie chodzimy między ludzi i tego samego oczekujemy od naszych gości”.

Pracował pan też w McDonaldzie. Tam przydało się to, że gra pan w ping-ponga.

- Tak, szef pochwalił mnie za szybkość przy przewracaniu krążków hamburgera. Pryskający tłuszcz parzył mi ręce. To była najobrzydliwsza praca. Nasze spodnie nie miały kieszeni, żebyśmy nie mogli wkładać do nich napiwków ani chusteczek. Przez to kapało nam z nosa dokładnie na grill.

A w hucie Thyssena zdjęli mi z głowy kask kupiony za własne pieniądze i dano niemieckiemu koledze. Nie było masek ani rękawic ochronnych.

Poszedłem na mecz Turcja – Niemcy i usiadłem w sektorze niemieckim. Miałem chorągiewkę z półksiężycem, ale kiedy usłyszałem okrzyki: “Niemcy dla Niemców”, “Precz z czerwonymi”, szybko ją zwinąłem. Na stadionie nie udawałem już Turka, mówiłem najczystszą literacką niemczyzną.

Opisał pan to w książce “Na samym dnie”.

- Na spotkaniach autorskich podchodzą do mnie Niemcy i przyznają, że uważali, że cudzoziemcy są zagrożeniem i mają się wynieść. Chcę w to wierzyć. Z kolei obcokrajowcy stwierdzili, że ta książka ich chroni. Że nie mówi się o cudzoziemcach jedynie przy okazji pracy na czarno. W końcu zaczęto w mediach mówić o handlu ludźmi i niewolnictwie. Kontrole u Thyssena wykazały, że przestrzega się teraz zasad bezpieczeństwa, pracownicy dostają ubrania ochronne. A w Bonn w sklepie z ubraniami po lekturze książki właścicielka przyjęła dwie Turczynki na praktykę.

W roku 2009 ukazała się pana książka “Z pięknego świata. Ekspedycje w głąb kraju” oraz film “Czarno na białym”. Wcielił się pan w sprzedawcę z call center.

W Niemczech agencji call center jest ponad 6 tysięcy, zatrudniają prawie pół miliona osób. Kiedy wszedłem do wielkiego biura, usłyszałem: “Świeże mięso idzie”. Zauważyłem też, że obok każdego monitora jest lustro, a na nim napis: “Spójrz w to lustro. To, co zobaczysz, jest wyjątkowe”.

Tak się pan czuł?

- Oczywiście, że nie. Znów byłem współsprawcą i znów miałem oszukiwać, tylko nikt tego głośno nie mówił. Choć już jedna z pierwszych zasad call center: nigdy nie podawaj prawdziwego nazwiska, o tym świadczy. Najważniejsze zadanie: zdobyć dane klienta z numerem konta bankowego. Takie trofeum wpisywało się potem na tablicę. Takie nakręcanie rywalizacji.

Co pan sprzedawał?

- Na przykład zasady ochrony małoletnich. Każda firma powinna to mieć u siebie. Za 89 euro w ramce, a tak naprawdę można to było ściągnąć za darmo w internecie i wydrukować na domowej drukarce. Ale rozmowę prowadziłem według przygotowanego schematu. Często upominano mnie, że za dużo słychać w moim głosie sentymentalizmu. I tak najczęściej kończyło się na tym, że dzwoniłem wieczorem do moich klientów i kazałem odmówić przyjęcia przesyłki wysłanej za pobraniem.

Czasem tematy znajduje pan w skrzynce pocztowej.

- Ludzie często do mnie piszą. Tak było w sprawie piekarni, które wypiekają bułki dla Lidla. Na kilku stronach nieznany nadawca opisał warunki pracy w takiej fabryce. Musiałem to sprawdzić.

Zatrudnili pana bez problemu? Firma Weinzheimer chwaliła się w ulotce, że zatrudnia wykwalifikowanych piekarzy.

Günter Wallraff jako piekarz w fabryce pieczywa

- Na moim przykładzie widać, że to nieprawda. Nie znałem się na niczym, co miałem tam robić. Dostałem białe spodnie, koszulkę z krótkim rękawkiem. Kiedy zapytałem, co będzie, jak zrobi się zimno, powiedziano mi: wtedy będziesz musiał szybciej pracować.

Pośpiech to wypadki.

- Trzeba było wyrobić normę. 40 blach na zmianie. Rzadko się to udawało. Kiedy dochodziło do wypadku, nie zawsze można było włączyć guzik bezpieczeństwa, bo to powodowało zatrzymanie całej produkcji. Kazano nam zdejmować gorące blachy 60 na 80 cm z włączonych taśm. Poparzenia nie goiły się. I zwolnień też nie akceptowano.

Doświadczenia z piekarni opublikował pan w tygodniku “Die Zeit”. Zmieniło się coś po tym?

- Weinzheimer przestał istnieć. Szef drugiej firmy długo nie chciał, ale w końcu przeprosił za błędy przeszłości. Początkowo zlikwidowali wszystkie kamery. Potem je częściowo przywrócono. Podniesiono wynagrodzenie o ponad 20 procent.

Kwame Ogonno, Somalijczyk, w którego się pan wcielił, też nie miał w Niemczech lekko.

- Już wynajęcie mieszkania jest problemem. Właścicielka wpuszcza wprawdzie Kwame do środka, ale następnemu interesantowi Niemcowi mówi, że “przez telefon nie widać, jak człowiek wygląda”, a ten był “całkiem czarny” i on zupełnie “nie pasuje”.

Kwame szuka więc noclegu na kempingu.

- Bo w Niemczech można wynająć przyczepę na cały rok. Recepcjonista w końcu wydusza, że “problemem jest kolor skóry”, a niemieckiemu turyście, a filmowaliśmy to wszystko ukrytą kamerą, tłumaczy, że jeśli przyjmie Cyganów albo innych kolorowych, wyniosą się stali bywalcy.

Okazało się, że “wszystko, co poza kolorem skóry stanowi o człowieczeństwie, jest w przypadku czarnego drugorzędne”.

- To porażające. We wstępie do “Na samym dnie” napisałem, że wiem już, jak daleko można posunąć się w pogardzie dla drugiego człowieka. Chyba się jednak, proszę pani, myliłem. Nie wiem, czy taka granica istnieje.

Całość: http://wyborcza.pl/1,76842,11469966,Wallraff___czlowiek__ktory_zmienil_Niemcy.html?as=1&startsz=x

03-04-2012, 12:44

V Polsko-Niemieckie Dni Mediów  »

V Polsko-Niemieckie Dni Mediów Schwerin

 

 

 

 

 

Idea

Polsko-Niemieckie Dni Mediów to profesjonalne forum dziennikarskie – miejsce spotkań i wymiany poglądów przedstawicieli świata mediów jak również okazja do osobistych rozmów dziennikarzy i medioznawców z Polski i Niemiec. W atmosferze otwartości i z udziałem uznanych specjalistów uczestnicy mogą podjąć dyskusję o obecnie najważniejszych aspektach pracy dziennikarzy w obu krajach oraz o szczególnej roli i odpowiedzialności mediów za kształtowanie stosunków polsko-niemieckich. Partnerzy projektu pragną w ten sposób wspierać polsko-niemiecki dialog w środowisku dziennikarzy.

Dni Mediów organizowane są co roku, na przemian w Polsce i w Niemczech. Uroczystym akcentem Dni Mediów jest wręczenie Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej za najlepsze prace dziennikarskie, które zostały opublikowane w roku poprzednim. Nagroda przyznawana jest w trzech kategoriach.

Pierwsze Dni Mediów odbyły się w 2008 roku w Poczdamie pod hasłem: “Machina polityczno-medialna: Polska i Niemcy w europejskich doniesieniach medialnych”. W dyskusjach uczestniczyli m.in. Gesine Schwan i Władysław Bartoszewski. “20 lat później…” to motto Dni Mediów 2009, które gościły w Szczecinie i były okazją do spotkania wysokiej rangi gości i świadków wydarzeń roku 1989, m.in. Hansa-Dietricha Genschera, Lecha Wałęsy, Tadeusza Mazowieckiego i Aleksandra Kwaśniewskiego. III Polsko-Niemieckie Dni Mediów odbyły się w 2010 roku w Dreźnie pod hasłem: “Polska i Niemcy – partnerzy na Wschodzie”. O stosunkach między Unią Europejską a jej wschodnimi sąsiadami i Rosją dyskutowali m.in. prof. dr Hans-Gert Pöttering, Cornelia Pieper oraz Paweł Kowal. Tematem Dni Mediów w 2011 roku była “Agenda 2031: Kolejnych 20 lat sąsiedztwa – Polska, Niemcy i UE”. Dziennikarze, politycy i działacze społeczni, wśród nich m.in. Jerzy Baczyński, Jolanta Fedak, Jurek Owsiak, Wolfgang Kenntemich, dyskutowali w Zielonej Górze o dziennikarskich, politycznych i gospodarczych wyzwaniach dla Polski i Niemiec na kolejnych 20 lat. Honorowym ambasadorem edycji 2011 był Fritz Pleitgen.

Dni Mediów organizowane są wspólnie przez Fundację Roberta Boscha, Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej i region przygraniczny w Polsce lub w Niemczech.

V Polsko-Niemieckie Dni Mediów odbędą się od 14 do 16 maja 2012 w Schwerinie.

Temat i program Dni Mediów 2012

Cztery tygodnie przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy w piłce nożnej, w dniach 14-16 maja, w Schwerinie odbędą się V Polsko-Niemieckie Dni Mediów. Ich tegoroczne motto „Rozgrywki międzynarodowe: Europa w grze” nawiązuje do tego wielkiego wydarzenia sportowego. W gościnnej stolicy Meklemburgii-Pomorza Przedniego dziennikarze oraz uznani eksperci będą dyskutować o tym, w jaki sposób utrzymać Europę pod względem politycznym i gospodarczym w „lidze mistrzów”, i o wyzwaniach, jakie czekają Polskę i Niemcy w dobie kryzysu.

Speed Dating

Tegoroczne Dni Mediów rozpoczną się tzw. speed datingiem, który umożliwi uczestnikom nawiązanie pierwszych kontaktów z kolegami z branży. Formuła Speed datingu opiera się na metodzie opracowanej w Stanach Zjednoczonych, której celem jest jak najszybsze poznanie nowego potencjalnego partnera – co kilka minut wszyscy w grupie zmieniają rozmówców, aby każdy miał okazję zapoznać się z każdym. Rolę moderatora pełnić będzie Jürgen Hingst, wydawca w redakcji aktualności stacji NDR w Meklemburgii-Pomorzu Przednim. Indywidualne rozmowy uczestników (dates) nie będą tłumaczone, odbywać się będą w języku, w którym obydwie strony są w stanie się najskuteczniej porozumieć – po polsku, angielsku, niemiecku lub ewentualnie w innych językach. Pierwszym zadaniem dla obu stron będzie więc znalezienie owego wspólnego języka.

Pierwszy gwizdek: Sport, media a cele komercyjne – co EURO 2012 przyniesie Europie, co gospodarzom wydarzenia?

Po przemówieniu inauguracyjnym wiceminister sportu i turystyki RP oraz dwóch prezentacjach dotyczących przygotowań do mistrzostw po stronie polskiej, Dni Mediów rozpoczną się dyskusją na temat związków pomiędzy sportem, światem mediów a komercją. Jakie korzyści przyniosą mistrzostwa obu krajom-gospodarzom? Na ten temat rozmawiać będą m. in. Gerhard Delling, dziennikarz sportowy z rozgłośni NDR, Alfred Daxler, zastępca redaktora naczelnego gazety „Bild”, Andrzej Godlewski, zastępca dyrektora TVP 1 oraz Marcin Herra, prezes spółki PL2012, zajmującej się koordynacją przygotowań Polski do EURO. Dyskusję poprowadzi René Kindermann, dziennikarz sportowy i moderator magazynu plotkarskiego w telewizji ARD.

Debata plenarna I

Światowa klasa czy druga liga? Zadłużenie państw i kryzys euro – jak Europa może przejść do ofensywy?

Wnioski z polskiej i niemieckiej perspektywy.  

Pod względem gospodarczym rok 2011 był dla Unii Europejskiej jednym z najtrudniejszych w jej historii. Dramatyczne zadłużenie niektórych państw zagroziło przetrwaniu strefy euro.

Uczestnicy debaty postarają się odpowiedzieć na pytanie, czy kryzys zbliża do siebie kraje członkowskie, czy zagraża idei zjednoczonej Europy. Czy Europejski Mechanizm Stabilizacyjny i inne kroki podjęte celem stabilizacji sytuacji finansowej wystarczą, aby rozwiązać problem? Czy w ogóle idą one w dobrym kierunku? Czy wspólna polityka gospodarcza i fiskalna oraz europejski rząd gospodarczy mają szansę zaistnieć i dlaczego?

Nad tymi kwestiami zastanawiać się będą: Leszek Balcerowicz, wicepremier i minister finansów RP, prezes NBP w latach 2000-2007, oraz Steffen Kampeter, parlamentarny sekretarz stanu w Federalnym Ministerstwie Finansów. Leszek Balcerowicz, główny autor transformacji polskiej gospodarki w latach 90., jest założycielem fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju. FOR promuje gospodarkę wolnorynkową i ideę zdrowych finansów publicznych. Steffen Kampeter, z wykształcenia ekonomista jest posłem do Bundestagu od 1990 roku. W październiku 2009 r. objął funkcję parlamentarnego sekretarza stanu w federalnym ministerstwie finansów. U boku Wolfganga Schäuble działa na rzecz stabilnego euro i silnej zjednoczonej Europy.

Forum Mediów 1
Strategia: Strategia: dziennikarstwo transgraniczne – aktualności z regionów przygranicznych

To Forum skupia się przede wszystkim na interakcji i wymianie poglądów wśród uczestników. Bodźcem do dyskusji będą wyniki badania pt. „Nowa polska migracja do Niemiec – perspektywy lokalne“, które przedstawi Agnieszka Łada z Instytutu Spraw Publicznych w Warszawie. Ponadto odbędzie się projekcja krótkiego filmu przygotowanego przez NDR – zestawienia aktualnych materiałów o tematyce polsko-niemieckiej wyemitowanych przez NDR.  Moderatorem Forum będzie Johannes M. Fischer, redaktor naczelny dziennika „Lausitzer Rundschau“. Jakimi tematami zajmują się polscy, a jakimi niemieccy dziennikarze? Jakie są między nimi podobieństwa, a jakie różnice? Z jakich źródeł korzystają przy opracowywaniu wybieranych tematów? Jakich tematów zabrakło po obydwu stronach w ubiegłym lub bieżącym roku? Za inaugurację dyskusji posłużą komentarze dwóch redaktorów naczelnych wygłoszone po prezentacjach.

Forum Mediów 2

Drużyna zawodowców: Jak dziennikarze w czasach portali społecznościowych, blogów i Twittera umacniają za ich pomocą swoją pozycję na płaszczyźnie krajowej i międzynarodowej?

Każdy, kto w dzisiejszych czasach chce zrobić karierę w dziennikarstwie, decyduje się na autoreklamę za pośrednictwem Facebooka, Twittera lub blogów. Jakie są zalety tych mediów, jaką ilość pracy trzeba włożyć w ich utrzymywanie i jak należy z nich korzystać, aby móc rozwijać się zawodowo? W jaki sposób polscy i niemieccy dziennikarze wykorzystują Internet, jak odnoszą się do blogów? Wreszcie, jaki wpływ mają tego rodzaju nowe media na politykę informacyjną samych obywateli i gdzie leży granica między dziennikarstwem profesjonalnym a amatorskim? Na ten temat wypowiedzą się m. in. Radosław Krawczyk, założyciel salon24.pl, najpopularniejszego polskiego serwisu społecznościowego o tematyce politycznej, oraz Maike Haselmann, pierwsza redaktor działu portali społecznościowych internetowego wydania gazety „Der Spiegel”.

 Debata plenarna II

Po gwizdku końcowym:  rzut oka na polskie i niemieckie doniesienia medialne – tendencje i tematy tabu

Aby naświetlić tendencje panujące w polskim i niemieckim dziennikarstwie oraz różnice między nimi, medioznawca Stanisław Mocek z Collegium Civitas w Warszawie przedstawi wyniki analizy porównawczej kultury medialnej w Polsce i w Niemczech.  Na jakich zagadnieniach z zagranicy skupiają się polscy, a na jakich niemieccy dziennikarze? Czy istnieją kwestie konsekwentnie pomijane? Jaki jest wpływ czynników ekonomicznych na wybór tematów z zagranicy?

Ponadto nasuwa się pytanie, kto właściwie decyduje o tym, o czym mówi się w mediach? Kto ustala agendę tematyczną? Na ile ważne są dla nas wiadomości z krajów sąsiednich? Jakie są tendencje w wyborze realizowanych tematów i czy dziennikarze starają się przy tym obalać stereotypy, czy wręcz przeciwnie, podtrzymują je?  I wreszcie – jaki wpływ mają doniesienia medialne na stosunki polsko-niemieckie?

Tymi zagadnieniami zajmą się m. in. Petra Lidschreiber, szefowa redakcji ds. Europy Środkowej i Wschodniej w stacji rbb TV, Thomas Urban, korespondent Süddeutsche Zeitung w Polsce, Jarosław Gugała, Dyrektor Pionu Informacji i Publicystyki kanału Polsat, oraz Piotr Kraśko, szef „Wiadomości” TVP1.

15 maja w Zamku w Schwerinie znajdować się będą stoiska informacyjne poświęcone takim tematom jak: wspólne dziedzictwo historyczne, współpraca jednostek policji, telemedycyna oraz plenerowe studio ZDF, które zainstalowane zostanie w Heringsdorfie z okazji EURO 2012. Ponadto ze swoimi stoiskami obecni będą: główny patron medialny Norddeutscher Rundfunk (NDR) a także partner medialny Mitteldeutscher Rundfunk (MDR).

Uroczystym zwieńczeniem Dni Mediów będzie gala, podczas której wręczona zostanie już po raz piętnasty Polsko-Niemiecka Nagroda Dziennikarska. Spośród 154 nadesłanych prac konkursowych jury wybierze laureatów w kategoriach prasa, radio i telewizja. Nazwiska zwycięzców zostaną ogłoszone podczas uroczystości w kinie Capitol w Schwerinie.

Organizatorami Dni Mediów są Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej i Fundacja Roberta Boscha, gospodarzem wydarzenia jest kraj związkowy Meklemburgia-Pomorze Przednie.

Rejestracja na Dni Mediów

 Osobiste zaproszenie wraz z indywidualnym loginem i hasłem do rejestracji online na to wydarzenie otrzymają Państwo w połowie kwietnia. Przez 4 tygodnie (do 6 maja) będzie można rejestrować się na Dni Mediów. Jeżeli nie otrzymają od nas Państwo przesyłki pocztowej z kodami dostępu do rejestracji online prosimy o kontakt na adres: dnimediow@fwpn.org.pl

Kontakt

w Polsce:
Barbara Owsiak
Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej
Polsko-Niemieckie Dni Mediów
ul. Zielna 37, 00-108 Warszawa
tel. +48 (22) 338 67 97
faks +48 (22) 338 62 01
tel. kom. +48 601 28 00 09
e-mail: barbara.owsiak@fwpn.org.pl

w Niemczech:
Christine Arlt-Palmer
Pontis Strategie GmbH
Deutsch-Polnische Medientage
Robert-Bosch-Straße 45
D-70192 Stuttgart, Niemcy
tel. +49 (711) 25 35 817 91
faks +49 (711) 25 35 817 77
e-mail: arlt-palmer@pontis-strategie.de

Kontakt do Fundacji Roberta Boscha:
Christiane Käsgen
Robert Bosch Stiftung GmbH
Heidehofstr. 31
D-70184 Stuttgart, Niemcy
tel. + 49 (711) 460 84 684
faks + 49 (711) 460 84 10 684
e-mail: christiane.kaesgen@bosch-stiftung.de

Adres korespondencyjny:
Postfach 10 06 28
D-70005 Stuttgart, Niemcy

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/3078

03-04-2012, 08:55

Przepisy o autoryzacji są anachroniczne  »

Gazeta Wyborcza
Dominika Wielowieyska
03-04-2012

Autoryzacja – w szczególności wypowiedzi polityków – nie powinna być wymuszana prawem. Powinna być efektem umowy między dziennikarzem a jego rozmówcą.

Dominika Wielowieyska

Nasze przepisy o autoryzacji wypowiedzi są anachroniczne. Ale od wielu lat parlament nie zdobył się na zmianę prawa prasowego z 1984 r., bo politykom ze starym prawem żyje się bardzo wygodnie. “Karanie dziennikarzy za brak autoryzacji nie licuje ze standardami demokratycznego społeczeństwa” – tak uznał w 2011 r. Trybunał w Strasburgu, rozpatrując skargę polskiego dziennikarza. Chodziło o przypadek posła SLD, który kilka lat temu chciał zablokować publikację swoich wypowiedzi w “Gazecie Kościańskiej”. Redakcja postanowiła je jednak opublikować, wcześniej spisując słowa posła dosłownie z taśmy. Sprawa znalazła się w sądzie, który umorzył ją z powodu niskiej szkodliwości czynu, ale uznał, że prawo zostało złamane. Redakcja poskarżyła się więc sędziom w Strasburgu. Bo to przedziwne, że w demokratycznym państwie dziennikarz nie ma możliwości odpytania polityka, który wówczas był podejrzewany o wyłudzanie kredytów. Wyborcy mają prawo oczekiwać, że polityk na te oskarżenia odpowie.

Nasze przepisy wciąż nie spełniają standardów demokratycznych. Politycy starają się je wykorzystać do blokowania niewygodnych dla nich publikacji. Choćby eurodeputowany Adam Bielan, który rozmawiał z dziennikarką Teresą Torańską. Torańska – trzymając się anachronicznych przepisów – wysłała mu wywiad do autoryzacji. W prawie prasowym czytamy, że dziennikarz ma obowiązek wywiad autoryzować, jeśli osoba, z którą rozmawiał, o to poprosi. Ale Bielan zmienił zdanie i w ogóle nie chciał publikacji. Wywiad nieautoryzowany został jednak opublikowany w ostatnim “Newsweeku”. Zdaniem wielu prawników, jeśli poseł miał możliwość autoryzacji, ale z niej nie skorzystał, to redakcja ma prawo zamieścić wywiad. Poseł mógł przecież poprawić – jak dziś twierdzi – “zmanipulowane” fragmenty. Nie może być tak, że polityk opowiada rozmaite rzeczy, a potem się wszystkiego wypiera i rości sobie prawo do dyktowania redaktorom, co ma się w gazecie ukazać, a co nie. Jeśli i w tej sprawie sąd przyznałby rację politykowi, to byłoby to kuriozum.

Autoryzacja – w szczególności wypowiedzi polityków – nie powinna być wymuszana prawem. Powinna być efektem umowy między dziennikarzem a jego rozmówcą. Przypadki, w których dziennikarz przekręcił wypowiedź i naruszył dobre imię osoby przepytywanej, powinien oceniać sąd. Jeśli dziennikarz ma nagranie rozmowy, łatwiej będzie sprawdzić, czy oskarżenie ma podstawy. Ostatecznie racje obu stron i tak ocenią czytelnicy – opinia publiczna. To wystarczy, aby obie strony barykady pilnowały dobrych obyczajów i zasad rzetelności.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75968,11470897,Przepisy_o_autoryzacji_sa_anachroniczne.html

02-04-2012, 18:48

Najpierw był “Mur”, potem “Pianista”  »

Newsweek.pl
ZEW
02-04-2012

Zaprzyjaźniony redaktor zagłębiowski Irek Łęczek po latach starań dopiął swego. Jutro, to jest we wtorek 3 kwietnia, o godzinie 17.00 w sali Parnassos  w Bibliotece Śląskiej odbędzie się wreszcie  krajowa premiera filmu MUR (oryg. The Wall). Opowiadający o getcie warszawskim film powstał w roku 1980, natomiast zdjęcia tej polsko-amerykańskiej produkcji w reżyserii Roberta Markowitza zostały zrealizowane w Katowicach i Sosnowcu.

Jak do tej pory obraz ten z różnych powodów nie miał szczęścia do bycia pokazanym w Polsce. Irkowi gratuluję uporu w słusznej sprawie.

ZEW

Całość: http://blogi.newsweek.pl/Tekst/popisztuka/619019,najpierw-byl-mur-potem-pianista.html

31-03-2012, 16:51

Warto mieć styl – rozmowa z fotoreporterem Irkiem Dorożańskim  »

Głos Zabrza i Rudy Śląskiej
Paweł Franzke
31-03-2012

TRZY NA CZY. IRENEUSZ DOROŻAŃSKI (37 lat) jest fotoreporterem. Dwa tygodnie temu zdobył Inagrodę w prestiżowym konkursie Śląska Fotografia Prasowa za cykl Kolęda, ilustrujący tradycyjne wizyty zabrzańskich księży w domach parafian. Kilkanaście dni wcześniej zajął pierwsze miejsce w kategorii sport-zdjęcie pojedyncze w ogólnopolskim konkursie BZWBK Press Photo. Od urodzenia zabrzanin. Uznanie zdobył pracując w Dzienniku Zachodnim, od 2003 roku jest fotoreporterem agencyjnym. Równocześnie jest studentem Instytutu Twórczej Fotografii w Opawie.

Ireneusz Dorożański

Czy po ostatnich sukcesach teraz masz w planach wygranie także Grand Press Photo, czyli najważniejszego krajowego konkursu fotograficznego?!

Nie robię zdjęć dla konkursów i nagród. Wszystkie dotychczas zdobyte wyróżnienia są po prostu miłym akcentem, dodatkiem do całej, żmudnej pracy. Znakiem, że ktoś docenia moje zdjęcia.

Czy ciągłe fotografowanie nie potrafi się znudzić?

Mnie wciąż fascynuje. Najciekawsze w pracy z aparatem jest odkrywanie świata na nowo przez wizjer. Poznaję też wciąż nowych ludzi, m.in. tych, których fotografuję, a z którymi muszę wejść w interakcję. Zresztą co tu dużo mówić: praca z aparatem to nie zajęcie, które kończy się o określonej godzinie. Zawodowa fotografia reporterska jest stylem życia, wymaga myślenia obrazem. Człowiek jest w ciągłej gotowości, by chwycić torbę ze sprzętem i ruszyć ku nowemu.

Czy jesteś w stanie wytypować swoje najlepsze zdjęcie?

W żadnym wypadku. Zrobiłem kilka, które spodobały się mnie i innym. Wyjątkowo wspominam wszystkie cykle o Śląsku. Uważam jednak, że ciągle się zmieniamy, więc również moje zdjęcia z roku na rok są nieco inne. Cieszę się jednak, że udało mi się wypracować pewien styl, który już przez niektórych jest rozpoznawany. To mobilizuje do dalszej pracy.

Całość: http://www.gloszabrza24.pl/wywiady/4697-warto-miec-styl-rozmowa-z-irkiem-dorozanskim

30-03-2012, 05:07

Marek Twaróg: Bez dużych grup medialnych dzienniki regionalne nie rozwijałyby się  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
Krzysztof Lisowski
30-03-2012

Marek Twaróg, szef  “Dziennika Zachodniego”, mówi w rozmowie z nami m.in. o perspektywach rozwoju rynku gazet regionalnych, jego konsolidacji, a także o niesprawiedliwych opiniach na temat dziennikarzy regionalnych.

Krzysztof Lisowski: Na rynku obserwujemy regularny spadek popularności gazet regionalnych. Mimo alarmujących danych, od lat “Dziennik Zachodni” utrzymuje się na pozycji lidera w tym segmencie. Z czego – Pana zdaniem – to wynika?

Marek Twaróg

Marek Twaróg, redaktor naczelny “Dziennika Zachodniego”: Na sukces “Dziennika Zachodniego” składa się kilka czynników. Przede wszystkim, “Dziennik Zachodni” to tradycja – tradycja gazety bliskiej czytelnikowi, tradycja gazety kiedyś w pewnej opozycji do “Trybuny Robotniczej”. “Dziennik Zachodni” to też siła wydań lokalnych. Jestem przekonany, że bez decyzji z lat 90. i późniejszych, żeby w każdym powiecie województwa śląskiego otwierać tygodnik lokalny w piątek, nasza gazeta tak silna by nie była. Ale DZ to oczywiście także dobrzy autorzy, z bogatym dorobkiem, którzy od lat dla nas piszą. Jesteśmy najważniejszym medium masowym moderującym debatę o Śląsku, co wynika z naszej strategii stawiania na opiniotwórczość. Z drugiej strony na markę DZ wpływa też rewolucja, która przeprowadza nas do nowych mediów. “Dziennik Zachodni” dzisiaj to zarówno dziennikzachodni.pl, jak i bardzo silne naszemiasto.pl, pod którą to marką działa 31 lokalnych serwisów.

Od pewnego czasu obserwujemy na polskim rynku gazet regionalnych silną konsolidację. Czy Pana zdaniem konsolidacja to stoper rozwoju magazynów regionalnych czy też jego generator?

Szczerze mówiąc, nie mam żadnej wątpliwości, że bez inwestorów i bez dużych grup medialnych – dzienniki regionalne, a potem całe wydawnictwa nie rozwijałyby się. Nie mówię tego tylko dlatego, że od 1993 roku pracuję w firmie. Po prostu doskonale wiem, że bez wzmocnienia technologicznego w latach 90. i bez pieniędzy moglibyśmy w redakcjach lokalnych skończyć na maszynach do pisania. Prawda jest taka, że bez tych zmian, konsolidacji, bez racjonalizowania wydatków, gazety regionalne nie poradziłyby sobie.

Mimo to pojawiają się głosy, że po przejęciu większości polskich gazet regionalnych przez duże koncerny, w dużej mierze zatraciły one swój regionalny charakter. Stawia się na dużo materiałów pochodzących z newsroomów z Warszawy, coraz mniej jest tekstów z regionu. Co Pan o tym myśli?

Jeśli wziąć pod uwagę moją gazetę, ta teza jest nieprawdziwa. Można to bardzo łatwo policzyć. Gazety regionalne czy tygodniki lokalne mają być regionalne i lokalne. Koniec kropka. I dbamy o to zarówno na poziomie redakcji, jak i całej grupy Polskapresse, co wpisane jest w strategię. Tzw. uwspólnianie treści to oczywiście w wielu wydawnictwach jeden z pomysłów na racjonalizowanie wydatków, ale w żaden sposób nie powinien on szkodzić gazecie. To byłoby bardzo nieodpowiedzialne.

Na szczycie rankingu najlepiej sprzedających się gazet regionalnych w Polsce są: “Dziennik Zachodni” oraz “Gazeta Pomorska”. Wymienionym tytułom można pozazdrościć, ale niestety wiele innych dzienników jest na granicy opłacalności… Dlaczego?

Dlaczego DZ na czele? Poczucie tradycji, specyfika regionu – nie mam wątpliwości, że w naszym przypadku jest to także kwestia demograficzna. W województwie śląskim te kilka milionów ludzi potrzebuje swojej gazety. Oczywiście, należy widzieć i głośno mówić o potencjale rynku prasowego w każdym regionie. Z drugiej strony proszę zwrócić uwagę na nowe media. Jakie wyniki mają serwisy internetowe z marką gazet np. w Białymstoku, Bydgoszczy, Wrocławiu czy u nas na Górnym Śląsku – to duża siła mediów, tyle że w nowych kanałach dystrybucji treści. Wracając do gazet, powiem tak: rzeczywiście, gdybym miał dzisiaj znaleźć jakąś regułę, dlaczego w niektórych regionach dzienniki wciąż sprzedają się na przyzwoitym poziomie, a w innych na gorszym, to mówiąc szczerze nie jestem w stanie znaleźć jednej przyczyny. Myślę, że to kwestia zarządzania tytułami przez lata, tradycji i mądrego przechodzenia w nowe media. Oczywiście zdaję sobie sprawę, jakie są spadki w tym segmencie, lecz sam biznes będzie się miał dobrze. Jeśli tylko rozważnie będzie gospodarował markami silnych mediów i odnajdzie się bardzo szybko w realiach cyfrowych.

Jaką rolę według Pana dla mediów regionalnych w najbliższych latach będą spełniały nowe media?

Kierunek, w którym podąża świat, jest jeden. Wydaje się oczywiste, że nakłady gazet i ich sprzedaż będą maleć. Nie jest to spowodowane, w co gorąco wierzę, ich słabszą jakością, ale nowym sposobem podawania informacji i szybkością nowych mediów. Redakcje regionalne przechodzą już tę rewolucję. W każdej znanej mi redakcji od dłuższego czasu następuje przejście na dwumedialność, a właściwie – wielomedialność. Dzisiaj dziennikarz w każdym szanującym się medium – mówię tu również o małych redakcjach lokalnych, nie tylko regionalnych – nie może skupiać się wyłącznie na pisaniu tekstu do papieru. Pomaga mu w tym technologia. Pomaga też często fakt, że zdecydowanie więcej osób widzi jego pracę (i reaguje) w internecie, a nie w papierze. Oczywiście ciągle powraca kwestia, jak – jak to się pięknie mówi – monetyzować ten kontent internetowy, czyli krótko mówiąc: jak zarabiać na tym, że w internecie mamy informacje, a może szerzej – treść. Doskonałego pomysłu na to na dzisiaj nie ma.

Jakie dokładnie macie plany na najbliższe miesiące związane z nowymi mediami?

“Dziennik Zachodni” od dwóch lat działa w warunkach rewolucji. Od planowania wydań po ich produkcję pracujemy dzisiaj dwumedialnie. Praktycznie każde wydarzenie, tekst, materiał jest rozpatrywane pod kątem dwóch kanałów – papierowego i cyfrowego – i trzech brandów (DZ, dz.pl, nm.pl). Mamy łącznie ponad 30 serwisów. Plany “Dziennika Zachodniego” związane są przede wszystkim ze wzmocnieniem serwisu dziennikzachodni.pl i budowaniu potęgi naszych serwisów lokalnych, skupionych pod marką naszemiasto.pl (dziś na Śląsku nm.pl to 800 tysięcy unikalnych użytkowników i 5 milionów odsłon, a dziennikzachodni.pl ma 400 tysięcy UU i ponad 2 mln odsłon miesięcznie). Na takim rynku jak Górny Śląsk, gdzie mamy około 5 mln ludzi, będziemy walczyć o jeszcze większy zasięg. Rzecz jasna jakąś rolę odegrają tu też aplikacje mobilne. Nasz newsroom jest w tej chwili już w zasadzie internetowo-papierowy, a nie papierowo-internetowy.

Jak Pan prognozuje – jak w najbliższym czasie będzie rozwijał się rynek mediów regionalnych?

Wszystkie analizy długofalowe nie dają specjalnie szans rozwoju wydaniom papierowym, aczkolwiek jeśli chodzi o prasę lokalną, to przy takiej sile, jaką prezentują gazety regionalne – może ona na rynku jeszcze wiele dobrego zrobić. Jeśli chodzi o rozwój wydawnictw dzisiaj, to dla mnie sprawa jest jasna: powinniśmy uczciwie i dobrze produkować swoje gazety, tam gdzie trzeba – je rozwijać, ale inwestycje pójdą w kierunku mediów cyfrowych, ponieważ dokładnie tam podąża świat. Dzisiaj pozostaje tylko pytanie, w jaki sposób i kiedy będziemy na tym zarabiać.

Zatem: co należy zrobić, aby zacząć zarabiać na kontencie internetowym?

Jako naczelny jestem zobowiązany przez pracodawcę tworzyć bardzo dobre serwisy internetowe i bardzo dobre gazety. My – dziennikarze – możemy uczciwością i rzetelnością sprawiać, aby brand “Dziennik Zachodni” ciągle kojarzył się z profesjonalizmem. I tak będzie. Jest to, według mnie, warunek konieczny, bo jeśli brand będzie kojarzył się z takim dziennikarstwem, to szanse na to, że internauta niedługo zechce kupić informacje pochodzące z “Dziennika Zachodniego” są większe. A kiedy będziemy w stanie na tym dobrze zarabiać? To pytanie z serii tych do wróżki. Rzecz jasna są pewne analizy, które coś pokazują, ale – powiem szczerze – przy tak dynamicznym rynku i rozwoju trudno stwierdzić, kiedy to nastąpi. Jeśli jednak pyta mnie Pan, czy internet pogrzebie papier – odpowiadam: absolutnie go nie pogrzebie, aczkolwiek w kilku- lub kilkunastoletniej perspektywie papier nie będzie kanałem dystrybucji informacji w rozumieniu informacji jako gatunku dziennikarskiego.

Rozmawiamy o jakości. Docierają do nas informacje, że za autorski tekst o objętości 1800 znaków dostaje się w gazetach regionalnych lub lokalnych często tylko… 30-40 złotych. Jak zatem utrzymać jakość przy takich stawkach?

Dziennikarzom etatowym nie płacę wierszówki, więc nie wiem, skąd te stawki. Lecz – rzecz jasna – problem wynagradzania dziennikarzy i związku wynagradzania z jakością ich pracy istnieje. Niestety, wydawnictwa, które dotąd specjalizowały się w papierze, od dłuższego czasu są w trudnej sytuacji. To wymaga mądrych działań, bo – tak jak wcześniej powiedziałem – jakość materiałów wkrótce przełoży się na wybory internautów, którzy zechcą (lub nie) kupić od nas treści.

Panuje obiegowa opinia, że w mediach regionalnych i lokalnych pojawia się wiele przypadkowych osób, że panują układy, że dziennikarzami zostają tzw. “krewni i znajomi królika”…?

Może się o tym mówi, ale kto dokładnie i o czym konkretnie mówi? W taki sposób sformułować można każdy zarzut. Dziennikarze, ludzie mediów w ogóle – z natury ambitni lub nadambitni – wyjątkowo łatwo formułują oskarżenia wobec własnego środowiska, znaczy kolegów. Według tej teorii: szef jest idiotą, kumpel-dziennikarz kretynem, “dziennikarstwo schodzi na psy”, a “kiedyś było lepiej”. Część dziennikarzy jest sfrustrowana, bo nie rozumie zmian, nie godzi się z nimi, część zrezygnowała z zawodu, a część wyleciała z pracy. Środowisko jest podzielone, organizacje słabe. A nad tym wszystkim niesie się najgłośniej zawodzenie anonimowych internautów, ludzi z branży lub byłych ludzi z branży. Zawodzenie dotyczy między innymi “krewnych i znajomych królika” oraz tysiąca innych spraw. To dość chora sytuacja.

O rozmówcy

Marek Twaróg jest od 2010 roku redaktorem naczelnym “Dziennika Zachodniego”. Wcześniej przez trzy lata był naczelnym “Gazety Wrocławskiej”. Objęcie funkcji szefa DZ było powrotem do swej macierzystej redakcji. W niej bowiem zaczynał pracę, był dziennikarzem, szefem oddziału lokalnego, szefem działu, wydawcą i sekretarzem redakcji.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/marek-twarog-bez-duzych-grup-medialnych-dzienniki-regionalne-nie-rozwijalyby-sie