Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

27-06-2012, 17:32

Idea i wola czyli 200 numerów “ŚLĄSKA”  »

Miesięcznik społeczno-kulturalny "Śląsk" nr 6/2012
Tadeusz Kijonka
27-06-2012

Historia miesięcznika społeczno-kulturalnego “Śląsk”, licząc od listopada 1995 roku, gdy wydany został numer pierwszy, do czerwca 2012 roku włącznie, kiedy w 17. roku nieprzerwanej działalności na rynku prasowym wyszedł numer ostatni, to równe 200 miesięcy: czyli jak na miesięcznik przystało – co miesiąc “Śląsk”!

Jeśli jednak coś zasługuje w tej sytuacji na szczególne podkreślenie to godny uwagi fakt, że czasopismo nasze jest od początku suwerennym przedsięwzięciem społecznym, realizującym wyznaczoną sobie misję bez stałego budżetu i materialnego zabezpieczenia, a do tego przez zespół osób, łącznie z redaktorem naczelnym, niezwiązanych z pismem etatami. Tak było i pozostało, co wbrew pozorom nie jest niestety doceniane na miejscu, choć “Śląsk” stał się ważną, stabilną instytucją, jedyną o tak szerokim zakresie zadań w naszym regionie, czasopismem o ponadregionalnych funkcjach w służbie kultury i sztuki. Przez te 200 miesięcy ukazało się 200 numerów i to bez zmian wydawniczego rytmu (nie licząc drobnych poślizgów), redakcyjnych przestojów, czy też wymuszonych koniecznością łączonych numerów, co jest stałą praktyką w warunkach w jakich wegetuje polska prasa kulturalna, skoro łatwiej jest dziś pismo powołać – niż je potem utrzymać. Można wyliczyć dziesiątki tytułów, które wystartowały z impetem i wysokimi ambicjami, by wnet zapaść się bez śladu.

Syndrom złej pamięci

Nie brakowało więc uzasadnionych obaw czy “Śląsk” stanie się tytułem stabilnym, zważywszy na czas i miejsce startu oraz wysokie aspiracje wpisane w jego misję. Były to przecież lata, gdy po przełomie ustrojowym i likwidacji w wyniku fatalnej ustawy w roku 1990 koncernu RSW PRASA rozpadła się cała bogata paleta czasopism kulturalnych i artystycznych, a utrzymywanych przez ten potężny koncern. Właśnie wówczas doszło do “kontrolowanej grabieży” intratnych tytułów, przede wszystkim wielkich dzienników panujących nad rynkiem reklam, które w większości stały się wnet własnością obcego kapitału. Nie było natomiast chętnych na przejęcie sporego rejestru zasłużonych dla kultury czasopism kulturalnych, w tym poczytnych tygodników, z których żaden nie przetrwał dni pogromu. Jest to równocześnie czas, gdy trwają trudne do wyciszenia napięcia w środowiskach kultury i sztuki, gdzie w okresie stanu wojennego doszło do licznych podziałów i konfrontacji rzutujących na stan więzi i konsolidacji. Tym bardziej pismo o takim profilu było teraz potrzebne, by zregenerować i ożywić życie kulturalne po stratach poniesionych z braku takiego czasopisma, gdy wiele ważnych faktów, zjawisk i inicjatyw twórczych było skazanych na degradację i zapomnienie.

Okładka 1. numeru Śląska z datą 1 listopada 1995 r.

W przypadku naszego regionu działał także syndrom złej pamięci okoliczności likwidacji kolejnych tytułów pism społeczno-kulturalnych na Śląsku po wojnie, które miały charakter politycznej egzekucji. Tak było z katowicką “Odrą”, czołowym tygodnikiem kulturalnym po wojnie, o zasięgu obejmującym cały obszar ówczesnych Ziem Odzyskanych. W styczniu 1950 roku “Odra” przestała istnieć, by już po październiku odrodzić się we Wrocławiu, gdzie wychodzi dotąd jako miesięcznik o wysokim prestiżu. Kolejny katowicki tygodnik “Przemiany” pojawił się dopiero w popaździernikowym klimacie odwilży i rozrachunku z epoką, gdy Katowice stały się Stalinogrodem. Ten tytuł wyrażający klimat czasu przemian padł z podobnego wyroku co sławne “Po prostu”, też niemal z dnia na dzień. Piszący te słowa, wówczas jeszcze student, wstąpił tego dnia do “Przemian” z wierszami i artykułem, lecz poza odrętwiałą sekretarką nie zastał tam nikogo. Musiało upłynąć znowu 5 lat, by Śląsk doczekał się kolejnego periodyku – wychodzącego potem od roku 1962 przez lat dwadzieścia dwutygodnika “Poglądy”, które jak dwa poprzednie tytuły utworzył i redagował Wilhelm Szewczyk. W tym zasłużonym i dobrze zapamiętanym piśmie działającym również w warunkach politycznych ograniczeń, które nie przetrwały stanu wojennego, dane mi było pracować od pierwszego do ostatniego dnia. Wspominam o tym także dlatego, bo przystępując do organizacji od podstaw miesięcznika “Śląsk” miałem w pamięci te przykre doświadczenia, więc dobrze wiem co to znaczy przeżyć likwidację pisma.

W tamtych przypadkach decydowały wyroki polityczne. Dziś po likwidacji cenzury decyzje z tych powodów nie stanowią zagrożenia, kwestią zasadniczą jest natomiast zapewnienie stabilnego finansowania – czyli wiarygodnego wydawcy. Inaczej nie ma co nawet podejmować prób powołania pisma. Dlatego też tworzenie nowego tytułu na górnośląskim pustkowiu wymagało rozwagi i respektowania realiów oraz związanych z nimi zagrożeń.

Narodziny GTL-u

Czas poprzedzający starania o utworzenie “Śląska” przypadł na nową formację w życiu kulturalnym – związaną z rozwojem inicjatyw regionalnych i samorządowych po zmianie ustroju państwa: w miejsce modelu kultury centralistycznej z czasów PRL-u pojawił się model policentryczny, oparty na decentralizacji i zmianie struktur władzy oraz wolnym rynku kultury. Teraz gdy każdy może wszystko, lecz na własną odpowiedzialność, należało jednak stworzyć trwałe środowiskowe oparcie w postaci organizacji jako przyszłego wydawcy. W tym właśnie czasie zbliżała się setna rocznica utworzonego w roku 1892 w Bytomiu Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego, wówczas całkowicie już zapomnianego, którego jedynym kapitałem była historyczna nazwa i data powstania. I tak naszła mnie myśl, by reaktywować, a właściwie powołać od nowa to stowarzyszenie, wpisujące się w klimat inicjatyw regionalnych i samorządowych, ale w poszerzonych granicach obejmujących historyczny Górny Śląsk i obszary jego kulturowego pogranicza. Wymagało to oczywiście wielu rozmów, spotkań i zabiegów, by doszło do powstania największej w kraju organizacji społeczno-kulturalnej skupiającej ludzi pióra z kilku środowisk.

Stowarzyszenie to zawiązane mocą zbiorowej decyzji 19 grudnia 1992 roku, powołane przez 83 członków-założycieli, wykazało na starcie wielką energię i zaradność, skoro już 5 lutego 1993 roku doczekało się rejestracji i wpisu do rejestru stowarzyszeń. Zachował się rękopis zredagowanego przeze mnie tamtego statutu przyjętego bez zmian i poprawek. Niebawem doszło do wyboru władz, jednocześnie zaś podjęte starania o pozyskanie praw do tytułu zakończyły się sukcesem, czyli nieodpłatnym uzyskaniem w komisji likwidacyjnej RSW PRASY. Już 2 czerwca decyzją Sądu Wojewódzkiego w Warszawie rejestracja stała się faktem, tak więc w ciągu niewielu miesięcy zarówno organizacja oraz tytuł przyszłego czasopisma uzyskały podstawy prawnej legalizacji. Od samego początku Komitet Założycielski GTL-u, zanim doszło do zwołania zebrania wyborczego, podjął działalność statutową, organizując 18 lutego 1993 roku imprezę w 100. rocznicę śmierci Norberta Bończyka pt. “Homer odchodzącego Śląska”. Niedługo potem 15 czerwca w Pałacu w Rybnej w Tarnowskich Górach odbyła się wyjazdowa konferencja literacka pt. “Miejsce literatury na Śląsku”. Wydarzeniem rok później stała się przygotowywana z jego udziałem konferencja z okazji półwiecza twórczości Tadeusza Różewicza przy tłumnym zainteresowaniu publiczności. Od początku więc działalność GTL-u jest prowadzona wielotorowo i obejmuje także rozbudowany nurt literackich imprez, których zorganizowano kilkaset. Rychło również w uroczystej oprawie utworzono koła Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego w Opolu, Bielsku i Cieszyńsko-Zaolziańskie. Powstały więc warunki do powołania czasopisma integrującego życie kulturalnego tak szerokiego obszaru, służącego współpracy i rozwojowi kontaktów ponad granicami regionów, czasopisma o szerokim zasięgu i adresie czytelniczym.

Idea “Śląska”

Od początku była to wizja czasopisma otwartego, o licznych zadaniach i funkcjach. Sam tytuł był czytelny i wyznaczał cele programowe, zawierając wizję pisma całego Śląska, wychodzącego na Śląsku i Śląsk reprezentującego, w tym jego niepowtarzalną problematykę oraz miejsce w narodowej kulturze. Pismo to o profilu społeczno-kulturowym miało rozpoznawać najważniejsze problemy i zagrożenia na tym szczególnie wówczas zapalnym obszarze. No i skupić najlepsze pióra głównie macierzystego regionu, a jednocześnie odnawiać często zerwane czy zatarte kontakty kulturalne. Główne hasło programowe miesięcznika streszcza przykazanie główne pisma: po pierwsze- Śląsk. Zostało też jednoznacznie dopowiedziane: Śląsk z punktu widzenia polskiej racji stanu. Z tych jednakże pozycji które nawiązują do tego co wartościowe i godne podjęcia w wielokulturowej tradycji macierzystego obszaru, lecz nie za cenę mistyfikacji historii, i destrukcji kanonu narodowych wartości. Takie stanowisko oznaczało oczywiście wyczuloną wrażliwość na wielkie napięcia i konflikty zbiorowe, stąd też pojawi się tyle gorzkich diagnoz i dramatycznych pytań o przyszłość Śląska, co prowadzić będzie do preferowania tematów i problemów społecznie dotkliwych. Szczególnie czas pierwszych lat dziewięćdziesiątych minionego wieku był okresem napięć i dylematów, kiedy dochodzi do licznych likwidacji kluczowych zakładów pracy i masowego bezrobocia prowadzącego do zjawisk wykluczenia, gdy ujawniają się z niszczącą mocą nowe demony.

Do powołania pisma o takich pryncypiach z założenia apolitycznego i niezależnego, funkcjonującego ponad podziałami o szerokiej formule i ponadregionalnym zasięgu wówczas jednak nie doszło, choć nie powinno być przeszkód po wykonaniu tak rozległej podstawowej pracy i to całkowicie społecznie bez jakiegokolwiek finansowego wsparcia. Kapitałem wyłącznym była jedynie wizja tak zdefiniowanego pisma w służbie Śląska, jego kultury, środowisk twórczych i naukowych z Uniwersytetem Śląskim na czele. Wydawało się możliwe utworzenie oczekiwanego tytułu już jesienią 1993 roku, czyli dwa lata wcześniej, gdyby słowa ówczesnego wojewody i gwarancje na piśmie okazały się prawdziwe. Każda zwłoka, gdy istnieją siły i warunki do przetworzenia zamiarów w czyn i akty twórcze grozi zmarnowaniem energii społecznej. A to mogło się stać skoro jednocześnie – wbrew obietnicom – został przefrymarczony Dom Literatury w Katowicach, zaś ledwo co utworzony i tam mający swoją siedzibę GTL stał się kolejną organizacją bezdomną w stolicy województwa. Pozostał upór i niezłomna wola pokonywania przeszkód.

Przełom nastąpił w połowie 1995 roku, gdy dzięki bezpośredniemu zaangażowaniu i decyzji ówczesnego prezydenta Katowic, Henryka Dziewiora, powstająca redakcja otrzymała lokal przy ulicy 3 Maja. Od początku można było też liczyć na wsparcie tej inicjatywy przez marszałka sejmiku Janusza Frąckowiaka oraz pomoc finansową wojewody Eugeniusza Ciszaka, którego dotacja umożliwiła wydanie 3 pierwszych numerów. Jednak ryzyko przedwczesnego startu w tych warunkach było poważne, no bo jeśli ledwo co utworzony miesięcznik nie uzyska niezbędnych środków na dalszą egzystencję? Należało jednak podjąć ryzyko, do czego mobilizowała ówczesna posłanka i minister budownictwa, nieodżałowanej pamięci Barbara Blida, której skuteczna interwencja u ministra kultury i sztuki, Kazimierza Dejmka, umożliwiła wydanie 6 kolejnych numerów i okrzepnięcie pisma w zarysowanej formule gdy już stało się faktem.

Przy pustym stole

Minęło znów szereg miesięcy, gdy jako prezes Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego, upoważniony przez zarząd do zorganizowania miesięcznika, zwołałem 7 września 1995 roku spotkanie przy pustym stole, w pustym lokalu przyszłej redakcji “Śląska” pozbawionej telefonu, sekretariatu i czegokolwiek w ogóle. Wszyscy zaproszeni do zespołu redakcyjnego stawili się na miejscu i podjęli się zgodnie zadania wydania pierwszego numeru już w listopadzie… co mogło się wydawać niedorzeczne, skoro nie było czasu ani środków aby stworzyć odpowiedni organizm, nie mówiąc o wydaniu próbnego numeru, jak wymagają reguły sztuki. Rozpoczęliśmy od zgody na maksymalne wyrzeczenia – funkcjonowania bez uposażeń i w warunkach skrajnej w istocie biedy, skoro nikt nam nie przyszedł z elementarną pomocą. Aby wyposażyć redakcję trzeba było penetrować piwnice Urzędu Miejskiego w Katowicach oraz inne graciarnie, gdzie walał się biurowy złom. I w ten sposób po reperacjach, naprawach i przemalowaniu zgromadzonych gratów została umeblowana redakcja. Sam redaktor naczelny miał w tym niemały udział nie tylko jako zapobiegliwy ale i sprawny renowator. W każdym razie do tej chwili te skazane na fizyczne zniszczenie meble i sprzęty służą nam wiernie i wytrwale – a to już 17 lat.

Zespół miesięcznika „ŚLĄSK" po wydaniu pierwszego numeru w roku 1995. Od lewej: Krzysztof Karwat, Marian Kisiel, Wojciech Łuka, Feliks Netz, Jan F. Lewandowski i Tadeusz Kijanka. Wiesława Konopelska została wytypowana do zrobienia tego zdjęcia.

Największym atutem stworzonego od podstaw pisma – choć dosłownie z niczego – był zespół: doborowy i najlepszy jaki był tu wówczas możliwy. W tym pierwszym składzie redakcyjnej stopki znaleźli się: Wiesława Konopelska (sekretarz redakcji), Krzysztof Karwat (dział kultury), Marian Kisiel (dział krytyki i eseju), Jan Lewandowski (dział społeczno-historyczny), Wojciech Luka (dział graficzny), Feliks Netz (zastępca redaktora naczelnego) oraz niżej podpisany – redaktor naczelny. Wszyscy członkowie redakcji byli jednak związani na co dzień pracą w innych instytucjach, co stwarzało poważne ograniczenia w dyspozycyjności. A powstające pismo było przy tym skazane od początku na wypracowanie znacznych środków własnych, zmuszone opłacać wcale niemałe koszty redakcyjne – z czynszem, ogrzewaniem, remontami itd. z zysków doraźnych, głównie z wyżebranych reklam. W ogóle co roku pojawia się groźne ryzyko nie zgromadzenia w porę dotacji pozwalających na wydanie kolejnych 12 numerów – i ten wycieńczający trud spoczywa na niezłomnym redaktorze naczelnym. No cóż, jest nie tylko ciężko, choć w tym roku chyba najciężej, jakby tu czy tam nie zależało odpowiedzialnym osobom i urzędom na stabilnym bycie pisma, w którym pojawili się i pojawiają luminarze polskiej kultury i sztuki, z Tadeuszem Różewiczem – od pierwszego numeru na czele. Odnoszę czasem wrażenie, że są osoby, które czekają na upadek “Śląska”, pisma suwerennego, upowszechniającego Śląsk polski i jego tradycje z pamiętnym czasem historycznego czerwca roku 1922 i wydarzeń, które do tego doprowadziły.

By podsumować z jubileuszowej okazji dorobek pisma, które ukazało się w 200 edycjach i obejmuje ponad 18000 stron, trzeba by go rozpisać na wiele opracowań, skoro samych tylko portretów plastycznych ukazało się ponad 700, tysiące wierszy, recenzji literackich, esejów, opowiadań, szkiców historycznych. A ile numerów specjalnych i monograficznych? Samych tylko kolegiów redakcyjnych (co czwartek) odbyło się 800, dla jasności nie płatnych jako że pismo było i pozostało biedne, ale wierne sobie w służbie idei wyrażonej w przykazaniu głównym: po pierwsze – Śląsk. Ten numer zamyka pewien okres w historii “Śląska”, jak wcześniej numery 100. i 150., gdy odbyły się spotkania z uhonorowanymi przyjaciółmi pisma, do czego redakcja przykłada od początku wielką wagę, a to łącznie kilkaset osób. Wielu spośród naszych laureatów nie ma już między nami, w tym nieodżałowanego Jerzego Dudy Gracza, który z okazji 5. rocznicy pisma z „rozlicznymi ornamentami” przesłał nam urodzinowe gratulacje z dowcipnym spostrzeżeniem: “Chociaż powołaliście “Śląsk” do życia w Święto Zmarłych, a do tego na Ziemi nieobecnej oraz rządzonej kiedyś i dzisiaj przez tych którzy na ogół z tą, no, kulturą i sztuką “się nie pieprzą” – wasza pięciolatka jest widocznym znakiem zwycięstwa ducha nad materią”.

Święte słowa, Drogi Jurku … i oby jak najdłużej!

Całość: http://www.alfa.com.pl/slask/201206/aktua.html

27-06-2012, 10:34

Towarzystwo Dziennikarskie zarejestrowane  »

Press
(JF)
27-06-2012

Powstałe z inicjatywy Seweryna Blumsztajna i Jana Ordyńskiego Towarzystwo Dziennikarskie zostało oficjalnie zarejestrowane i może przyjmować nowe osoby.

Towarzystwo chce prowadzić debaty o sytuacji mediów, zabierać głos, gdy ich wolność zostanie zagrożona, sformułować współczesne standardy warsztatu dziennikarskiego. – Dziś nie sposób nawet zdefiniować, kto jest dziennikarzem – mówi Seweryn Blumsztajn, prezes Towarzystwa Dziennikarskiego, jeden z założycieli “Gazety Wyborczej”. – A podziały wewnątrz środowiska są silniejsze niż między partiami politycznymi – podkreśla.

Do oficjalnej grupy założycieli Towarzystwa należą m.in.: Teresa Torańska, Jacek Żakowski, Dorota Warakomska, Artur Domosławski, Wojciech Maziarski i Andrzej Jonas. Aby się do niego dostać, trzeba uzyskać rekomendację dwóch osób do niego należących. Dodatkowo każda kandydatura będzie głosowana na forum organizacji.

- Chcemy zachować ekskluzywny charakter, kandydatom stawiamy wysoko poprzeczkę – zapowiada Seweryn Blumsztajn.

Roczna składka za udział w Towarzystwie wynosi 100 zł. Dotychczasowe spotkania odbywały się w redakcji tygodnika “Polityka”.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/39300,Towarzystwo-Dziennikarskie-zarejestrowane

26-06-2012, 20:05

Figurski i Wojewódzki złamali prawo  »

Press
(KOZ)
26-06-2012

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji stwierdziła naruszenie przez Michała Figurskiego i Kubę Wojewódzkiego ustawy o radiofonii i telewizji i negatywnie oceniła zachowanie dziennikarzy w trakcie audycji w Esce Rock.

Kuba Wojewódzki i Michał Figurski

Chodzi o zapis, że ”audycje lub inne przekazy nie mogą propagować działań sprzecznych z prawem, z polską racją stanu oraz postaw i poglądów sprzecznych z moralnością i dobrem społecznym, w szczególności nie mogą zawierać treści nawołujących do nienawiści lub dyskryminujących ze względu na rasę, niepełnosprawność, płeć, wyznanie lub narodowość”.

”KRRiT przyjęła do wiadomości radykalne decyzje programowe i personalne zarządu radia Eska Rock, jako istotną okoliczność w toczącym się postępowaniu” – czytamy w komunikacie regulatora. KRRiT dalsze kroki w tej sprawie podejmie na jednym z najbliższych posiedzeń po zapoznaniu się ze stanowiskiem nadawcy.

W poniedziałek wieczorem rozgłośnia poinformowała o zdjęciu audycji ”Poranny WF” z anteny po skandalu, jaki wywołali Michał Figurski i Kuba Wojewódzki dialogiem o Ukrainkach. Sprawa była ostro krytykowana w ostatnich dniach – zareagowały m.in. polski i ukraiński MSZ, a także Rada Etyki Mediów. Prokuratura wszczęła postępowanie wyjaśniające z urzędu.

Całość: http://www.press.pl/newsy/radio/pokaz/39295,KRRiT_-Figurski-i-Wojewodzki-zlamali-prawo

26-06-2012, 18:42

ODKRYCIE  »

Czesław Ludwiczek
26-06-2012

Było letnie, późne, sobotnie popołudnie roku trudnego już do ustalenia, ale z pewnością tkwiącego jeszcze w głębokiej komunie. Siedziałem samotnie w sekretariacie redakcji, adiustowałem wybrane już przez szefa teksty i malowałem makiety kolumn wewnętrznych niedzielnego wydania gazety. Tak, bo “Dziennik Zachodni”, w którym wtedy pracowałem ukazywał się w ten wolny od pracy dzień. Poprawiałem więc błędy lub niezręczności autorów, przeliczałem wiersze artykułów na drukarski colonel i nonparel, wymyślałem lub korygowałem tytuły, a wszystko to nanosiłem w postaci kresek i liter na zminiaturyzowany schemat gazetowej strony. Czyniłem to zresztą w absolutnej ciszy, bo gwarny, ruchliwy, kipiący zazwyczaj życiem korytarz piątego piętra domu prasy był o tej porze, jak w każdy przedświąteczny dzień, prawie zupełnie pusty. Tylko gdzieś tam po drugiej stronie, bliżej windy i schodów, powinien był siedzieć dyżurny reporter i od czasu do czasu obdzwaniać pogotowie ratunkowe, straż pożarną, stację ratownictwa górniczego w poszukiwaniu materiału do informacji depeszowej o wydarzeniach dnia. Problem jedynie w tym czy już coś znalazł.

Włodzimierz Paźniewski

Podniosłem się zza biurka i ruszyłem w kierunku pokoju działu miejskiego, aby sprawdzić czy coś mu się udało. Prawdę pisząc, sensacji się nie spodziewałem, bo ten ówczesny dyżurant, raczej cichy i spokojny, a nawet małomówny, do gigantów reporterskiej pazerności nie należał. Miał wprawdzie solidne wykształcenie i jakieś tam doświadczenie w zawodzie, ale jak dotychczas nie bardzo je wykorzystywał. Kręcił się po naszej redakcji już mniej więcej dwa lata, ale nic w tym czasie większego nie napisał. Ograniczał się wyłącznie do produkowania drobnych notatek na stronę miejską. Z tego chyba względu redaktor naczelny nie darzył go sympatią. Wręcz przeciwnie, zaliczał go do grona obiboków i zamierzał się go z redakcji pozbyć. Osobiście nic przeciwko niemu nie miałem, bo wierzyłem, że się kiedyś obudzi, a w konsekwencji wjedzie ze swoimi tekstami do środka numeru. Wielu adeptom dziennikarskiej sztuki chętnie pomagałem i cierpliwie uczyłem ich konstruowania najprostszych szpuntów, ale jemu, to znaczy owemu sobotniemu reporterowi, pomoc taka nie była potrzebna, bo wszystko, co pisał miało ręce i nogi, a nawet głowę, tyle, że pisał niewiele, a w dodatku krótko.

Doszedłem na ten drugi koniec korytarza. Drzwi do pokoju reporterów usytuowanego akurat na przeciw toalet były na oścież otwarte, ale w środku żywego ducha. Na biurku poszukiwanego przeze mnie człowieka piętrzyły się jakieś papierzyska, co dowodziło, że musiał tu gdzieś być. Pokój skonstruowany był w kształcie odwróconej litery L, więc być może chłopak znajdował się za załomem ściany. Wszedłem do wnętrza, ale i tam go nie było. Pewnie poszedł do toalety – pomyślałem i postanowiłem chwilę na niego poczekać. Pochyliłem się trochę i oparłem rękami o blat jego biurka. W takiej pozycji głowa zazwyczaj opada, a wraz z nią i wzrok. Mój trafił akurat na maszynopis, ale jakiegoś większego tekstu, w każdym razie znacznie obszerniejszego niż te, które w naszej redakcji pisywał. Przeczytałem jedno zdanie, drugie, trzecie, a później już ciurkiem pozostałe. Dojechałem do końca strony, sięgnąłem po następną, a przy tym chyba podświadomie usiadłem na krześle za biurkiem. Tekst był interesujący, przynajmniej na tyle, że zaprzątnął moją uwagę tak dalece, że zapomniałem, po co tu przyszedłem.

Dziś, po mniej więcej czterdziestu latach nie przypominam już sobie treści tego czytadła. Gdzieś tam w zakamarkach świadomości plącze mi się jedynie jego podstawowy motyw, lub jakaś impresja, której tło stanowiła podróż pociągiem z Warszawy do pewnego większego miasta. Wtedy jednak, gdy to pochłaniałem uzmysłowiłem sobie, że jest to opowiadanie, reportaż lub esej, a z całą pewnością pisanina wysokiej, literackiej próby. Gdy skończyłem, siedziałem jeszcze przez pewien czas w milczeniu zanim sobie uświadomiłem, że ktoś obok stoi. Podniosłem głowę i stwierdziłem, że to on, ale zamiast pytać czy ma coś do rubryki “Ludzie bądźcie ostrożni” zagadnąłem:

- Czy wyście to napisali, panie Włodku?

- Wygląda na to, że tak – odpowiedział.

- No to, dlaczego do jasnej cholery nie pisze pan większych artykułów?

Na odpowiedź czekałem dość długo, ale się jej nie doczekałem.

W jakiś czas po tym zdarzeniu Włodzimierz Paźniewski, bo to on był tym reporterem, otrzymał trzymiesięczne wymówienie z pracy, bez żadnego zresztą uzasadnienia. Gdy tylko się o tym dowiedziałem pobiegłem do redaktora naczelnego, Bronisława Schmidta-Kowalskiego, znanego asa w dziennikarskiej talii kierowniczej, z wysokimi w dodatku notowaniami w “białym domu”. Był to facet pewny siebie, zarozumiały, a przy tym jeszcze apodyktyczny. Ostatnie zdanie zawsze musiało należeć do niego, co w redakcji, przy tworzeniu gazety mogło być nawet zrozumiałe, ale i poza nią starał się dominować w towarzystwie, na zebraniu czy jakimkolwiek innym zgromadzeniu. Mimo to dało się z nim porozmawiać zwłaszcza wtedy, kiedy subtelnie zauważyło się jego pozytywne dokonania, bo na komplementy był szczególnie łasy.

Okazja do hymnu pochwalnego na jego cześć była doskonała, bo właśnie dr Zbigniew Bajka z krakowskiego Ośrodka Badań Prasoznawczych ogłosił klasyfikację dzienników regionalnych, z której wynikało, że nasza gazeta plasuje się bardzo wysoko i to w każdej prawie dziedzinie poddanej naukowej penetracji. Złożyłem mu więc gratulacje, bo przecież to jego – jak podkreśliłem – zasługa. A później dość zgrabnie przeszedłem do spraw kadrowych, chwaląc tego i owego publicystę, a w końcu wyraziłem żal, że reporter P. zostaje relegowany i że to wielka szkoda, bo to niewątpliwie chłopiec utalentowany, o czym miałem ostatnio okazję się przekonać. Może by więc anulować to wymówienie?

- Czy wy mnie Ludwiczku, – bo zawsze zwracał się do mnie po nazwisku – uważacie za durnia?

- Jakże bym śmiał panie redaktorze! - wykrzyknąłem – i tak naprawdę nie rozumiem pańskiego pytania – dodałem.

- Pleciecie mi tu androny o moich zasługach i o tym, że świetnie prowadzę gazetę, tak jak bym o tym nie wiedział, a w gruncie rzeczy chodzi wam o to, abym zatrzymał w redakcji tego chłystka.

- No wie pan, panie redaktorze – ripostowałem – moje autentyczne uznanie dla pańskiego stylu kierowniczego nie ma nic wspólnego z oceną pańskiej polityki kadrowej, chociaż przyznaję, że chętnie bym widział nadal w redakcji tego chłopaka, bo moim skromnym zdaniem może on być świetnym publicystą lub reportażystą.

- Powiem wam Ludwiczku – podjął znów szef – że wprawdzie potraficie w tym fachu to i owo, ale jesteście strasznie naiwni. Nie znacie się na ludziach, nie wyczuwacie ich intencji, a najgorsze jest to, że i mnie nie doceniacie, no i nie wiecie, że ja już dawno poznałem się na tym Paźniewskim. Wiem doskonale, że potrafi więcej niż pokazuje i jeśli nie pisze ambitniejszych tekstów, to znaczy, że nie chce. I dlatego nie jest mi potrzebny.

Po takim dictum sprawa wyglądała na przegraną, ale mimo to nie zamierzałem się poddawać. Jeśli nie udało mi się nic wskórać u głównego szefa, to może lepiej powiedzie mi się u jego zastępcy, Stefana Kalbarczyka. Ten niegdysiejszy zecer awansowany na kierownicze stanowisko w redakcji jeszcze na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, w okresie partyjnej fali wynoszącej robotników ku szczytom władzy, był człowiekiem porządnym. Jego naturalna, wrodzona inteligencja sprawiła, że szybko połapał się w mechanizmie tworzenia gazety, a w konsekwencji stał się jego sprawnym ogniwem odpowiedzialnym za stronę techniczną. Po latach zdobył sobie uznanie i szacunek zespołu m.in. za to, że nikomu nie wyrządził świństwa i za to, że niektórym jego członkom wyraźnie pomógł.

Mając na uwadze ten ostatni element udałem się do pana Stefana, przedstawiłem mu problem, lojalnie zrelacjonowałem przebieg rozmowy z redaktorem naczelnym i zapytałem czy mógłby w jakiś sposób chłopakowi pomóc. Nie spodziewałem się oczywiście, że nakłoni bossa do wycofania Włodzimierzowi P. wymówienia, ale liczyłem na to, że podejmie z nim rozmowę. Wychodziłem bowiem z założenia, że jeśli już dwie osoby upominać się będą o tę samą sprawę, to szanse jej załatwienia znacznie wzrosną. Redaktor wysłuchał mojego monologu i oświadczył, że wprawdzie nie sądzi, aby szef zmienił zdanie, ale jeśli mi na tym zależy, to on spróbuje z nim podyskutować. Po paru dniach zakomunikował mi, że owszem, wymienił z naczelnym poglądy na ten temat, ale rezultaty okazały się nikłe, lub wręcz żadne.

Wynikałoby z tego, że sprawa jest przegrana i że należałoby się poddać. I pewnie bym to uczynił, gdyby nie przypadek niemający ze zwalnianym z redakcji reporterem nic wspólnego. Oto bowiem los zetknął mnie z przebywającym w kraju na urlopie pewnym polskim Francuzem, który opowiadał mi o zwyczajach panujących w kraju jego zamieszkania, zwłaszcza w relacji władza-obywatel. Twierdził, że jeśli człowiek chce załatwić w urzędzie jakąś trudną sprawę, to podczas pierwszej wizyty otrzymuje zdecydowaną odmowę, podczas drugiej jakieś maleńkie światełko nadziei, podczas trzeciej głębsze zainteresowanie urzędnika, a podczas czwartej lub piątej wizyty trudną sprawę udaje się załatwić. Dlaczegóż by podobnej metody nie spróbować w Polsce, a konkretnie w mojej redakcji?

Postanowiłem więc nękać szefostwo dziennika apelami o pozostawienie w redakcji pana Włodzimierza. Co kilka dni rozmawiałem na przemian z redaktorem naczelnym i jego zastępcą, ale rezultat tych starań był mizerny. Czas upływał, a mnie udało się jedynie raz skłonić naczelnego do bardziej analitycznej rozmowy o chłopaku, ale jakiegoś obiecującego sygnału nadal nie uzyskałem. W ostatnim miesiącu wypowiedzenia doszło do tego, że ilekroć zjawiłem się w gabinecie szefa, z góry, zanim zdążyłem wypowiedzieć jakiekolwiek zdanie, mówił: -nie i natychmiast przechodził do omawiania założeń najbliższego numeru gazety.

W taki sposób dotrwaliśmy do przedostatniego dnia okresu wypowiedzenia umowy o pracę. W tym dniu jeszcze raz w rozmowie z szefem podjąłem temat i o dziwo, zamiast krótkiego i zdecydowanego: – nie, usłyszałem dłuższe zdanie wypowiedziane w dodatku tonem pojednawczym.

- No dobrze, jeśli ten facet jest taki dobry jak twierdzicie, to pewnie umie szybko i dobrze pisać. Niech pisze i jeśli do jutrzejszego południa spłodzi trzy artykuły nadające się do środka numeru, to go w redakcji zatrzymam i macie na to moje słowo.

W pierwszym momencie ogarnęło mnie uczucie satysfakcji, bo jednak coś się w końcu udało, ale wkrótce uświadomiłem sobie, że było to zagranie makiaweliczne, w dodatku w jego klasycznym ujęciu z podstępem i okrucieństwem włącznie. Termin wyznaczony przez szefa upływał za niecałą dobę. Jaki więc dziennikarz zdoła w tym czasie wymyślić trzy sensowne tematy artykułów, zdobyć do nich materiał i w końcu je wystukać na maszynie? Bronisław S-K zdawał sobie zapewne sprawę z tego, że zrealizowanie takiego zadania jest niemożliwe i wymyślił je chyba tylko po to, aby zwalnianego pracownika pognębić, a mnie upokorzyć.

Po załatwieniu bieżących spraw redakcyjnych opuściłem gabinet szefa i z posępną miną udałem się do działu miejskiego, aby poinformować zainteresowanego, że niestety, będziemy się musieli rozstać. Wytłumaczyłem mu, że wprawdzie naczelny anulowałby wypowiedzenie, ale pod warunkiem, który wydaje się absolutnie poza możliwościami wykonawczymi. Mój rozmówca przyjął tę wiadomość bez jakiegokolwiek zdziwienia, bardzo spokojnie, lub nawet obojętnie. Zaciekawiło go jedynie cóż to za wygórowane zadanie, którego nie da się zrealizować. Opowiedziałem mu więc przebieg rozmowy w gabinecie redaktora naczelnego, a on na to:

- Trzy artykuły, powiada pan? – Mówiąc to wysunął równocześnie szufladę biurka, a następnie wskazując na jej zawartość, powiedział:

- No jak tylko trzy, to niech sobie pan wybierze.

Okazało się, że w pojemniku tym znajdowała się przynajmniej trzykrotnie większa liczba maszynopisów, z których każdy składał się z mniej więcej pięciu stron. Tylko, które wybrać? Przecież nie mam aż tyle czasu, aby wszystkie te artykuły prześledzić.

- Niech się pan nie męczy – poradził – wszystkie są tej samej jakości, więc niech pan bierze pierwsze, lepsze z brzegu.

No i wziąłem, ale nie na chybił trafił, lecz według kryterium czasu. Innymi słowy, z pomocą autora wybrałem ostatnio napisane artykuły. Później je przeczytałem i stwierdziłem, że mają sens i można by je w naszej gazecie zamieścić. W pierwszym odruchu chciałem z nimi pobiec do szefa, ale już po kilkunastu sekundach zorientowałem się, że byłby to spory błąd. Poczekałem do następnego dnia, rano dałem artykuły do przepisania najszybszej maszynistce Europy Uli Kowaczek i piętnaście minut przed dwunastą zaniosłem je do szefa. Bronisław S-K wydawał się zaskoczony. Najpierw obejrzał teksty, jeden przeczytał w całości, w pozostałych po akapicie i wtedy rozpierając się w fotelu powiedział:

- Nie wiem jak to zrobiliście. Pewnie jest w tym jakaś sztuczka, ale słowo się rzekło, więc kobyłka u płota. Niech tam sekretarka zadzwoni do kadr i powie, że wycofuję to wymówienie.

W dwa miesiące później otrzymałem propozycję przejścia do znajdującego się piętro wyżej “Wieczoru”, więc się do niego przeniosłem, a tym samym straciłem kontakt z redakcją “Dziennika”. Nie na tyle jednak, by nie wiedzieć, co się w niej dzieje. A działo się, podobnie jak i za moich czasów, pod dyktando redaktora naczelnego. Rządził jak udzielny książę i bardzo dbał o to, aby ktoś nie pomyślał, że zmiękł i że osłabła jego moc władcza, że może ulegać wpływom kogokolwiek, oprócz oczywiście wysoko postawionych figur partyjnych. Aby więc udowodnić, że jest twardy, konsekwentny i skuteczny odczekał kilka miesięcy, po czym zwolnił owego dziennikarza, o którego tak walczyłem.

W dwa, lub trzy lata później Włodzimierz Paźniewski. wydał swój pierwszy arkusz poetycki, a później co pewien czas ukazywały się jego tomiki poezji, opowiadania prozatorskie, powieści, zbiory esejów. Do tej pory wydał już 30 książek. Czy przypadkiem nie byłem pierwszym odkrywcą jego talentu literackiego?

CZESŁAW LUDWICZEK

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/3293

25-06-2012, 19:55

Artykuł GŁOSu jako jedyny z prasy lokalnej nominowany w ogólnopolskim konkursie dziennikarskim UOKiK  »

Głos Zabrza i Rudy Śląskiej
25-06-2012

Ubiegłoroczny artykuł GŁOSu pt. “Praktyki Praktikera” autorstwa Przemysława Jarasza i Jakuba Lazara jako jedyny z prasy lokalnej – wśród wielkich mediów krajowych – został nominowany w kategorii “ochrona konsumentów” do nagrody w ogólnopolskim konkursie dziennikarskim “Libertas et Auxilium” organizowanym przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Partnerami tego przedsięwzięcia były: Centrum im. Adama Smitha, Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, Instytut Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego oraz Stowarzyszenie Prawa Konkurencji. Uroczystość wręczenia nagród odbyła się wczoraj w Warszawie.

Jakub Lazar i Przemysław Jarasz z "Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej"

Konkurs miał na celu nagrodzenie najlepszych artykułów prasowych oraz audycji radiowych i telewizyjnych w dwóch kategoriach. Wyboru zwycięskich prac dokonało kolegium pod przewodnictwem pani prezes UOKiK. W tym roku jury pod swą lupę wzięło 80 prac z mediów lokalnych, ogólnopolskich, specjalistycznych i branżowych. Dokonując wyboru, kolegium wzięło pod uwagę poziom warsztatu dziennikarskiego, znaczenie tematyki dla opinii publicznej, nowatorski charakter oraz poziom merytoryczny prac.

W tym roku wyjątkowo dużo zgłoszeń wpłynęło właśnie z mediów lokalnych. Artykuł Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej wyróżniał się jednak spośród nich tym, że zastosowaliście państwo prowokację dziennikarska dla ujawnienia nieprawidłowości w sklepie dużej sieci handlowej – podkreśla Aleksandra Franczak z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Przypomnijmy, w nominowanym artykule “Praktyki Praktikera” z 8 września 2011 roku, stosując dwutygodniową prowokację dziennikarską udowodniliśmy, że przez cały ten czas market budowlany w Zabrzu sprzedawał niektóre towary po zawyżonych cenach w stosunku do tych, widniejących na półkach. Dopiero po ewentualnych reklamacjach składanych przez klientów sklep różnicę w cenie zwracał, ale błędnego zapisu systemowego o cenie produktu nie zmieniał. Po naszej interwencji dyrekcja marketu zarządziła kontrolę wewnętrzną i obiecała zwrócić niesłusznie pobrana opłatę wszystkim klientom, którzy się zgłoszą z reklamacją po naszej publikacji.

Jak podkreślali podczas wręczenia nagród organizatorzy tej siódmej już edycji konkursu dziennikarskiego UOKiK, właściwa realizacja polityki antymonopolowej i konsumenckiej nie byłaby możliwa bez współpracy właśnie z mediami. – Upublicznienie działań nieuczciwego przedsiębiorcy często przynosi większy i szybszy efekt niż kary finansowe. Nie do przecenienia jest również rola środków masowego przekazu w edukowaniu wszystkich uczestników rynku na temat ich praw i obowiązków. Stąd też współpraca z mediami stanowi bardzo ważny obszar działań UOKiK – deklaruje Aleksandra Franczak.

W kategorii „ochrona konsumentów” za najlepszy uznano program Katarzyny Bosackiej pt. “Niezły pasztet” wyemitowany w marcu 2011 roku w “TVN Style”. Natomiast w kategorii „ochrona konkurencji” najwięcej głosów uzyskał artykuł Rafała Zasunia pt. “Zmowa elektryczna” opublikowany w lutym 2011 roku w “Gazecie Wyborczej”.

Całość: http://www.gloszabrza24.pl/wydarzenia/5536-artykul-glosu-jako-jedyny-z-prasy-lokalnej-nominowany-w-ogolnopolskim-konkursie- dziennikarskim-uokik

25-06-2012, 18:12

Rafał Zasuń, Katarzyna Bosacka, Maciej Samcik – laureatami konkursu “Libertas et Auxilium”  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
pr
25-06-2012

Rafał Zasuń z “Gazety Wyborczej” oraz Katarzyna Bosacka z “TVN Style” zostali laureatami siódmej edycji konkursu “Libertas et Auxilium”. Nagrodę specjalną przyznano Maciejowi Samcikowi z “Gazety Wyborczej”.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów

“Zaangażowanie dziennikarzy w szerzenie wiedzy z zakresu prawa antymonopolowego zauważalnie przekłada się na postawę uczestników rynku” – tymi słowami Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel prezes UOKiK otworzyła galę wręczenia nagród dla dziennikarzy w siódmej edycji konkursu “Libertas et Auxilium”.

Zorganizowany przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów we współpracy z Centrum im. Adama Smitha, Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich, Instytutem Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego oraz Stowarzyszeniem Prawa Konkurencji konkurs miał na celu nagrodzenie najlepszych artykułów prasowych oraz audycji radiowych i telewizyjnych w dwóch kategoriach: ochrona konsumentów i ochrona konkurencji. Wyboru zwycięskich prac dokonało kolegium pod przewodnictwem Prezes UOKiK. W tym roku pod obrady jury poddano 80 prac z: mediów lokalnych, ogólnopolskich, specjalistycznych i branżowych. Dokonując wyboru, kolegium wzięło pod uwagę poziom warsztatu dziennikarskiego, znaczenie tematyki dla opinii publicznej, nowatorski charakter oraz poziom merytoryczny prac. Laureaci otrzymali dyplomy i nagrody pieniężne o łącznej wartości 24 tys. złotych brutto.

W kategorii “ochrona konkurencji” najwięcej głosów uzyskał artykuł Rafała Zasunia pt. “Zmowa elektryczna” opublikowany w lutym 2011 roku w „Gazecie Wyborczej”. W tekście oraz autorskim komentarzu dziennikarz próbuje znaleźć odpowiedź pytanie: jakie czynniki decydują o poziomie cen energii w Polsce? Kapituła postanowiła nagrodzić właśnie ten tekst z uwagi na walor poznawczy jak również wyjątkowość warsztatu dziennikarskiego. W tej kategorii nominowane do nagrody ponadto były: artykuł Rafała Zasunia i Leszka Baja pt. “Jak z Państwem uratowaliśmy LOT” opublikowany w “Gazecie Wyborczej” oraz tekst Marka Jankowskiego pt. “Prawdy i mity o konkurencji” opublikowany w magazynie “Branża dziecięca”.

W kategorii “ochrona konsumentów” za najlepszy uznano program Katarzyny Bosackiej pt. “Niezły pasztet” wyemitowany w marcu 2011 roku w “TVN Style”. Jury uznało, że na uznanie zasługuje warsztat, sposób przekazu, a także fakt, że programy autorki zmieniają postawy polskich konsumentów. W tej kategorii nominowani byli również: Maciej Samcik za tekst pt. “Do czego bank czasem się przydaje” oraz Marek Wielgo za artykuł pt. “Mieszkania na bank” – oba opublikowane w “Gazecie Wyborczej” a także Przemysław Jarasz i Jakub Lazar z tekstem pt. “Praktyki Praktikera”, który ukazał się w “Głosie Zabrza i Rudy Śląskiej”.

W tym roku prezes UOKiK przyznała także nagrodę specjalną za promowanie tematyki konsumenckiej. Otrzymał ją Maciej Samcik z “Gazety Wyborczej” za konsekwencję w prześwietlaniu branży finansowej i stałe rozwijanie dziennikarskiego talentu.

Uroczystość wręczenia nagród odbyła się w poniedziałek w Warszawie.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/rafal-zasun-katarzyna-bosacka-maciej-samcik-laureatami -konkursu-libertas-et-auxilium