Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

05-08-2012, 18:07

Meller: Dobry tekst zawsze się sprzeda  »

Dziennik Zachodni
Anita Czupryn
05-08-2012

- Dzięki płatnym treściom w internecie wartościowe dziennikarstwo będzie w stanie przetrwać albo się odrodzić – ocenia Marcin Meller, były redaktor naczelny “Playboya”, w rozmowie z Anitą Czupryn.

Czy w czasach kryzysu mediów widzi Pan miejsce na wartościowe teksty, dziennikarstwo śledcze?

Marcin Meller

Temat jest na pewno dołujący, kiedy zamykają się tytuły, likwiduje redakcyjne działy, dziennikarstwo śledcze w Polsce prawie przestało istnieć, z zawodu odchodzą dziennikarze. Wygląda to jak tunel bez światełka. Rozmawiam z kolegami i dochodzimy do wniosku, że media znalazły się na zakręcie i tak naprawdę nikt nie wie, co będzie dalej. Pamiętam, jak 10 lat temu rozmawiałem z Edwinem Bendykiem, dziennikarzem “Polityki” specjalizującym się w nowych technologiach, i wtedy on powiedział, że chyba do 2020 roku przestaną istnieć papierowe media. Popukałem się w głowę: “Edwin, przesadzasz”.

Dziś może się wydawać, że Bendyk był wtedy przesadnym optymistą.Dziś może się wydawać, że Bendyk był wtedy przesadnym optymistą.Ale poszukajmy nadziei. Weźmy choćby “New Yorkera” – fantastyczny tygodnik drukujący rewelacyjne teksty. Przy okazji opowiem anegdotę. Pamięta pani sprawę tajemniczego zabójstwa mężczyzny we Wrocławiu? Policja miała podejrzanego, ale nie miała dowodów. Po czym okazało się, że napisał on książkę, w której dokładnie opisał zabójstwo domniemanego kochanka swojej żony. Na tej podstawie został aresztowany i skazany.

To autor książki “Amok”.

W polskiej prasie ukazało się na ten temat sporo tekstów, były niezłe. Jakieś pół roku później ukazał się w “New Yorkerze” reportaż i to było coś nieprawdopodobnego. Widać było, że dziennikarz spędził nad nim wiele czasu, ale dotarł do źródeł i rozmówców, do jakich nie dotarł nikt w Polsce, a był to dziennikarz zadaniowy, nie siedział w Polsce, musiał mieć tłumacza. Jest na to proste wyjaśnienie: dostał na ten tekst duży budżet i pewnie miał na to nawet nie tygodnie, ale miesiące, aby to zrobić. Tak działa “New Yorker”. Swego czasu czytałem wywiad z Davidem Remnickiem, naczelnym “New Yorkera”, który zapytany o to, jak to się dzieje, że w czasach kryzysu gazeta świetnie się sprzedaje i czy nowe nośniki jej nie zamordują, odpowiedział, że dobry tekst zawsze się sprzeda, niezależnie, czy będzie sprzedawany na tablecie, czy nawet na wyświetlaczu długopisu.

Polskim dziennikarzom daleko do warunków, jakie mają amerykańscy koledzy.

Oczywiście, od razu można przedstawić kontrargument, że to jest rynek anglojęzyczny, największy na świecie, że “New Yorker” wychodzi w kraju, w którym mieszka prawie 300 milionów ludzi, a w dodatku jest czytany we wszystkich krajach na świecie, również w Polsce, więc jest to nieporównywalna sytuacja z żadnym innym rynkiem. W Polsce czytelnictwo jest podłe, a jakość dziennikarstwa coraz gorsza. Jeżeli dziennikarz musi napisać w ciągu dnia kilka tekstów, to jak można to dobrze zrobić? Nawet geniusz tego nie zrobi. Żeby zrobić materiał dziennikarski, trzeba się do tego przygotować, trzeba coś przeczytać. Byłem reporterem wiele lat i wiem, że 80 procent czasu poświęconego na materiał to jest siedzenie na tyłku i czytanie, czytanie, czytanie. Mój ulubiony tygodnik “Forum”, przedrukowujący bardzo ciekawe teksty z prasy światowej, sprzedaje się ostatnio w 15 tysiącach egzemplarzy. W 40-milionowym kraju. To nie brzmi optymistycznie. Ale jest druga strona medalu i to jest to światełko, które widzę. Ta jazda w dół dobrego dziennikarstwa spowodowała erupcję książek reporterskich. To nie są nakłady, które powalają, ale osiągają znaczące jak na polskie realia nakłady. Mamy Mariusza Szczygła, Wojciecha Tochmana, Wojciecha Jagielskiego, Pawła Smoleńskiego, Ewę Winnicką czy Witolda Szabłowskiego, którego książka o Turcji jest fantastyczna. Tych nazwisk jest więcej, ale zmierzam do tego, że to przekonuje mnie, że jest potencjał na to ambitne dziennikarstwo, w węższej formie, która jednak może się utrzymać.

Internet nie przejął tego, co było wartościowe w gazetach. Znajdujemy w nim sensacje, plotki i newsy, które też do myślenia nie zmuszają. Jak Pan patrzy na przyszłość mediów: z optymizmem czy niepokojem?

Generalnie z niepokojem, a nawet z lekkim podłamaniem. Ktoś ostatnio opowiadał mi, ile tekstów pisze dziennie dziennikarz w dużym portalu. Trzydzieści. To nie żart. Internauci naśmiewają się z pomyłek, łącznie z błędami ortograficznymi w tekstach. Ale jak ma to się nie zdarzać, kiedy co chwilę trzeba tłuc coś nowego i trwa to 24 godziny na dobę, aby była klikalność. To jest dom wariatów i błędne koło. Jak te notki w internecie, pisane na chybcika i po łebkach, mają zastąpić poważne dziennikarstwo, i to pod rygorem klikalności? Wiadomo, że im bardziej durnie, tym więcej ludzi kliknie.

Może platforma spółki Piano Media, do której przystępuje właśnie kilku polskich wydawców, by za jej pomocą wejść z płatnymi treściami do internetu, jest szansą na to wartościowe dziennikarstwo?

Większość głosów, jakie słyszałem na ten temat, jest sceptyczna. Ale ja widząc, że jest artykuł np. o sytuacji w Ugandzie, który mnie interesuje i mogę go kupić szybko za pomocą SMS-a czy podając numer karty kredytowej, to dlaczego nie? Zwłaszcza że to są małe koszta. Gdy z żoną pisaliśmy książkę o Gruzji, potrzebowaliśmy specjalistycznego tekstu na temat kinematografii gruzińskiej. Był na kodowanym portalu uniwersytetu w USA, zapłaciłem 5 dol. Mam nadzieję, że być może zaczyna się coś nowego, że płatne treści oznaczają, że w mediach pojawią się pieniądze. Nie wiem, czy w Polsce będzie szansa na to, by dzięki temu ożywić dziennikarstwo śledcze, bo ono powinno być jak najbardziej dostępne, aby wszyscy widzieli wyniki dziennikarskiego śledztwa. Ale być może część ambitnego i wiarygodnego dziennikarstwa będzie w stanie przetrwać albo się odrodzić. Zdecydowanie moje podejście do płacenia za treści w internecie jest na tak. Kibicuję tej inicjatywie i chciałbym wierzyć, że się uda.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/629743,meller-dobry-tekst-zawsze-sie-sprzeda,id,t.html

04-08-2012, 16:10

Hołownia dla “Wprost” po obelgach Lisa: “Niektórzy z nas są rekordzistami w liczbie piersi, które ssali”  »

TOK.FM.pl
mig
04-08-2012

- Nie wybieram się na wojnę z Tomaszem Lisem – deklaruje w rozmowie z “Wprost” Szymon Hołownia, który odszedł z prowadzonego przez Lisa “Newsweeka” po głośnym temacie o dzieciach księży. W portalu Natemat.pl Lis obrzucił byłego pracownika obelgami. Hołownia odpowiada: “Nic do Tomka nie mam”. Ale ostro naczelnego “Newsweeka” krytykuje.

Szymon Hołownia

“Ja ani wojny nie widzę, ani się na nią nie wybieram” – mówi “Wprost” Hołownia, który odszedł z “Newsweeka” po tym, jak pismo na podstawie niezbyt rozległych badań jednego naukowca uczyniło tematem numeru to, że ‘prawie 60 proc. polskich księży utrzymuje kontakty seksualne z kobietami, a około 10-15 proc. ma dzieci ze swoimi partnerkami’.

“Niektórzy z nas są rekordzistami w liczbie piersi, które ssali”

“Mieliśmy ostry spór o to, jak pisać o Kościele, i o ostatnią okładkę “Newsweeka” o księżach, którzy mają dzieci – tłumacz Hołownia kulisy odejścia. – Nie można sugerować że “polscy księża mają”, “Kościół zamiata pod dywan”, “tak to już jest”, jeśli za tymi tezami stoi jeden zwyrodnialec, dwa anonimy i niereprezentatywne badania – dodaje.

W rozmowie z Piotrem Najsztubem na żartobliwą sugestię “ssałeś liberalną pierś Lisa, a okazałeś się niewdzięczny” odpowiada, że “nic do Tomka nie ma”. Gdy Najsztub stwierdza, że cała trójka (Hołownia, Lis, on sam) – ssała już niejedną pierś, Hołownia odparowuje: “niektórzy z nas są nawet rekordzistami w liczbie piersi, które ssali, i ja nawet nie stawałbym z nimi do zawodów”.

Katobeton albo lewak-neofita? “Nie kupuję tego”

Hołownia odnosi się też do niezwykle ostrego tekstu Lisa w portalu Natemat.pl, w którym redaktor naczelny “Newsweeka” napisał m.in. o “załganych pseudoliberalnych pseudodoktrynalnych, dwie piersi ssących liberalnych katolikach” “W jego tekście najciekawszy jest opis polskiej rzeczywistości, w którym możesz być albo katobetonem, albo lewakiem neofitą, a jeśli nie mieścisz się w którejś z tych kategorii, jesteś zakłamany. Z tego wynika, że rację mógł mieć kultowy poeta prawicy! Że żeby się między nami wreszcie rozpogodziło, nie możemy odkładać wieszania na latarniach i upuszczania rwi. Jest energia, musi być burza! Nie kupuję takiego opisu rzeczywistości” – mówi “Wprost” Hołownia. Jak zaznacza, “coraz mniej czasu zajmuje nam przejście z etapu ‘nie masz racji’ do ‘jesteś głupi’”.

Całość: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,12252205,Holownia_dla__Wprost__po_obelgach_Lisa__Niektorz y.html

03-08-2012, 17:41

Co zrobić z mową nienawiści  »

Gazeta Wyborcza
Ewa Siedlecka
03-08-2012

Łatwiej umorzyć, niż się przyłożyć

Ewa Siedlecka

“Tygodnik Powszechny” zainicjował apel przeciw mowie nienawiści w internecie: “Wszyscy tkwimy w tym szambie – język nienawiści wylewa się bezkarnie zewsząd. Apelujemy do Ministra Sprawiedliwości Jarosława Gowina i Prokuratora Generalnego Andrzeja Seremeta o jak najszybsze podjęcie działań, a także – jeśli to konieczne – inicjatyw ustawodawczych, które położą kres poczuciu całkowitej bezkarności czy wręcz przyzwolenia ze strony instytucji państwa na to, by w polskim internecie posługiwano się językiem nienawiści rasowej i wyznaniowej, oszczerstw i pomówień”.

Apel podpisało wielu ludzi mediów, prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności Basil Kerski, pisarz Andrzej Stasiuk, byli rzecznicy praw obywatelskich Ewa Łętowska i Andrzej Zoll i inni.

Prof. Łętowska zastrzegła jednak, że potrzebne są nie tyle zmiany w prawie, ile w praktyce. “Akcentowanie kolejnych zmian w prawie zwraca uwagę na to, że rzekomo brak narzędzi, że trzeba wzmóc formalną represyjność prawa itd. Tak nie chwycimy byka za rogi. Prawda jest taka: prokuraturze się nie chce, bo tak wygodniej” – napisała.

Bluzgi Bubla

Apel zainspirowało gorzkie doświadczenie “Tygodnika”. W styczniu “TP” i redaktor senior ks. Adam Boniecki złożyli do prokuratury doniesienie na Leszka Bubla dotyczące nienawistnych, antysemickich treści w jego dwutygodniku “Tajne Historie Świata”, dostępnym też w sieci.”TP” nazwany tam został “Żydownikiem Powszechnym”, “siedliskiem zdegenerowanych moralnie UBeko-SBeków i innych świń, które w czasach żydokomuny zainstalowała w seminariach Żydówka Luna Brystygierowa”.

Fotografię Zuzanny Radzik, autorki “TP”, zestawiono z plakatem reklamującym nazistowski film propagandowy z 1940 r. “De eeuwige Jood”. Przedstawia twarz diabła stylizowaną na Żyda z gwiazdą Dawida na czole.

“TP” chciał, by prokuratura oskarżyła Bubla o zniesławienie ks. Bonieckiego i Radzik (normalnie to przestępstwo ścigane z oskarżenia prywatnego) oraz o nawoływanie do nienawiści na tle narodowościowym i wyznaniowym (ścigane z urzędu).

Prokuratura uznała, że “nie ma interesu publicznego”, by z urzędu podjąć sprawę. I nie doszukała się nawoływania do nienawiści.

Wzruszenie ramion i ignorancja

W podobnych sprawach normalnie wrażliwy człowiek widzi nawoływanie do nienawiści, ale nie widzą go stróże prawa. Z raportów prokuratora generalnego wynika, że choć z roku na rok rośnie liczba doniesień o przestępstwach z nienawiści (co może świadczyć nie tyle o tym, że ich przybywa, ile o rosnącej wrażliwości na nie), to wciąż ok. 80 proc. się umarza lub odmawia wszczęcia postępowania.

Na 279 spraw w 2011 r. taki los spotkał 225. W 91 odmówiono wszczęcia z powodu braku przestępstwa; w 78 nie wykryto sprawców (głównie napisy na murach); 35 umorzono, bo nie dopatrzono się przestępstwa. Tylko jedną umorzono z powodu “znikomej szkodliwości czynu”.

Prokurator generalny wydał w lutym ub.r. zalecenia dla prokuratorów, jak skuteczniej oskarżać o przestępstwa z nienawiści. Teraz ocenił, że się zastosowali. Dlaczego więc nie ma efektu? Kluczowe jest nie złe prawo, ale “czynnik ludzki”.

Po pierwsze – oportunizm: łatwiej umorzyć, niż się przyłożyć (o tym mówi prof. Łętowska). 40 proc. takich spraw objętych jest nadzorem służbowym. Umorzenia lub odmowy wszczęcia skontrolowano w 80 proc. spraw, z czego 40 proc. zakwestionowano. Nadzór więc działa. Ale oportuniści są też w nadzorze: mniej roboty z “przyklepaniem” decyzji niż z jej zakwestionowaniem.

Po drugie – sami policjanci, prokuratorzy, sędziowie nie są wolni od ksenofobii. Przyznawano to na konferencji w Prokuraturze Generalnej w czerwcu. Dwa tygodnie temu białostocki dodatek “Gazety” opisał przypadek 33-letniego funkcjonariusza Straży Granicznej, który w internecie lżył uchodźców (Czeczenów nazywał “pasożytniczym ścierwem”).

Po trzecie – nierozumienie kontekstu. W sprawie “TP” prokuratura uznała, że przedrukowanie antysemickiego plakatu nie nawołuje do nienawiści. Jeśli taki plakat wisiałby na wystawie dokumentującej nazistowską propagandę – miałby walor historyczny, edukacyjny. Ale umieszczony wśród antysemickich tekstów, skojarzony z konkretnymi osobami, w piśmie tropiącym “żydowskie spiski” – nawołuje do nienawiści. Nóż może służyć do krojenia chleba, ale też do zabijania.

Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita zawiadomiło prokuraturę o nawoływaniu do nienawiści przez Narodowe Odrodzenie Polski podczas demonstracji 14 kwietnia w Katowicach. Na transparencie “Śmierć wrogom ojczyzny” słowo “wrogom” napisano hebrajskim alfabetem. Czy prokuratura tę “subtelność” wyłapie, czy też stwierdzi, że wzywanie do nienawiści wobec “wrogów ojczyzny” nie jest naganne, a nawet może być wyrazem patriotyzmu?

W sprawie “TP” prokuratura nie widzi “interesu publicznego” w ściganiu z urzędu zniewag wobec dziennikarzy, bo są oni wystarczająco zaradni, by oskarżyć Bubla samodzielnie. Ale “interes publiczny” polega przede wszystkim na tym, że prokuratura jako “organ ochrony prawnej” włącza się do spraw, które mają wagę społeczną. Autorytetem państwa pokazuje, że np. walka z mową nienawiści to nie problem pojedynczych osób.

Na niewiedzę prokuratorów i sędziów zwraca uwagę rzeczniczka praw obywatelskich Irena Lipowicz. Podaje przykład: zamawianie ekspertyz, czy Warszawa istotnie została zniszczona przez Niemców podczas II wojny. Prof. Lipowicz proponuje więc wraz z muzeum obozu Auschwitz spotkania edukacyjne dla sędziów i prokuratorów, by lepiej rozumieli, czym jest neonazizm, rasizm, antysemityzm. Sposobem na homofobię wśród policjantów ma być poradnik przygotowywany we współpracy z Kampanią przeciw Homofobii.

Granice wolności słowa

Praktyka sądów i prokuratur zbliżona jest tu do modelu amerykańskiego: granicą jest wezwanie do bezpośredniego ataku. Dlatego nie da się ścigać strony Redwatch umieszczonej na serwerze w USA. Jednak model ten nie pasuje do polskiego prawa, zwłaszcza do przepisów o pochwalaniu ustroju totalitarnego, komunistycznego czy faszystowskiego (pochwalanie rasizmu nie jest zakazane) i o “nawoływaniu do nienawiści”.

Ale skoro prokuratura i sądy nie wyciskają z dzisiejszego prawa tego, co się da (bo im się nie chce, nie wiedzą lub sprzeciwia się to ich poglądom) – to co pomoże zmiana prawa? Nie można prokuratorowi nakazać oskarżyć ani sędziemu skazać.

W jednym miejscu zmiana prawa może przynieść pożytek. Środowiska LGBT przygotowały, a Ruch Palikota i SLD wniosły do Sejmu projekt: by przestępstwa z nienawiści dotyczyły nie tylko czynów motywowanych, jak dziś, rasą, narodowością czy wyznaniem, ale też – wiekiem, płcią, niepełnosprawnością, orientacją seksualną i tożsamością płciową. Prokuratura skrytykowała ten pomysł: wystarczy, by wszystkie czyny motywowane nienawiścią były surowiej karane.

Nie chodzi jednak o surowsze kary, lecz o pokazanie, że grupy te są szczególnie narażone na ataki i że państwo to potępia. Nie realizuje tego projekt zapowiadany przez PO, by nie wymieniać mniejszości, tylko chronić ogólnie przed nienawiścią ze względu na każdą “naturalną cechę”. Zresztą już słyszę te spory: czy homoseksualizm to cecha naturalna, czy “moda” albo “choroba”?

Chamstwo i wentyl

Internet to także, niestety, publiczna spluwaczka. Atrakcyjna, bo daje każdemu tysiące odbiorców i bezpieczną anonimowość. Dziennik “Metro” opisał stronę Chamstwo.pl, którą codziennie odwiedza 200 tys. Polaków, wymieniając się często ksenofobicznymi dowcipami. Chamstwo, również z nienawiści, to cecha dość powszechna, w sieci może się szerzyć bez ograniczeń. Ale jeśli jest to cecha części gatunku ludzkiego, to czy prawo ją zniweluje?

“TP” przywołuje francuski przepis, który każe administratorowi strony internetowej usuwać naruszające prawo wpisy, gdy o nich się dowie. Ale prawo takie już w Polsce obowiązuje za sprawą unijnej dyrektywy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Administratorzy je wykonują. A jak nie – idą pod sąd.

Może więc skończyć z anonimowością na forach? Ukróci to zapewne chamstwo – ale też internetową dyskusję w ogóle. Chcemy płacić taką cenę? A jak sprawdzić, czy ktoś podaje autentyczne dane osobowe?

Ściganie za wpisy na forach to groźna broń dla wolności słowa. Komentarze na portalu Dziemiany.net, jedynym w powiecie kościerzyńskim niezależnym medium, zirytowały wójta gminy Dziemiany, np.: “Straże gminy miały dostać środki z jakiegoś LGD. Nie dostały, bo wójt obraził się na cały świat. Gdzie my żyjemy?!”. Dyskusje toczyło kilkunastu internautów. Do administratorki portalu w wigilię Bożego Narodzenia zapukała policja, żądając danych autorów, bo burmistrz skarży ich za pomówienie. Liczba wpisów na forum spadła dziesięciokrotnie. Miało to też wpływ na reklamodawców: po co narażać się wójtowi, ogłaszając się na portalu, który ma niewielu użytkowników?

Debata w UE o blokowaniu stron z nieakceptowaną treścią dotyczy pornografii dziecięcej, ale są też zwolennicy blokowania stron nienawistnych. Przy okazji afery hazardowej polski rząd chciał stworzyć rejestr stron niedozwolonych i egzekwować blokowanie stron o treści sprzecznej z prawem. Co jest taką treścią – oceniałby policjant czy urzędnik. Potem można by się latami procesować.

To wymarzone narzędzie cenzury i zwalczania konkurencji, także politycznej. Wystarczy jej podrzucić na stronę podejrzane treści. Groźba blokady wymusiłaby na administratorach lub dostawcach internetu inwigilowanie sieci – by zabezpieczyć się przed odpowiedzialnością. To argument kluczowy w protestach przeciwko ACTA (tam chodziło o wykrywanie łamania praw autorskich).

Cel może być szlachetny, ale by go osiągnąć, nie można używać środków niweczących inne wartości. Wolność słowa, swoboda przepływu idei, wiedzy, kultury – czyli to, co dziś w dużej mierze realizuje się za pomocą internetu – mają brzydką stronę. Jest to ich cena. Co nie znaczy, że całą tę cenę trzeba płacić.

Mowa nienawiści też ma dwie strony. Jest destrukcyjna, rozbudza i pomnaża nienawiść, czyni ją czymś “normalnym”.

Ale może jest też wentylem, przez który nienawiść się upuszcza, dzięki czemu rzadziej przybiera ostrzejsze formy? Na czerwcowej konferencji w Prokuraturze Generalnej prokuratorzy zauważyli, że w Polsce nie ma – jak w Niemczech, Holandii, Szwecji, Norwegii czy Francji – problemu zabójstw na tle rasowym, narodowościowym, religijnym, homofobicznym. Mniej jest też fizycznej agresji. Oczywiście argument o wentylu nie usprawiedliwia mowy nienawiści ani nie przemawia za jej tolerowaniem.

Ostracyzm

Ile zatem w walce z mową nienawiści powinno być prawa, a ile obywatelskiego sprzeciwu?

Jestem za publicznym piętnowaniem każdego przejawu mowy nienawiści: w mediach, parlamencie, internecie, podczas zgromadzeń. Za apelami podpisywanymi (jak ten zainicjowany przez “TP”) przez publiczne autorytety. Za bojkotem forów, z których na bieżąco nie usuwa się nienawistnych wpisów. Za bojkotem kiosków i księgarń, które sprzedają wydawnictwa typu Bubla – bo zarabianie na nienawiści jest jeszcze ohydniejsze niż sama nienawiść. Za wspieraniem organizacji pozarządowych, jak Otwarta Rzeczpospolita czy Nigdy Więcej, które od lat niestrudzenie budzą sumienia. Za samotną walką Radosława Sikorskiego bombardującego prokuraturę doniesieniami o nienawiści w internecie.

Zawstydzanie, bojkot, ostracyzm – to każdemu dostępna i mająca najmniej złych skutków ubocznych broń przeciw mowie nienawiści. Drugą bronią jest edukacja do otwartości.

Trzeba też zawstydzać i edukować stróżów prawa.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75248,12250089,Co_zrobic_z_mowa_nienawisci.html#ixzz22jwfmfzf

03-08-2012, 15:29

Nowelizacja Prawa prasowego. Sprostowania jako jedyne formy reakcji na publikacje  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
kk/pap/pr/zr
03-08-2012

Senat przyjął w piątek poprawki do nowelizacji Prawa prasowego. Jedna z nich dotyczy drukowania sprostowania taką samą czcionką jak materiał prasowy, do którego się odnosi.

Za przyjęciem ustawy z przyjętymi poprawkami zagłosowało 60 senatorów; nikt nie był przeciwny; 30 senatorów wstrzymało się od głosu.

Nowelizację Prawa prasowego Sejm uchwalił pod koniec lipca. Nowela przewiduje pozostawienie sprostowań jako jedynej formy reakcji na publikacje.

Jedna z poprawek Senatu przewiduje, że w ciągu 21 dni od wejścia noweli w życie będzie można zażądać sprostowania materiałów prasowych, które ukazały się po 13 czerwca br. (dzień później, na mocy wyroku Trybunały Konstytucyjnego, przepisy dotyczące sprostowań i odpowiedzi prasowych utraciły moc – red.).

Kolejna powraca do zapisu, który znajdował się w pierwotnym projekcie Senatu, przyjętym pod koniec maja. Zgodnie z nim sprostowanie byłoby drukowane taką samą czcionką jak materiał prasowy, którego dotyczy. W ustawie przyjętej przez Sejm zapisano, że sprostowanie powinno być opublikowane czcionką standardową dla danego tytułu.

Senat zaproponował także poprawkę, która przewiduje skargę kasacyjną od wyroku sądu drugiej instancji w sprawach o opublikowanie sprostowania – nie przewiduje tego ustawa uchwalona przez Sejm.

Senatorowie nie przychylili się natomiast do propozycji wydłużenia – z 7 do 14 dni – czasu na wniesienie apelacji od wyroku sądu pierwszej instancji w sprawach o nakazanie opublikowania sprostowania.

Według wcześniejszych przepisów redaktor naczelny pisma był obowiązany do opublikowania na wniosek zainteresowanej osoby “rzeczowego i odnoszącego się do faktów wiadomości nieprawdziwej lub nieścisłej” sprostowania albo odpowiedzi “na stwierdzenie zagrażające dobrom osobistym”. Za uchylanie się od ich publikacji groziła kara grzywny lub ograniczenia wolności. Przepisy te przestały obowiązywać w połowie czerwca br. na skutek wyroku Trybunału Konstytucyjnego z grudnia 2010 r. TK orzekł wówczas, że przepisy te nie precyzują, czym jest sprostowanie, a czym odpowiedź, wobec czego decyzję musi podejmować sam redaktor naczelny, a to stawia go w sytuacji, która “nie jest dla niego przewidywalna”.

W związku z utratą mocy tych przepisów, osobom, którym odmówiono publikacji sprostowania, pozostaje wyłącznie powództwo cywilne o ochronę dóbr osobistych (np. z żądaniem przeprosin za nieprawdziwe fakty na swój temat) lub prywatny akt oskarżenia o zniesławienie w mediach (art. 212 Kodeksu karnego przewiduje za to do roku więzienia; trwa kampania społeczna dotycząca jego zniesienia – red.).

Uchwalona przez Sejm nowela przewiduje pozostawienie sprostowań, a likwidację odpowiedzi jako formy reakcji na publikacje. Zgodnie z przyjętą definicją musi ono być “rzeczowe i odnoszące się do faktów”. Nie może przekraczać dwukrotnej objętości fragmentu materiału prasowego, którego dotyczy, ani zajmować więcej niż dwukrotność czasu antenowego, jaki zajmował dany fragment przekazu medialnego. Sprostowanie powinno zostać nadane w placówce pocztowej lub złożone na piśmie w siedzibie redakcji, maksymalnie w ciągu 21 dni od opublikowania materiału prasowego, którego dotyczy.

Jeśli nowela wejdzie w życie po tym, gdy redaktor naczelny odmówi opublikowania sprostowania albo nie ukaże się ono w terminie, zainteresowana osoba będzie mogła w ciągu roku od publikacji wytoczyć powództwo o sprostowanie. Sprawy w ciągu 30 dni rozpoznawałby sąd okręgowy, właściwy ze względu na siedzibę redakcji. Od jego wyroku przysługiwałaby apelacja, którą sąd drugiej instancji rozpoznawałby także w ciągu 30 dni.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/nowelizacja-prawa-prasowego-sprostowania-jako-jedyne- formy-reakcji-na-publikacje

03-08-2012, 11:29

Bronisław Komorowski ułaskawił Jerzego Jachowicza  »

Onet.pl
(wpolityce.pl/Onet, RZ)
03-08-2012

Prezydent Bronisław Komorowski podpisał akt ułaskawienia znanego dziennikarza śledczego Jerzego Jachowicza. Był on skazany ze słynnego już artykułu 212 kodeksu karnego – informuje serwis wPolityce.pl. Proces wytoczył mu były funkcjonariusz SB płk Ryszard Bieszyński. “Nie ukrywam, że decyzja Bronisława Komorowskiego, niezależnie od wszystkich poprzedzających ją okoliczności, bardzo mnie uradowała” – mówi sam Jachowicz cytowany przez serwis.

Jerzy Jachowicz

Bieszyński oskarżył Jachowicza po publikacji z 2007 r. o zamieszczenie nieprawdziwych informacji, które go poniżają w oczach opinii publicznej oraz narażają na utratę zaufania potrzebnego dla podjęcia jakiegokolwiek zatrudnienia. W 2010 r. Jachowicz został skazany. W efekcie wyroku został zobowiązany do zapłacenia łącznej kary na sumę około 16 tysięcy złotych.

Tekst dotyczył decyzji sądu USA, który odmówił ekstradycji Edwarda Mazura, polonijnego biznesmena podejrzewanego o uczestnictwo w zabójstwie gen. Marka Papały. W swoim artykule (“Macki sięgnęły Ameryki”) zamieszczonym w “Dzienniku” Jerzy Jachowicz napisał, że Bieszyński w 2002 r. w gabinecie prokuratora krajowego zapewniał o niewinności Mazura, a w kilka miesięcy wcześniej próbował szantażem nakłonić wdowę po gen. Papale do wzięcia na siebie roli morderczyni.

W 2011 roku pełnomocnik Jerzego Jachowicza zwrócił się do prezydenta Bronisława Komorowskiego o ułaskawienie jego klienta. Sam dziennikarz, w rozmowie z Onetem, mówił wtedy, że “pani sędzia powinna wstydzić się do końca życia, zrobiła bowiem rzecz straszną, wydała bezwzględny wyrok za… komentarz dziennikarski”.

Podkreślał on również, że nie jest w stanie zapłacić “drakońskiej kary finansowej”, jaką orzekł wobec niego sąd. “- Wyjściem z sytuacji byłby areszt – wikt państwowy i kontakt z zaprzyjaźnionymi mediami drogą telefoniczną, nie byłby taki zły – niestety – są najbliżsi, którym muszę pomóc finansowo i którymi muszę się opiekować. Do aresztu więc pójść po prostu nie mogę” – pisał w oświadczeniu.

Całość: http://wiadomosci.onet.pl/kraj/bronislaw-komorowski-ulaskawil-jerzego-jachowicza,1,5207618,wiadomosc.html

03-08-2012, 11:23

Twaróg o chamstwie w internecie: Wszyscy ci anonimowi krzykacze  »

Dziennik Zachodni
Marek Twaróg
03-08-2012

Wszystkie listy otwarte – w sprawach ważnych i nieważnych do prezydentów państw czy wójtów gmin, podpisane przez noblistów lub mieszkańców osiedla – mają jedną wspólną cechę: nic albo niewiele dają (pierwszy komentarz: “Aleś wymyślił, idioto”). No to podpisałem się w imieniu DZ pod publicznym apelem “Tygodnika Powszechnego” w sprawie zwalczania chamstwa w internecie (drugi komentarz: “Durniu, zaprzeczasz sam sobie”).

Marek Twaróg

Już wcześniej redakcja dziennikazachodniego.pl przystąpiła w sieci do programu “Komentuj, nie obrażaj”, już wcześniej wyrażaliśmy swoją dezaprobatę wobec bagna, jakie wylewa się na część internetu, dezawuując już właściwie wartość, jaką jest nieskrępowana wymiana myśli (trzeci komentarz: “Redaktorku, palanciku: dość pierdol…”). Niektóre fora internetowe przeistoczyły się dziś bowiem w wirtualne gabinety psychiatryczne, gdzie na własną rękę leczy się swoje fobie. Z mizernym skutkiem, widać, bo pacjentów wciąż przybywa. Jerzy Pilch w swoich “Dziennikach” – dla mnie książce roku – przeanalizował internet we właściwy sobie sposób i porównał część najbardziej rozhuśtanych intelektualnie komentatorów z forów do wszy (czwarty komentarz: “Ale autorytet se wymyśliłeś, Twaróg.

Przecież to złodziej. I pijak, bo każdy pijak to złodziej”). Pilch pisze: “Ton nadają wszy. Wszyscy ci anonimowi krzykacze, co – niepodobna nie pomyśleć – nawet na forum wbiegają ze strachem, miotają obelgę i chodu w krzaki. Oni są solą sieci, oni – sami zdumieni nagłą siłą, nagłym zasięgiem, nagłą wielokrotnością i poważnymi nieraz konsekwencjami głoszonych przez siebie plugastw – są, jak myślę, upojeni swym internetowym istnieniem. (…) Dawniej mieli do dyspozycji ściany publicznych kibli, na których swe frustracje ryli, dziś mają do dyspozycji sieć oplatającą miasto i świat”. (piąty komentarz: “Żenada, słabe to, sam lepiej piszę, zapraszam na stronę swinia.pl”).

No i podpisałem się w imieniu DZ pod kolejnym apelem. Dlaczego zatem, skoro na ogół nic one nie dają? Bo to nie tylko klasyczne wołanie o lepsze jutro, ale też propozycja zmian w prawie (np. ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną), które ukróciłyby powszechne praktyki prokuratorów, czyli spoglądanie na oszczerstwa w sieci jak na czyny o “niskiej szkodliwości społecznej” i w konsekwencji umarzanie spraw. Swoją wartość ma też – jak myślę – po prostu pokazanie niezgody na niszczenie publicznej debaty (szósty komentarz: “Wybić was, pismaki, głupie ci…, a autora-ćwoka pierwszego za takie brednie”).

PS. Komentarze w nawiasach to moje proroctwa: co by było, gdyby ten tekst pojawił się w sieci na najbardziej zdziczałych forach. Cieszę się zatem, że pojawił się tylko na dziennikzachodni.pl

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/629591,twarog-o-chamstwie-w-internecie-wszyscy-ci-anonimowi,id,t.html