Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

16-08-2012, 19:35

Zmarł Mieczysław Dziaczek  »

Poeta i dziennikarz. W czwartek odbył się pogrzeb bytomianina Mieczysława Dziaczka. Był poetą, członkiem Związku Literatów Polskich i dziennikarzem – przed laty pracował w redakcji “Życia Bytomskiego”.

Mieczysław Dziaczek 1929 - 2012

Być może zmarłych warto wspominać nie w sposób oficjalny i pompatyczny, ale od strony anegdoty i barwnego życia, bo takie też trzeba pamiętać. Mieczysław Dziaczek urodził się w 1929 roku  we Lwowie. Od lat 50. XX wieku mieszkał w Bytomiu. W latach 70. i 80. opublikował kilka tomów wierszy – m.in. “Bliżej siebie”, “Podjęcie tarczy”, “Stan nieobojętny”; ostatnią jego książką był zbiór opowiadań “Makabreski. Utarczki w stanie wojennym”.

Urodził się we Lwowie. Opowiadał, że był żołnierzem Armii Krajowej i przed wysiedleniem zakopał na Persenkówce (dzielnica Lwowa) swój karabin. Zapewne w tych opowieściach prawda mieszała się z ubarwieniem, bo był nieco za młody, żeby walczyć z bronią w ręku – ale równocześnie jako nastolatek mógł być już pod koniec wojny zaangażowany w jakieś formy konspiracji. Na początku lat 90. XX wieku został rzecznikiem prasowym bytomskiego koła Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.

Posiadał dwie pozazawodowe pasje: wędkarstwo oraz żeglarstwo. Pływał po jeziorach mazurskich, działał w Polskim Związku Wędkarskim. Rozpoczynając swoją pracę dziennikarską, pozwoliłem sobie na żart ze starszego kolegi. W 1991 albo 92 roku zamieściłem na łamach “Życia Bytomskiego” primaaprilisową informację: znany bytomski wędkarz, żeglarz i dziennikarz złowił na “Żabich Dołach” 80-kilogramowego suma. W czasie patroszenia ryby w jej wnętrznościach znaleziono niemiecki hełm, co dowodzi, że długowieczny sum musiał być już potężnym okazem w czasie wojny. Mieczysław Dziaczek obdarzony był poczuciem humoru, więc oczywiście się nie obraził.

W bodaj najpiękniejszym swoim wierszu napisał: Ta nadzieja która cię pochłania zawraca głowę i ucieka przed tobą / kluczy przymila się – płacze i śmieje która chce być zdobywaną / a którą bierzesz z całą szczerą i głodną namiętnością / i mówisz – po co to wszystko przecież od dawna cię kocham / Ta nadzieja którą podejrzewasz o zdradę i którą / od dłuższego czasu masz w domu pisząc jej wiersze a w końcu / odprawiasz w daleką podróż po spadek rodzinny / wykupując bilet sypialny i powrotny / pierwszym lepszym następnym kochaniem / ta nadzieja nie chce cię opuścić”

Dziś pozostaje ufać, że ta nadzieja towarzyszy nam również po drugiej stronie.

MARCIN HAŁAŚ

“Życie Bytomskie”

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/3632

16-08-2012, 02:25

GENIUSZ W OKRĄGLAKU  »

Czesław Ludwiczek
16-08-2012

Okrąglak to jedna z sal katowickiego hotelu Monopol usytuowana między kawiarnią, a restauracją. W dzień świeciła pustkami, za to w nocy odwiedzało ją mnóstwo ludzi. Tłoczyli się wokół długiego, zaokrąglonego baru, od którego zresztą wzięła swą nazwę. Popijali nie tylko czystą wódę, ale i wyszukane, zagraniczne trunki, jeśli tylko było ich na nie stać. W tamtych odległych latach sześćdziesiątych Okrąglak był wyspą na morzu przeciętności, ubóstwa, szarzyzny. Dostrzegało się w nim wytwornie ubranych panów, elegancko wystrojone panie, gości krajowych i zagranicznych w tym i grupę stałych miejscowych bywalców. Wszyscy świetnie się tam bawili, załatwiając przy okazji różne interesy, najczęściej cinkciarskie, bo tam najłatwiej można było spotkać handlujących walutą osobników i obcokrajowców chętnie upłynniających dolary po wyższym kursie niż w bankowych kantorach.

Józek Małek bardzo lubił Okrąglaka i wpadał w jego objęcia od czasu do czasu, najczęściej grubo po północy, czyli wtedy, kiedy towarzystwo było już rozochocone i chętne do rozmowy. Bo jakkolwiek, człowiek ten lubił wódkę i wcale od niej nie stronił, to jednak do monopolowego baru przychodził również i po to, aby porozmawiać z obcokrajowcami po niemiecku, angielsku, francusku, rosyjsku, bo w każdym z tych języków mówił płynnie i swobodnie. Owa znajomość niemieckiego była o tyle wytłumaczalna, że Józek urodzony sześć lat przed wojną w jednym z dużych miast śląskich, podczas okupacji chodził do szkoły z tym właśnie językiem nauczania. Natomiast pozostałe przyswoił sobie już sam, korzystając z książek i samouczków oraz wsłuchując się w audycje radiowe emitowane w tych językach. Był to zatem geniusz lingwistyczny, posiadający umysł nie tylko wyjątkowo chłonny, ale i wybitnie odtwórczy. Wystarczyłoby raz tylko usłyszał w obcym języku nawet bardzo skomplikowane zdanie, a już pozostawało w jego zwojach mózgowych na zawsze i jeśli było trzeba pojawiało się w jego konwersacji w całości lub w przydatnej akurat części. Innymi słowy Józek Małek był fenomenem, ale tylko w tej wąskiej, językowej specjalności. W innych działach intelektualnej sprawności już tak dobrze mu się nie wiodło.

Uzbrojony w ową językową sztukę Józek podjął próbę uzyskania statusu dziennikarskiego w katowickim “Dzienniku Zachodnim”, bo w takiej roli mógłby przecież wykorzystać z pożytkiem swoje niezwykłe umiejętności, podróżując po świecie. Etat otrzymał, ale możliwości zagranicznych podróży żadnych, bo w takiej prowincjonalnej gazecie teksty o wydarzeniach w obcych krajach pozyskiwało się jedynie z warszawskich agencji prasowych. Pozostawało mu więc pisanie o regionalnych wydarzeniach politycznych, społecznych, gospodarczych i wszystkich innych nanoszonych przez życie. Wkrótce jednak okazało się niestety, że pisanie przychodzi mu z trudem. Komuś, kto znał go bliżej trudno było zrozumieć, dlaczego człowiek ten potrafi się bezbłędnie posługiwać językami obcymi, a równocześnie nie umie skonstruować poprawnego artykułu np. o przedterminowym wykonaniu planu przez kopalnię lub hutę. Widocznie czynności te wymagały różnych predyspozycji umysłowych.

Mimo owej niedoskonałości pisarskiej, Józef Małek pozostał w redakcji, tyle że wykonywał w niej prace redakcyjne i techniczne. Wyspecjalizował się głównie w funkcji depeszowca, czyli dziennikarza, który udawał się nocą do drukarni na ulicy w owych czasach Liebknechta, a faktycznie Opolskiej i przy pomocy materiałów PAP-owskich oraz tych nadesłanych przez jego redakcję przygotowywał pierwszą i drugą strony gazety. Była to praca żmudna, trudna i niewdzięczna, bo zaczynała się wczesnym wieczorem, a kończyła około pierwszej lub drugiej w nocy. I o tej porze właśnie udawał się do Okrąglaka, ale tylko wtedy, kiedy miał jakieś pieniądze na zbyciu, albo, kiedy udało mu się namówić na wyprawę do tego baru któregoś ze współpracowników bardziej zasobnego w gotówkę.

Pewnej nocy wybrał się tam z pełniącym w tej samej gazecie funkcję redaktora technicznego Eugeniuszem Górnym. Monopolowy bar był jak zwykle pełen gości, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało im się zdobyć miejsca na wysokich stołkach tuż przy blacie. Na początek wypili po pięćdziesiątce, zamówili podobną porcję i wtedy dopiero rozejrzeli się wokół siebie. Józek dostrzegł kilku stałych bywalców, z niektórymi zamienił nawet kilka słów, ale najbardziej zainteresowali go dwaj obcokrajowcy usadowieni tuż po jego lewej stronie. Mówili jakimś dziwnym językiem przypominającym wprawdzie angielski, ale nie ze stuprocentową pewnością. Depeszowiec pochylił się nad nimi i z ogromną uwagą zaczął wsłuchiwać się w ich mowę. A kiedy jego towarzysz usiłował go zagadnąć, Józek nieco zniecierpliwiony rzucił:

- Daj spokój, oni mówią jakąś angielską gwarą lub językiem zbliżonym do angielskiego, muszę posłuchać, aby to zrozumieć.

Pochylony nad barem, obracał w palcach pusty kieliszek po pięćdziesiątce i słuchał z uwagą, a im lepiej łapał sens mowy sąsiadów, tym wolniej kręcił tym szklanym naczyńkiem. W końcu, po kilkunastu minutach znieruchomiało całkowicie. Wtedy odwrócił się w stronę Gienka i powiedział z zadumą:

- Chyba wiem już, na czym polega ich mowa i myślę, że potrafiłbym się z nimi porozumieć w tym dialekcie.

- No to spróbuj – powiedział Gienek i z zaciekawieniem obserwował poczynania kolegi. A ten odwracając się ku Amerykanom rzucił kilka słów w ich dziwnym języku. Wywołało to niespodziewany efekt, bo obaj obcokrajowcy z rozpromienionymi nagle twarzami rzucili się na jego szyję, obejmowali go i obcałowywali, a później obu Polakom stawiali wyszukane napoje alkoholowe, dokąd tylko czynny był bar, czyli prawie do samego rana. Gienek Górny uczestniczył w tym pijaństwie na zasadzie mumii, natomiast Józek Małek występował w roli gwiazdy w miarę swobodnie operującej dziwną amerykańską gwarą. O tym jednak, o czym rozmawiał z gośćmi zza Oceanu poinformował swego towarzysza dopiero w drodze powrotnej do domu.

Okazało się otóż, że w chwili, kiedy Józek odezwał się do nich w ich własnym języku, obaj sądzili, że spotkali rodaka, więc stąd wybuch ich radości. Bo zetknąć się ze swojakiem w tak odległym kraju, prawie na końcu świata, to rzecz niezwykła. Obaj Amerykanie pochodzili bowiem z zamkniętej enklawy położonej gdzieś w południowo-zachodniej części Stanów Zjednoczonych. Byli wprawdzie obywatelami amerykańskimi, ale wyróżniającymi się nieco odrębnym językiem, którym posługiwało się – jak twierdzili – nie więcej jak dwieście tysięcy ludzi. O powstaniu, rodowodzie, rozwoju lub atrofii tej grupy społecznej nie miał zielonego pojęcia, bo też o to nie pytał. Upajał się za to swoją sztuką pozyskiwania w błyskawicznym tempie zawiłości nowej, słyszanej po raz pierwszy w życiu mowy i popisywał się nią przed audytorium złożonym z dwóch zaledwie słuchaczy. Oni natomiast nie mogli uwierzyć, że człowiek, który z nimi rozmawia nie wywodzi się z ich klanu.

- Panowie – wygłosił Józek w ich narzeczu zdanie, które w tłumaczeniu na polski brzmiało – ja nie tylko nie jestem waszym rodakiem, ale nie mam także nic wspólnego ze Stanami Zjednoczonymi. Zapewne trudno wam w to będzie uwierzyć, ale ja nigdy nie wyjeżdżałem za granicę, nawet do sąsiedniego kraju, o Ameryce już nawet nie wspominając.

- Żartujesz chyba kolego – powiedział jeden z nich. A drugi dodał:

- Przecież nawet rodowici Amerykanie i to zamieszkali w pobliżu naszych skupisk nie rozumieją naszego języka, więc jak ty mogłeś go pojąć?

- Prawdę mówiąc, sam tego nie wiem. Posłuchałem przez parę minut waszej dyskusji i wkrótce złapałem się na tym, że rozumiem, o czym mówicie. Spróbowałem w myślach ułożyć parę zdań w waszym języku, no i wyszło. Wtedy odezwałem się do was.

- Jeśli to prawda i jeśli nie miałeś dłuższego kontaktu z nikim z naszego regionu, to jesteś geniuszem.

Ów Amerykanin nie był chyba daleki od prawdy, bo w podobny mniej więcej sposób Józek Małek przyswajał sobie również inne języki. Raz nawet, ku swojemu najwyższemu zdumieniu, porozumiał się ze swoim rozmówcą po włosku, choć nigdy, formalnie rzecz biorąc, nie uczył się tego języka. Zmusiła go jednak do tego konieczność wynikająca z nadzwyczajnego zbiegu okoliczności.

W owych latach sześćdziesiątych “Dziennik Zachodni” ukazywał się również w niedzielę, podobnie zresztą jak wiele periodyków w licznych krajach europejskich. Depeszowiec musiał więc pracować w noc poprzedzającą ten wolny od pracy dzień i taki też obowiązek spoczywał na Józku przynajmniej co drugi tydzień. Wysiadywał więc za biurkiem w drukarnianym pokoju, przeglądał grube zwoje papowskich informacji, wybierał nadające się do jego gazety teksty, przycinał je, adiustował, opatrywał tytułami i przekazywał do składania na linotypach. Człowiek ten zapragnął jednak wnieść do tej rzemieślniczej pracy jakąś własną, wyrastającą ponad przeciętność inicjatywę. Stworzył więc, za zgodą kierownictwa redakcji, rubrykę pod nazwą “Sobotnie rozmowy Dziennika”, w której wykorzystywał swoją doskonałą znajomość języków obcych. Do orłów pisarskich wprawdzie nie należał, ale skonstruowanie krótkiego wywiadu żadną wielką sztuką przecież nie było. Toteż podczas swych nocnych dyżurów z soboty na niedzielę wydzwaniał do działu depeszowego któregoś z wielkich dzienników w stolicach krajów europejskich, pytał co mają interesującego w przygotowywanym właśnie numerze ich gazety i na podstawie otrzymanych od swojego rozmówcy informacji pisał kolejną rozmówkę. Z czasem rubryka ta zdobyła sobie wśród czytelników sporą popularność, bo jakkolwiek wywiadzik był pod względem formalnym stosunkowo prosty, to jednak zawierał interesujące wiadomości odbiegające swą treścią od informacyjnej sieczki dostarczanej gazetom przez Polska Agencję Prasową.

Bywało czasami, że miał trudności z uzyskaniem informacji, bowiem redaktorzy niektórych znanych powszechnie tytułów ukazujących się po zachodniej stronie kontynentu nie chcieli udzielać informacji jakiemuś prowincjonalnemu pismu z socjalistycznego kraju. Dlatego też Józek częściej kontaktował się z organami zachodnioeuropejskich partii komunistycznych, socjalistycznych lub w ogóle lewicujących, chociaż i tam napotykał przeszkody, ale raczej typu technicznego lub językowego. Pewnej nocy, po dość długim oczekiwaniu na zamówioną w międzynarodowej centrali telefonicznej rozmowę, uzyskał wreszcie połączenie w włoską „Unitą”. Jak zwykle rozpoczął po niemiecku, ale ledwie zdążył się przedstawić i wypowiedzieć ze dwa zdania, usłyszał:

- No, io non parlo tedesco – przy czym włoski rozmówca wygłosił w swoim języku jakiś dłuższy komentarz do swojego przeczenia.

Niezrażony tą odpowiedzią depeszowiec przeszedł na angielski i wykrztusił tę samą, przygotowaną zresztą z góry formułkę zawierającą informację, że dzwoni z polskiej gazety i że prosi o informację o najciekawszym materiale w ich dzienniku. Wszakże i tym razem jego mowa trafiła w próżnię, bo w odpowiedzi w słuchawce zabrzmiały słowa:

- No, non dico inglese.

Podenerwowany już nieco poliglota, zastanowił się przez moment, następnie palnął się ręką w czoło i powiedział do przysłuchujących się jego konwersacji redaktora technicznego Górnego, szefowej korekty Jennerowej i chyba dwóch innych korektorów:

- Ależ ze mnie głupek, powinienem od razu mówić po francusku, bo to przecież język romański, więc Włosi go pewnie rozumieją.

I nie czekając na reakcje skromnej widowni, wyłożył w języku żabojadów swoją prośbę. Wszakże i tym razem jego rozmówca po drugiej stronie linii nie podjął dyskusji w języku Balzaka. Strzelał jak karabin maszynowy po włosku, ale i w tym potoku słów Józek, który zdążył się już osłuchać owej mowy zdołał rozróżnić następujące zdanie:

- No, non parlo francese, ma c`è qualcuano che conosce il russo – czyli innymi słowy, że jest tu ktoś, kto zna rosyjski.

- Finalmente – wykrzyknął depeszowiec chyba podświadomie po włosku i czekając aż ów człowiek ze znajomością rosyjskiego podejdzie do aparatu, wyraził do słuchających go korektorów nadzieję, że wreszcie uda się zdobyć materiał do wywiadu.

Po drugiej stronie włoski dziennikarz podjął słuchawkę i powiedział:

- Zdrastwujtie.

I zdaje się, że było to jedno z nielicznych słów, jakie znał ten człowiek. Józek kilkakrotnie powtórzył pytanie, starając się mówić wolno i wyraźnie, zanim jego rozmówca połapał o co mu chodzi. Człowiek był chętny i chyba miał coś do powiedzenia, ale dukał jakieś pojedyncze słowa rosyjskie, przeplatane włoskimi, a z tego bełkotu trudno było wyłowić jakiś sens. Józek strasznie się denerwował, na jego czole pojawiły się kropelki potu, lewa ręka trzymająca słuchawkę zdrętwiała mu okropnie, bo od nawiązania połączenia upłynęło już przeszło piętnaście minut. I kto wie jak długo by to jeszcze trwało, gdyby nie to, że pytający machnął nagle prawą ręką trzymającą długopis i zaczął mówić… po włosku. Słuchający go współtowarzysze nocnej pracy odnosili wrażenie, że od tego momentu rozmowa toczy się gładko. Ich kolega zadawał pytania, słuchał odpowiedzi i notował je na gazetowym papierze rozłożonym na biurku. W końcu lekko się ukłonił, chyba do niewidzialnego człowieka i powiedział:

- Tante grazie, mille grazie!

Wtedy dopiero odłożył słuchawkę, po czym ułożył się wygodnie na oparciu krzesła, wyciągnął nogi pod biurkiem, a obie ręce splótł na tylnej części głowy i przez dłuższą chwilę siedział tak w absolutnej ciszy, bo i asystujący mu widzowie wyczuwając niezwykłość chwili pozamykali usta. A gdy wreszcie otrząsnął się z tego dziwnego letargu, skierował wzrok ku widowni i powiedział tylko jedno zdanie:

- No popatrzcie, po włosku też mówię, o czym do tej pory nie wiedziałem.

Informacja o kolejnym wyczynie językowym Józka Małka rozniosła się lotem błyskawicy po Domu Prasy, ale jakiejś sensacji nie wywołała, bo każdy, kogo to w ogóle interesowało wiedział już doskonale, że natura obdarzyła tego łysawego depeszowca nadzwyczajnymi zdolnościami. Ten i ów dziwił się natomiast dlaczego człowiek ten wykonuje tak niewdzięczną nocną pracę za nędzne pieniądze i dlaczego nie stara się o posadę w jakiejś instytucji, w której jego rzeczywiste umiejętności zostałyby w pełni wykorzystane. Niektórzy taką radę mu nawet poddawali, ale on z niej nie korzystał, bo zapewne pozbawiony był odwagi, przebojowości i pewności siebie. Zanosiło się zatem, że w tym dziennikarskim, chociaż w jego przypadku nieciekawym żywocie, dotrwa do emerytury, gdyby nie przypadek, który rzadko, bo rzadko, ale jednak odmienia czasem czyjeś losy. Józkowi Małkowi przydarzył się w zwykłych, banalnych wręcz okolicznościach, ściśle rzecz biorąc w pociągu na trasie Warszawa-Katowice w drodze powrotnej z urlopowego pobytu na Mazurach. W jego sąsiedztwie dwóch względnie młodych jeszcze ludzi dyskutowało o przekładzie na język niemiecki wybitnie technicznego tekstu. Wynikało z tego, że wstępną część pracy potrafią przetłumaczyć, ale niektóre bardziej złożone fragmenty stanowiły dla nich przeszkodę nie do przebycia.

- To jakaś abrakadabra – powiedział jeden z nich, przeczytawszy na głos kilka zdań.

- Niekoniecznie – wtrącił się Józek – Wybaczą panowie, ale trochę znam niemiecki i chyba dałbym sobie radę z tym tekstem.

- Naprawdę! – wykrzyknęli nieznajomi – Podjąłby się pan tłumaczenia tych kilkudziesięciu stron?

- No, nie wiem -odpowiedział – musiałbym najpierw przeczytać większe fragmenty pracy, bo przecież mógłby to być absolutny przypadek, że tych kilka zdań, które tu panowie wypowiedzieli trafiło akurat w moją znajomość technicznego słownictwa niemieckiego.

- Proszę pana – kontynuował rozmowę jeden z nieznajomych – do Katowic mamy jeszcze około dwóch godzin jazdy. Gdyby zechciał pan to przejrzeć i ewentualnie wyrazić wstępną zgodę na tłumaczenie, bylibyśmy panu bardzo wdzięczni. Reprezentujemy poważną instytucję i równie poważnie potraktowalibyśmy ewentualną umowę z panem, gdyby pan podjął się tego zadania.

Józek kiwnął potakująco głową, wziął do ręki spory plik maszynopisu, poprawił się w siedzeniu i wlepił wzrok w polski, choć wybitnie techniczny tekst. Czytał wolno, uważnie, dokładnie, notując od czasu do czasu drobne uwagi na marginesach. Po mniej więcej godzinie takiej lektury zwrócił kartki nieznajomym i powiedział:

- No więc sądzę panowie, że dałbym sobie radę z tym tłumaczeniem. Na marginesach zaznaczyłem po niemiecku znaczenie niektórych zwrotów, co do których nie jestem pewien w stu procentach, no, ale to jest do weryfikacji w czasie rzeczywistego przekładu. Jeżeli więc wasza oferta jest nadal aktualna, to ja ją przyjmuję.

Po tych słowach cała trójka wyszła na korytarz, by uzgodnić termin i miejsce następnego spotkania. Nastąpiło ono w kilka dni później w centrali handlowej Centrozap, bo tę instytucję reprezentowali owi dwaj nieznajomi. Józek przyszedł z gotowym już przetłumaczonym tekstem, co mile zaskoczyło jego kontrahentów, a także szefa ich wydziału. Wszyscy przestudiowali ów przełożony na niemiecki dokument i musieli być z niego bardzo zadowoleni, bo jeszcze tego samego dnia przedłożyli tłumaczowi do podpisania umowę. Ten z kolei ujął w rękę długopis i machinalnie złożył parafę we wskazanym miejscu. Wtedy dopiero uniósł wzrok nieco wyżej w poszukiwaniu sumy, którą mu za tę pracę zaoferowano, a gdy ją dostrzegł to aż zatkało go z wrażenia, bo jej wysokość przekraczała jego miesięczne pobory w redakcji.

W ciągu następnych kilku miesięcy Centrozap jeszcze dwa lub trzy razy korzystał z usług Józefa Małka, a gdy szefowie tej instytucji przekonali się, że równie swobodnie operuje angielskim, francuskim i rosyjskim, zaproponowali mu posadę w ich biurze tłumaczeń. On natomiast, zadowolony i usatysfakcjonowany, a równocześnie pełen obaw i wątpliwości wahał się jeszcze kilka tygodni i dopiero wtedy, kiedy koledzy dostrzegający jego rozdwojenie jaźni zaczęli się stukać znacząco w czoła, zdecydował się ostatecznie. W miesiąc później pożegnał się z “Dziennikiem Zachodnim” i w ogóle z zawodem dziennikarskim. I wcale tego nie żałował, bo wreszcie ziściło się jego marzenie o podróżach po świecie, które niegdyś popchnęło go ku dziennikarstwu. W nowym miejscu pracy nie tylko przekładał w jedną i druga stronę teksty różnojęzyczne, ale tłumaczył także na żywo rozmowy handlowe, narady, konferencje i w tej właśnie roli towarzyszył specjalistom handlu zagranicznego w podróżach do wielu krajów europejskich, a raz czy dwa nawet zamorskich. Wszystko to podniosło znacznie standard życiowy Józka. Nosił się teraz elegancko w modnych zachodnich ubraniach, przyodziewał żonę w wyszukane w światowych żurnalach ciuchy, odwiedzał najlepsze restauracje, a czasem zaglądał i do Okrąglaka, teraz już jednak nie późną nocą, lecz we wcześniejszych godzinach, czyli wtedy, kiedy gromadziła się tam śmietanka towarzyska. Józek był teraz kimś, kto liczył się w miejscowej elicie.

Szczęście nigdy jednak nie trwa wiecznie, a okrutny los uderza czasem niespodziewanie i druzgocąco. I tak właśnie doświadczył Józefa Małka, bo człowiek ten nie doczekawszy nawet sześćdziesiątki doznał zawału serca, pierwszego i ostatniego, po którym pożegnał się z tym światem.

CZESŁAW LUDWICZEK

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/3408

15-08-2012, 11:42

Pokochajcie reporterów!  »

Newsweek.pl
Marcin Meller
15-08-2012

Nad-Czech polski, ulubieniec smakoszy wykwintnego reportażu, Mariusz Szczygieł, tuż przed wydaniem “Zrób sobie raj” uświadomił sobie, że nie zajrzał do teczki jednego ze swoich bohaterów, słynnego fotografa Jana Saudka.

Marcin Meller

Kupił więc w ostatniej chwili bilet na samolot do Pragi, pobiegł do tamtejszego IPN, otworzył teczkę swojego bohatera, a tam dwa zdania: “Nie nadaje się do współpracy, bo jest całkowicie niepoważny. Stara się być facetem z jajami”. Te dwa zdania kosztowały Szczygła 1600 zł. Ale nie wyobrażał sobie ukończenia książki bez zajrzenia do owej teczki. Bo wielcy reporterzy to maniacy.

Co mówią młodym zdolnym, którzy chcieliby podążyć ich śladami? “Najwyraźniej, skoro pragniecie uprawiać ten zawód, nie chcecie zarabiać pieniędzy i macie inne źródło utrzymania, by uprawiać to drogie hobby”.

Magdalena Grochowska, autorka “Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu”, miała napisać książkę w rok. Na tyle umówiła się z wydawnictwem. Okazało się to niewykonalne. Pracowała dwa lata dłużej. Ale gdyby nie te trzy lata pracy, nie powstałaby tak interesująca książka. Tylko że żadnego wydawnictwa nie stać na to, by pozwolić autorowi siedzieć trzy lata nad jedną książką (notabene, nominowaną do Nike i wyróżnioną nagrodą Nike czytelników).

Kiedy Angelika Kuźniak pisała świetną biografię Marleny Dietrich, zarabiała na życie, m.in. sprzedając prasy hydrauliczne. Maciej Wasielewski i Marcin Michalski, by pozwolić sobie na pobyt na Wyspach Owczych i pisanie o nich, pracowali w przetwórni ryb. Ewa Winnicka, autorka “Londyńczyków”, radzi z przekąsem, że najlepiej znaleźć etat, zajść w ciążę i dopiero wtedy pisać książkę.

W gazetach zarzynanych przez szatana internetu reportaż umarł albo dogorywa. Jeszcze się trzyma coraz bardziej rachityczny, prawie pozbawiony reklam “Duży Format” Wyborczej (który niedawno chcieli zamknąć na dobre księgowi Agory), jeszcze reporterskie opowieści drukuje “Polityka”, trafi się czasem coś, choć coraz rzadziej, w “Plusie Minusie” Rzeczpospolitej. A jednocześnie – m.in. jako efekt znikania szlachetnego gatunku z prasy – boom przeżywa rynek książek reporterskich czy, szerzej, literatury faktu, najlepiej widoczny w arcyciekawych seriach wydawnictwa Czarne.

Mamy z czego być dumni. Żeby tylko wymienić parę świetnych publikacji z ostatniego czasu: “Toast za przodków” Wojciecha Góreckiego, “Wypalanie traw” Wojciecha Jagielskiego, “Laska nebeska” Mariusza Szczygła, “Zabójca z miasta moreli” Witolda Szabłowskiego, “Londyńczycy” Ewy Winnickiej, “Dzienniki kołymskie” Jacka Hugo-Badera, “Kapuściński non-fiction” Artura Domosławskiego, “Lalki w ogniu” Pauliny Wilk, “Krasnojarsk zero” Bartosza Jastrzębskiego i Jędrzeja Morawieckiego, “Głubinka. Reportaże z Polski” tego ostatniego, “Miedzianka. Historia znikania” Filipa Springera, “81:1. Opowieści z Wysp Owczych” Marcina Michalskiego i Macieja Wasielewskiego…

A jeszcze Lidia Ostałowska, Paweł Smoleński, Barbara Stanisławczyk, Marek Kęskrawiec, Paweł Reszka i Michał Majewski, Małgorzata Szejnert, Marcin Kołodziejczyk, Piotr Pytlakowski, Cezary Łazarewicz, Włodzimierz Nowak, Wojciech Tochman, Adam Leszczyński, Katarzyna Surmiak-Domańska, Mariusz Zawadzki, a i to lista dalece niepełna.

Trwa nieustająca debata nad stanem – w domyśle nie najlepszym – polskiej prozy. Ale jeśli chodzi o reportaż, panuje raczej powszechna zgoda: potęgą jest i basta. Jednak z niczego się nie weźmie. Dobra książka reporterska to poza pasją, harówą, talentem, czasem także tysiące, a raczej dziesiątki tysięcy zainwestowanych złotych.

I tu mój apel: drodzy włodarze polskich miast! Wesprzyjcie to, czym naprawdę możemy się chlubić w Polsce i za granicą: polski reportaż. Mamy coraz więcej świetnych festiwali, mamy nagrody literackie fundowane przez samorządy, mamy i Nagrodę im. Kapuścińskiego za książki reporterskie, ale zdominowaną przez publikacje zagraniczne.

Stwórzmy prestiżową i szczodrą finansowo nagrodę za polską książkę reporterską roku. I co ważniejsze, połączmy ją z przyznawaniem stypendiów na najciekawsze projekty reporterskie, tak by nagrodzeni mieli np. rok na skończenie pracy, bez kombinowania, skąd wziąć na rachunki za gaz.

Wrocław ma już choćby Nowe Horyzonty i Angelusa, ale chciał przygarnąć i Off Artura Rojka, gdy go wyrzucano z rodzinnych Mysłowic, więc może zainwestuje w przyszłość najlepszego nurtu polskiego słowa pisanego? Off zaprosiły ostatecznie Katowice, może dorzucą kolejną kulturalną cegiełkę do portfolio? Białystok od kilku lat skutecznie pokazuje nową atrakcyjną twarz choćby przez modny festiwal “Pozytywne wibracje”. Lublin stara się coraz silniej kojarzyć z kulturą i ze względu na położenie pokazywać jako miasto skrzyżowania tradycji. A może Poznań przy okazji “Malty”? Gdańsk? W każdym razie byłbym dumny, gdyby moje miasto przyczyniło się do powstania nowego “Gottlandu”, “Planety Kaukaz” czy “Zabójcy z miasta moreli”. To co? Robimy?

Całość: http://opinie.newsweek.pl/pokochajcie-reporterow,94921,1,1.html

14-08-2012, 16:45

120 tys. zł dla Marka Króla za bezprawne zwolnienie z “Wprost”  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
Tomasz Wojtas
14-08-2012

Warszawski sąd apelacyjny przyznał Markowi Królowi 120 000 zł odszkodowania za bezpodstawne rozwiązanie przed dwoma laty umowy o pracę przez AWR Wprost, wydawcę “Wprost”. Firma zapowiada złożenie skargi kasacyjnej na ten wyrok.

Marek Król

Sąd Okręgowy w Warszawie na rozprawie apelacyjnej w lipcu br. zmienił na korzyść Marka Króla ubiegłoroczny wyrok sądu rejonowego. Jednocześnie utrzymał w mocy orzeczenie sądu rejonowego zasądzające drugie odszkodowanie – za nieuzasadnione wypowiedzenie Królowi warunków umowy o pracę przez AWR Wprost, wydawcę tygodnika “Wprost”.

Proces, który Marek Król wytoczył AWR Wprost, dotyczy sytuacji z kwietnia 2010 roku. Król napisał wtedy do “Wprost” felieton “Nie polezie Orzeł w GWna”, w którym skrytykował protest “Gazety Wyborczej” przeciw pochówkowi Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu poparty m.in. przez Andrzeja Wajdę. Platforma Mediowa Point Group, która parę miesięcy wcześniej kupiła AWR Wprost od Króla, oficjalnie przeprosiła za ten tekst i dyscyplinarnie zwolniła Króla z redakcji pisma (przeczytaj o tym więcej), nie płacą mu wynagrodzenia za okres wypowiedzenia.

Przy czym rok temu sąd pierwszej instancji ocenił, że Marek Król swoim felietonem naruszył interesy AWR Wprost. Dlaczego? Ponieważ niepotrzebnie użył wyrazów wulgarnych (w samym tytule i cytacie słów Antoniego Słonimskiego), a pisząc o Adamie i Andrzeju, zasugerował, że chodzi o Adama Michnika i Andrzeja Wajdę, przez co naraził wydawcę “Wprost” na pozwy sądowe z ich strony.

Jednak na rozprawie apelacyjnej sąd podkreślił, że tekst Króla miał formę felietonu, którą z założenia charakteryzuje subiektywne stanowisko autora. Ponadto artykuł przeszedł przez całą procedurę wydawniczą “Wprost”: zaakceptowała go nie tylko ówczesna p.o. redaktora naczelnego Katarzyna Kozłowska, lecz również prezes PMPG Michał Lisiecki.

PMPG nie zgadza się z ostatnim wyrokiem w tej sprawie, dlatego złożyła wniosek o jego uzasadnienie i będzie składała skargę kasacyjną. Firma podkreśla, że zgodnie z opinią Rady Etyki Mediów z kwietnia 2010 roku Marek Król w felietonie “Nie polezie Orzeł w GWna”, naruszył co najmniej trzy z siedmiu zasad etyki dziennikarskiej, co uzasadnia podjęcie decyzji o jego zwolnieniu.

Z tym że Marek Król zaraz po ogłoszeniu wyroku złożył wniosek do komornika o wszczęcie egzekucji, dlatego PMPG przelała 120 tys. zł na rachunek komornika. Jednak jeżeli Sąd Najwyższy unieważni ten wyrok, środki te zostaną firmie zwrócone.

Z obecnego orzeczenia zadowolony jest natomiast Marek Król. - Niezależnie od osobistej satysfakcji cieszę się z wyroku sądu w imieniu całej społeczności dziennikarzy, a w szczególności felietonistów. Można się nie zgadzać z moimi poglądami dotyczącymi kwestii pochówku pary prezydenckiej, ale karać mnie za nie – to już przesada - komentuje dla Wirtualnemedia.pl Król. - Nie mam też żalu do pana Michała Lisieckiego, bo zdaję sobie sprawę, że dla tak niedoświadczonej osoby w prowadzeniu takiego tytułu jak “Wprost”, pragnącej ciepłego przyjęcia na “salonach Warszawy”, pierwsze miesiące musiały być przytłaczające, a jeden telefon Adama Michnika mógł spowodować serię nerwowych i nieprzemyślanych ruchów w stosunku do mnie – zastrzega.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/120-tys-zl-dla-marka-krola-za-bezprawne-zwolnienie-z- wprost

14-08-2012, 12:41

Kazimierz Kutz: Szaleństwa dupersteinów *  »

Gazeta Wyborcza Katowice
Kazimierz Kutz
14-08-2012

W świątecznej “Wyborczej” teraz, ale i w ogóle od pewnego czasu, kiedy nasza krajanka (czyżby jedna z gildii śląskiego spisku?) wzięła się za organ w Warszawie, to on korzystnie ożył i zaczyna przypominać dawne tygodniki literacko-społeczne. Jest teraz w sobotnim wydaniu wiele do czytania i do refleksji. W przeciwieństwie do “Rzepy” i “Uważam Rze” (tego śmierdziucha jeszcze nie wziąłem do ręki), które zajmują się coraz obszerniejszymi donosami politycznymi z polewą faszystowską nie tylko od zewnątrz. A niejaki Piotr Semka (człowiek o aparycji smoka w ostatnim miesiącu ciąży) zajmuje się często bieżącymi sprawami Górnego Śląska z pozycji obrotowego ideologa PiS-u i popisuje się swoją ignorancją na prawach kompetencji.

Kazimierz Kutz

Mówienie głupot o sprawach Górnego Śląska ma w Polsce swój intelektualny patent, jest starą odleżyną na umyśle każdego Polaka i wywodzi się z przedwojennego reżimu politycznego Michała Grażyńskiego, który miał za zadanie zaasfaltowanie kultury śląskiej. Teraz, kiedy asfalt pęka i wybucha przytłumiona zieleń, upartyjniona w nacjonalizmie PiS-u antyśląska propaganda dorobiła się w Katowicach swojej agentury, czyli dziennikarki z DZ Teresy Semik. Z tych kręgów otrzymała ostatnio nagrodę dziennikarską za wywiad z dr. Józefem Musiołem, gdzie on powiada, że “elity władzy w sprawie Śląska zatraciły instynkt państwowości, przekładając barwy śląskie ponad narodowe, w imię szowinizmu, który zaczyna przybierać charakter antypolskiej konfrontacji”.

Józef Musioł, pełny Ślązak spod Rybnika (!), wiceminister sprawiedliwości w czasach PRL-u z ramienia SD, staje się dziś podpałką dla bałamutnych bredni pana Semki i “śląskim autorytetem” dla wywodów pani S. Z tej beczki kiszonych ogórków bierze się też pan Piotr Spyra, zaklęty osobnik w polityce, bez której nie może żyć, z biografią polityczną nawet lepszą od europosła Czarneckiego (Spyra zaczął od ZChN-u, współzałożyciel Ruchu Obywatelskiego “Polski Śląsk”, radny sejmiku z listy PiS-u, potem przeszedł do Prawicy Rzeczypospolitej, a startował – bezskutecznie – do parlamentu z pierwszego miejsca list LPR-u, inicjator Przymierza Regionalnego, w 2009 zgłosił akces do PO, dostał się do sejmiku i w 2011 roku został powołany na wicewojewodę śląskiego).

Wspomnianych obywateli zaliczyć można do tzw. Ślązaków Państwowców, do których z dawniejszego rozdania należeli Osmańczyk, Szewczyk, Musioł, Simonides, Siekierski i wielu innych, którzy jako “państwowcy” PRL-u całkiem dobrze sobie żyli. Józef Musioł prawdopodobnie przemawia w nagrodzonym wywiadzie z pozycji tak pojętego “instynktu państwowości”, który jest zwyczajnym serwilizmem. Za jego sformułowanie: “Śląski szowinizm przybiera charakter antypolskiej konfrontacji” powinno się ustanowić specjalną nagrodę, rodzaj “śląskiego Nobla” za całkowitą utratę tożsamości regionalnej. Można by ją przyznawać raz w roku, np. z okazji rocznicy III powstania śląskiego, i ładnie nazwać (np. Kapeć Górnośląski, Żymła Sezonu).

Józefowi Musiołowi w sukurs idzie Piotr Spyra, rasowy kontynuator swoich “socjalistycznych” poprzedników, i przyprawia na Śląsku gębę Platformie Obywatelskiej, choć trzeszczy w nim wzorcowy “pisior”.

Co też serwilizm może uczynić z ludźmi! Dla wszystkich serwilistów ideologiczny patriotyzm, czyli prowincjonalny nacjonalizm, był zawsze kotwicą, której się trzymali, bo jest jak podeszwa w bucie – nie ma bez niej trzewika. A żyć trzeba, i to nie najgorzej, i poszemrać od czasu do czasu w mediach.

Pani Semik to rozdział całkiem oddzielny, ona jest w Katowicach kapliczką Zagłębia i należy ją podlewać jak rzadką roślinkę, bo jest potrzebna jak dziewczynka do podawania piłek na korcie tenisowym. Z kim lider RAŚ Jerzy Gorzelik i alternatywny szopieniczanin Michał Smolorz będą mogli wieść dyskurs o śląskich zakalcach, choćby o spisku wykrytym ostatnio w założeniach programowych budującego się muzeum? Podobno pominięto w nim walkę o polskość, nim jeszcze Śląsk przestał być częścią Korony. Wygląda na to, że agentura Kaczyńskiego i Macierewicza domagać się będzie replikowania treści i formy z Muzeum Powstania Warszawskiego. Konieczna będzie implantacja mitu niepodległościowego. Bez niego nie ma patriotyzmu, bo kto nie ma go w sobie albo nie uznaje go, staje się nihilistą.

Nihilizm jest zatrutym gównem historii, dlatego jego zwolenników należy izolować od społeczeństwa. Te pół miliona etnicznych Ślązaków, którym mit niepodległościowy jest z natury obcy, znów jest na cynglu polskiej większości. Znów zajdzie potrzeba odgrzania “przewodniej roli Zagłębia Dąbrowskiego” albo coś takiego. Znów zachodzi potrzeba jakiegoś spychacza historii.

Tymczasem posłowie PO kotłują się już drugi rok w swoim partyjnym klubie z przepchnięciem noweli o języku regionalnym. Idzie im jak po grudzie i raczej zwycięża orientacja bliższa Spyrze niż posłowi Plurze, bo ożywienie obywatelskie na Górnym Śląsku sprawiło, że wszystko, co jego spraw dotyczy, nabiera charakteru politycznego. Te pół miliona obywateli, którzy (wedle spisu ludności) mają się w Polsce przede wszystkim za Ślązaków, powinno wedle patriotycznego radykalizmu Józefa Musioła posługiwać się w domach językiem migowym. Chyba o to też idzie pani wicemarszałek ze Śląska. Za poparciem ustawy o uznaniu gwary śląskiej za język regionalny jest j e d y n i e Ruch Palikota! Klub Janusza Palikota jednogłośnie popiera tę inicjatywę. Jak długo klub Platformy Obywatelskiej nie pójdzie w jego ślady, ta mizerota stanie się trwałym przejawem polityki PO wobec etnicznych problemów Górnego Śląska.

Pora przeciwstawiać się antyśląskim głąbom. Na początek nie witać się z nimi “dzień dobry” i nie odpowiadać na “auf wiedersehen”.

*”duperstein” – przedwojenne gwarowe przezwisko, którego nie mam zamiaru wyjaśniać.

Całość: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35019,12309763,Kazimierz_Kutz__Szalenstwa_dupersteinow__.html#ixzz23gxM5pMk

13-08-2012, 20:18

Agora zamierza zwolnić do 250 pracowników do stycznia 2013  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
pr
13-08-2012

AGORA

Grupa medialna Agora rozpoczęła konsultacje w związku z planowanymi zwolnieniami grupowymi, poinformowała spółka w komunikacie. Agora zamierza zwolnić do 250 pracowników do 31 stycznia.

“Zwolnienia grupowe wynikają z konieczności obniżenia poziomu kosztów spółki w związku z trudną sytuacją na rynku reklamowym oraz szybkimi zmianami, jakie zachodzą na rynku mediów. Spółka osiąga gorsze wyniki finansowe niż w latach ubiegłych pomimo tego, że jej media zajmują relatywnie dobrą pozycję rynkową. W tej sytuacji – w opinii zarządu -  zmniejszenie zatrudnienia oraz wprowadzenie ostrzejszych mechanizmów kontroli kosztów we wszystkich obszarach jest konieczne, aby zapewnić spółce możliwości rozwoju, stabilność i bezpieczeństwo finansowe, zarówno w okresie osłabienia rynku reklamowego, jak i w dłuższej perspektywie” - czytamy w komunikacie przesłanym do portalu Wirtualnemedia.pl.

Agora deklaruje, że zaoferuje pracownikom “szereg działań osłonowych i wspierających”. Spółka zapowiada, że właśnie zaczyna konsultacje w tej sprawie z działającymi przy niej radą pracowników i związkiem zawodowym. Przypomnijmy, że związek zawodowy działa  w Agorze od grudnia ub.r., a w maju ironicznie skrytykował podwyżkę wynagrodzeń dla członków zarządu spółki. Natomiast w czerwcu protestował przeciwko wypłaceniu przez Agorę całego zysku z ub.r. jako dywidendy dla akcjonariuszy (co ostatecznie nastąpiło), określając to jako “nieroztropne przejadanie zysku i kapitału.

Narastająco w I poł. 2012 roku spółka miała 0,16 mln zł skonsolidowanej straty netto wobec 27,84 mln zł zysku rok wcześniej, przy przychodach odpowiednio 564,41 mln zł wobec 615,11 mln zł. W zeszłym tygodniu spółka obniżyła swoje prognozy dla rynku reklamy.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/agora-zamierza-zwolnic-do-250-pracownikow-do-stycznia-2013