Okrąglak to jedna z sal katowickiego hotelu Monopol usytuowana między kawiarnią, a restauracją. W dzień świeciła pustkami, za to w nocy odwiedzało ją mnóstwo ludzi. Tłoczyli się wokół długiego, zaokrąglonego baru, od którego zresztą wzięła swą nazwę. Popijali nie tylko czystą wódę, ale i wyszukane, zagraniczne trunki, jeśli tylko było ich na nie stać. W tamtych odległych latach sześćdziesiątych Okrąglak był wyspą na morzu przeciętności, ubóstwa, szarzyzny. Dostrzegało się w nim wytwornie ubranych panów, elegancko wystrojone panie, gości krajowych i zagranicznych w tym i grupę stałych miejscowych bywalców. Wszyscy świetnie się tam bawili, załatwiając przy okazji różne interesy, najczęściej cinkciarskie, bo tam najłatwiej można było spotkać handlujących walutą osobników i obcokrajowców chętnie upłynniających dolary po wyższym kursie niż w bankowych kantorach.
Józek Małek bardzo lubił Okrąglaka i wpadał w jego objęcia od czasu do czasu, najczęściej grubo po północy, czyli wtedy, kiedy towarzystwo było już rozochocone i chętne do rozmowy. Bo jakkolwiek, człowiek ten lubił wódkę i wcale od niej nie stronił, to jednak do monopolowego baru przychodził również i po to, aby porozmawiać z obcokrajowcami po niemiecku, angielsku, francusku, rosyjsku, bo w każdym z tych języków mówił płynnie i swobodnie. Owa znajomość niemieckiego była o tyle wytłumaczalna, że Józek urodzony sześć lat przed wojną w jednym z dużych miast śląskich, podczas okupacji chodził do szkoły z tym właśnie językiem nauczania. Natomiast pozostałe przyswoił sobie już sam, korzystając z książek i samouczków oraz wsłuchując się w audycje radiowe emitowane w tych językach. Był to zatem geniusz lingwistyczny, posiadający umysł nie tylko wyjątkowo chłonny, ale i wybitnie odtwórczy. Wystarczyłoby raz tylko usłyszał w obcym języku nawet bardzo skomplikowane zdanie, a już pozostawało w jego zwojach mózgowych na zawsze i jeśli było trzeba pojawiało się w jego konwersacji w całości lub w przydatnej akurat części. Innymi słowy Józek Małek był fenomenem, ale tylko w tej wąskiej, językowej specjalności. W innych działach intelektualnej sprawności już tak dobrze mu się nie wiodło.
Uzbrojony w ową językową sztukę Józek podjął próbę uzyskania statusu dziennikarskiego w katowickim “Dzienniku Zachodnim”, bo w takiej roli mógłby przecież wykorzystać z pożytkiem swoje niezwykłe umiejętności, podróżując po świecie. Etat otrzymał, ale możliwości zagranicznych podróży żadnych, bo w takiej prowincjonalnej gazecie teksty o wydarzeniach w obcych krajach pozyskiwało się jedynie z warszawskich agencji prasowych. Pozostawało mu więc pisanie o regionalnych wydarzeniach politycznych, społecznych, gospodarczych i wszystkich innych nanoszonych przez życie. Wkrótce jednak okazało się niestety, że pisanie przychodzi mu z trudem. Komuś, kto znał go bliżej trudno było zrozumieć, dlaczego człowiek ten potrafi się bezbłędnie posługiwać językami obcymi, a równocześnie nie umie skonstruować poprawnego artykułu np. o przedterminowym wykonaniu planu przez kopalnię lub hutę. Widocznie czynności te wymagały różnych predyspozycji umysłowych.
Mimo owej niedoskonałości pisarskiej, Józef Małek pozostał w redakcji, tyle że wykonywał w niej prace redakcyjne i techniczne. Wyspecjalizował się głównie w funkcji depeszowca, czyli dziennikarza, który udawał się nocą do drukarni na ulicy w owych czasach Liebknechta, a faktycznie Opolskiej i przy pomocy materiałów PAP-owskich oraz tych nadesłanych przez jego redakcję przygotowywał pierwszą i drugą strony gazety. Była to praca żmudna, trudna i niewdzięczna, bo zaczynała się wczesnym wieczorem, a kończyła około pierwszej lub drugiej w nocy. I o tej porze właśnie udawał się do Okrąglaka, ale tylko wtedy, kiedy miał jakieś pieniądze na zbyciu, albo, kiedy udało mu się namówić na wyprawę do tego baru któregoś ze współpracowników bardziej zasobnego w gotówkę.
Pewnej nocy wybrał się tam z pełniącym w tej samej gazecie funkcję redaktora technicznego Eugeniuszem Górnym. Monopolowy bar był jak zwykle pełen gości, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało im się zdobyć miejsca na wysokich stołkach tuż przy blacie. Na początek wypili po pięćdziesiątce, zamówili podobną porcję i wtedy dopiero rozejrzeli się wokół siebie. Józek dostrzegł kilku stałych bywalców, z niektórymi zamienił nawet kilka słów, ale najbardziej zainteresowali go dwaj obcokrajowcy usadowieni tuż po jego lewej stronie. Mówili jakimś dziwnym językiem przypominającym wprawdzie angielski, ale nie ze stuprocentową pewnością. Depeszowiec pochylił się nad nimi i z ogromną uwagą zaczął wsłuchiwać się w ich mowę. A kiedy jego towarzysz usiłował go zagadnąć, Józek nieco zniecierpliwiony rzucił:
- Daj spokój, oni mówią jakąś angielską gwarą lub językiem zbliżonym do angielskiego, muszę posłuchać, aby to zrozumieć.
Pochylony nad barem, obracał w palcach pusty kieliszek po pięćdziesiątce i słuchał z uwagą, a im lepiej łapał sens mowy sąsiadów, tym wolniej kręcił tym szklanym naczyńkiem. W końcu, po kilkunastu minutach znieruchomiało całkowicie. Wtedy odwrócił się w stronę Gienka i powiedział z zadumą:
- Chyba wiem już, na czym polega ich mowa i myślę, że potrafiłbym się z nimi porozumieć w tym dialekcie.
- No to spróbuj – powiedział Gienek i z zaciekawieniem obserwował poczynania kolegi. A ten odwracając się ku Amerykanom rzucił kilka słów w ich dziwnym języku. Wywołało to niespodziewany efekt, bo obaj obcokrajowcy z rozpromienionymi nagle twarzami rzucili się na jego szyję, obejmowali go i obcałowywali, a później obu Polakom stawiali wyszukane napoje alkoholowe, dokąd tylko czynny był bar, czyli prawie do samego rana. Gienek Górny uczestniczył w tym pijaństwie na zasadzie mumii, natomiast Józek Małek występował w roli gwiazdy w miarę swobodnie operującej dziwną amerykańską gwarą. O tym jednak, o czym rozmawiał z gośćmi zza Oceanu poinformował swego towarzysza dopiero w drodze powrotnej do domu.
Okazało się otóż, że w chwili, kiedy Józek odezwał się do nich w ich własnym języku, obaj sądzili, że spotkali rodaka, więc stąd wybuch ich radości. Bo zetknąć się ze swojakiem w tak odległym kraju, prawie na końcu świata, to rzecz niezwykła. Obaj Amerykanie pochodzili bowiem z zamkniętej enklawy położonej gdzieś w południowo-zachodniej części Stanów Zjednoczonych. Byli wprawdzie obywatelami amerykańskimi, ale wyróżniającymi się nieco odrębnym językiem, którym posługiwało się – jak twierdzili – nie więcej jak dwieście tysięcy ludzi. O powstaniu, rodowodzie, rozwoju lub atrofii tej grupy społecznej nie miał zielonego pojęcia, bo też o to nie pytał. Upajał się za to swoją sztuką pozyskiwania w błyskawicznym tempie zawiłości nowej, słyszanej po raz pierwszy w życiu mowy i popisywał się nią przed audytorium złożonym z dwóch zaledwie słuchaczy. Oni natomiast nie mogli uwierzyć, że człowiek, który z nimi rozmawia nie wywodzi się z ich klanu.
- Panowie – wygłosił Józek w ich narzeczu zdanie, które w tłumaczeniu na polski brzmiało – ja nie tylko nie jestem waszym rodakiem, ale nie mam także nic wspólnego ze Stanami Zjednoczonymi. Zapewne trudno wam w to będzie uwierzyć, ale ja nigdy nie wyjeżdżałem za granicę, nawet do sąsiedniego kraju, o Ameryce już nawet nie wspominając.
- Żartujesz chyba kolego – powiedział jeden z nich. A drugi dodał:
- Przecież nawet rodowici Amerykanie i to zamieszkali w pobliżu naszych skupisk nie rozumieją naszego języka, więc jak ty mogłeś go pojąć?
- Prawdę mówiąc, sam tego nie wiem. Posłuchałem przez parę minut waszej dyskusji i wkrótce złapałem się na tym, że rozumiem, o czym mówicie. Spróbowałem w myślach ułożyć parę zdań w waszym języku, no i wyszło. Wtedy odezwałem się do was.
- Jeśli to prawda i jeśli nie miałeś dłuższego kontaktu z nikim z naszego regionu, to jesteś geniuszem.
Ów Amerykanin nie był chyba daleki od prawdy, bo w podobny mniej więcej sposób Józek Małek przyswajał sobie również inne języki. Raz nawet, ku swojemu najwyższemu zdumieniu, porozumiał się ze swoim rozmówcą po włosku, choć nigdy, formalnie rzecz biorąc, nie uczył się tego języka. Zmusiła go jednak do tego konieczność wynikająca z nadzwyczajnego zbiegu okoliczności.
W owych latach sześćdziesiątych “Dziennik Zachodni” ukazywał się również w niedzielę, podobnie zresztą jak wiele periodyków w licznych krajach europejskich. Depeszowiec musiał więc pracować w noc poprzedzającą ten wolny od pracy dzień i taki też obowiązek spoczywał na Józku przynajmniej co drugi tydzień. Wysiadywał więc za biurkiem w drukarnianym pokoju, przeglądał grube zwoje papowskich informacji, wybierał nadające się do jego gazety teksty, przycinał je, adiustował, opatrywał tytułami i przekazywał do składania na linotypach. Człowiek ten zapragnął jednak wnieść do tej rzemieślniczej pracy jakąś własną, wyrastającą ponad przeciętność inicjatywę. Stworzył więc, za zgodą kierownictwa redakcji, rubrykę pod nazwą “Sobotnie rozmowy Dziennika”, w której wykorzystywał swoją doskonałą znajomość języków obcych. Do orłów pisarskich wprawdzie nie należał, ale skonstruowanie krótkiego wywiadu żadną wielką sztuką przecież nie było. Toteż podczas swych nocnych dyżurów z soboty na niedzielę wydzwaniał do działu depeszowego któregoś z wielkich dzienników w stolicach krajów europejskich, pytał co mają interesującego w przygotowywanym właśnie numerze ich gazety i na podstawie otrzymanych od swojego rozmówcy informacji pisał kolejną rozmówkę. Z czasem rubryka ta zdobyła sobie wśród czytelników sporą popularność, bo jakkolwiek wywiadzik był pod względem formalnym stosunkowo prosty, to jednak zawierał interesujące wiadomości odbiegające swą treścią od informacyjnej sieczki dostarczanej gazetom przez Polska Agencję Prasową.
Bywało czasami, że miał trudności z uzyskaniem informacji, bowiem redaktorzy niektórych znanych powszechnie tytułów ukazujących się po zachodniej stronie kontynentu nie chcieli udzielać informacji jakiemuś prowincjonalnemu pismu z socjalistycznego kraju. Dlatego też Józek częściej kontaktował się z organami zachodnioeuropejskich partii komunistycznych, socjalistycznych lub w ogóle lewicujących, chociaż i tam napotykał przeszkody, ale raczej typu technicznego lub językowego. Pewnej nocy, po dość długim oczekiwaniu na zamówioną w międzynarodowej centrali telefonicznej rozmowę, uzyskał wreszcie połączenie w włoską „Unitą”. Jak zwykle rozpoczął po niemiecku, ale ledwie zdążył się przedstawić i wypowiedzieć ze dwa zdania, usłyszał:
- No, io non parlo tedesco – przy czym włoski rozmówca wygłosił w swoim języku jakiś dłuższy komentarz do swojego przeczenia.
Niezrażony tą odpowiedzią depeszowiec przeszedł na angielski i wykrztusił tę samą, przygotowaną zresztą z góry formułkę zawierającą informację, że dzwoni z polskiej gazety i że prosi o informację o najciekawszym materiale w ich dzienniku. Wszakże i tym razem jego mowa trafiła w próżnię, bo w odpowiedzi w słuchawce zabrzmiały słowa:
- No, non dico inglese.
Podenerwowany już nieco poliglota, zastanowił się przez moment, następnie palnął się ręką w czoło i powiedział do przysłuchujących się jego konwersacji redaktora technicznego Górnego, szefowej korekty Jennerowej i chyba dwóch innych korektorów:
- Ależ ze mnie głupek, powinienem od razu mówić po francusku, bo to przecież język romański, więc Włosi go pewnie rozumieją.
I nie czekając na reakcje skromnej widowni, wyłożył w języku żabojadów swoją prośbę. Wszakże i tym razem jego rozmówca po drugiej stronie linii nie podjął dyskusji w języku Balzaka. Strzelał jak karabin maszynowy po włosku, ale i w tym potoku słów Józek, który zdążył się już osłuchać owej mowy zdołał rozróżnić następujące zdanie:
- No, non parlo francese, ma c`è qualcuano che conosce il russo – czyli innymi słowy, że jest tu ktoś, kto zna rosyjski.
- Finalmente – wykrzyknął depeszowiec chyba podświadomie po włosku i czekając aż ów człowiek ze znajomością rosyjskiego podejdzie do aparatu, wyraził do słuchających go korektorów nadzieję, że wreszcie uda się zdobyć materiał do wywiadu.
Po drugiej stronie włoski dziennikarz podjął słuchawkę i powiedział:
- Zdrastwujtie.
I zdaje się, że było to jedno z nielicznych słów, jakie znał ten człowiek. Józek kilkakrotnie powtórzył pytanie, starając się mówić wolno i wyraźnie, zanim jego rozmówca połapał o co mu chodzi. Człowiek był chętny i chyba miał coś do powiedzenia, ale dukał jakieś pojedyncze słowa rosyjskie, przeplatane włoskimi, a z tego bełkotu trudno było wyłowić jakiś sens. Józek strasznie się denerwował, na jego czole pojawiły się kropelki potu, lewa ręka trzymająca słuchawkę zdrętwiała mu okropnie, bo od nawiązania połączenia upłynęło już przeszło piętnaście minut. I kto wie jak długo by to jeszcze trwało, gdyby nie to, że pytający machnął nagle prawą ręką trzymającą długopis i zaczął mówić… po włosku. Słuchający go współtowarzysze nocnej pracy odnosili wrażenie, że od tego momentu rozmowa toczy się gładko. Ich kolega zadawał pytania, słuchał odpowiedzi i notował je na gazetowym papierze rozłożonym na biurku. W końcu lekko się ukłonił, chyba do niewidzialnego człowieka i powiedział:
- Tante grazie, mille grazie!
Wtedy dopiero odłożył słuchawkę, po czym ułożył się wygodnie na oparciu krzesła, wyciągnął nogi pod biurkiem, a obie ręce splótł na tylnej części głowy i przez dłuższą chwilę siedział tak w absolutnej ciszy, bo i asystujący mu widzowie wyczuwając niezwykłość chwili pozamykali usta. A gdy wreszcie otrząsnął się z tego dziwnego letargu, skierował wzrok ku widowni i powiedział tylko jedno zdanie:
- No popatrzcie, po włosku też mówię, o czym do tej pory nie wiedziałem.
Informacja o kolejnym wyczynie językowym Józka Małka rozniosła się lotem błyskawicy po Domu Prasy, ale jakiejś sensacji nie wywołała, bo każdy, kogo to w ogóle interesowało wiedział już doskonale, że natura obdarzyła tego łysawego depeszowca nadzwyczajnymi zdolnościami. Ten i ów dziwił się natomiast dlaczego człowiek ten wykonuje tak niewdzięczną nocną pracę za nędzne pieniądze i dlaczego nie stara się o posadę w jakiejś instytucji, w której jego rzeczywiste umiejętności zostałyby w pełni wykorzystane. Niektórzy taką radę mu nawet poddawali, ale on z niej nie korzystał, bo zapewne pozbawiony był odwagi, przebojowości i pewności siebie. Zanosiło się zatem, że w tym dziennikarskim, chociaż w jego przypadku nieciekawym żywocie, dotrwa do emerytury, gdyby nie przypadek, który rzadko, bo rzadko, ale jednak odmienia czasem czyjeś losy. Józkowi Małkowi przydarzył się w zwykłych, banalnych wręcz okolicznościach, ściśle rzecz biorąc w pociągu na trasie Warszawa-Katowice w drodze powrotnej z urlopowego pobytu na Mazurach. W jego sąsiedztwie dwóch względnie młodych jeszcze ludzi dyskutowało o przekładzie na język niemiecki wybitnie technicznego tekstu. Wynikało z tego, że wstępną część pracy potrafią przetłumaczyć, ale niektóre bardziej złożone fragmenty stanowiły dla nich przeszkodę nie do przebycia.
- To jakaś abrakadabra – powiedział jeden z nich, przeczytawszy na głos kilka zdań.
- Niekoniecznie – wtrącił się Józek – Wybaczą panowie, ale trochę znam niemiecki i chyba dałbym sobie radę z tym tekstem.
- Naprawdę! – wykrzyknęli nieznajomi – Podjąłby się pan tłumaczenia tych kilkudziesięciu stron?
- No, nie wiem -odpowiedział – musiałbym najpierw przeczytać większe fragmenty pracy, bo przecież mógłby to być absolutny przypadek, że tych kilka zdań, które tu panowie wypowiedzieli trafiło akurat w moją znajomość technicznego słownictwa niemieckiego.
- Proszę pana – kontynuował rozmowę jeden z nieznajomych – do Katowic mamy jeszcze około dwóch godzin jazdy. Gdyby zechciał pan to przejrzeć i ewentualnie wyrazić wstępną zgodę na tłumaczenie, bylibyśmy panu bardzo wdzięczni. Reprezentujemy poważną instytucję i równie poważnie potraktowalibyśmy ewentualną umowę z panem, gdyby pan podjął się tego zadania.
Józek kiwnął potakująco głową, wziął do ręki spory plik maszynopisu, poprawił się w siedzeniu i wlepił wzrok w polski, choć wybitnie techniczny tekst. Czytał wolno, uważnie, dokładnie, notując od czasu do czasu drobne uwagi na marginesach. Po mniej więcej godzinie takiej lektury zwrócił kartki nieznajomym i powiedział:
- No więc sądzę panowie, że dałbym sobie radę z tym tłumaczeniem. Na marginesach zaznaczyłem po niemiecku znaczenie niektórych zwrotów, co do których nie jestem pewien w stu procentach, no, ale to jest do weryfikacji w czasie rzeczywistego przekładu. Jeżeli więc wasza oferta jest nadal aktualna, to ja ją przyjmuję.
Po tych słowach cała trójka wyszła na korytarz, by uzgodnić termin i miejsce następnego spotkania. Nastąpiło ono w kilka dni później w centrali handlowej Centrozap, bo tę instytucję reprezentowali owi dwaj nieznajomi. Józek przyszedł z gotowym już przetłumaczonym tekstem, co mile zaskoczyło jego kontrahentów, a także szefa ich wydziału. Wszyscy przestudiowali ów przełożony na niemiecki dokument i musieli być z niego bardzo zadowoleni, bo jeszcze tego samego dnia przedłożyli tłumaczowi do podpisania umowę. Ten z kolei ujął w rękę długopis i machinalnie złożył parafę we wskazanym miejscu. Wtedy dopiero uniósł wzrok nieco wyżej w poszukiwaniu sumy, którą mu za tę pracę zaoferowano, a gdy ją dostrzegł to aż zatkało go z wrażenia, bo jej wysokość przekraczała jego miesięczne pobory w redakcji.
W ciągu następnych kilku miesięcy Centrozap jeszcze dwa lub trzy razy korzystał z usług Józefa Małka, a gdy szefowie tej instytucji przekonali się, że równie swobodnie operuje angielskim, francuskim i rosyjskim, zaproponowali mu posadę w ich biurze tłumaczeń. On natomiast, zadowolony i usatysfakcjonowany, a równocześnie pełen obaw i wątpliwości wahał się jeszcze kilka tygodni i dopiero wtedy, kiedy koledzy dostrzegający jego rozdwojenie jaźni zaczęli się stukać znacząco w czoła, zdecydował się ostatecznie. W miesiąc później pożegnał się z “Dziennikiem Zachodnim” i w ogóle z zawodem dziennikarskim. I wcale tego nie żałował, bo wreszcie ziściło się jego marzenie o podróżach po świecie, które niegdyś popchnęło go ku dziennikarstwu. W nowym miejscu pracy nie tylko przekładał w jedną i druga stronę teksty różnojęzyczne, ale tłumaczył także na żywo rozmowy handlowe, narady, konferencje i w tej właśnie roli towarzyszył specjalistom handlu zagranicznego w podróżach do wielu krajów europejskich, a raz czy dwa nawet zamorskich. Wszystko to podniosło znacznie standard życiowy Józka. Nosił się teraz elegancko w modnych zachodnich ubraniach, przyodziewał żonę w wyszukane w światowych żurnalach ciuchy, odwiedzał najlepsze restauracje, a czasem zaglądał i do Okrąglaka, teraz już jednak nie późną nocą, lecz we wcześniejszych godzinach, czyli wtedy, kiedy gromadziła się tam śmietanka towarzyska. Józek był teraz kimś, kto liczył się w miejscowej elicie.
Szczęście nigdy jednak nie trwa wiecznie, a okrutny los uderza czasem niespodziewanie i druzgocąco. I tak właśnie doświadczył Józefa Małka, bo człowiek ten nie doczekawszy nawet sześćdziesiątki doznał zawału serca, pierwszego i ostatniego, po którym pożegnał się z tym światem.
CZESŁAW LUDWICZEK