Zespół Pieśni i Tańca “Śląsk” to niewątpliwie arcydzieło muzyczno-wokalno-taneczne stworzone przez niezapomnianego kompozytora i pisarza Stanisława Hadynę. W ciągu pierwszych dwóch dekad swojego istnienia, a może i dłużej inspirował nieustannie tabuny dziennikarzy swoją sztuką, artystycznymi dokonaniami, licznymi występami i dalekimi podróżami. Wszystko to znajdowało odbicie na łamach katowickich i regionalnych gazet, w radio i telewizji. Osobiście nigdy nie napisałem najmniejszej nawet notatki o tym zespole, bo po prostu nie miałem żadnego przygotowania muzycznego i w ogóle nigdy nie trafiłem w żadnej gazecie, a zaliczyłem ich kilka, do działu kulturalnego. Nie miałem wprawdzie drewnianego ucha, więc zdarzało się, że uczestniczyłem w koncercie zespołu w Hali Parkowej i podziwiałem “Ondraszka”, albo inną “Karolinkę”, ale jako zwykły słuchacz. Mimo tej mojej dziennikarskiej abnegacji w stosunku do “Śląska” zawarłem z nim bliższą, chociaż krótkotrwałą, bo tylko trzydniową znajomość, której finał nastąpił w Zakopanem, a bohaterem owego zakończenia stał się nasz polski, góralski ser, czyli oscypek.

Stanisław Hadyna
Początek tej przygody nastąpił w styczniu 1973 roku. “Śląsk” przygotowywał się wówczas do kolejnych zagranicznych występów, tym razem we Francji. Atmosfera w zespole nie była jednak najlepsza, bowiem po raz pierwszy wybierał się w daleką podróż bez Stanisława Hadyny. Ten wybitny twórca pozbawiony już w 1968 roku funkcji dyrektora naczelnego kończył właśnie sprawowaną później, przynajmniej formalnie, pracę kierownika artystycznego i usuwał się cień. Całością przygotowań do tournée kierował przy pomocy bardziej doświadczonych artystów ówczesny dyrektor z partyjnego nadania, niejaki Maciejewski, poprzednio rzeczywisty pracownik aparatu partyjnego. Trzeba jednak przyznać, że zabrał się do tego sensownie i nie wiadomo czy z własnej inicjatywy, czy też z czyjejś podpowiedzi rozwinął zakrojoną na szeroką skalę popularyzację zespołu w nadsekwańskim kraju, nie żałując na ten cel pieniędzy. Jednym z ważnych elementów tego przedsięwzięcia było zaproszenie do Polski kilkunastu francuskich dziennikarzy reprezentujących wszystkie najważniejsze tytuły paryskiej prasy. Program ich pobytu przewidywał wizytę w Koszęcinie i udział w koncercie “Śląska”, co oczywiste, ale także wycieczkę do Krakowa i Zakopanego.
Ktoś wpadł zatem na pomysł, aby niezależnie od oficjalnego, zawodowego tłumacza, do udziału w imprezie zaprosić w roli osób towarzyszących kilku miejscowych dziennikarzy. Zaproszenie takie dotarło i do mnie, ale się wahałem, bo wprawdzie porozumiewałem się w języku żabojadów, ale w sposób daleki od płynności. Z tego powodu moja pierwsza odpowiedź była odmowna. Kiedy jednak zadzwonił sam Maciejewski i wytłumaczył mi, że nie muszę nikomu przekładać wystąpień gości, lecz tylko przy sprzyjających okazjach z nimi porozmawiać, w końcu się zgodziłem. Ostatecznie – pomyślałem – dwa lata wcześniej pełniłem obowiązki oficjalnego tłumacza harcerskiej grupy wycieczkowej Juventuru do Algierii i jakoś się z tego wywiązałem, to i tym razem powinienem dać sobie radę.
W wyznaczonym dniu wraz z sześcioma lub siedmioma innymi i dziennikarkami i dziennikarzami udaliśmy się do Koszęcina, gdzie paryscy koledzy po piórze od samego rana zwiedzali pałac, uczestniczyli w próbach chóru i lekcjach tańca, słuchali opowieści o historii zespołu i jego dokonaniach, cykali zdjęcia i nagrywali co tylko się dało. Przybyliśmy tam akurat wtedy, kiedy kończyli tę pracowitą sesję i zbierali się w sali jadalnej na poczęstunek, na który i my zostaliśmy zaproszeni. W jego toku zostaliśmy przedstawieni, nie po nazwiskach i reprezentowanych przez nas redakcjach, lecz en bloc. Okazji do rozmów jeszcze nie było, ponieważ i tak wszystko, co mówiło się przy stole przekładała w obie strony zaangażowana przez zespół tłumaczka. A ponieważ mnie to nudziło, więc po pewnym czasie wziąłem filiżankę kawy i wyszedłem na zewnątrz, aby zapalić papierosa. Za chwilę uczynił to samo jeden z Francuzów. Był to wysoki i szczupły mężczyzna, mniej więcej czterdziestoletni. Podszedł do mnie, wyciągnął rękę i bąknął jakieś nazwisko, którego wprawdzie nie zapamiętałem, ale jego redakcję i owszem, bo była to “Le Figaro”. Po wzajemnym przedstawieniu się Francuz zapytał czy zajmuję się w swojej gazecie tematyką muzyczno-baletową. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie i że jestem tu tylko dlatego, że znam trochę francuski i że uległem namowom dyrektora zespołu. Pogadaliśmy jeszcze trochę, wytłumaczyłem mu dlaczego zespół nosi nazwę “Śląsk” i opowiedziałem mu na ile pozwalał mój francuski o tym przemysłowym regionie. Żegnając się, przedstawiciel “Le Figaro” wyraził nadzieję, że wieczorem spotkamy się na koncercie “Śląska”.

Zespół Pieśni i Tańca "Śląsk"
Koncert odbył się w katowickiej Hali Parkowej o dość późnej godzinie. Gdy przybyłem na miejsce zbiórki, a wyznaczono je za kulisami, wszyscy Francuzi byli już na miejscu. Stałem samotnie w kąciku i obserwowałem zachowujących się dość swobodnie obcokrajowców. Wśród nich znajdowała się starsza pani, na oko siedemdziesięcioletnia, pełniąca chyba nieoficjalną rolę dziekana tego korpusu dziennikarskiego. Wszyscy bowiem młodsi ludzie traktowali ją z jakimś nadzwyczajnym szacunkiem, a gdy zwracała któremuś uwagę, że źle się zachowuje lub że zbyt głośno gada, odpowiadał z ukłonem: tak madame, dobrze madame, ma pani rację madame. Obserwację przerwał mi poznany w Koszęcinie dziennikarz i razem już udaliśmy się na widownię, zajmując miejsca w zarezerwowanym dla gości czwartym lub piątym rzędzie. Do rozpoczęcia występu pozostawało jeszcze trochę czasu, więc znów podjęliśmy rozmowę. W pewnym momencie Figaro-wiec – bo tak będę go nazywał ze względu na nieznajomość jego nazwiska – powiedział:
- Właściwie nie zna pan naszego języka w powszechnym rozumieniu tego zwrotu, ale dobrze buduje pan zdania, co u obcokrajowców jest rzadkością.
Sprzeczność w jego wypowiedzi była aż nadto widoczna, ale udałem, że jej nie zauważyłem, natomiast zwróciłem się do niego z następującą kwestią:
- Tak, to prawda, nie znam dobrze waszego języka, ale to żadna ujma, bo pan na przykład nie zna w ogóle polskiego i nikt nie ma o to do pana pretensji. A wracając do mojego francuskiego to znam go na tyle, że mógłbym zrozumieć, jeśli by mi pan powiedział, kim jest ta starsza pani, bo wasz stosunek do niej jest tak nabożny, że musi to być wielka dziennikarka.
- Och nie – wykrzyknął Francuz – ona nie jest profesjonalną dziennikarką, choć jest dobrze znana w środowisku. Od czasu do czasu, w każdym razie bardzo rzadko napisze poważny artykuł o jakimś wydarzeniu kulturalnym, ale wyłącznie pod pseudonimem. Pod własnym nazwiskiem natomiast napisała kilka książek o swoim, nieżyjącym już mężu, bo jest to generałowa de Lattre de Tassigny.
Nazwisko to było mi znane, ponieważ przygotowując przed laty pracę dyplomową w Wyższej Szkole Nauk Społecznych w Warszawie o “degaullowskiej koncepcji Europy ojczyzn” przeczytałem wiele książek i innych opracowań, w których nazwisko generała awansowanego pośmiertnie do stopnia marszałka, występowało. Nie będę tu kreślił jego wojennych dokonań, bo nie ma to nic do rzeczy, ale wspomnę, że w sierpniu 1944 roku dowodził oddziałami armii francuskiej wkraczającymi do wyzwolonego już Paryża i defilującymi przed generałem de Gaulle’m. Od tego czasu nazwisko de Lattre de Tassigny było we Francji powszechnie znane, a małżonka marszałka Simonne jego sławę utrwalała swoimi o nim wydawnictwami. Odskocznię o pani de Lattre pomieściłem tu tylko dlatego, że w końcowej fazie tego opowiadania odegra ona istotną, chociaż może niezbyt pochlebną rolę.
Nazajutrz po wspomnianym koncercie w Hali Parkowej nastąpił wyjazd do Krakowa i Zakopanego. Autobus wyruszył spod jednego z katowickich hoteli, w którym mieszkali Francuzi, ale dziś już nie pamiętam czy był to hotel “Katowice”, czy też “Silesia”. To zresztą nieistotne, ważniejsze jest to, że spośród ośmiu polskich dziennikarzy, którzy dzień wcześniej zjawili się w Koszęcinie, zgłaszając gotowość towarzyszenia gościom, aż pięciu zrejterowało. Do pojazdu wyruszającego w drogę wsiadły tylko dwie panienki o nieznanych mi nazwiskach i ja. Usadowiłem się w końcu autobusu i przez całą drogę rozmawiałem, ale wbrew pozorom nie z Francuzami, bo oni doskonale bawili się we własnym towarzystwie. Gadałem natomiast z zajmującymi tę samą część autokaru artystkami z zespołu “Śląsk”, bo kilka z nich, podobnie jak i kilku chłopaków zabrano dla towarzystwa, albo może dla dekoracji. Ta druga wersja jest bardziej prawdopodobna, bo już na miejscu, w Zakopanem, podczas uroczystej kolacji wystąpili oni w strojach scenicznych, czyli folklorystycznych.
Kraków zaliczony został w zaledwie w pół dnia systemem jadę, idę, patrzę i widzę, bo na głębsze zapoznanie się z tym atrakcyjnym miastem nie starczyło czasu. Pogoda zresztą temu nie sprzyjała, bo było zimno, pochmurno i śnieżno. W tej scenerii dawna stolica Polski nie wywarła na gościach najlepszego wrażenia. Sytuację ratowały jej sztandarowe zabytki: Kościół Mariacki, Sukiennice, no i przede wszystkim Wawel. Jakkolwiek nie było szansy na zwiedzanie komnat, to jednak wszyscy zaliczyli katedrę z grobami królewskimi, skarbiec koronny i zbrojownię oraz Dzwon Zygmunta. Wszystko to pod opieką doskonałego przewodnika serwującego informacje po francusku. Opłaciło się to o tyle, że goście mogli się przekonać, iż przybyli do kraju o długiej i wspaniałej historii. Wątpić natomiast należy, czy podzielili się tą informacją ze swymi czytelnikami. Zresztą nie ma to nic do rzeczy, bo przyjechali tu po to, aby zapoznać się bliżej ze “Śląskiem”, a później, przed jego występami we Francji korzystnie o nim pisać. A kierownictwo zespołu robiło wszystko, aby gości zadowolić. I temu miała służyć kolacja, jaką wydano pierwszego dnia pobytu pod Tatrami.
Podjechaliśmy do sporego zajazdu w rejonie Doliny Kościeliskiej lub na drodze do niej prowadzącej. Goście zakwaterowani zostali w tamtejszych pokojach gościnnych, a my, to znaczy dziennikarze i artyści w niedalekim sąsiedztwie. Wszyscy jednak spotkaliśmy się w obszernej sali zajazdu. Gdy tam wszedłem, aż zatkało mnie z wrażenia, bo na całej długości sali ustawiono stół niezwykle pięknie, gustownie, wręcz wykwintnie urządzony i zastawiony równie eleganckimi nakryciami. Podobno do przygotowania tego stołu i całej kolacji sprowadzono z jednego z krakowskich hoteli majordomusa i kucharzy, a z miejscowych restauracji kelnerów. Widok był zaiste imponujący i odczułem to nie tylko ja, ale i niektórzy Francuzi. Podszedł bowiem do mnie znajomy już Figaro-wiec i szczerze chyba powiedział, że nie spodziewał się takiego wystroju. Później przekonał się, że i kolacja była nieprzeciętna. Skoro już rozpoczęliśmy rozmowę, to i razem usiedliśmy do stołu. Po jego drugiej stronie, prawie na przeciwko nas usadowiła się wspomniana już madame de Lattre de Tassigny.
Kolację zaserwowano w stylu francuskim, a więc najpierw aperitify, a następnie kolejno przystawki, zupy, dania mięsne, sery, desery, kawa i koniak. Pewien wpływ na dobrą atmosferę przy stole miały właśnie aperitify. Podawano wprawdzie martini i whisky, w zależności od tego, co kto sobie życzył, ale największym powodzeniem cieszyła się miodońka. Spróbowali jej najpierw Polacy, a w ich ślady poszli Francuzi i tak w niej zakosztowali, że kelnerzy postawili na stole karafki z tym trunkiem. W rzeczywistości była to zwykła wódka zaprawiona odpowiednio miodem, więc już wkrótce dymiło się z męskich czubów. Dania później podawane były przepyszne i mój sąsiad nie mógł się ich nachwalić, ale prawdziwy clou kolacji nastąpił przy serach. Na stół wjechały palety-deseczki z kilkoma gatunkami serów, wśród których znalazł się nasz góralski oscypek. Figaro-wiec spróbował jednego i drugiego, ale kiedy wziął do ust oscypka, oczy stanęły mu w słup, uniósł się nieco w krześle i zawołał dość głośno:
- Och, delicieux, delicieux, vraiment!*
A wtedy pani po drugiej stronie stołu spojrzała na niego groźnym wzrokiem i powiedziała syczącym głosem:
- Tais-toi la gueule!**
A zaraz po tym, nie zważając na moja obecność i możliwość zrozumienia przeze mnie jej słów, powiedziała już spokojniej do mojego sąsiada:
- Jak ty, reprezentant kultury zachodniej możesz tak entuzjastycznie podziwiać coś w tak barbarzyńskim kraju jak ten. Wprawdzie i tutaj może czasem trafić się coś dobrego, jak na przykład ten ser, ale od człowieka wykształconego i w świecie obytego wymagać trzeba spokoju, umiaru, wyrozumiałości, bo cywilizacyjnie jesteś od nich nieporównanie wysoko.
Mowa była dla nas obraźliwa, ale dla pozostałych dziennikarzy francuskich chyba obojętna, bo słysząc słowa zachwytu Figaro-wca spróbowali oscypka i zajadali się nim dopóty, dopóki ostatnia osełka nie zniknęła ze stołu.
Po kolacji, w ogrodzie zajazdu odbyła się wspaniała watra, pieczenie kiełbasek na patykach i popijanie miodońki. Kilku Francuzom, w tym i owemu Figaro-wcowi nie dawał jednak spokoju oscypek, więc się dopytywali, w jakim magazynie można go kupić. Wytłumaczyłem im, że w sklepach raczej trudno im będzie nabyć ten ser, ponieważ nie wyrabia się go na skalę przemysłową. Radziłem im, aby kupowali go raczej z koszyków od kobiet na ulicach, bo wtedy będą mieć pewność, że będzie to oscypek wysokiej jakości i doskonały w smaku. Rano, kiedy podjechaliśmy bliżej centrum Zakopanego pobiegli wszyscy w dolną część Krupówek, bo tam ich posłałem, i wykupili wszystkie oscypki, jakimi tego dnia babiny z koszykami dysponowały. I był to chyba największy sukces wizyty francuskich dziennikarzy w Polsce, bo to co napisali w swoich gazetach o Państwowym Zespole Pieśni i Tańca “Śląsk” już do mnie nie dotarło.
CZESŁAW LUDWICZEK
*Zamknij gębę
**Wyborny, wyborny, naprawdę. Delicieux ma także dwa inne znaczenia: smaczny, doskonały.