Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

26-09-2012, 10:15

Karanie za słowa ma się dobrze  »

Gazeta Wyborcza
Ewa Siedlecka
26-09-2012

Karanie za słowa jest sposobem na poprawienie debaty publicznej – argumentował na poniedziałkowym spotkaniu z organizatorami kampanii “Wykreśl 212″ minister sprawiedliwości Jarosław Gowin. Dlatego artykułu 212 – o pomówieniu – skreślić z kodeksu karnego nie chce. Ale spraw o pomówienie jest coraz więcej – a poziom debaty publicznej raczej się obniża.

Na spotkaniu z inicjatorami kampanii “Wykreśl 212″ (organizacje dziennikarskie, Izba Wydawców Prasy, Fundacja Helsińska, redaktorzy naczelni największych gazet) minister zaproponował, by zrezygnować z karania tzw. pyskówek, czyli np. kłótni sąsiedzkich, i zostawić tylko karanie za pomówienie za pomocą mediów. Bo “media potrafią zniszczyć człowiekowi życie”. Rzeczywiście potrafią. Ale potrafią też wykrywać afery, tropić nepotyzm, bronić pojedynczych ludzi przed zniszczeniem przez lokalny “układ” – i w ogóle kontrolować władzę. Trybunał Konstytucyjny w 2006 roku, uznając, że karanie za nadużycie wolności słowa jest zgodne z konstytucją, powiedział, że godność i dobre imię człowieka są ważniejsze od kontrolnej funkcji mediów. I na tym bazują politycy, nie godząc się, by obronę czci i dobrego imienia zostawić procesom cywilnym. Bronią nie tylko swojej czci, ale i interesu: chcą stępić kontrolę władzy.

Minister proponuje też, by karać “tylko” grzywną i ograniczeniem wolności. Jest gotów zrezygnować z kary więzienia. Niewielka różnica, bo liczy się wpis do rejestru skazanych. A trzykrotne skazanie redaktora naczelnego oznacza, że nie może już być redaktorem naczelnym. Poza tym proces karny wiąże się zagrożeniem reputacji dziennikarza, czasem z poszukiwaniem listem gończym czy posłaniem na badania psychiatryczne. Tydzień temu przed Trybunałem w Strasburgu wygrała prof. UJ Izabela Lewandowska-Malec, którą skazano z art. 212 za krytykę w mediach burmistrza i prokuratury miasta, w którym była radną. Przez dziewięć lat procesów zniszczono ją psychicznie, m.in. poddawano badaniom psychiatrycznym. Straciła mandat radnej, a w wyniku stresu głos, co w tej sprawie ma wymiar symboliczny. Trybunał w Strasburgu zauważył to, czego nie zauważyły polskie sądy: że wyrażała opinie, a nie stwierdzała fakty, że robiła to w obronie interesu publicznego i w ramach mandatu, który dostała od wyborców. I że miała realne powody, by podejrzewać nadużycia.

Minister proponuje, by karać tylko za zarzuty nieprawdziwe. Tylko jak zbadać ich prawdziwość? Swojego czasu skazano Andrzeja Leppera za to, że w radiu nazwał prezydenta Kwaśniewskiego “leniem”. Sądy nie zawsze różnicują, co jest opinią, a co stwierdzeniem faktu. A ministerstwo nie proponuje, by opinie wyraźnie wyłączyć spod kodeksu karnego. Za to chce wykreślić przepis, który każe sądowi brać pod uwagę, czy zarzut służył obronie publicznego interesu i czy dotyczył funkcjonariusza publicznego.

Lada chwila wejdzie w życie zmiana prawa prasowego, która wprowadza miesięczny termin na osądzenie sprawy o opublikowanie sprostowania. To znaczy, że zarówno zwykli ludzie, jak i funkcjonariusze władzy dostaną realne narzędzie do ochrony dobrego imienia. Ministerstwo Sprawiedliwości, broniąc owego dobrego imienia, jakoś to przeoczyło.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75968,12553130,Karanie_za_slowa_ma_sie_dobrze.html

24-09-2012, 10:05

Zniesławienie nie będzie karane więzieniem  »

rp.pl
Rafał Guz
24-09-2012

Krytyczna opinia, nawet obraźliwa, ma być karana na drodze cywilnej.

Art. 212 nie zniknie z kodeksu karnego, jednak nie będzie już groził więzieniem – to sprawa niemal przesądzona. Dziś redaktorzy naczelni i wydawcy na spotkaniu w resorcie poznają propozycje Ministerstwa Sprawiedliwości nowej redakcji przepisu o zniesławieniu. Jak nieoficjalnie dowiedziała się „Rzeczpospolita”, art. 212 pozostanie w kodeksie karnym, ale jego działanie będzie ograniczone. Wszystko wskazuje na to, że odpowiedzialność karna będzie wchodziła w rachubę tylko w sytuacjach, w których doszło do  umyślnego podawania nieprawdy i stawiania nieprawdziwych zarzutów. Jeśli zaś  ktoś poczuje się pokrzywdzony negatywną oceną czy krytyczną opinią publikacji, będzie mógł dochodzić ochrony dóbr osobistych, ale tylko na drodze cywilnej.

Dziś art. 212 kodeksu karnego przewiduje odpowiedzialność karną za zniesławienie. Gdy dochodzi do niego za pośrednictwem środków masowego przekazu, sprawcy (autorowi nieprawdziwych oskarżeń) grozi nawet do roku więzienia. W efekcie co roku polskie sądy skazują za zniesławienia ok. 150 osób – 1/3 z nich to dziennikarze. Taki stan rzeczy oburza wydawców, dziennikarzy, redaktorów naczelnych, Helsińską Fundację Praw Człowieka, a także Stowarzyszenie Gazet Lokalnych.

W marcu tego roku głos w sprawie art. 212 k.k. zabrała także prof. Irena Lipowicz, rzecznik praw obywatelskich. Zachęca ona ministra sprawiedliwości do podjęcia szerokiej dyskusji nad wyeliminowaniem przepisu z kodeksu karnego. Profesor Lipowicz  uważa, że negatywny wpływ na ochronę wolności słowa ma już samo uruchomienie postępowania karnego. Chociażby dlatego, iż skazanie wiąże się z wpisem do Krajowego Rejestru Karnego.

Dyskusja dotycząca kontrowersyjnego art. 212 kodeksu karnego trwa już od wielu lat. Zaowocowała między innymi lipcowym spotkaniem  przedstawicieli przeciwników tego przepisu z ministrem sprawiedliwości. Spotkanie to jednak nic nie dało. Każda ze stron pozostała przy swoich propozycjach.

Ministerstwo Sprawiedliwości nie zamierza zrezygnować z odpowiedzialności karnej,  jej przeciwnicy stawiają zaś na drogę cywilną jako jedyną możliwą do dochodzenia ochrony dóbr osobistych. Opowiadają się za rezygnacją z odpowiedzialności karnej w zamian za wprowadzenie wysokich odszkodowań, jakie musieliby płacić autorzy nieprawdziwych oskarżeń czy pomówień.

Jarosław Gowin liczy na kompromis i zanim podejmie ostateczne decyzje, postanowił jeszcze raz wysłuchać przedstawicieli mediów. Głos w sprawie kontrowersyjnego przepisu zabrała już Komisja Kodyfikacyjna Prawa Karnego.  Opowiada się za pozostawieniem art. 212  w kodeksie karnym. Prawo do godności  jest nie mniej ważne niż ochrona wolności słowa.

Całość: 24-09-2012 http://prawo.rp.pl/artykul/757713,935993-Art--212--znieslawienie-ma-byc-karane-na-drodze-cywilnej.html

23-09-2012, 19:55

Krzysztof Skowroński: “sprawy między dziennikarzami nie powinny być rozstrzygane w sądzie”  »

Press
(GK)
23-09-2012

Krzysztof Skowroński

Po tym jak “Presserwis” ujawnił, że Cezary Łazarewicz pozwał Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, głos zabrał prezes stowarzyszenia Krzysztof  Skowroński.

Cezary Łazarewicz, dziennikarz tygodnika “Newsweek Polska” (Ringier Axel Springer Polska), żąda przeprosin od Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich za naruszenie jego dóbr osobistych z powodu nominowania go w lipcu br. do tytułu Hieny Roku.

Serwis wPolityce.pl zamieścił rozmowę z prezesem SDP Krzysztofem Skowrońskim. Podtrzymuje on, że nominacja Cezarego Łazarewicza do tytułu Hieny Roku za tekst o Rajmundzie Kaczyńskim (ojcu Lecha i Jarosława) była uzasadniona, ale zastrzega, że “sprawy między dziennikarzami nie powinny być rozstrzygane w sądzie”.

“I oczywiście, jeżeli dziennikarz chce, by sąd rozstrzygnął, to stawimy się w tym sądzie, z naszymi argumentami, z naszą teorią dziennikarstwa, z naszą praktyką dziennikarstwa. Ale powtarzam: to nie powinien być spór sądowy. To powinien być spór rozstrzygnięty w SDP, w połączeniu z ciekawą dyskusją” – mówi Skowroński. Jego zdaniem debata publiczna jest bardziej zasadna niż sądzenie się przez 3-5 lat.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/39939,Krzysztof-Skowronski_-sprawy-miedzy-dziennikarzami-nie-powinny-byc-rozstrzygane-w-sadzie

23-09-2012, 11:28

Semka kontra Smolorz [BITWA NA SŁOWA w REDAKCJI DZ]  »

Dziennik Zachodni
23-09-2012

Piotr Semka i Michał Smolorz

Dwaj znakomici publicyści – Michał Smolorz oraz Piotr Semka z “Rzeczpospolitej” i “Uważam Rze” – spotkali się w redakcji DZ, aby dyskutować o Śląsku. Co z tego wynikło?

Czego dotyczyła dyskusja? Między innymi tego, jak nasz region postrzegają warszawskie elity, o jego rozwoju, historii oraz o śląskich ruchach autonomicznych.

Panowie spotkali się w sali konferencyjnej DZ. Przed wejściem po koleżeńsku podali sobie ręce. Już na wstępie zapewnili jednak, że rozmowa nie będzie pozbawiona emocji. I rzeczywiście było gorąco! Znany “śląskożerca” Piotr Semka nie szczędził uwag Michałowi Smolorzowi, lecz ten nie pozostawał mu dłużny.

O “nowym śląskim regionalizmie”, o tym, ile wolno Ślązakom, jak patrzeć na śląską historię i o wielu innych spornych sprawach, z Piotrem Semką, publicystą tygodnika “Uważam Rze”, rozmawia Michał Smolorz

Spór o istotę śląskości

Michał Smolorz: Lubi Pan Ślązaków?
Piotr Semka: Bardzo lubię.
Po raz pierwszy poznałem ludzi ze Śląska na studiach na KUL w 1985 roku. Działał prestiż regionu Polski, który zapłacił za opór wobec władzy ofiarami z kopalni “Wujek” i który prowadził najdłuższy po 13 grudnia 1981 roku strajk w kopalni “Piast”. Współcześnie pojawienie się sporu o istotę śląskości, o to, czy istnieje narodowość śląska, otworzyło poważny problem. Zauważyłem, że w tej debacie przewagę mają zwolennicy: Pan, pan Kazimierz Kutz, pan Bartosz Wieliński i pani Aleksandra Klich z “Gazety Wyborczej”. Po drugiej stronie takich wyrazistych autorów nie ma.

Michał Smolorz: Postanowił Pan zostać adwokatem drugiej strony.
Piotr Semka: Zauważyłem, że jest dysproporcja i postanowiłem skrzyżować szpady.

Michał Smolorz: Używa Pan pojęcia “ideologia nowego śląskiego regionalizmu”. Co to takiego?
Piotr Semka: Przekonanie, że Śląsk – z czym ja się nie zgadzam – tworzył między XIV a XIX wiekiem przestrzeń kulturową, na której spotykały się i uzupełniały wpływy polskie, niemieckie i czeskie. Że istnieje naród śląski, język śląski, odrębność mentalna i pewien obszar kulturowy, który wskutek zrządzeń historycznych był bardziej na zachód od Polski.

Michał Smolorz: Czy takich wniosków nie można wyciągać z 600 lat bytu w innych organizmach państwowych, przeżywania innych kultur, podlegania innym królom i cesarzom, czytania innych lektur, mówienia innymi językami? Te doświadczenia musiały być inne.
Piotr Semka: To jest doświadczenie krainy, która odpadła od Polski, lecz zachowała etniczną polskość, do której powoli powracała w wieku XIX. Tu widzę analogię z narodem czeskim, który po klęsce pod Białą Górą uległ w znacznym stopniu germanizacji, aczkolwiek w swoim podłożu etnicznym mówił dalej po czesku.

Michał Smolorz: To nie kasuje tezy o odrębności kulturowej Śląska.
Piotr Semka: Śląsk między XIV a XIX wiekiem ulegał germanizacji i dużą część rzeczy, które Pan uważa za osobną tożsamość śląską, mogę nazwać kulturą niemiecką na terenach Śląska. Uważam, że polskość zachowała się w najniższych warstwach społecznych. Przekonanie o wytworzeniu specyficznej, odrębnej kultury śląskiej między XIV a XX wiekiem jest, moim zdaniem, efektowną konstrukcją intelektualną, ale i utopią. W jakimś sensie to logiczne – choć ja to odrzucam. Kiedy pojawia się hasło odrębnego narodu śląskiego, wtedy pojawia się naturalna dążność do stworzenia osobnej historii.

Szczep narodu polskiego

Michał Smolorz: Jakiej “osobnej historii”? Historia po prostu jest. Jeżeli kreujemy historię, to stajemy się propagandzistami, jak w czasach słusznie minionych. Odwołujmy się do obiektywnie istniejących faktów.
Piotr Semka: Istnieją różne interpretacje historii. Gdybyśmy siedzieli w 1840 roku w Pradze, to można sobie wyobrazić dżentelmena Niemca, który dzieje Królestwa Czeskiego traktuje jako część historii Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego.

Michał Smolorz: Ale Pan i ja siedzimy teraz w Sosnowcu w 2012 roku. I tak jak w 1840 w Pradze ktoś mógł się czuć Niemcem lub Czechem, tak samo dziś na Śląsku każdy ma prawo określać swoją tożsamość wedle własnego poczucia. 800 tysięcy ludzi z okładem zdefiniowało swoją tożsamość…
Piotr Semka: …od razu moja replika: możemy mówić tylko o 360 tysiącach.

Michał Smolorz: Choćby to było tylko 10 tysięcy, to każdy ma święte prawo do definiowania własnej tożsamości. Państwo Polskie, przynajmniej dla potrzeb spisu powszechnego, stworzyło definicję śląskiej narodowości.
Piotr Semka: Ja uważam to za przykład chaosu pojęciowego, jaki stworzył spis powszechny i niezdecydowanie władz. Twierdzę, że Ślązacy stanowią szczep narodu polskiego.

Michał Smolorz: Wypowiada się Pan za ludzi, kim oni są lub nie są.
Piotr Semka: Tak! Ja, Piotr Semka, przechodzień z Warszawy, mówię: Wy, którzy uważacie, że istnieje osobny od narodu polskiego naród śląski, ulegacie pewnej modzie, pewnemu przekonaniu, które ja uważam za błędne. Że ta odmienność wynika z przebywania w organizmach państwowych z dominacją żywiołu niemieckiego, co powoduje, że się mówi na gazetę “Cajtung”, że się obchodzi urodziny, a nie imieniny.

Michał Smolorz: A to coś zdrożnego? Przyjmuje Pan pozę Kulturträgera. Ci ludzie to lubią, im to odpowiada, chcą się spotykać na urodzinach, więc co Panu do tego?
Piotr Semka: Proszę, żeby to się znalazło w tekście: Michał Smolorz chce wycisnąć z Piotra Semki jak z tubki, żeby Semka powiedział, że śląskość to jest coś gorszego. A ja nigdy śląskości nie uznawałem i nie uznaję za upośledzenie. Na odwrót: to bogactwo, które dziś – 90 lat po zjednoczeniu z Polską – może się obyć bez wielu niemieckich tradycji. Ja tylko mówię, że dalej jesteście Polakami i będę was, drodzy Ślązacy, zachęcał do przekonania, że bycie w polskiej wspólnocie narodowej jest fajne. A kiedy dochodzimy do takich tematów, jak Muzeum Śląskie, to powstaje pytanie, w jakim stopniu wizja historii, która przyjmuje za  dogmat kulturowe i etniczne rozejście się dróg polskich i śląskich – z niemieckimi wątkami w tle – ma być wykładem historii, który obowiązuje całą społeczność województwa śląskiego.

Prawo do tożsamości

Michał Smolorz: A czytał Pan scenariusz tej spornej wystawy w Muzeum Śląskim?
Piotr Semka: Czytałem.

Michał Smolorz: Przecież go jeszcze nie ma. Wszczęto awanturę nad dziełem, które jeszcze nie powstało…
Piotr Semka: A jak powstanie, to wszyscy rozłożą ręce i powiedzą: skoro już powstało, to nic się nie da zrobić. Widzę fascynację industrializacją Fryderyka Wielkiego i ubolewam, że być może nie będzie o tym, że ten sam Fryderyk Wielki zakazał pielgrzymek z Gliwic na Jasną Górę.
I tu powinien Michał Smolorz być dumny ze Ślązaków, ponieważ Piotr Semka jest dumny, że śląskie pielgrzymki o 100 lat wyprzedziły pielgrzymki z Warszawy na Jasną Górę.

Michał Smolorz: A jaka jest ta “większościowa”?
Piotr Semka: Ta tradycyjna, którą Pan odrzuca, mówiąc, że została wymyślona.

Michał Smolorz: Ta, która mówi, że historia Śląska skończyła się w połowie XIV wieku, potem było 600 lat czarnej dziury i zaczęła się na nowo w XX wieku? Taka była sanacyjna i komunistyczna wykładnia dziejów Górnego Śląska.
Piotr Semka: W moim przekonaniu, w czasach II RP i PRL-u doprowadzono pewne rzeczy do absurdu, ale budowano wspólną polsko-śląską tożsamość, tak jak najlepiej potrafiono. Raz kulą u nogi w tym procesie był zamordyzm sanacji, a raz fatalne cechy komunizmu. Ale mimo to – warto to uszanować. Należy dostrzegać zjawiska kulturowe, które wiążą się z kulturą niemiecką, ale to nie zmienia faktu, że ludność była słowiańska. Natomiast ta warstwa kultury dominującej była niemiecka.

Michał Smolorz: I mamy ją odrzucać, bo była niesłuszna?
Piotr Semka: Nie, nie odrzucać, chodzi o proporcje.

Michał Smolorz: A jak je zmierzyć? Na wadze?
Piotr Semka: Zawsze decydujemy, że coś jest ważne, a coś mniej ważne. Nie odpowiada mi podejście autorów “Historii Górnego Śląska” wydanej przez Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej. Uważam, że lepsza była książka Kazimierza Popiołka, choć nosi to samo piętno epoki PRL-u.

Michał Smolorz: Powszechnie odrzucona przez historyków jako ideologiczna, zafałszowana i dzisiaj niefunkcjonująca w obiegu naukowym.
Piotr Semka: To odrzucenie jest kwestią pewnego nurtu, który po przesadzie w jedną stronę, przechodzi w przesadę w drugą stronę. Opublikowany w kwartalniku “Fabryka Silesia” kanon literatury górnośląskiej, na dziesięciu najwyższych pozycjach zawiera sześć dzieł literatury niemieckojęzycznej. Dzieła, które mówią o dochodzeniu i powrocie Ślązaków do Polski, znalazły się na stosunkowo odległych pozycjach. Jest to przesada i moim zdaniem niepokojący objaw. Jeżeli ktoś stanowi kanon, w którym jest większość książek niemieckich, a brak w nim książek przedstawiających powstania śląskie czy tragedię okupacji z punktu widzenia polskiego, to jest w tym przechył, którego nie rozumiem, nie akceptuję i nie sądzę, żeby był czytelny dla większości mieszkańców regionu.

Lęk przed separatyzmem

Michał Smolorz: Może dajmy ludziom szansę, by przeczytali te dzieła i sami je ocenili. A mówimy o książkach, których nikt nie zna, bo nawet nie przełożono ich na polski. A Pan – zamiast uczciwej recenzji dzieła – pisze, że czołowy śląski pisarz August Scholtis był ulubionym autorem hitlerowskiego Gauleitera. Co to za argument?
Piotr Semka: Pewne fakty ludzi kompromitują.

Michał Smolorz: Gustaw Morcinek też skompromitował się wnioskiem o zmianę Katowic na Stalinogród.
Piotr Semka: Jeden z autorów “Fabryki Silesia” stawia tezę, że Morcinek już jest zapominany i chwała Bogu. Natomiast o Scholtisie wszyscy wypowiadają się z entuzjazmem.

Michał Smolorz: Bo jeszcze mu nie dano szansy, aby był zapomniany.
Piotr Semka: Więc zapiszmy to do protokołu rozbieżności…

Michał Smolorz: Często Pan używa pojęcia “separatyzm”. Gdzie w tym “nowym regionalizmie” doszukał się Pan separatyzmu?
Piotr Semka: Chociażby w naklejkach “SI” na samochodach. Są ludzie, którzy uważają to za taki sobie dowcip, a są ludzie, których to niepokoi. Ja szanuję ten niepokój.

Michał Smolorz: Spotkał Pan jakiegoś polityka regionalnego, samorządowca, aktywistę, który głosi hasła separatystyczne?
Piotr Semka: Nie, ale mówienie o autonomii – a to trwa cały czas – przy świadomości, że Polska jest państwem unitarnym, kojarzy się z pewną sekwencją wydarzeń. Na stronie facebookowej RAŚ-u odnajduję wypowiedzi działaczy z Katalonii, w czasie marszów autonomii też bywają goście z tych krain. Tam też zaczynało się od daleko posuniętej samorządności, a potem postulaty się radykalizowały. Wizja takiego pełzającego separatyzmu, który wywodzi się z hasła autonomii, jest groźna.

Michał Smolorz: A czy Pan wie, że w Katowicach przez trzy lata legalnie działał Śląski Ruch Separatystyczny? Zarejestrowany został w sądzie pierwszej instancji, nikt nie zaskarżał tej rejestracji, nikt nie protestował. Rozwiązał się sam, ponieważ Ślązacy wykazali totalny brak zainteresowania.
Piotr Semka: Ale Michał Smolorz nie przekona Piotra Semki, że sekwencja, w której jest tworzona osobna historia Śląska, teza o istnieniu osobnego języka śląskiego i postulat autonomii, nie może wywoływać lęku przed separatyzmem. Jeżeli czas pokaże, że były to obawy przesadne, to przyznam, że za dużo było obaw. Póki co, chucham na zimne. Zwłaszcza że część instytucji kultury prezentuje opinie i wizje historii zdominowane przez “nowy regionalizm śląski”, chociaż służyć powinny wszystkim mieszkańcom województwa.

Michał Smolorz: Pan rozumuje tak, jak w 1981 roku komunistyczny rząd w rozmowach z Solidarnością: Nie pozwolimy otworzyć okna, bo wy chcecie władzy, a kto ma powietrze, ten ma władzę. Nie damy wam napić się wody, bo wy chcecie władzy, a kto ma wodę, ten ma władzę. Itd.
Piotr Semka: Takie konsekwencje mają niektóre wypowiedzi. Jeśli pan Jerzy Gorzelik mówi, że oddanie Polsce Śląska było jak oddanie małpie zegarka…

Michał Smolorz: … to nie jego słowa, to słynny bon mot brytyjskiego premiera Davida Lloyda George’a…
Piotr Semka: … ale ten cytat jest obraźliwy dla wielu ludzi mieszkających na tej ziemi. Już nie mówię o Piotrze Semce, który to fatalnie odbiera w Warszawie. Tak na marginesie: mam nadzieję, że – Drogi Czytelniku – z przymrużeniem oka przyjmujesz moją konwencję wypowiedzi o tym, co Piotr Semka z Warszawy, acz urodzony w Gdańsku, sądzi o śląskich sporach?

Michał Smolorz: Ale ja z całą powagą zapytam: ile wolno Ślązakom na Śląsku?
Piotr Semka: Uważam, że uznanie narodowości śląskiej jest kwestią, w której musi nastąpić szerszy, ponadregionalny konsensus społeczny, a takiego nie ma.

Niepokojący związek z RAŚ

Michał Smolorz: Nie odpowiada Pan na moje pytanie. Więc powtarzam: czy Ślązacy mogą korzystać z pełni konstytucyjnych praw?
Piotr Semka: Mogą się zrzeszać. Ale jeżeli to zrzeszanie miałoby dotyczyć tworzenia narodowości śląskiej jako osobnej od polskiej, to jest kwestia sporna.

Michał Smolorz: Czy mają bierne i czynne prawo wyborcze?
Piotr Semka: Mają.

Michał Smolorz: Czy mogą stawiać postulaty polityczne?
Piotr Semka: Mogą.

Michał Smolorz: Więc z czego robimy problem?
Piotr Semka: Mówi Pan o prawie do ogłoszenia się mniejszością narodową, jako o oczywistym w dzisiejszej Europie prawie obywatelskim, po czym chce Pan wykazać, że nieuznawanie odrębnej mniejszości śląskiej jest absurdem i łamaniem demokracji. Ja odrzucam taki ciąg logiczny.

Michał Smolorz: Ależ nie, ja chcę dojść, dlaczego powstaje problem, gdy Ślązacy się zrzeszają, formułują postulaty polityczne, zasiadają we władzach.
Piotr Semka: Kto czyni z tego problem?

Michał Smolorz: Choćby pan prezydent RP, który publicznie kontestuje układ władzy w samorządzie województwa śląskiego. Pan też.
Piotr Semka: Kiedy w latach 2005-2007 u władzy była koalicja PiS-Samoobrona-LPR, to wielu publicystów wyrażało zaniepokojenie, że to groźne dla demokracji.
Wtedy też ktoś mógł zadać pytanie: dostali się do Sejmu Kaczyński-Lepper-Giertych demokratycznie?
Dostali się. Mają ludzie prawo na nich głosować? Mają. Więc teraz Piotr Semka – za Bronisława Komorowskiego się nie wypowiadam – uważa, że koalicja PO-RAŚ w Sejmiku Śląskim to niepokojący związek i cieszyłbym się, gdyby się zakończył.

Niebezpieczny ludek

Michał Smolorz: Z tego wnoszę, że Ślązakom trzeba patrzeć na ręce. Że to jest jakiś ludek niebezpieczny, który Bóg wie co narozrabia. Niemal standardowo pojawia się zagrożenie odłączeniem Śląska od Polski i przyłączeniem do Niemiec.
Piotr Semka: Dla części Polaków połączenie ludu śląskiego z narodem polskim, integracja i usuwanie różnic wynikających z wieloletnich rządów niemieckich, było ogromnym wysiłkiem i uważane było za osiągnięcie. Wydawało mi się, że ten naznaczony przelaną krwią wspólny opór z grudnia 1981 roku był ostatecznym zasypaniem rowów. I teraz widzę, że te rowy są odkopywane, że ten ogromny wysiłek jest negowany.

Michał Smolorz: A nie przyszło Panu do głowy, że – patrząc z drugiej strony – ten wysiłek był przymusową asymilacją i wykorzenianiem kulturowym? Narzucanie komuś tożsamości, mówienie, że jest kimś innym niż mu się wydaje, zawsze kończy się nagromadzeniem kwasów, które prędzej czy później odbiją się czkawką.
Piotr Semka: Różnice zdań są normalne w demokracji. Toczy się dialog, czasami ostry, jak ten, który toczymy – Pan jako publicysta i ja jako publicysta. Czasami jest on na poziomie naukowym, tak jak to wygląda w sporze o wieżę spadochronową – inną opinię ma profesor Ryszard Kaczmarek, a inną profesor Zygmunt Woźniczka. Także w dyskusji, czy można uznać gwarę śląską za osobny język, w którym inne zdanie ma Stowarzyszenie Pro Loquela Silesiana, a inne pani senator Pańczyk. Debata jest ostra, ponieważ dotyczy imponderabiliów. Ale jako Polak uważam za coś smutnego, że część Ślązaków chce kontakt z polskością w sensie emocjonalnym i kulturowym odciąć.

Straszaki i demony

Michał Smolorz: A może go w ogóle nie odczuwali i dopiero teraz zaczęli to głośno wyrażać?
Piotr Semka: W takim razie interesują mnie dwie rzeczy: czy to jest koniunkturalne pójście za pewną modą, i jaka jest skala tego zjawiska. Póki co twierdzę – w odróżnieniu od Pana – że obejmuje ono góra 400 tysięcy, czyli 10 proc. mieszkańców województwa śląskiego.

Michał Smolorz: A po co przy tej okazji podbijać niemiecki bębenek? Jest sprawa Muzeum Śląskiego, to zaraz pojawia się niemiecki straszak. Jest sprawa autonomii, to też niemiecki demon. Jest sprawa kultury, znowu niemiecki wątek.
Piotr Semka: A ileż oburzenia budzą – także w Pańskiej publicystyce – rządy wojewody Grażyńskiego? A jednak za jego rządów województwo śląskie miało autonomię, a mowa śląska rozwijała się.
Prawie nigdy nie czytam, że po drugiej stronie Górnego Śląska, czyli na terenie rejencji opolskiej, mowę śląską wyrugowano całkowicie z przestrzeni publicznej.
Gdyby ten proces potrwał dłużej, mowa śląska na terenie niemieckiej części Śląska wyginęłaby albo zostałyby z niej folklorystyczne resztki jak z łużyckiej w Saksonii. Oskarżenia o niemieckość są funkcją wyszydzania polskich elementów Śląska, nie wyłączając kwestii ofiar terroru. RAŚ wywalczył obchody tragedii śląskiej 1945 roku, a nie słyszę o tragedii śląskiej z roku 1939, kiedy to bardzo dużo ludzi rozstrzelano.

Michał Smolorz: Tragedia śląska 1939 funkcjonuje nieprzerwanie w piśmiennictwie historycznym, w publicystyce i w publicznych obchodach. Ta z 1945 roku dotąd była przemilczana. Na tym polega różnica.
Piotr Semka: Mam jedną prośbę, by nie definiować jej jako “polskiego terroru”. I nie używać określeń “polskie obozy koncentracyjne”, a takie się pojawiają. To są drobiazgi, które jątrzą.

Ślązacy jak Żydzi?

Michał Smolorz: Ale jakie to ma przełożenie na sprzeciw, żeby np. postawić pomnik niemieckim założycielom Katowic? W Pańskim rodzinnym Gdańsku nie ma takich obaw.
Piotr Semka: W Gdańsku nie ma ostrych sporów dotyczących symboli, które są tak ważne dla ludzi utożsamiających się z polskością na Śląsku. Dyskusja wokół wieży spadochronowej nie toczyła się wyłącznie o to, czy książka Gołby jest odtworzeniem rzeczywistości, czy nie, ale też pojawiały się w niej głosy, że w ogóle wieża spadochronowa to był pic i fotomontaż.

Michał Smolorz: Jest pełne kompendium wiedzy na ten temat, wydanie przez Instytut Pamięci Narodowej. Ta sprawa – z historycznego punktu widzenia – jest zamknięta.
Piotr Semka: Zachęcam do lektury artykułu prof. Zygmunta Woźniczki, który pokazuje, że takie proste definiowanie, że na pewno wiemy co tam było, jest błędne. Jeśli się takie rzeczy neguje, to wywołuje się inny kontekst tutaj w Katowicach niż w Gdańsku.

Michał Smolorz: Dlaczego? Bo Ślązakom mniej wolno?
Piotr Semka: Wie Pan, co jest alternatywą dla Pańskiego “Ślązakom mniej wolno”? Sugestia, że wypowiedzi Ślązaków nie można komentować. Całkowite bezpieczeństwo jednych wprowadzi ograniczenie innych.

Michał Smolorz: To dowodzi słuszności tezy Kazimierza Kutza, że Ślązacy są w Polsce kimś na kształt wice-Żydów. Ciągle się ich o coś podejrzewa, ciągle muszą się z czegoś tłumaczyć, ciągle są jakimś zagrożeniem.
Piotr Semka: Nie odpowiada mi to porównanie, ponieważ wojenna tragedia narodu żydowskiego powinna być z dużą ostrożnością używana do jakichkolwiek porównań.

Mit skrzywdzonego Śląska

Michał Smolorz: Skoro “nowy regionalizm śląski” jest Panu obmierzły, to co Pan postuluje: nawracać, skoro wiara śląska jest niesłuszna?
Przysłać misjonarzy i przekonywać, że “nowi” Ślązacy się mylą?
Piotr Semka: Trzy punkty stanowiska Piotra Semki: pierwszy, osobisty – mam prawo publicystycznie wyrażać swoją opinię o tym, co wokół procesów kulturowych i świadomościowych Ślązaków jest dobre, a co złe. Dyskusja odbywa się w sposób demokratyczny, nie ociera się o żadną gwałtowność ani przemoc i oby tak było zawsze. Punkt drugi: twierdzę, że osób utożsamiających się z Ruchem Autonomii Śląska jest – według ostatnich wyborów – około 170 tysięcy. A w świetle spisu – dalej twierdzę – że to niespełna 400 tysięcy. Po trzecie: myślę, że krótkie nogi ma wizja “nowego regionalizmu śląskiego” forsowana za pomocą instytucji, które są – w mojej opinii – pod wpływami osób utożsamiających się z RAŚ, na przykład Muzeum Śląskiego.

Michał Smolorz: Dlaczego nie bierze Pan pod uwagę, że ci ludzie, uznani naukowcy, po prostu mają rzetelną wiedzę i to większą niż Pan, ja, albo inni publicyści?
Piotr Semka: Wizje historii składają się z wiedzy i pewnej filozofii. Ja wyrażam wizję, w której Śląsk nigdy nie stracił mentalnie kontaktu z Polską, natomiast były okresy, kiedy został przez Polskę opuszczony. A powrót do Polski w 1922 roku był logicznym ciągiem łączności etnicznej Ślązaków z Polską. Chciałbym wierzyć, że przekonanie, jakoby powstania śląskie to krwawa wojna domowa, jest odreagowaniem okresów, kiedy przesadzano, lekceważono i prześladowano dzieci za to, że mówią w gwarze. Kontynuowanie stereotypu skrzywdzonego Śląska na dłuższą metę nie czyni Ślązaków lepszymi.

Michał Smolorz: Tu zgoda. Pozostaje pytanie, ile do powiedzenia powinni mieć sami Ślązacy: kim chcą być, w jakim otoczeniu politycznym mieszkać, jak kształtować swoją ziemię rodzinną i wiedzę historyczną?
Piotr Semka: Wszystkie kwestie są do dyskusji, oprócz uznania Ślązaków za narodowość osobną od polskiej. Kwestia narodowości nie może istnieć bez szerszego ponadregionalnego konsensusu, gdyż taka jest praktyka także w innych krajach. Ślązacy mogą działać w tych ramach, które tworzy konstytucja i ustawodawstwo samorządowe.

Michał Smolorz: Dobrze, że w tej ostatniej kwestii się zgadzamy. Dziękuję.

——————————————————————————–

Piotr Semka, ur. w 1965 roku w Gdańsku. Jego rodzina pochodzi z Powiśla, w 1920 roku aktywnie uczestniczyła w kampanii plebiscytowej w Prusach Wschodnich. Z wykształcenia historyk po Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, publicysta tygodnika “Uważam Rze”
Michał Smolorz, ur. w 1955 roku w Katowicach, pochodzi ze śląskiej rodziny autochtonicznej z Szopienic, wnuk powstańców śląskich, z wykształcenia inżynier górniczy po Politechnice Śląskiej, doktor kulturoznawstwa Uniwersytetu Śląskiego, publicysta i producent telewizyjny

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/662519,semka-kontra-smolorz-bitwa-na-slowa-w- redakcji-dz,1,1,id,t,sm,sg.html#galeria-material

21-09-2012, 22:29

Radio Katowice Przyjacielem Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk  »

Polskie Radio Katowice
21-09-2012

Henryk Grzonka

Nagrodą, przyznawaną przyjaciołom Zespołu Pieśni i Tańca “Śląsk”, w tym roku uhonorowano Polskie Radio Katowice, za okazane wsparcie medialne na przestrzeni 60 lat istnienia zespołu.

— Chcieliśmy podziękować obchodzącej 85-lecie rozgłośni Polskiego Radia Katowice za wsparcie praktycznie wszystkich przedsięwzięć na przestrzeni minionych lat. Towarzyszą nam od początku i to z nimi wspólnie nagraliśmy Złotą Kolekcję Śląska, czyli 13 płyt z utworami zespołu — powiedział dyrektor Zespołu “Śląsk” Zbigniew Cierniak.

Nasza rozgłośnia otrzymała statuetkę z brązu, autorstwa Zygmunta Brachmańskiego pt. “Para tancerzy”, którą w imieniu Radia odebrał redaktor naczelny Henryk Grzonka.

Koncertem oraz wręczeniem Nagrody Maecenas Silesiae został zainaugurowany w Koszęcinie 60. sezon artystyczny Zespołu Pieśni i Tańca “Śląsk” im. Stanisława Hadyny. Występy “Śląska” w kraju i na świecie obejrzało dotąd ok. 3 mln. widzów.

Całość: http://www.radio.katowice.pl/index.php?id=259&tx_ttnews[tt_news]=28554&tx_ttnews[backPid] =66&cHash=ca30c31db7

21-09-2012, 09:19

BELLE MANIFE  »

Czesław Ludwiczek
21-09-2012

Winieta ówczesnej "Trybuny Robotniczej"

We wrześniu 1975 roku “Trybuna Robotnicza” wysłała mnie w ramach międzyredakcyjnej wymiany do dziennika “Liberté” w Lille. Po przyjeździe napisałem serię reportaży z Francji, z których jeden zatytułowany “Belle manife” został przez ówczesnego zastępcę redaktora naczelnego odpowiedzialnego za sprawy zagraniczne Henryka Śleziońskiego odrzucony. Reportaż przeleżał w moich szpargałach 35 lat i dopiero w 2010 roku zamieścił go literacki portal internetowy “Alarte” . Ponieważ tekst ten zyskał tam pozytywne opinie, ośmielam się zamieścić go także i w niniejszej rubryce.

BELLE MANIFE

Teraz jest już spokojniej. Wprawdzie za oknami nadal przetacza się gęsty tłum, słychać przygłuszone szybą gniewne okrzyki i monotonny, tubalny głos z megafonów, ale my, to znaczy Françoise Colpin, Yves Bouché i ja siedzimy wreszcie w małej knajpce przy Placu Bastylii, pociągamy przyzwoicie chłodne piwo i pleciemy, jak to zwykle przy takich okazjach bywa, o wspólnych znajomych.

- Znasz może Barbarę?

- No naturalnie, pracujemy przecież w tej samej redakcji.

- Pozdrów ją ode mnie i od mojego męża, bo wiesz, Jean bardzo ją lubi. A co robi Ryszard? A Maria? Jak się miewa Maria? Ale,  ale, ty chyba musisz wiedzieć na co zmarła żona waszego sekretarza!

Françoise, która niejednokrotnie bywała w Polsce i zna w niej mnóstwo ludzi jest kobieco dociekliwa i po kobiecemu chciałaby wiedzieć o nich wszystko naraz. Korzysta więc z okazji, że Yves odważnie wkroczył między tłum obwieszonych aparatami fotoreporterów usiłując dostać się do kontuaru po następną kolejkę Kronenbourga i atakuje już nie pojedynczymi pytaniami, ale ich całymi seriami. Później, kiedy już odrobinę nasyci swą ciekawość sama opowiada o sobie, o kolegach z “Huma” i jej dawnej redakcji “Liberté”, dowcipkuje, pokpiwa, przerywa, poznaje mnie z kimś kto na chwilę przysiada przy stoliku lub tylko się nad nim pochyla i znów podejmuje monolog podsycany od czasu do czasu moją drobną uwagą lub pytaniem Yvesa, który zdążył już przynieść piwo. Siedzę, słucham, patrzę i odnoszę wrażenie jakbym tę małą, żywą Francuzkę znał od lat, a przecież poznaliśmy się dopiero przed paroma godzinami i w dodatku przypadkowo, w dość niezwykłych okolicznościach.

Był to dzień wyjątkowy. W całym Paryżu od rana wyczuwało się atmosferę podniecenia i ekscytacji. Wszystkie gazety zamieściły tego dnia informację o straceniu w Hiszpanii pięciu młodych ludzi, więc w metrze, kafejkach, w biurach, na ulicach mówiło się tylko o tym wydarzeniu. Jakkolwiek walka o życie tych chłopców toczyła się już od dawna i można się było spodziewać, że Franco nie ugnie się pod naciskiem protestów, to jednak wieść o strzałach pod Madrytem i Barceloną zbulwersowała paryską opinię publiczną. Nad racjami politycznymi przeważył tym razem czynnik emocjonalny, a podsyciło go radio francuskie, nadając sobotnim wczesnym rankiem i powtarzając później kilkakrotnie bezpośrednią relację z egzekucji, podczas której słychać było rozdzierający dusze szloch matek, złamane głosy ojców i te strzały, których echo wstrząsnęło sumieniami Europejczyków i zabrzmiało jak wyrzut, że tu na tym najbardziej ucywilizowanym skrawku globu tkwi jeszcze jak cierń ów dyktatorski reżim, koląc boleśnie godność człowieczą.

Więc gdy na piątą godzinę wyznaczono na Placu Republiki spotkanie tych, którzy ufając w magiczną siłę zbiorowości pragną wraz z nią zaprotestować przeciwko frankistowskiemu bezprawiu, zdawało się, że kto tylko żyw w tej wielomilionowej metropolii ciągnie na miejsce zbiórki. W metrze, w którym ruch, choć zawsze duży rozkłada się w miarę równomiernie, tego popołudnia odwrócony został porządek rzeczy. Od Pont de Sevres, Mairie d`Ivry, Bagnolet, Porte de la Vilette, Clignancourt, Clichy i z wielu innych stron nacierają na stacje przesiadkowe mające łączność z Placem Republiki tysiące ludzi. A gdy wtacza się  pociąg sunący w pożądanym kierunku wydaje się, że do przepełnionych wagoników nikt już nie zdoła się wcisnąć. To jednak tylko złudzenie, ponieważ za chwilę wszyscy jadą.

Tłoczę się i ja wśród nich i to od dobrych kilkunastu minut, gdyż droga wypadła mi z daleka, prawie spod Porte de Versailles, gdzie w Pałacu Sportu usiłowałem zdobyć, o naiwności, bilet z krótkim terminem ważności na przedstawienie Hosseinowskiego “Potiomkina”. Im bliżej celu tym gorzej. Na ostatniej prostej stoję już tylko na jednej nodze, przechylony jak wieża w Pizie, ale nie ma obawy bym upadł, bo podtrzymują mnie zbite w zwartą masę ciała sąsiadów i drzewce jakiegoś transparentu, które wlazłszy pod lewe żebro chce mnie przewiercić na wylot. Na szczęście trwa to niedługo. Za chwilę już stacja Republique, a nad nią plac o tej samej nazwie. Znam go doskonale, choć nigdy na nim nie byłem. Wiem, że stoi na nim brązowa, majestatyczna, z tiarą na głowie postać madame Republique z uniesioną władczo ręką, a u jej stóp przycupnięte drobne postacie wyobrażające lud, ale już nie potulny, lecz podobnie jak ona, wyciągający ręce w geście zwycięstwa. Więc natychmiast po opuszczeniu czeluści metra błądzę wzrokiem wokoło, by przekonać się, że jest tam na pewno, że stoi i czeka bym ją odnalazł i doznał już nie wiem po raz który owego głupiego uczucia satysfakcji, że wszystko co znam z lektury, fotografii i wyobrażeń istnieje w rzeczywistości. Ale tym razem zawód na całej linii.

Bo oto na tym rozległym placu, na wychodzących z niego bulwarach, na chodnikach, wysepkach i jezdniach, wszędzie gdzie tylko spojrzeć ściele się nieprzeliczona ciżba ludzka poprzetykana mrowiem szturmówek, transparentów, tablic, flag i Bóg jeden wie czego tam jeszcze. Stoi i czeka na sygnał wymarszu, ruchliwa, kipiąca, niecierpliwa, a nade wszystko głośna, cała jak wulkan, który wznowił już swą czynność, ale jeszcze nie zaczął wyrzucać lawy. Rytmicznie, jednostajnie idzie od niej fala głosowa wzniecona siłą dwustu tysięcy gardeł i uderza w świadomość straszną prawdą: Fran-co-assa-ssin, Fran-co-assa-ssin, Franco-morderca. Niesie się tak minutę, dwie, trzy, pięć, a gdy wydaje się, że już za chwilę zgaśnie, wybucha z nową mocą i nowym rytmem wykształcającym się w zdanie: Wolność dla Hiszpanii. Później rozlega się wesoła piosenka “Ay Carmella”. Śpiewa ją początkowo liczna kolonia złożona ze wszystkich chyba Hiszpanów zamieszkałych w Paryżu, a później łatwą melodię podchwytują wszyscy zgromadzeni i na chwilę atmosfera gniewu przeradza się w klimat jarmarcznego pikniku podobnego do tego, który Kutz wyczarował pośród strajkowej tragedii. Ale tylko na chwilę. Ledwie cichną ostatnie takty piosenki, znów zrywa się chóralny okrzyk i tak już stale, bez przerwy, jak by tym ludziom nigdy nie brakowało tchu.

Przez cały ten czas metro wypluwa z precyzyjną regularnością kolejne fale podróżnych. Tłok na placu staje się coraz większy. I kiedy wydaje się, że przysłowiową szpilkę trudno tu będzie już upchnąć, coś na czele kolumny zaczyna się dziać. Najpierw transparenty, flagi i szturmówki unoszą się nieco wyżej ponad głowy manifestantów, a w chwile po tym, krok za krokiem zwarte szeregi ludzi ruszają w kierunku Placu Bastylii. Idą więc komuniści, socjaliści, republikanie, chrześcijanie, maszerują członkowie CGT, CFDT i dwóch pozostałych central związkowych, ciągną kolejarze, robotnicy, urzędnicy, przedstawiciele wielu orientacji politycznych, grup zawodowych i warstw społecznych.  Ta manifestacja zjednoczyła wszystkich ludzi pragnących wyrazić swój gniew i swoje oburzenie wobec tego co stało się w Hiszpanii.

- Belle manife – słyszę za sobą – prawie taka jak w 34 roku na tym samym placu, kiedy faszyzm hiszpański po raz pierwszy pokazał swe rogi.

Jak by w odpowiedzi na te słowa melodia okrzyków przeradza się w rytmiczne staccatto: Precz z faszyzmem, a zaraz po tym na zmianę: ambasador faszysta, odwołać ambasadora, ambasador faszysta, odwołać ambasadora. To pod adresem ministra pełnomocnego Francji w Hiszpanii, który jako jedyny z nielicznych przedstawicieli obcych państw akredytowanych w Madrycie nie interweniował u Franco przeciw zamierzonej zbrodni. Główny nurt pochodu sunie w marszowym tempie całą szerokością jezdni, a boczne fale na przepełnionych chodnikach posuwają się nieco wolniej. Tu bowiem przeciskają się pod prąd dziewczęta potrząsające puszkami-skarbonkami zbierające datki na pomoc dla demokratycznych organizacji hiszpańskich walczących z dyktaturą. Każdy kto wrzuci do puszki franka lub dwa otrzymuje w zamian czerwoną rozetkę do klapy marynarki lub do kołnierzyka bluzki. Czerwieni się już od tych rozetek na piersiach, a czerwień ta koresponduje znakomicie z tym samym kolorem transparentów.

Stoję już dość długo w tym samym miejscu i kontempluję przesuwającą się falę ludzką, a kiedy dołącza Yves ruszamy i my do przodu. Zamierzamy dość szybko pokonać to ogromne zbiorowisko, aby znaleźć się na Placu Bastylii zanim dotrze do niego czoło pochodu. Nie takie to jednak proste, bo na chodniku jest zbyt gęsto. Toteż udaje nam się podążać jedynie w tempie pochodu. I kiedy wydaje się, że tak już pomaszerujemy do końca, z pomocą przychodzi przypadek. W pewnej chwili, akurat wtedy kiedy rozglądamy się bezradnie co robić dalej, na szyję Yvesa rzuca się nagle kobieca postać w modnym teksasie opinającym zgrabnie sylwetkę i wykrzykuje radośnie słowa powitania. To właśnie Françoise. Jeszcze krótka wymiana zdań, moja prezentacja, uściski dłoni i dziewczyna przejmuje inicjatywę. Prowadzi nas na skraj chodnika, gdyż tu, między krawężnikiem i pierwszymi kostkami jezdni zawsze podobno jest drobna luka, którą można się przecisnąć. Rzeczywiście. Idziemy teraz gęsiego popychani, potrącani, maltretowani, ale są efekty, posuwamy się szybciej niż pochód. Wyprzedzamy grupy pracowników przeróżnych instytucji, paryskich licealistów, studentów szkół wyższych i wiele innych grup. Uszy nadal wypełnia nieustanny szum okrzyków przeciw dyktaturze, przemocy, wstecznictwu.

Nagle w tej wielkiej manifestacji pojawia się nowy ton. Gdzieś tam od końca, chyba aż z Placu Republiki pędzi jak wiatr melodia Międzynarodówki. Podmuchami dźwięków zmiata okrzyki i systemem reakcji łańcuchowej ogarnia kolejne grupy manifestantów. Narasta od piano aż po forte, potężnieje, wypełnia każdą cząstkę powietrza w prostokącie Bulwaru du Temple, a strzępami słów i muzyki niesie się hen, daleko między ulice i place metropolii. C`est la lutte finale – śpiewa dwieście tysięcy ludzi, groupons nous – zawołuje odważnie, et demain l`internationale sera le genre humain – stwierdza z determinacją. Ciarki przechodzą po grzbiecie, umysł nawiedza pytanie co to oznacza, a pieśń toczy się jak grzmot o niezmierzonej sile. Tu “na paryskim bruku” brzmi ona zupełnie inaczej niż u nas. To już nie rytualna piosenka intonowana nieśmiało na zakończenie zebrania, ale wielka, wspaniała melodia jednocząca myśli i czyny.

A my nadal wiosłujemy w tym rozśpiewanym tłumie i mimo przeszkód coraz bardziej zbliżamy się do czoła pochodu. Wreszcie na styku bulwarów du Temple i Beaumarchais dostrzegam jego początek, ale objawia się on w nieoczekiwany sposób. Oto dziesiątki mężczyzn, chłop w chłopa w podwójnym rzędzie trzymają się za ręce i zwróceni twarzami w kierunku chodnika, posuwają się bokiem do przodu. Podobne rzędy po drugiej stronie jezdni, na przedzie kolumny i kilkadziesiąt metrów za jej czołem. W sumie tworzą spleciony rękami mocny kwadrat. To służba porządkowa, stanowiąca ochronę ważnych osobistości. Unoszę się na palcach i poprzez głowy zaglądam za tą żywą barierę. We wnętrzu owego kwadratu tylko kilkadziesiąt osób. To przywódcy tych partii, związków i stowarzyszeń, które zwołały dzisiejszą manifestację. Przed nimi posuwa się tyłem chmara fotoreporterów i operatorów telewizyjnych, cykając i kręcąc bez przerwy. Teraz już trudniej nam iść, gdyż serwis porządkowy spycha wszystkich na chodnik. Ale co to? Françoise usiłuje przerwać kordon i wprowadzić nas do jego wnętrza, na razie bezskutecznie, ale już za chwilę z lewej i prawej rozlegają się głosy: puść ją, to Françoise Colpin. Równocześnie dostrzega ją ktoś z wnętrza kwadratu i biegnie na pomoc. W rezultacie ręce porządkowych unoszą się w górę, a my śmigamy pod nimi na drugą stronę bariery.

Tu jest dużo swobodniej. Idziemy środkiem jezdni w czwartym lub piątym rzędzie. Przed nami maszeruje François Mitterand, obok Georges Marchais i jego włoski gość Enrico Berlinguer, dalej Georges Seguy, Edmond Maire, René Piqué, członkowie naczelnych władz partii politycznych i związków zawodowych. Dziś są tu wszyscy jak w rzadkich chwilach jedności, bez względu na odcienie barwy politycznej. Idą wraz z tym ogromnym tłumem złożyć hołd pomordowanym, zamanifestować poszanowanie demokracji.

Idzie ten tłum z godnością, ufny w swą siłę i jedność. Tylko od czasu do czasu z bocznych uliczek atakują kilkudziesięcioosobowe grupki lewaków. Próbują zmącić porządek, wzniecić zamieszanie, rozproszyć pochód. Bezskutecznie. Odbijają się od zwartej masy manifestantów jak ulęgałki i młóceni silnymi rękami ochroniarzy pierzchają w popłochu, by kilka przecznic dalej ponowić próbę.

W gruncie rzeczy pochód bez przeszkód zbliża się do Placu Bastylii. A tu u stóp kolumny wzniesionej na cześć kombatantów 1830 i 1848 roku przystaje przed skąpanymi w świetle reflektorów katafalkami. Na nich pięć trumien – symboli, a na każdej z nich portret zamordowanego. Chylą się głowy w niemym skupieniu, ktoś westchnie głęboko, ktoś upuści kwiatek na bruk i to właściwie wszystko. Za chwilę uczyni to samo następny szereg, dziesiąty, setny, tysięczny.

Tymczasem my gawędzimy nadal, ciągnąc chłodne piwo. Robi się już późno. Klientela w knajpce zmieniła się diametralnie. Dziennikarze, operatorzy, fotoreporterzy pomknęli do swych redakcji, a ich miejsce zajmują szeregowi uczestnicy manifestacji, pragnąc spłukać wysuszone krzykiem gardła. Czas i nam się zbierać. Spoglądam przez szybę na plac. W gęstniejącym mroku nie widać już tłumu, ale słychać go nadal, zwłaszcza z tyłu, tam gdzie Bulwar Beaumarchais wpada na plac. Idzie tak już od paru godzin, zwarty, groźny, potężny, ława za ławą sunie na środek Placu Bastylii, by dopiero tu na widok pięciu trumien zamilknąć w hołdzie składanym straceńcom.

- Belle manife – powiada Françoise i podnosi się od stolika.

CZESŁAW LUDWICZEK

P.S. Skromny, nad wyraz, nasz Kolega nie zacytował słowa wstępnego napisanego przez któregoś z prowadzących wspomniany literacki portal internetowy “Alarte”. Przywołujemy więc ten zapis, ponieważ ukazuje on minioną rzeczywistość, taką, jaka była. O tym jak trudno być dziennikarzem w komunistycznym państwie miało okazję przekonać się wielu polskich dziennikarzy w czasach PRL-u. Wszechobecna cenzura, ostrożność redaktorów, przewrażliwienie na wszelkie bardziej wyraźne punkty widzenia, “dmuchanie na zimne”. Prezentujemy artykuł Pana Czesława Ludwiczka (ur. 1933 roku), który ze względu na wyrok redaktora przeleżał w szufladzie 35 lat.

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/3536