Tomasz Wróblewski, Cezary Gmyz, Bartosz Marczuk i Tomasz Staniszewski zostali zwolnieni z “Rzeczpospolitej”. Stało się to po tym jak rada nadzorcza i właściciel Presspubliki uznali, że tekst Gmyza “Trotyl we wraku Tupolewa” opublikowany w “Rz” był nierzetelny.
- Rada Nadzorcza oraz właściciel wydawnictwa Grzegorz Hajdarowicz po przeprowadzonym postępowaniu uznaje, że dziennikarze związani z publikacją nie mieli podstaw do stwierdzenia, że we wraku tupolewa znaleziono ślady trotylu i nitrogliceryny. Tekst uznajemy za nierzetelny i nienależycie udokumentowany – napisano w oświadczeniu wydawcy przesłanym w poniedziałek wieczorem do portalu Wirtualnemedia.pl.
Artykuł Cezarego Gmyza ukazał w “Rzeczpospolitej” we wtorek 30 października br. Dziennikarz napisał w nim, że we wraku Tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem, znaleziono ślady trotylu i nitrogliceryny. Po kilku godzinach prokuratura wojskowa zaprzeczyła jednak tym informacjom i poinformowała, że trwają w tej sprawie jeszcze ustalenia. Tego samego dnia redakcja “Rzeczpospolitej” przyznała się do błędu. “Pomyliśmy się, pisząc dziś o trotylu i nitroglicerynie” – napisało początkowo w internecie, ale po godzinie wycofano z oświadczenia te słowa. Zaznaczono tylko, że w szczątkach wraku mogły być materiały wybuchowe, ale nie musiały.
——————————————————————————–
Medioznawca prof. Wiesław Godzic ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej

Prof. Wiesław Godzic
Te decyzje oznaczają, że w polskim dziennikarstwie dzieją się bardzo ważne rzeczy. Nie wyobrażam sobie, prawdę mówiąc, życia bez dotychczasowej “Rzeczpospolitej”, jakkolwiek była ona czasem denerwująca; jednak tego rodzaju gazeta jest potrzebna. Musi być pewnego rodzaju “antyGazeta Wyborcza”, żebyśmy mieli lewą i prawą stronę.
Bardzo chciałbym, żeby to było rozumiane wyłącznie jako wewnętrzna sprawa tego ciekawego dziennika. Chodzi o to, żeby nie dorabiać, jeśli ich rzeczywiście nie ma, żadnych wątków politycznych. Przyjmijmy po prostu fakty takimi jakie są: ukazał się bulwersujący artykuł, właściciel po przeprowadzeniu procedury stwierdził, że to było nierzetelne (…) no i w takim razie proponuje rozwiązanie umowy o pracę. Źle się stało, ale pamiętajmy, że przyczyną był jednak artykuł, a nie decyzja właściciela.
To też oznacza, że już nie będzie “Rzeczpospolitej” takiej jaka była. Trudno mi gdybać, co się stanie z tym zespołem, ale będzie na pewno inny, tym bardziej, że za tym pójdą dobrowolne zwolnienia (…). Myślę, że będzie to zasada domina i sprawa tym samym stanie się polityczna.
Czy Presspublika ratuje swój wizerunek? Na pewno jest to sposób. Wskazuje się winnych i mówi, że już ich nie ma. W końcu gazeta to nie tylko iluś tam dziennikarzy, ale pewna idea, w tym przypadku stara i piękna. I można znaleźć inne osoby, które tę ideę będą realizowali, tylko proszę pamiętać, że tego nie można zrobić tak od zera. Muszą to być osoby, które zagwarantują realizację tej idei, czyli silni redaktorzy naczelni, szefowie działów. Musi powstać nowy dobry zespół. Gdyby jednak okazało się, że gazeta ma “dziury, wyrwy informacyjne” to byłoby bardzo źle, bo oznaczałoby, że “Rzeczpospolita” spada do drugiej czy trzeciej ligi.
Rzeczywiście Rada Nadzorcza może tak zrobić (powołać nowy, dobry zespół – red.) i tak bym jej nawet doradzał. Po prostu po wskazaniu winnych, gazeta musi oczyścić się i zakasać rękawy, bo ma swoich czytelników. Cóż innego pozostaje jej teraz jak nie ostro pracować?
Polskim mediom paradoksalnie wyjdzie to na dobre. W dobrym stylu wskazano, kto jest winny, nikt tu niczego nie udawał, wiadomo było, kto jest twórcą tej informacji, bardzo szybko redaktor naczelny podał się do dymisji, a rada nadzorcza szybko zadziałała. To wzorcowe postępowanie w tym przypadku. Czytelnicy mogą odnieść wrażenie, że zdarzają się błędy, natomiast – jak się okazuje – media potrafią przyznać się do błędów. Wszyscy przecież je popełniamy.
——————————————————————————–
Prof. Maciej Mrozowski z Uniwersytetu Warszawskiego i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej

Maciej Mrozowski
Mam nadzieję, że te decyzje wynikają z przywiązania do pewnych standardów pracy dziennikarskiej, które nakazują ponosić odpowiedzialność za tak skandaliczne wydarzenie.
W tym wypadku chodzi przecież o niesłychanie brzemienne w skutki informacje; to nie może być tak, że się pisze coś takiego ot tak po prostu, bo jakiś dziennikarz albo nabrał przekonania albo postanowił sprowokować albo zaryzykował.
Jestem zwolennikiem mimo wszystko trzymania się tezy, że nadal pewne podstawowe standardy dziennikarstwa obowiązują i obrona wizerunku i reputacji gazety jest drugim motywem wynikającym właśnie z tego pierwszego. Gdyby te standardy nie obowiązywały, to po co byłoby ratowanie wizerunku. Można by było powiedzieć: ot zrobiło się zamieszanie, sprzedaż przez jeden dzień wzrosła, jest o nas głośno, dobrze czy źle, ale po nazwisku.
Uważam, że “Rzeczpospolita” stanęła w obliczu równi pochyłej, po której staczałaby się w otchłań tabloidu, nawet nie tyle w publikacjach, co w przekonaniu opinii publicznej, w złośliwościach i łatkach, które by jej konkurencja przyklejała. Moim zdaniem to i tak na długo przylgnie do tego dziennika i będzie to taki garb i balast na wiele lat. (…)
W Polsce jest duży obóz tych, którzy będą traktować tych wyrzuconych jako męczenników krucjaty o prawdę. To jest pewna specjalność polska, która nie występuje poza naszym krajem, że jeśli wylatuje się z jednego obozu, to ląduje się od razu w drugim.
Gazeta niewątpliwie poniosła uszczerbek, dziennikarstwo jako takie też trochę poniosło. Polskie dziennikarstwo zresztą w ostatnim czasie nie ma na swoim koncie jakichś szczególnych sukcesów, jeśli chodzi o służbę społeczną. Raczej rozwija się w dwóch kierunkach: tabloidowo-sensacyjnym oraz uwikłanym w politykę.
To dużej części ludzi nie odpowiada, choć oczywiście są tacy, którzy to lubią, Jednak to są rzeczy, które odkładają się osadem, który powoduje, że gazeta przestaje być instytucją, po która sięgają ludzi o różnych przekonaniach.
Ogólnie rzecz biorąc, to zaszkodzi dziennikarstwu, ale nie panikujmy, nie dramatyzujmy, z tego powodu dziennikarstwo nie upadnie.