Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

05-11-2012, 14:00

“Newsweek” o tym, jak powstawał artykuł “Rzeczpospolitej” o trotylu w tupolewie  »

Gazeta Wyborcza
kospa
05-11-2012

- Czarek, widziałeś, że redakcja wycofała się z twojego artykułu – miał według “Newsweeka” usłyszeć dziennikarz “Rzeczpospolitej” Cezary Gmyz od jednego z redakcyjnych kolegów. Chodziło o oświadczenie redakcji, że się “pomyliła” .

Cezary Gmyz

W poniedziałek lub wtorek ma zapaść decyzja o konsekwencjach po publikacji w ubiegłym tygodniu przez “Rzeczpospolitą” tekstu Cezarego Gmyza o tym, że Polacy odkryli ślady trotylu i nitrogliceryny na wraku prezydenckiego Tu-154M.

W dniu publikacji głównej jego tezie zaprzeczyła prokuratura wojskowa. – Biegli powołani przez prokuraturę nie stwierdzili na wraku tupolewa trotylu ani żadnego innego materiału wybuchowego – powiedział na specjalnej konferencji prasowej Ireneusz Szeląg, szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Jeszcze we wtorek na stronach “Rzeczpospolitej” ukazało się oświadczenie redakcji, że “pomyliła się” (potem z tego zwrotu się wycofano). Natomiast redaktor naczelny “Rz” Tomasz Wróblewski oddał się do dyspozycji Rady Nadzorczej wydawnictwa Presspublika.

Autor artykułu Cezary Gmyz już po opublikowaniu przez redakcję oświadczenia napisał na Twitterze: “Z niczego się nie wycofuję. Moi informatorzy to ludzie o najwyższej wiarygodności. Źródła od siebie niezależne. I zawsze będę ich chronił. Przyjaciołom dziękuję za wsparcie. Wrogów czniam”.

C4, trotyl, nitrogliceryna

Jak w ogóle doszło do publikacji materiału w “Rzeczpospolitej”? Pisze o tym Michał Krzymowski w najnowszym “Newsweeku”. Według niego przed dwoma tygodniami z “mocnym tematem” miał przyjść do redakcji Gmyz. Choć sprawę objęto ścisłą tajemnicą (wiedziało o nim kilka osób z redakcji), żaden z redaktorów naczelnych podobno się do niego nie zapalił. Wróblewski – jak pisze tygodnik – w ogóle jest sceptycznie nastawiony do tematów smoleńskich, twierdzi, że “Rzeczpospolita” jest adresowana do innego czytelnika. Z kolei Talaga miał zastrzeżenia co do wiarygodności informacji i braku konkretów.

Według tygodnika pierwotnie Gmyz mówił o C4 – środku wchodzącym w skład pocisków i bomb lotniczych. To zaś miało wzbudzić nieufność Talagi, który wiele lat pisał o wojskowości.Jak twierdzą rozmówcy “Newsweeka” z redakcji “Rz”, wątpliwości miał mieć sam Gmyz.

- Czarek na papierosie mówił mi, że nie wie, co o tym wszystkim sądzić, bo to przecież może być rosyjska prowokacja. Miał też świadomość, że taki news odpali polityczną, a może nawet międzynarodową bombę – mówi jeden z informatorów tygodnika.

Jak pisze “Newsweek” decyzja o publikacji zapadła w zeszły poniedziałek. Tygodnik pisze, że Gmyz, choć zapewniał, że udało mu się zweryfikować wszystkie informacje, chciał pisać “na miękko”. Według tej wersji specjaliści mieli odkryć coś, co może, choć nie musi, wskazywać na obecność materiałów wybuchowych we wraku. Gmyz nie chciał jednak precyzować jakich, bo – tłumaczył – na pirotechnice się nie zna.

Według Michała Krzymowskiego z “Newsweeka” to Wróblewski miał podjąć ostateczną decyzję, że sprawę należy opisać “na twardo” i że miał na to dostać zielone światło od Grzegorza Hajdarowicza (właściciel Presspubliki, który przebywał w Austrii, ale gdy dowiedział się o planowanej publikacji, wsiadł ponoć w samolot i wrócił do Polski).

Wcześniej jednak redakcja gazety uznała, że sprawa wymaga rozmowy Wróblewskiego z Prokuratorem Generalnym Andrzejem Seremetem. – Wróblewski pojechał na tę rozmowę bez przekonania, ale wrócił z niej nakręcony. Twierdził, że Seremet nie tylko potwierdził wykrycie trytolu, ale też poprosił o rozważenie wstrzymania się z publikacją ze względu na rację stanu – opowiada “Newsweekowi” jeden z dziennikarzy.

W nocy przed ukazaniem się artykułu zastępca redaktora naczelnego Andrzej Talaga nagrał nawet komentarz wideo, który miał być opublikowany następnego dnia na stronach internetowych “Rz”. Według “Newsweeka” Talaga miał w nim powiedzieć: “Teoria o zamachu staje się dużo bardziej prawdopodobna niż wcześniej. Odkrycie śladów materiałów wybuchowych może sugerować, że na terytorium obcego państwa prezydent zginął wskutek wybuchu”.

Co zrobi Presspublika

- Czarek, widziałeś, że redakcja wycofała się z twojego artykułu? – miał usłyszeć od jednego z dziennikarzy Cezary Gmyz. Jak pisze Krzymowski zdenerwowany, że kierownictwo wycofało się z ustaleń, Gmyz ruszył do szefa działu. Z awanturą do Talagi mieli też przyjść komentatorzy Dominik Zdort i Piotr Semka.

Dwie godziny później z oświadczenia znikł zwrot o pomyłce. Dziennikarze działu internetowego mieli dostać od Talagi e-mail z informacją, że wszystkie teksty publikowane na stronie internetowej dotyczące Smoleńska mają być przez niego akceptowane.

Czy Wróblewski i Gmyz stracą stanowiska? W piątek wieczorem władze Presspubliki opublikowały na stronie rp.pl oświadczenie, w którym zapowiedziały wyjaśnienie sprawy. W oświadczeniu podkreślono, że „jeśli okaże się, że nie dochowano standardów wykonywania zawodu dziennikarza, a tym samym wprowadzono w błąd czytelników »Rzeczpospolitej «, osoby za to odpowiedzialne poniosą daleko idące konsekwencje”.

Gmyz nie chce się w tej sprawie wypowiadać. – Na razie jestem cały czas współpracownikiem Presspubliki – powiedział tylko serwisowi Press.pl. Zdaniem jednego z rozmówców “Newsweeka” wyrzucenie Gmyza z pracy wywołałoby większe protesty niż po tzw. liście Wildsteina.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75248,12797334,_Newsweek__o_tym__jak_powstawal_artykul__Rzeczpospolitej _.html#ixzz2BMaQ8tRU

05-11-2012, 09:20

Jak się ma etyka wśród polskich dziennikarzy? (raport)  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
Krzysztof Lisowski
05-11-2012

- Polscy dziennikarze mają problemy z tym, aby wykonywać swoją pracę zgodnie z zasadami etyki i rzetelności – tak wynika z rozmów, które przeprowadziliśmy z przedstawicielami naszego rynku mediów.

Artykuł “Rzeczpospolitej” sugerujący obecność środków wybuchowych na pokładzie rządowego Tupolewa, kwestia drastycznych zdjęć ofiar katastrofy smoleńskiej, które wyciekły do internetu czy dyskusja w szeregach Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich po tym, jak prezes tej organizacji poprowadził dwie konferencje Prawa i Sprawiedliwości – to tylko niektóre sytuacje z ostatnich tygodni, które wzbudziły dyskusję na temat etyki dziennikarskiej.

Ryszard Bańkowicz, przewodniczący Rady Etyki Mediów, w wywiadzie opublikowanym na naszych łamach w minioną środę powiedział, że – jego zdaniem – polscy dziennikarze starają się dochowywać zasad etyki, a przypadki celowego naruszania tych zasad są rzadkie. Zaznaczył jednocześnie, że nie uważa, iż działań nieetycznych w polskich mediach w ogóle nie ma. – Zdarzają się, ale też bardzo często autorzy nie są tego świadomi. Generalnie przestrzegałbym przed traktowaniem dziennikarzy jako grupy, która z gotowością podejmuje działania nieetyczne – powiedział nam Ryszard Bańkowicz .

Tymczasem przedstawiciele rynku mediów, z którymi rozmawialiśmy, mają często negatywne zdanie na temat etyki dziennikarskiej. Sławomir Jastrzębowski, redaktor naczelny “Super Expressu” twierdzi, że “etyka wśród polskich dziennikarzy agonalnie rzęzi”.

- Z powodu serwilizmu, czyli skundlenia. Otóż dziennikarze generalnie podzielili się na dwa zalatujące obozy. Pierwszy obóz zalatuje aktualnie pieniędzmi, to obóz jawnie, bezwstydnie prorządowy. Jego przedstawiciele sowicie wynagradzani przez rządzących razem z żonami i kolegami służą władzy potępiając opozycję w czambuł. Mają się dobrze i bardzo boją się zmiany władzy, bo wtedy stracą pracę, reklamy od państwowych spółek, a żony znów szukać będą zatrudnienia - mówi Jastrzębowski.

Szef “Super Expressu” dodaje: “Drugi obóz, zalatujący chwilowo biedą i smutkiem, to obóz, który bardzo chciałby służyć władzy, ale tej innej, następnej. Przedstawiciele tego obozu nie są tak cyniczni jak przedstawiciele pierwszego, ba, wśród nich roi się od idealistów. Problem w tym, że nie rozumieją podstaw etyki zawodu: ręce każdej władzy kontrolujemy, czyścimy lub odrąbujemy artykułami. Każdej! Skundlenie jednego obozu i potencjalne skundlenie drugiego sprawia, że o etyce można rozmawiać w niezwykle elitarnym gronie”.

Krystyna Mokrosińska, honorowy prezes SDP uważa, że w środowisku zawodowym coraz bliżej nam do uprawiania polityki. – Część kolegów uważa nawet, że Karta Etyczna Mediów jest z epoki dinozaurów – teraz liczy się pluralizm polityczny, a więc jak kocham jakąś partię, to nie muszę już stosować “zasady obiektywizmu – co znaczy, że autor przedstawia rzeczywistość niezależnie od swoich poglądów, rzetelnie relacjonuje różne punkty widzenia” – mówi Mokrosińska.

Teresa Bochwic, szefowa Obywatelskiej Komisji Etyki Mediów, podkreśla, że – jej zdaniem – nie da się określić współczesnych mediów w Polsce jako wykonujących pracę w sposób etyczny. – Są różne katalogi zasad etyki mediów i w każdym znajdziemy wymaganie rzetelności, bezstronności, ale przede wszystkim prymat dobra odbiorców nad dobrem wydawcy, nadawcy, koncernu wydawniczego, i samego dziennikarza. Trzeba więc sobie zadać pytanie: czy chcę zarobić dla mojego wydawcy, zdobyć za to premię, czy raczej myślę o tym, żeby najlepiej poinformować moich czytelników i wyjaśnić im świat, szukając za nich ekspertów i materiałów?Prezentowanie każdego poglądu jest dopuszczalne, z odpowiednim komentarzem – do czego to naszym – a lepiej ekspertów – zdaniem może to prowadzić – podkreśla Bochwic.

Piotr Lignar, dyrektor Biura Programowego i Rozwoju Korporacyjnego Polskiego Radia oraz wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie uważa, że skala zachowań nieetycznych w polskich środkach masowego przekazu jest coraz większa.

- Mimo rozmaitych kodeksów etyki i dobrych praktyk, które regularnie są dyskutowane, formułowane i obowiązujące. Mam na myśli chociażby zredagowany w Polsce, uchwalony i obowiązujący Kodeks Dobrych Praktyk Wydawców Prasy, powołana przed laty Rada Etyki Mediów, czy jeszcze wcześniej powołana między innymi do stania na straży etyki mediów Konferencja Mediów Polskich
– podkreśla Piotr Lignar.

- Uważam, że przy każdej okazji, kiedy widzimy ze strony mediów jakieś zachowania nieetyczne, trzeba nazywać rzeczy po imieniu i zwracać nieustannie uwagę na mechanizmy oraz postawy sprzyjające zachowaniom nieetycznym. Na razie jestem jednak pesymistą. Tu raczej niewiele się zmieni, a na pewno nie szybko. Istnieje bowiem szereg bardzo istotnych czynników sprzyjających słabej kondycji etycznej polskich mediów – wyjaśnia Lignar.

Kazimierz Krupa, redaktor naczelny magazynu “Forbes” mówi o etyce wśród dziennikarzy w sposób stonowany. – Nie można jednoznacznie stwierdzić, że wszyscy dziennikarze są w swym postępowaniu w pełni etyczni lub nie, bo przecież nie można stwierdzić, że wszyscy ludzie są dobrzy lub źli. Jednakże w mojej ocenie zdecydowana większość moich kolegów dziennikarzy w swej codziennej pracy przestrzega pisanych i niepisanych zasad etyki dziennikarskiej. Tym nielicznym przypadkom łamania lub naginania tych reguł należy przyglądać się z uwagą i spokojem. Starajmy się unikać formułowania radykalnych opinii powodowanych niepotrzebnymi emocjami – mówi Kazimierz Krupa.

Również Grzegorz Cydejko, szef warszawskiego oddziału SDP wypowiada się na ten temat ostrożnie. – Dziennikarze wykonują swą pracę tak etycznie, jak tylko pozwala im sytuacja ekonomiczna ich wydawcy/nadawcy. Wiem na pewno, że w swej masie dziennikarze unikają konfliktu interesu i dbają o uczciwe wykonywanie misji zawodowej. Pytanie tylko, czy tak samo rozumieją misję dziennikarską wydawcy i nadawcy – uważa Cydejko.

- To nie dziennikarze, ale wydawcy epatują drastycznymi czy ustawianymi zdjęciami. Nie ma to nic wspólnego z dziennikarstwem. Jest działalnością produkcyjną mającą na celu uatrakcyjnienie przedmiotu sprzedaży i motywowaną tylko i wyłącznie chęcią zysku wydawcy/nadawcy a nie względami dziennikarskimi. Dziennikarz działa w interesie odbiorcy (czytelnika/widza/słuchacza). Wolno mu działać tylko w tym interesie. Nie wolno zaś krzywdzić ludzi – stwierdza szef warszawskiego oddziału SDP.

——————————————————————————–

O etyce wśród polskich dziennikarzy specjalnie dla nas mówią: Kazimierz Krupa, redaktor naczelny magazynu “Forbes”, Sławomir Jastrzębowski, redaktor naczelny “Super Expressu”. Krystyna Mokrosińska, honorowy prezes SDP, Teresa Bochwic, szefowa Obywatelskiej Komisji Etyki Mediów, Grzegorz Cydejko, prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Piotr Lignar, dyrektor Biura Programowego i Rozwoju Korporacyjnego Polskiego Radia oraz wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.

——————————————————————————–

Kazimierz Krupa, redaktor naczelny magazynu „Forbes”

Nie można jednoznacznie stwierdzić, że wszyscy dziennikarze są w swym postępowaniu w pełni etyczni lub nie, bo przecież nie można stwierdzić, że wszyscy ludzie są dobrzy lub źli.

Jednakże w mojej ocenie zdecydowana większość moich kolegów dziennikarzy w swej codziennej pracy przestrzega pisanych i niepisanych zasad etyki dziennikarskiej.

Tym nielicznym przypadkom łamania lub naginania tych reguł należy przyglądać się z uwagą i spokojem.

Starajmy się unikać formułowania radykalnych opinii powodowanych niepotrzebnymi emocjami.

Sławomir Jastrzębowski, redaktor naczelny “Super Expressu”

Sławomir Jastrzębowski

Etyka wśród polskich dziennikarzy agonalnie rzęzi. Z jakiego powodu? Z powodu serwilizmu, czyli skundlenia. Otóż dziennikarze generalnie podzielili się na dwa zalatujące obozy. Pierwszy obóz zalatuje aktualnie pieniędzmi, to obóz jawnie, bezwstydnie prorządowy. Jego przedstawiciele sowicie wynagradzani przez rządzących razem z żonami i kolegami służą władzy potępiając opozycję w czambuł. Mają się dobrze i bardzo boją się zmiany władzy, bo wtedy stracą pracę, reklamy od państwowych spółek, a żony znów szukać będą zatrudnienia. Drugi obóz, zalatujący chwilowo biedą i smutkiem, to obóz, który bardzo chciałby służyć władzy, ale tej innej, następnej. Przedstawiciele tego obozu nie są tak cyniczni jak przedstawiciele pierwszego, ba, wśród nich roi się od idealistów. Problem w tym, że nie rozumieją podstaw etyki zawodu: ręce każdej władzy kontrolujemy, czyścimy lub odrąbujemy artykułami. Każdej! Skundlenie jednego obozu i potencjalne skundlenie drugiego sprawia, że o etyce można rozmawiać w niezwykle elitarnym gronie.

Etyka wśród polskich dziennikarzy agonalnie rzęzi. Z jego powodu? Z powodu poziomu intelektualnego wielu dziennikarzy. Niedouczeni, nieoczytani, niesamodzielnie myślący, niezdolni do podejmowania wyzwań, ryzyka, działający stadnie, głupawi po prostu (przepraszam). Przykład, kiedy “Super Express” publikuje zdjęcia podejrzanej o zabójstwo kobiety w stroju bikini na koniu, to w głowie osoby podejmującej decyzje o druku kołacze Ortega y Gasett: „Zdziwienie, zaskoczenie to początek zrozumienia. To specyficzny i ekskluzywny sport i luksus intelektualistów”. Po tej publikacji pewna redaktor wyrzuca “Super Express” przez okno, a wielu innych dziennikarzy oburza się nie potrafiąc zwerbalizować, na co. Nie chcą zrozumieć, nie rozumieją, nie potrafią przestać myśleć schematami. Moim zdaniem głupolom (przepraszam) nie można jednak zarzucać braku etyki, ponieważ najpierw należy ich wyedukować. Poziom umysłowy wielu polskich dziennikarzy sprawia więc, że o etyce można rozmawiać w niezwykle elitarnym gronie.

Etyka wśród polskich dziennikarzy agonalnie rzęzi. Prostytucja reklamowa uprawiana w tym zawodzie przybrała postać epidemii. I nie chodzi tu tylko o żałosny portal “parówkożerców”, ten problem jest poważniejszy i głęboki. Rozchylanie na zawołanie szpalt dla bogatych reklamodawców doprowadziło do chorób, które codziennie widzę gołym okiem. Ponieważ problem redakcyjnych kurtyzan jest powszechny, to sprawia, że o etyce można rozmawiać w niezwykle elitarnym gronie.

Krystyna Mokrosińska, honorowy prezes SDP

Krystyna Mokrosińska

Etyka to nie prawne ograniczenia, ale samoograniczenie środowisk dla zachowania wiarygodności zawodu. Nie jest to tylko problem dziennikarzy – pamiętam demaskatorski artykuł Anny Marszałek o łamaniu zasad etycznych przez sędziego – pamiętam też dyskusję, którą artykuł wywołał – i co z tego?

Realizowanie zasad etyki można “wymusić” koniecznością akceptacji zasad przyjętych w danej gazecie czy medium (o ile takie są). Nawet komisja etyki TVP miała problemy ze współpracownikiem firmy, tłumaczącym się, że jego „zasady” nie obowiązują, bo niczego nie podpisywał. Dopiero uchwała zarządu o sposobie podpisywania umów (z obowiązkiem akceptacji zasad etyki TVP) sprawę formalnie wyjaśniła. Tak jest na całym świecie, zasady jednych redakcji nie dopuszczają np. prowokacji dziennikarskich, inne redakcje określają dopuszczalność takich działań bardzo różnie.

Jak daleko można się posunąć np. w prezentowaniu poglądów skrajnych, czy epatowaniu drastycznymi zdjęciami decydują wydawcy/nadawcy. Dziennikarzowi nie wolno brać jakiejkolwiek formy “łapówki”, ale całe redakcje żyją np. z przychylności dla reklamodawców, nie mówiąc o prasie związanej z lokalnymi władzami. Są redakcje, którym opłaca się sensacja nawet za cenę ludzkiej krzywdy – dochód z takiego draństwa wykonanego w końcu konkretnym dziennikarskim piórem staje się bardziej opłacalny niż np. wyrok w sądzie i wysokie odszkodowanie dla ofiary. Moim zdaniem te zjawiska są bardziej niebezpieczne niż indywidualna głupota.

Ostatnie dyskusje w SDP w związku z poprowadzeniem konferencji partyjnej przez szefa SDP postawiło przed nami kolejny problem – o zawodową niezależność. Skowroński-dziennikarz może się tłumaczyć, że pozostaje niezależnym wykonując taką czynność, ale Skowroński-prezes SDP sprawił, że część środowiska uznała to za niedopuszczalne. I znowu interpretuje się kodeks etyki SDP: Wolno czy nie wolno?

Zrezygnowałam z kandydowania na prezesa SDP podając powody – w środowisku zawodowym coraz bliżej nam do uprawiania polityki, część kolegów uważa nawet, że Karta Etyczna Mediów jest z epoki dinozaurów – teraz liczy się pluralizm polityczny, a więc jak kocham jakąś partię, to nie muszę już stosować “zasady obiektywizmu – co znaczy, że autor przedstawia rzeczywistość niezależnie od swoich poglądów, rzetelnie relacjonuje różne punkty widzenia.”

Pozostaję w swoich poglądach dinozaurem, a na najbliższym zjeździe statutowym SDP chcę zaproponować wpisanie do statutu, że władze SDP wszystkich szczebli nie mogą uczestniczyć w pracach na rzecz partii politycznych, w komitetach politycznych, komitetach doradczych, również prowadzić imprez partyjnych. Podkreślam – dotyczy to jedynie władz SDP – członkom pozostaje codzienne przeglądanie się w lustrze.

Teresa Bochwic, szefowa Obywatelskiej Komisji Etyki Mediów

Teresa Bochwic

Pisanie lub występowanie dla gadżetów czy korzyści finansowych innych niż honorarium czy nagroda zawodowa – to dno. Nie jest fair, podobnie jak prowadzenie programu telewizyjnego, którego celem jest np. ośmieszenie, lub – co ostatnio jest w modzie – odczłowieczenie przeciwnika politycznego.

Moim zdaniem nie da się określić współczesnych mediów w Polsce jako wykonujących pracę w sposób etyczny. Są różne katalogi zasad etyki mediów i w każdym znajdziemy wymaganie rzetelności, bezstronności, ale przede wszystkim prymat dobra odbiorców nad dobrem wydawcy, nadawcy, koncernu wydawniczego, i samego dziennikarza. Trzeba więc sobie zadać pytanie: czy chcę zarobić dla mojego wydawcy, zdobyć za to premię, czy raczej myślę o tym, żeby najlepiej poinformować moich czytelników i wyjaśnić im świat, szukając za nich ekspertów i materiałów? W jakim środowisku, kraju, systemie obyczajowym funkcjonuję? Co naruszę, w czym pomogę? Czy rzeczywiście moim zadaniem jest wychowywanie społeczeństwa dorosłych ludzi, modernizowanie na siłę, deptanie panujących tu zasad i obyczajów? Prezentowanie każdego poglądu jest dopuszczalne, z odpowiednim komentarzem – do czego to naszym – a lepiej ekspertów – zdaniem może to prowadzić.

Odwołam się też do własnych doświadczeń. Dawno, dawno temu, gdy zaczynałam prawdziwą pracę reporterską, pojechałam na reportaż do małego miasteczka. Zaprosili mnie radni, opisali sytuację wymagającą ich zdaniem interwencji, opłacili mi podróż i nocleg. Na miejscu zorientowałam się, że coś jest nie tak. Napisałam co prawda reportaż, ale miałam poczucie, że weszłam w konflikt interesów – kto wie, czy nie pominęłam czegoś, co dla radnych byłoby niewygodne. Do dziś myślę o tym z przykrością – nie zdałam wtedy egzaminu. Trzeba jechać za własne pieniądze, samemu zbierać materiał, lepiej nie ulegać nawet niewinnym poczęstunkom.

Inny przykład – drastyczne zdjęcia. Bardzo chciałam obejrzeć zdjęcia, o których ostatnio tak głośno, choć szczerze mówiąc, musiałam przemóc się, żeby ich poszukać. Lubię jednak wyrobić sobie zdanie na podstawie tego, co sama zobaczę. W dobie internetu zresztą trudno oczekiwać, by coś takiego cenzurowano, a w obliczu kłopotów ze śledztwem smoleńskim są bardzo ważne. Znalazłam je u pewnego blogera, pracującego również jako dziennikarz radia internetowego. Uprzedził on, co na nich mniej więcej jest, umieścił inne drastyczne zdjęcie z okresu wojny sprzed 70 lat jako próbę nerwów, powoli wprowadzał w temat. Dał linki. Nie szokował nagłym pokazaniem strasznych wizerunków, każdy, kto wchodził na kolejne strony, wiedział, co może go czekać. Nie liczył na zarobek. Liczył na to, że lepiej poinformuje. To była właściwa metoda, wyrobiłam sobie pogląd, ugruntowałam dotychczasowe przeświadczenia. W ten kulturalny, liczący się z wrażliwością odbiorcy sposób można pokazać praktycznie niemal wszystko, co nie jest objęte ochroną prywatności.

Grzegorz Cydejko, prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Grzegorz Cydejko

Dziennikarze wykonują swą pracę tak etycznie, jak tylko pozwala im sytuacja ekonomiczna ich wydawcy/nadawcy. Wiem na pewno, że w swej masie dziennikarze unikają konfliktu interesu i dbają o uczciwe wykonywanie misji zawodowej. Pytanie tylko, czy tak samo rozumieją misję dziennikarską wydawcy i nadawcy.

To nie dziennikarze, ale wydawcy epatują drastycznymi czy ustawianymi zdjęciami. Nie ma to nic wspólnego z dziennikarstwem. Jest działalnością produkcyjną mającą na celu uatrakcyjnienie przedmiotu sprzedaży i motywowaną tylko i wyłącznie chęcią zysku wydawcy/nadawcy a nie względami dziennikarskimi. Dziennikarz działa w interesie odbiorcy (czytelnika/widza/słuchacza). Wolno mu działać tylko w tym interesie. Nie wolno zaś krzywdzić ludzi.

Istnieje dziennikarstwo partyjne, silnie zaangażowane po jednej ze stron ideowego sporu. Skowrońskiemu wolno być dziennikarzem partyjnym i wykonywać usługi propagandowe dla idei, w którą wierzy. Nie wolno zaś wykonywać usług propagandowych prezesowi SDP.

Z kolei napisanie artykułu w zamian za jakiekolwiek świadczenia od źródła jest niedopuszczalne. Dziennikarz musi zachować zdolność do krytyki źródeł. Jakiekolwiek wiązanie się ze źródłami stawia go w konflikcie interesu z misją publiczną. Wolno pisać pochwalnie, jeśli taki jest osąd tematu dokonany przez niezależnego od źródła dziennikarza kierującego się interesem publicznym.

Piotr Lignar, dyrektor Biura Programowego i Rozwoju Korporacyjnego Polskiego Radia oraz wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie*

Piotr Lignar

Pamiętam, że jeszcze w połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy pracowałem w Polskim Radiu jako dziennikarz, istniała niepisana, ale obowiązująca zasada, że o wydarzeniach tragicznych i dojmujących mówi się na antenie tak, aby szanować ludzkie cierpienie. Oznaczało to na przykład nie pokazywanie scen drastycznych rozpaczy i bólu, nawet za cenę osłabienia atrakcyjności publikacji. Próby łamania tej zasady były nieliczne, a redaktorzy odpowiedzialni za to, co ostatecznie trafiało do słuchacza, wręcz piętnowali je właśnie ze względów etycznych. Podobnie było w TVP. W początkujących wówczas radiach i telewizjach prywatnych oraz w silnie komercjalizującej się prasie ta obrona była już wtedy znacznie słabsza.

Późniejsze lata dowiodły, że również media publiczne uległy drapieżnemu imperatywowi, że wszystko jest na sprzedaż. Dziś już pokazuje się niemal bez ograniczeń kobiety rozpaczające po stracie bliskich pod bramą kopalni Halemba czy Wujek-Śląsk i wywożone z kopalni zwęglone ciała ofiar. Umieszczenie na pierwszej stronie “Super Expressu” dużego zdjęcia zwłok redaktora Waldemara Milewicza poległego w Iraku było ukoronowaniem tej tendencji. W gruncie rzeczy szerszej niż tylko przełamywanie tabu, jakim jest śmierć i cierpienie. Bo skoro można bezkarnie pokazywać takie obrazy, nie bacząc chociażby na odczucia bliskich, to dlaczego nie można łamać innych norm moralnych, etycznych, czy najzwyklejszych dobrych obyczajów?

Uważam, że skala zachowań nieetycznych w polskich środkach masowego przekazu jest niestety coraz większa. Mimo rozmaitych kodeksów etyki i dobrych praktyk, które regularnie są dyskutowane, formułowane i obowiązujące. Mam na myśli chociażby zredagowany w Polsce, uchwalony i obowiązujący Kodeks Dobrych Praktyk Wydawców Prasy, powołana przed laty Rada Etyki Mediów, czy jeszcze wcześniej powołana między innymi do stania na straży etyki mediów Konferencja Mediów Polskich.

Uważam, że przy każdej okazji, kiedy widzimy ze strony mediów jakieś zachowania nieetyczne, trzeba nazywać rzeczy po imieniu i zwracać nieustannie uwagę na mechanizmy oraz postawy sprzyjające zachowaniom nieetycznym. Na razie jestem jednak pesymistą. Tu raczej niewiele się zmieni, a na pewno nie szybko. Istnieje bowiem szereg bardzo istotnych czynników sprzyjających słabej kondycji etycznej polskich mediów.

Jednym z głównych elementów jest mordercza konkurencja na naprawdę trudnym rynku. Nie jest zbyt rozległy jak na blisko 40-milionowe społeczeństwo, a jego siła nabywcza wcale nie taka wielka, jak by się wydawało. Według danych KRRiT w Polsce jest blisko 8,5 tysiąca tytułów prasowych, około 270 rozgłośni radiowych i 85 stacji telewizyjnych. Polscy nadawcy, jak zresztą im podobni na całym świecie, kierują się przede wszystkim dwoma celami. Chcą zarobić, głównie poprzez sprzedaż czasu antenowego lub powierzchni, w mniejszym stopniu dzięki sprzedaży nakładów czy opłatę wnoszoną za dostęp. Są też tacy, którzy chcą upowszechniać określone idee. Czasami przyświeca im jedno i drugie. Jest oczywiste, że ich dochody i skuteczność w krzewieniu idei są pochodną zasięgu oraz liczby odbiorców. To bowiem wpływa zasadniczo na cenę reklam i ogłoszeń. Nadawcy są zatem gotowi zrobić, jeżeli nie wszystko – to w każdym razie dużo, aby właśnie ich stacje radiowe i telewizyjne oraz tytuły przyciągały jak najwięcej widzów, słuchaczy, czytelników. Pół biedy, jeżeli robią to tak, jak tabloidy, epatując odbiorców agresywną grafiką i szokującymi tytułami. Gorzej, jeżeli popularność mają zapewnić efekciarskie zdjęcia zwłok, brutalne wdzieranie się w prywatność lub najzwyklejsze kłamstwa, czy półprawdy.

Sądzę, że formalno-prawne i ekonomiczne realia polskiego rynku medialnego w połączeniu z morderczą walką o przetrwanie lub maksymalizacją zysku sprzyjają zachowaniom nieetycznym. Na dodatek ma to miejsce w warunkach poważnego kryzysu wartości, jaki przeżywa nasze społeczeństwo w większości przekonane, że właśnie taki jest upragniony w czasach PRL-u kapitalizm i cechujące go dziennikarstwo.

Głosy niepokoju o etykę polskich mediów i nawoływania do podjęcia prób opracowania chociażby rozwiązań formalnych w postaci zastąpienia nowym archaicznego prawa prasowego, nie przynoszą większych skutków. Torpedują je w dużej mierze ultraliberałowie wychodzący z być może słusznego założenia, że nie tędy droga. Nie da się bowiem zadekretować przyzwoitości, a dojrzałe społeczeństwo, ich zdaniem, samo z czasem oczyści się z nieprawidłowości.

*Wypowiedź Piotra Lignara pochodzi z publikacji zwartej, która ukazała się w pracy zbiorowej pt. „Ku Obywatelskiej Rzeczpospolitej Gospadarczej” pod redakcją W. Gasparskiego i B. Roka, wydanej przez wydawnictwo Poltext W-wa 2010 roku.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/jak-sie-ma-etyka-wsrod-polskich-dziennikarzy-raport

05-11-2012, 09:05

Dziennikarze bronią Cezarego Gmyza. “Trudno uwierzyć, że popełnił pomyłkę”  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
tw
05-11-2012

Ponad stu dziennikarzy prawicowych wystosowało list, w którym solidaryzują się z Cezarym Gmyzem, autorem artykułu w “Rzeczpospolitej” o trotylu i nitroglicerynie na wraku Tupolewa. “Trudno nam uwierzyć, że popełnił on pomyłkę w przypadku tak poważnej sprawy i sprzeniewierzył się dziennikarskiej rzetelności” – oceniają.

Cezary Gmyz

W liście solidarności z Cezarym Gmyzem prawicowi dziennikarze przypominają, że jest on “poważnym i rzetelnym dziennikarzem”, a “wśród jego publikacji były m.in. te o aferze hazardowej, które zmusiły Donalda Tuska do rekonstrukcji rządu”. Odnosząc się do artykuły Gmyza z zeszłego tygodnia o znalezieniu śladów trotylu i nitrogliceryny na wraku prezydenckiego Tupolewa w Smoleńsku, dziennikarze podkreślają, że prokuratorzy z Naczelnej Prokuratury Wojskowej nie zanegowali w merytoryczny sposób tych informacji. “Śledczy nie zaprzeczyli, że na szczątkach samolotu mogły być ślady wybuchowych substancji. Stwierdzili tylko, że… nie mają laboratoryjnego potwierdzenia. A w dodatku kluczowe próbki znajdują się nadal w Moskwie” – opisują autorzy listu.

Sygnatariusze listu dodają, że mimo to uwaga opinii publicznej skupiła się nie na prokuraturze, lecz osobie Cezarego Gmyza. “Głosem niektórych “autorytetów” obwiniono go o “podpalanie Polski”’. Zaś jego redakcja znalazła się pod retorycznym ostrzałem osób zatroskanych jej “tabloidyzacją” - relacjonują dziennikarze.

Sami deklarują przy tym solidarność z Gmyzem. “Oceniając jego bogaty dziennikarski dorobek trudno nam uwierzyć, że popełnił on pomyłkę w przypadku tak poważnej sprawy i sprzeniewierzył się dziennikarskiej rzetelności. Jego doniesienia zweryfikowały i potwierdziły również inne redakcje” – podkreślają.

Swój list kończą apelem do ludzi mediów “o przedstawienie w uczciwy sposób wydarzeń związanych z artykułem o materiałach wybuchowych znalezionych w smoleńskim wraku” - kończą swój list.

List podpisało sto kilkadziesiąt osób ze środowiska mediów. Są wśród nich dziennikarze i publicyści, m.in. Jak Pospieszalski, Bronisław Wildstein, Tomasz Terlikowski, Tomasz Sakiewicz, Łukasz Warzecha, Marek Król, Joanna Lichocka, Teresa Bochwic, Stanisław Janecki, Anita Gargas i Marek Magierowski, a także blogerzy, m.in. Kataryna, Chinaski, Ufka i Zabiegana. List został opublikowany na kilku portalach prawicowych, m.in. związanym z “Gazetą Polską” serwisie Niezalezna.pl.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/dziennikarze-bronia-cezarego-gmyza-trudno-uwierzyc-ze-popelnil-pomylke

02-11-2012, 09:58

Od dziś nowe zasady dotyczące sprostowań prasowych  »

Media2.pl
Łukasz Szewczyk
02-11-2012

Sprostowanie pozostaje jedyną dostępną reakcją na materiał prasowy. To jedna ze zmian, które wprowadza nowelizacja Prawa prasowego, wchodząca dziś w życie. Nowe przepisy regulują również kwestie terminów związanych z publikacją sprostowania i decyzjami sądu w tej sprawie.

Obowiązująca od dziś nowelizacja Prawa prasowego związana jest z koniecznością dostosowania przepisów tej ustawy do wyroków Trybunału Konstytucyjnego z 2004 roku i 2010 roku. Trybunał uznał za sprzeczne z Konstytucją RP niektóre przepisy z uwagi na to, że nie definiowały pojęcia sprostowania oraz odpowiedzi, a jednocześnie zakazywały, pod groźbą kary, komentowania tekstu sprostowania w tym samym numerze lub audycji, w której sprostowanie to zostało opublikowane.

Usunięto z ustawy dość problematyczną i krytykowaną od wielu lat instytucję odpowiedzi. Odpowiedź prasowa budziła wiele wątpliwości, bo nie bardzo było wiadomo, czym ta odpowiedź faktycznie jest, a poza tym w praktyce najczęściej służyła ona do podejmowania polemiki z materiałami prasowymi – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Piotr Dynowski, szef praktyki prawa własności intelektualnej i mediów z Kancelarii Bird & Bir

Jedyną możliwością reakcji na materiał prasowy zostaje więc żądanie publikacji sprostowania. Znowelizowana ustawa wprowadza sztywne terminy w tym zakresie.

Zmienia się długość terminu na wystąpienie z wnioskiem o publikację sprostowania do 21 dni od opublikowania materiału prasowego – mówi ekspert.

Novum są także terminy publikacji sprostowania w poszczególnych rodzajach mediów, czyli np. w dziennikach, czasopismach oraz w mediach elektronicznych, które do tej pory nie były regulowane w ustawie.

W przypadku, gdy redakcja nie dopełni obowiązku zamieszczenia sprostowania lub spóźni się z jego publikacją, obowiązuje przyspieszony tryb postępowania sądowego.

Strona, która domagała się publikacji sprostowania, może wystąpić z powództwem o nakazanie przez sąd publikacji. Sąd powinien rozpoznać taki wniosek w terminie 30 dni od jego złożenia do sądu. Następnie po doręczeniu pozwu redakcja ma 7 dni na złożenie odpowiedzi na pozew. W razie niekorzystnego dla którejś ze stron wyroku I instancji, jest 7 dni na wniesienie apelacji do sądu drugiej instancji. Taki sąd ma znowu 30 dni, żeby rozpoznać apelację i ostatecznie rozstrzygnąć sprawę – wyjaśnia Piotr Dynowski

Istotną nowością jest to, że niedopełnienie obowiązku publikacji sprostowania nie będzie już wykroczeniem ściganym z oskarżenia prywatnego.

Do tej pory wymagało to podjęcia działania bezpośrednio przez osobę, która brakiem publikacji została dotknięta. W tej chwili przepis o skarżeniu prywatnym został usunięty. Oznacza to, że od 2 listopada brak zamieszczenia sprostowania będzie wykroczeniem ściganym z oskarżenia publicznego, co nie będzie wymagało wniosku osoby zainteresowanej – mówi Piotr Dynowski.

Problemem w praktyce może okazać się to, kto i w jakim trybie będzie weryfikował wpływ wniosków o publikację sprostowania, bo znowelizowane przepisy o tym nie mówią.

Nie istnieje przecież żaden rejestr sprostowań otrzymanych i wykonanych, nie zgłasza się tego żadnym organom. Nie bardzo wiem, jak organy ścigania miałyby z urzędu posiadać wiedzę na temat tego, czy w ogóle jakikolwiek wniosek o publikację sprostowania wpłynął i jak on został rozpatrzony, czy to, że on został opublikowany lub nie to było słuszne czy niesłuszne, bo są też przepisy Prawa prasowego, które pozwalają na odmowę publikacji sprostowania, jeśli nie spełnia ono pewnych kryteriów wskazanych w ustawie – przyznaje ekspert.

Piotr Dynowski przypomina, że – zgodnie z przepisami – redaktor naczelny może odmówić publikacji sprostowania w kilku wypadkach.

Jeśli jest ono nierzeczowe, nie odnosi się do konkretnych treści zawartych w materiale prasowym, nie wskazuje, które z nich są niewłaściwe lub nieścisłe, tylko jest raczej subiektywną oceną materiału prasowego i polemiką z nim, ale nie odnoszącą się do konkretnych informacji czy faktów – wyjaśnia.

Odmowa publikacji jest uzasadniona również wtedy, gdy sprostowanie nie spełnia wymogów formalnych, wskazanych w Prawie prasowym, np. jeżeli jest za długie, tzn. przekracza dwukrotność objętości fragmentu publikacji lub trwania audycji, których sprostowanie dotyczy.

Usunięto wszystkie przepisy, które pozwalały ingerować w treść przesłanego sprostowania. Oznacza to, że obecnie albo należy je publikować w formie, w jakiej zostało nadesłane, jeśli spełnia wymogi formalne, albo należy odmówić publikacji – przypomina Piotr Dynowski.

W obowiązujących do 2 listopada przepisach redaktor naczelny mógł wpływać na treść sprostowania i w nie ingerować, zamieszczając sprostowanie w zbliżonej formie do treści nadesłanego do redakcji.

Całość: http://media2.pl/media/97564-Od-dzis-nowe-zasady-dotyczace-sprostowan-prasowych-wideo.html

02-11-2012, 09:47

Artykuł “Rzeczpospolitej” dzieli środowisko dziennikarskie  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
Krzysztof Lisowski
02-11-2012

Teresa Bochwic i Tomasz Sakiewicz w rozmowie z nami wyrażają oburzenie z powodu nagonki na “RP” za publikację artykułu o obecności trotylu na pokładzie Tupolewa. Z kolei przedstawiciele PAP i Polskiego Radia są innego zdania.

Przypomnijmy: we wtorkowej “Rzeczpospolitej” opublikowany został artykuł Cezarego Gmyza, informujący, że we wraku Tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem znaleziono ślady trotylu i nitrogliceryny. Prokuratura Wojskowa zaprzeczyła tym informacjom, po czym podała wiadomość, że trwają w tej sprawie jeszcze ustalenia. Redakcja “RP” najpierw przyznała się do błędu, by po kilku godzinach się z tego wycofać. Następnie Tomasz Wróblewski, naczelny “RP” w wypowiedzi opublikowanej na stronie www dziennika powiedział, że cała geneza katastrofy smoleńskiej jest skomplikowana i problem należy rozwiązać. Tymczasem Cezary Gmyz utrzymuje, że potwierdził swoje informacje w kilku niezależnych źródłach. Pojawiły się opinie, że powinien otrzymać tytuł “Hieny Roku”.

Jednoznacznie i zdecydowanie wypowiada się w tej sprawie Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny “Gazety Polskiej” oraz “Gazety Polskiej Codziennie”.

- Informacje Cezarego Gmyza były potwierdzone w pięciu źródłach. Nie ma wątpliwości, że urządzenia wykazały środki wybuchowe. Taki był odczyt. Co do tego odczytu pewni byli również technicy obsługujący te urządzenia. Dodatkowe badania są potrzebne jedynie ze względów procesowych. Jeżeli ktoś powinien dostać “Hienę Roku”, to Prokurator Szeląg. Jego wypowiedzi to szczyt zakłamania. W Tupolewie znaleziono ślady trotylu i to jest podstawa do dyskusji, a nie reakcje przyjaciół Putina - stwierdza Tomasz Sakiewicz.

Podobnego zdania jest Teresa Bochwic, szefowa Obywatelskiej Komisji Etyki Mediów. Uważa ona, że autor artykułu wniósł bardzo ważny głos w dyskusję o katastrofie smoleńskiej.

 - Cezary Gmyz rozpoczął ważną dyskusję publiczną, opierając się, jak twierdzi, na kilku ważkich źródłach, a redaktor naczelny potwierdził doniesienia jego reportera u Prokuratora Generalnego. Redakcja nie powinna się wycofywać z doniesienia, opartego na poważnych źródłach – podkreśla Teresa Bochwic.

Wojciech Kaźmierczak, zastępca redaktora naczelnego PAP Media oraz kierownik newsroomu PAP wypowiada się o „Rzeczpospolitej” negatywnie. – Jestem jak najgorszego zdania o tych kolegach z “Rzeczpospolitej”, którzy tworzyli ten materiał, podejmowali decyzję o publikacji, a potem rakiem się ze wszystkiego wycofywali, zmieniając na dodatek argumentację towarzyszącą owemu wycofywaniu. Przecież po rozmowie z Prokuratorem Generalnym w przeddzień publikacji redakcja musiała mieć świadomość, że opiera się na wątpliwych źródłach. Mimo wszystko zdecydowano się “zdetonować bombę” – podkreśla Kaźmierczak.

Wojciech Kaźmierczak zadaje też pytanie, dlaczego “Rzeczpospolita” mogła podjąć decyzję o publikacji materiału?

- Pogoń za newsem, poprawienie wskaźników cytowalności, czy coś więcej? Do serwisu PAP-owskiego nie dajemy nawet drobnych, niepotwierdzonych informacji; ważniejsze są weryfikowane w kilku źródłach. W naszym Kodeksie Etycznym rzetelność wymieniona jest w punkcie 1. Taki materiał jak w “Rzeczpospolitej” nigdy nie mógłby znaleźć się ani w naszym serwisie, ani w serwisie żadnej szanującej się agencji informacyjnej – mówi Kaźmierczak.

Michał Niewiadomski, kierownik redakcji wiadomości Programu 1 Polskiego Radia ma mieszane odczucia w całej sprawie. – Przez ostatnie lata pracowałem w TVN CNBC i tam przyjęliśmy bardzo jasną zasadę zaczerpniętą z amerykańskiej CNBC: jeśli podajemy nieoficjalną informację, to koniecznie musi być ona oparta na dwóch niezależnych źródłach. To był warunek konieczny. I nawet jeśli mieliśmy bardzo ciekawe newsy, ale nie było dwóch niezależnych źródeł, rezygnowaliśmy z podania informacji – mówi Niewiadomski.

Niewiadomski zwraca uwagę na to, że podczas konferencji prasowej Prokuratury powiedziano, że “z dostępnych na razie badań” wynika, iż obecności trotylu we wraku Tupolewa nie stwierdzono. – Nie oznacza to jednak, że materiałów wybuchowych tam nie ma. To były badania wstępne, a na dokładne wyniki analiz w laboratoriach mamy poczekać kilka miesięcy. Nie jest wykluczone, że za jakiś czas, gdy Prokuratura będzie dysponowała ostateczną ekspertyzą, okaże się, że trotyl i nitrogliceryna na pokładzie były – mówi Michał Niewiadomski.

Kierownik redakcji wiadomości w radiowej Jedynce podkreśla: – Kolegów z “Rzeczpospolitej” nie odsądzałbym od czci i wiary, bo powinnością dziennikarza jest szukać, stawiać pytania, a przede wszystkim być krytycznym. Gdyby nie dociekliwość Boba Woodwarda, nie odkryłby on afery Watergate – mówi Michał Niewiadomski.

W związku z zaistniałą sytuacją w środę Tomasz Wróblewski, redaktor naczelny “Rzeczpospolitej” oddał się do dyspozycji rady nadzorczej Presspubliki, która ten dziennik wydaje. W tym momencie obowiązki redaktora naczelnego pełni zastępca Wróblewskiego, Andrzej Talaga. Do czasu decyzji rady nadzorczej Presspubliki Wróblewski pozostanie na urlopie.

Przedstawiciele dzienników będących bezpośrednią konkurencją “RP” (m.in. Agora – “Gazeta Wyborcza”, Infor Biznes – “Dziennik Gazeta Prawna”, Polskapresse – “Polska”, jak również wydawcy tabloidów) zdecydowanie sprawy nie chcieli komentować zasłaniając się zasadą, że nie komentują poczynań innych tytułów.

 

——————————————————————————–

 

Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny “Gazety Polskiej” oraz “Gazety Polskiej Codziennie”

Tomasz Sakiewicz

Informacje Cezarego Gmyza były potwierdzone w pięciu źródłach. Nie ma wątpliwości, że urządzenia wykazały środki wybuchowe. Taki był odczyt.

Co do tego odczytu pewni byli również technicy obsługujący te urządzenia. Dodatkowe badania są potrzebne jedynie ze względów procesowych. Jeżeli ktoś powinien dostać “Hienę Roku”, to prokurator Szeląg. Jego wypowiedzi to szczyt zakłamania.

W Tupolewie znaleziono ślady trotylu i to jest podstawa do dyskusji, a nie reakcje przyjaciół Putina.

 

——————————————————————————–

 

Wojciech Kaźmierczak, zastępca redaktora naczelnego PAP Media oraz kierownik newsroomu PAP

Jestem jak najgorszego zdania o tych kolegach z “Rzeczpospolitej”, którzy tworzyli ten materiał, podejmowali decyzję o publikacji, a potem rakiem się ze wszystkiego wycofywali, zmieniając na dodatek argumentację towarzyszącą owemu wycofywaniu. Przecież po rozmowie z Prokuratorem Generalnym w przeddzień publikacji redakcja musiała mieć świadomość, że opiera się na wątpliwych źródłach. Mimo wszystko zdecydowano się „zdetonować bombę”.

Dlaczego? Pogoń za newsem, poprawienie wskaźników cytowalności, czy coś więcej? Do serwisu PAP-owskiego nie dajemy nawet drobnych, niepotwierdzonych informacji; ważniejsze są weryfikowane w kilku źródłach. W naszym Kodeksie Etycznym rzetelność wymieniona jest w punkcie 1. Taki materiał jak w “Rzeczpospolitej” nigdy nie mógłby znaleźć się ani w naszym serwisie, ani w serwisie żadnej szanującej się agencji informacyjnej.

 

——————————————————————————–

 

Michał Niewiadomski, kierownik redakcji wiadomości Programu 1 Polskiego Radia

Michał Niewiadomski

Mam mieszane odczucia, jeśli chodzi o publikację “Rzeczpospolitej”, dotyczącą obecności środków wybuchowych we wraku Tupolewa. Przez ostatnie lata pracowałem w TVN CNBC i tam przyjęliśmy bardzo jasną zasadę zaczerpniętą z amerykańskiej CNBC: jeśli podajemy nieoficjalną informację, to koniecznie musi być ona oparta na dwóch niezależnych źródłach. To był warunek konieczny. I nawet jeśli mieliśmy bardzo ciekawe newsy, ale nie było dwóch niezależnych źródeł, rezygnowaliśmy z podania informacji.

Chcę zwrócić uwagę, że podczas konferencji prasowej Prokuratury powiedziano, że “z dostępnych na razie badań” wynika, iż obecności trotylu we wraku Tupolewa nie stwierdzono. Nie oznacza to jednak, że materiałów wybuchowych tam nie ma. To były badania wstępne, a na dokładne wyniki analiz w laboratoriach mamy poczekać kilka miesięcy. Nie jest wykluczone, że za jakiś czas, gdy Prokuratura będzie dysponowała ostateczną ekspertyzą, okaże się, że trotyl i nitrogliceryna na pokładzie były. W samej redakcji Rzepy też jest spór: autor artykułu podtrzymuje swoją wersje, natomiast redaktor naczelny się wycofał.

Kolegów z “Rzeczpospolitej” nie odsądzałbym od czci i wiary, bo powinnością dziennikarza jest szukać, stawiać pytania, a przede wszystkim być krytycznym. Gdyby nie dociekliwość Boba Woodwarda, nie odkryłby on afery Watergate. Być może w przypadku “Rzeczpospolitej” zabrakło tego drugiego źródła, o które tak naprawdę bardzo trudno, bo przecież wokół katastrofy smoleńskiej jest tyle wątpliwości, że eksperci niechętnie się wypowiadają w kwestii nowych odkryć w tej sprawie.

W Polskim Radiu, jeśli byśmy mieli takiego newsa, potwierdzonego przez jedno źródło, na pewno byśmy szukali drugiego źródła. Na podstawie informacji z jednego źródła, nie doszłoby do publikacji. Tym bardziej, że jest to bardzo ważna informacja, wywracająca dotychczasową teorię na temat katastrofy smoleńskiej.

 

——————————————————————————–

 

Teresa Bochwic, szefowa Obywatelskiej Komisji Etyki Mediów

Teresa Bochwic

Za co Hiena dla Gmyza? Nie widzę powodów. Nie widzę sprzeczności między tekstem Cezarego Gmyza a wypowiedzią prok. I. Szeląga, poza tym, że ten drugi rozszczepiał włos na czworo, prościej mówiąc, manipulował. Co to za rozróżnienie: “nie stwierdzono śladów trotylu”, a potem „nie mówię, że ich nie było, tylko, że ich nie stwierdzono” (cytat z pamięci – przyp.) i rozwodził się o jakichś elementach wysokoenergetycznych. A więc były ślady – tylko, że Szeląg nie określa ich jako trotyl?

Nawiasem mówiąc, trzeba je badać nie wiedzieć czemu pół roku – dlaczego na lotnisku wystarczy parosekundowe badanie ręcznym wykrywaczem środków wybuchowych?

Cezary Gmyz rozpoczął ważną dyskusję publiczną, opierając się, jak twierdzi, na kilku ważkich źródłach, a redaktor naczelny potwierdził doniesienia jego reportera u Prokuratora Generalnego. Redakcja nie powinna się wycofywać z doniesienia, opartego na poważnych źródłach.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/artykul-rzeczpospolitej-dzieli-srodowisko-dziennikarskie

01-11-2012, 07:10

Po wpadce z trotylem redaktor naczelny “Rzeczpospolitej” oddał się do dyspozycji wydawcy  »

Press
01-11-2012

Tomasz Wróblewski, redaktor naczelny “Rzeczpospolitej”, oddał się do dyspozycji rady nadzorczej Presspubliki – wydawcy dziennika.

Tomasz Wróblewski

“Mając na względzie dobre imię »Rzeczpospolitej«, poinformowałem zarząd, że oddałem się do dyspozycji Rady Nadzorczej wydawnictwa »Presspublika«” – napisał w oświadczeniu Tomasz Wróblewski, redaktor naczelny “Rzeczpospolitej”. Zamieszczono je na stronie internetowej gazety. Do najbliższego posiedzenia rady nadzorczej ma przebywać na urlopie, a kierowanie redakcją w tym czasie powierzył swojemu zastępcy – Andrzejowi Taladze.

Decyzja Wróblewskiego ma związek z wczorajszym tekstem dziennika, w którym Cezary Gmyz poinformował, że we wraku tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem znaleziono ślady trotylu i nitrogliceryny. Prokuratura wojskowa zaprzeczyła i poinformowała, że trwają w tej sprawie jeszcze ustalenia. Redakcja przyznała się do błędy, ale Cezary Gmyz podtrzymuje, że napisał prawdę.

 Decyzja Tomasza Wróblewskiego jest naturalna

Jerzy Baczyński

Po tej historycznej wpadce oddanie się do dyspozycji rady nadzorczej Presspubliki przez Tomasza Wróblewskiego wydaje mi się dość naturalne. Czy Grzegorz Hajdarowicz przyjmie jego dymisję? Tego już nie potrafię powiedzieć. Hajdarowicz jest dość niestandardowym wydawcą. Nie wiem, jaką mieli umowę i jak sam postrzega to co się stało. Nie zabierał głosu w tej sprawie.

Choć takich przypadków nie było wiele, praktyka jest taka, że redaktor naczelny w takiej sytuacji kładzie głowę, ale w naszych warunkach, zwłaszcza ze względu na charakter tego błędu, który jest mocno wpleciony w pewną narrację polityczną, to może być akurat ochrona.

Dziennikarstwo i media są u nas tak głęboko podzielone na różne rzeczywistości, że nie wiem, czy po tej drugiej stronie obowiązują prawa grawitacji.

Jerzy Baczyński, redaktor naczelny ”Polityki”

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/40263,Po-wpadce-z-trotylem-redaktor-naczelny-Rzeczpospolitej-oddal-sie-do-dyspozycji-wydawcy