Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

09-11-2012, 15:40

Tomasz Wróblewski: Zapłaciłem największą cenę, jaką może zapłacić dziennikarz  »

Press
(RG)
09-11-2012

Podważono moją wiarygodność. 26 lat mojej pracy zawodowej rozsypało się – przyznaje Tomasz Wróblewski, były redaktor naczelny ”Rzeczpospolitej”, podsumowując to, co stało się po publikacji tekstu ”Trotyl na wraku tupolewa”. I choć przyznaje się, że jako naczelny popełnił błędy, sugeruje, że za decyzją wydawcy gazety o zwolnieniu autora tekstu i redaktorów stała obawa o własne interesy, a nie o przestrzeganie standardów etycznych.

Tomasz Wróblewski

Tomasz Wróblewski, który jako naczelny odpowiadał za opublikowanie 30 października w  ”Rzeczpospolitej” tekstu Cezarego Gmyza ”Trotyl na wraku tupolewa”, w udostępnionym dziś w Internecie wystąpieniu wideo opowiada, jak doszło do publikacji tekstu i czym kierował się, podejmując taką a nie inną decyzję. Przypomnijmy, że efektem tego materiału było zwolnienie przez Grzegorza Hajdarowicza, prezesa Presspubliki, zarówno Cezarego Gmyza, jak też naczelnego Tomasza Wróblewskiego, jego zastępcy Bartosza Marczuka i kierownika działu krajowego Mariusza Staniszewskiego.

Jak opowiada Wróblewski, informacje o ustaleniach prokuratorów ze Smoleńska o tym, że na wraku samolotu znaleziono ślady materiałów wybuchowych, redakcja ”Rz” miała tydzień przed publikacją głośnego tekstu. Były naczelny w swoim wystąpieniu zaznacza, jak ważne jest zaufanie redaktora do dziennikarza, przypomina inne teksty śledcze Cezarego Gmyza, podkreślając: “W historii Czarka Gmyza znaliśmy nie tylko Czarka, ale też najważniejsze nazwiska osób, z którymi rozmawiał”.

Wróblewski przyznaje jednak, że uznał, iż konieczna jest dodatkowa weryfikacja. Zastrzega, że nigdy nie wierzył, iż w Smoleńsku doszło do zamachu, ale zawodowy, “dziennikarski niepokój kazał nie bagatelizować takiej informacji”. Wystąpienie Wróblewskiego pełen jest przemyśleń o tym, na czym polega dziennikarstwo oraz że “afera Watergate, rozporkowa czy hazardowa nigdy by nie powstały, gdyby nie dociekliwość dziennikarska”.
 
Naczelny zdawał sobie sprawę, jak temat ewentualnego zamachu jest przyjmowany w różnych środowiskach, i – opowiada – stanął przed dylematem: “Czy dziennikarz powinien rezygnować z dociekliwości, antycypując burzę polityczną? Czy to, co nazywamy moralnym kręgosłupem, czy aby niektórym za bardzo to nie skostniało?”

Wróblewski podaje przykłady głośnych tekstów z innych gazet, polskich i zagranicznych, w których rozsądek polityczny wziął górę nad dociekliwością oraz w których ujawnione informacje nie potwierdziły się, łamiąc kariery opisanych osób (m.in. “Korupcja w poznańskiej policji” z ”GW”, ”Kasjer z ministerstwa obrony narodowej” z “Rz”, ‘Wojewoda w sieci” z “Rz”, “Gang w komendzie głównej” z ”GW”).

Szybka ścieżka weryfikacji

Wróblewski przyznaje, że 29 października to on postanowił potwierdzić u prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, czy prokurator faktycznie jest w posiadaniu odczytów, które wskazują na obecność materiałów wybuchowych na wraku i czy doszło do spotkania prokuratora w cztery oczy z premierem w tej sprawie.

”Moje spotkanie z Seremetem było próbą stworzenia szybkiej ścieżki weryfikacji. Już teraz wiemy że to było za mało, że zabrakło pracy zespołu przy dokładnym analizowaniu tych wysokoenergetycznych cząsteczek, że są równoznaczne z trotylem, gliceryną – to był błąd” – opowiada Wróblewski. I przypomina: ”Szczegół to potęga w dziennikarstwie. Zadaj wszystkie pytania, których byś nie zadał” – dodając, że w tym wypadku on sam tych najważniejszych pytań nie zadał.

Opisując spotkanie z Seremetem, Wróblewski zauważa, że w prokuratorze panowała tego dnia bardzo nerwowa atmosfera; rzecznik prokuratora przyznał, iż nie tylko “Rz” wie o sprawie. Na informację Wróblewskiego o tym, że ”Rz” ma informacje o śladach materiałów wybuchowych na wraku, miał usłyszeć taką odpowiedź Seremeta: “Tak, mamy taką informację od kilkunastu dni. Wiemy o wysokoenergetycznych cząsteczkach, które mogą wchodzić w skład materiałów wybuchowych”.

Seremet zaznaczył, że prokuratorzy nie są wstanie stwierdzić, jakiego pochodzenia były te cząsteczki i że trzeba poczekać na dodatkowe ekspertyzy. Jak podkreśla Wróblewski, prokurator ani razu nie zasugerował, że cząsteczki mogą wskazywać na inne pochodzenie niż materiał wybuchowy.

Były naczelny ”Rz” opowiada też, jak na bieżąco o wynikach ustaleń informował wiceprezesa Presspubliki Jana Godłowskiego. Prezes Hajdarowicz był wtedy w Barcelonie, ale też był poinformowany o sprawie. 

Zdaniem Wróblewksiego Seremet potwierdził mu to, to co chciał, a w dodatku naczelny “Rz: dowiedział się, że prokuratorzy puszczali już te informacje do prasy. “Moim celem nie było wgłębianie się w analizowanie się urządzeń do odczytu ani analizowanie rodzaju materiałów wybuchowych czy cząsteczek. Wszystko, co chciałem wiedzieć, to czy w ogóle istnieje temat” – tłumaczy Wróblewski. Wychodząc od prokuratora, był pewien, że temat jest. 

Prezesowi Hajdarowiczowi zrelacjonował spotkanie w prokuraturze przez Skype’a, poinformował, że źródłem newsa są prokuratorzy i jedna osoba spoza prokuratory, która widziała dokumentację, ale żadnego nazwiska wydawcy nie ujawnił – wtedy otrzymał przyzwolenie na publikację.

Gmyz potwierdził trotyl

Teraz Wróblewski przyznaje: nie zapaliła mu się czerwona lampka, że to wszystko zbyt ładnie się składa (np. te przecieki i samobójstwo pilota jaka), że zabrakło mu tu zawodowej czujności.

Po rozmowie z przełożonymi zebrał zespół, by dopracować szczegóły tekstu, a ponieważ nie dawało mu spokoju, co tak naprawdę wykryły czujniki w Smoleńsku i jaki był to rodzaj materiału wybuchowego, kazał to Gmyzowi doprecyzować. Gdy przed godz. 22 Gmyz wrócił z informacją: ”Tak, to był trotyl. Na pewno trotyl” – tekst poszedł do druku.

”Historia polskich publikacji pełna jest złamanych karier” – opowiada Wróblewski, wspominając takie nazwiska, jak Kern, Kluska, Modrzejewski, Jamroży. I dodaje, że rzadziej takie teksty śledcze łamały karierę dziennikarzom – a jeżeli, to wtedy, gdy uderzali oni w interesy polityczne grup i partii rządzących.

Bo przyznając się do popełnienia błędów, w swoim oświadczeniu Wróblewski odnosi się jednak szczególnie do decyzji wydawcy o zwolnieniu osób, które odpowiadały za publikację tekstu. ”W naszej historii nie było poszkodowanego, fałszywie oskarżonego, złamanego życiorysu. Czy polityczny kontekst powinien być precedensem do żądania ujawniania źródeł?” – mówi. “Bez zaufania do dziennikarzy, ich źródeł, nie byłoby ani afer, ani źródeł” – podkreśla. I komentuje decyzję Hajdarowicza: ”Zastraszanie dziennikarzy, grożenie odpowiedzialnością finansową – czy to dalej jest troska o standardy etyczne, czy raczej już troska  o własne interesy, które mogą szwankować po niewygodnych tekstach”.

Wspominając rozmowę z Hajdarowiczem już po zesłaniu tekstu do druku, mówi: ”Dziś, próbując zrozumieć działania wydawcy, wracam do tamtych spekulacji, obaw o reakcje polityków. Czy chodziło o naprawienie wpadki, reakcje czytelników, czy o gest polityczny? Czy zwolnienie zastępcy naczelnego który był w tym czasie na urlopie i nic nie wiedział o publikacji, podyktowane było troską o zasady, czy zwolniony został współautor najważniejszych tekstów eksponujących nadużycia władzy?”.

”Ja zapłaciłem największą cenę, jaką może zapłacić dziennikarz: podważono moją wiarygodność. 26 lat mojej pracy zawodowej rozsypało się” – stwierdza były naczelny ”Rz”. “Żyjemy w czasach, gdzie nieprecyzyjne sformułowanie może być odczytane jako zamach, tylko nie wiadomo, na kogo i na co” – kończy.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/40321,Tomasz-Wroblewski_-Zaplacilem-najwieksza-cene_- jaka-moze-zaplacic-dziennikarz

09-11-2012, 14:51

Redaktor ogłosił światu, że władza go zastrasza. Miała być afera, a wyszła farsa  »

Gazeta Wyborcza Częstochowa
Dorota Steinhagen
09-11-2012

Adrian Biel wkroczył na barykadę bez mała jak Wolność z obrazu Delacroix, co to za sobą lud wiodła rewolucyjny i groźny. Miał walczyć o wolność słowa, a schodzi ze sceny cichutko, prawie jak Maksio z “Seksmisji”, gdy szlochał, że kobieta go bije. Więc po co to było?

Adrian Biel

- Wiceprezydent Częstochowy mi groził! – ogłosił wszem i wobec Adrian Biel, dziennikarz bezpłatnego tygodnika “Poniedziałek” i naczelny jego internetowej wersji e-tygodnik. W komendzie miejskiej policji także fakt ten zgłosił, zawiadamiając funkcjonariuszy, że stał się ofiarą gróźb karalnych. Funkcjonariusze sprawę przekazali prokuratorom, bo groźby karalne to poważne przestępstwo.

Biel poczuł fizyczne zagrożenie, wymachiwał wariografem

Dodatkowo w demokracji władza zastraszająca dziennikarza to jeszcze więcej niż “zwykłe” przestępstwo – to zamach na fundamenty państwa – więc się informacja o poczynaniach częstochowskiego wiceprezydenta odbiła szerokim echem nie tylko w mieście, ale i w kraju. Kolejnym mediom Biel opowiadał, jak to Jarosław Marszałek dał mu do zrozumienia, że nie jest zadowolony z tego, jak pisze o władzach miasta. Jak zapowiadał, że jego koledzy Biela połamią. Jak obiecywał, że żadnej pracy w mieście nie znajdzie, a już na pewno setnych urodzin tu nie dożyje. Zwłaszcza tej wzmianki o urodzinach miał się Biel przestraszyć i poczuć fizyczne zagrożenie. W przeszłości już raz podobnie się poczuł, gdy go poseł lewicy, były oficer ZOMO, postraszył odstrzeleniem przyrodzenia. Też sprawę zgłosił do prokuratury.

W jednym z ogólnopolskich portali od opowieści Biela odsyłano wprost do historii Andrzeja Poczobuta prześladowanego przez prezydenta Aleksandra Łukaszenkę za pisanie prawdy o Białorusi. Redakcyjni przełożeni Biela grzmieli: – Białoruskie zwyczaje panują w Częstochowie! Zwołali nawet specjalną konferencję prasową, żeby Biel bohater jeszcze raz mógł wszystko opowiedzieć i pokazać, jak się poddaje badaniu na wariografie, by udowodnić swoją prawdomówność.

Tę prawdomówność kwestionował oczywiście Jarosław Marszałek, acz nie w rozmowie, tylko w e- mailowych oświadczeniach. Najpierw łagodnie: że to przecież nieporozumienie, że się z Bielem znają i lubią nie od dziś, że przeprasza, jeśli Biel go źle zrozumiał, i zaprasza na pojednawcze ciastko i kawę. Gdy wrzawa nie milkła, wiceprezydent był już bardziej stanowczy. – Twierdzenia pana Adriana Biela są całkowicie nieprawdziwe i oszczercze – twierdził. Zapowiadał wystąpienie na drogę prawną i oceniał, że tak naprawdę może chodzić o polityczny atak na jego osobę.

Strony podały sobie ręce. O co chodzi?

O co chodziło, trudno pojąć. Zwłaszcza że Biel swoje oskarżenia z prokuratury wycofał. Konferencji prasowej w tej sprawie już nie zwoływał. Tak samo jak nie było spotkania dla dziennikarzy, żeby pokazać wyniki badania na wariografie. Podobno przyszły. Ale po drodze były mediacje i się ponoć panowie pogodzili. Tak mówi Biel pytany o rozwój sprawy. Najpierw brzmi to, jakby to Marszałek przysłał do niego mediatorów i uzgodniono, że będzie wspólne ogłoszenie dla prasy. Potem mediatorami okazali się znajomy Biela i kolega Marszałka. Oświadczenia nie będzie, wystarczy, że sobie zwaśnione strony podały ręce.

Marszałek dalej unika rozmowy o sprawie. Śle e-mailem informację, że się przecież Biel ze wszystkiego wycofał, więc o co chodzi?

No właśnie! O co chodzi? Odpowiedzi – każda prawdopodobna – nasuwa się kilka. Mógł Jarosław Marszałek postraszyć Biela jeszcze bardziej, więc się wolał wycofać, choć tym bardziej powinien walczyć. Albo wynik badania wariografem nie był taki, jak potrzeba, więc lepiej sprawy nie drążyć i ogon podkulić. A może obiecał mu coś pan wiceprezydent, a o to od początku chodziło? Jedno jest pewne! Miało być strasznie, a wyszło śmiesznie. O to chodziło?

Całość: http://czestochowa.gazeta.pl/czestochowa/1,35271,12824948,Redaktor_oglosil_swiatu__ze_wladza _go_zastrasza__Miala.html#ixzz2BuMt6UCr

08-11-2012, 23:57

Hajdarowicz informował rzecznika rządu o publikacji “Rzeczpospolitej”  »

Press
(MW, PAP)
08-11-2012

Rzecznik rządu Paweł Graś przyznał wczoraj, że to właściciel Presspubliki, wydawcy “Rzeczpospolitej”, Grzegorz Hajdarowicz na kilka godzin przed publikacją tekstu “Trotyl we wraku tupolewa” poinformował go, że taki artykuł się ukaże.

Graś przyznał podczas konferencji prasowej, że późno w nocy, na kilka godzin przed opublikowaniem tekstu Hajdarowicz uprzedził go, jaka będzie teza artykułu. “Poinformował mnie (…), że na miejscu katastrofy wykryto ślady materiałów wybuchowych, że mieli tego dokonać polscy eksperci, że rzekomo ta teza potwierdzona jest również przez prokuraturę” – powiedział Graś. Jak mówi, przyjął tę informację do wiadomości i powiedział Hajdarowiczowi, że rząd ustosunkuje się do sprawy po zapoznaniu się z treścią artykułu oraz oficjalnym stanowiskiem prokuratury.

Dodał, że z redaktorem naczelnym “Rz” Tomaszem Wróblewskim nie rozmawiał “chyba nigdy ani tego, ani żadnego innego dnia”.

Po tym, jak tezie artykułu zaprzeczyła Prokuratura Wojskowa, Grzegorz Hajdarowicz zwolnił z pracy autora publikacji Cezarego Gmyza, redaktora naczelnego Tomasza Wróblewskiego, jego zastępcę i szefa działu krajowego.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/40317,Hajdarowicz-informowal-rzecznika-rzadu-o-publikacji-Rzeczpospolitej

08-11-2012, 17:32

W czwartek pojawiło się pierwsze wydanie “Dziennika Opinii”, gazety internetowej Krytyki Politycznej  »

Gazeta Wyborcza
Aleksandra Szyłło
08-11-2012

W najbliższych numerach m.in. wywiady z Anne Applebaum i Marią Janion, teksty Zygmunta Baumana i Marci Shore, a także felietony Kingi Dunin, Cezarego Michalskiego, Michała Zadary. Dlaczego “Dziennik” nie wchodzi na wolny rynek, tylko działa jako projekt charytatywny – odpowiada Sławomir Sierakowski.

Aleksandra Szyłło: Dlaczego zdecydowaliście się wydawać dziennik jako projekt organizacji pozarządowej, nie na zasadach komercyjnych?

Sławomir Sierakowski

Sławomir Sierakowski, szef Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego: – Nasz pomysł na wydawanie gazety codziennej i nieniszowej finansowanej metodami trzeciego sektora wydaje nam się szansą na ocalenie poważnej publicystyki. Na rynku zawsze rozrywka będzie się bardziej opłacała niż dobra publicystyka. Ta tendencja wydaje się nieuchronna, także w internecie. Masowe czytelnictwo zapewnia się dzisiaj dwiema metodami: albo dostarczając lekkiej, łatwej i przyjemnej rozrywki albo hejtingu. Nie chcemy robić ani jednego ani drugiego. Chcemy udostępniać ludziom poważną publicystykę, bez noża na gardle, że musimy patologicznymi metodami walczyć o klikalność.

Skąd macie pieniądze na “Dziennik Opinii”?

- W tym wypadku głównymi grantodawcami są Open Society Fundations Georga Sorosa i Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe. Większość projektów Stowarzyszenia opiera się na fund-raisingu wśród przyznających granty innych organizacji pozarządów, a także biznesu zainteresowanego wspieraniem projektów kulturalnych i społecznych.

Jesteś pewien, że da się utrzymać niezależność będąc sponsorowanym przez fundacje i firmy, które też przecież mają swoje interesy?

- Przez cały okres funkcjonowania naszego Stowarzyszenia, nie spotkałem się z takim niebezpieczeństwem.

Czy jednym ze źródeł finansowania będą też reklamy?

- Reklam nie mamy. Mówiąc szczerze nie myśleliśmy o tym. Nie sądzę zresztą, żeby reklamy mogły być podstawą finansowania takiego przedsięwzięcia.

Tabloidy psują czytelników, czy to oni są leniwi i domagają się medialnej papki?

- To błędne koło. Rynek kreuje potrzeby, aby je następnie zaspokajać, sprzedając produkty. Kłopot polega na tym, że logika rynkowa obowiązuje nie tylko w gospodarce, ale także w sferze publicznej. Tylko państwo lub trzeci sektor mogą kierować się innymi priorytetami.

Przyszło mi do głowy, że wy chcecie być taką jakby telewizją publiczną. Choć oczywiście ani telewizją, bo stroną internetową, ani publiczną, bo pozarządową. Ale idea jest ta sama, która powinna przyświecać mediom publicznym. A może taką stronę powinno finansować państwo?

- Uważam doprowadzenie mediów publicznych w Polsce do obecnego stanu jest jedną z największych porażek polskich przemian. Bez państwa finansującego kulturę, kultury ani mediów publicznych nie będzie. Ale ponieważ nie bardzo wierzę, że to się szybko w Polsce odrodzi, szukamy także innych sposobów, które możemy sami zorganizować. Po stworzeniu szeregu całkiem prężnych instytucji takich jak wydawnictwo, świetlice, czy ostatnio również Instytut Studiów Zaawansowanych, dokładamy do tego teraz “Dziennik Opinii”.

Nie boisz się, że skoro ludzie chcą coraz krócej, to nikt was nie będzie czytał?

- Nie liczę na masowe czytelnictwo. Po to właśnie przyjęliśmy taką formułę działania i metody finansowania, żeby się nie bać i nie kierować wyłącznie liczbą kliknięć. Jest w tym przedsięwzięciu trochę nostalgii za czasami, gdy w polskiej prasie były mocne działy opinii, publikowano dużo ciekawej i ambitnej publicystyki. To się dzisiaj kończy i nic nie zapowiada, żeby się miało samo odrodzić.

Czy będziecie konkurencyjnym pracodawcą dla dziennikarzy? Ile osób zatrudniacie? Dajecie etaty, macie głównie współpracowników?

- Zespół pracujący przy “Dzienniku Opinii” to kilkanaście osób zatrudnionych na miejscu plus spora liczba stałych autorów, piszących przynajmniej raz w tygodniu. Redaktorzy, czy administracja mają etaty, autorzy rozliczani są za napisane teksty. Trudno ściśle wyodrębnić zespół z całego Stowarzyszenia, które zatrudnia około 60 osób. Mamy wspólną z wydawnictwem, Instytutem i siecią świetlic i klubów administrację, dział projektowy i zarząd, które zajmują się finansami. W każdym razie bieżącą pracą “Dziennika Opinii” kieruje Julek Kutyła wspierany przez Magdę Błędowską, którzy na miejscu mają około 10 osób redagująco-piszących. Poza tym mamy około dwudziestu stałych autorów takich jak Zygmunt Bauman, Cezary Michalski, Kinga Dunin, Tomek Piątek, Agnieszka Graff, Maciek Nowak, Maciek Gdula, Michał Zadara, Kasia Szymielewicz, Romek Pawłowski, Jasiu Kapela. Będziemy też stale publikować teksty wielu autorów zagranicznych Roberta Reicha, Immanuela Wallersteina, Ivana Krasteva, Slavoja Żiżka. Teksty będziemy też zamawiać, a także wybierać najlepsze z tych, które przysyłane są do redakcji.

Dlaczego skupiacie się na komentarzach, a rezygnujecie w swoim dzienniku z obsługi newsów oraz np. z dziennikarstwa śledczego, które w najlepszej swojej wersji też jest przecież drogie, misyjne, trudne do udźwignięcia dla komercyjnych mediów?

- Newsy są dziś wszędzie. Niekoniecznie zresztą zawsze takie, które są warte uwagi. My skupimy się na opiniach, bo to nas najbardziej interesuje i na to nas stać. Reportaż czy dziennikarstwo śledcze są drogie i coraz trudniejsze w utrzymaniu, nawet przez najbardziej ambitne media. Na razie my także nie będziemy w stanie tego unieść. Jeśli uda nam się robić ambitną i ciekawą publicystykę, to i tak będzie dla nas spory sukces.

Czym zasadniczo strona “Dziennik Opinii” będzie różniła się od dotychczasowej strony Krytyki Politycznej (która jak rozumiem przestaje istnieć i będzie “Dziennikiem” zastąpiona), na której też byłu przecież komentarze?

- Dotychczasowa witryna Krytyki znika, a w jej miejsce pojawia się “Dziennik Opinii”, jako systematycznie wydawana gazeta codzienna. Zależało nam także na tym, żeby nie utożsamiać publikowanej u nas publicystyki od stanowiska samego Stowarzyszenia i jego zarządu. Czyli zbudować ów “chiński mur”, który obowiązuje w mediach. Poza tym, inny jest layout, który zrobiła grupa Noviki, inna jest technologia, a przede wszystkim powiększamy redakcję, grupę autorów, felietonistów i współpracowników. Jeśli Stowarzyszenie będzie się tak dobrze rozwijać jak dotychczas, będziemy mogli także rozwijać “Dziennik Opinii”.

Czy do “Dziennika Opinii” zaprosiliście szersze grono autorów niż nazwiska tradycyjnie związane z Krytyką Polityczną i jej linią światopoglądową?

Owszem, już jesteśmy umówieni na stałe komentarze z Aleksandrem Smolarem, Janem Krzysztofem Bieleckim, Piotrem Kuczyńskim, Rafałem Matyją, Piotrem Dudą, Anne Applebaum, Joanną Kluzik – Rostkowską, Leszkiem Millerem, Januszem Palikotem, Rafałem Grupińskim, Henrykiem Wujcem, Tadeuszem Bartosiem, Piotrem Mucharskim, Andrzejem Friszke czy Januszem Piechocińskim. Chcieliśmy mieć głos różnych partii, Kościoła, związków zawodowych, Kancelarii Prezydenta, publicystów konserwatywnych. Jesteśmy ciekawi różnych poglądów.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75248,12820128,W_czwartek_pojawilo_sie_pierwsze_wydanie__Dziennika.html#ixzz2BhmzhqQZ

08-11-2012, 12:10

W Częstochowie otwierają dwie wystawy fotograficzne  »

Dziennik Zachodni
JS
08-11-2012

147 najlepszych zdjęć prasowych ubiegłego roku, które trafiły do finału konkursu Grand Press Photo 2012, będzie można oglądać od jutra do 5 grudnia na parkingu podziemnym domu handlowego Schott w Częstochowie.

Grand Press Photo 2012 - zdjęcie roku Maksymiliana Rigamontiego

Oficjalne otwarcie wystawy odbędzie się jutro o godz. 18.30 w Klubie Muzycznym Stacherczak. W ramach wernisażu, o godz. 19.30, odbędzie się spotkanie z laureatem Grand Press Photo 2012 – Maksymilianem Rigamonti.

Konkurs Grand Press Photo organizowany jest przez miesięcznik “Press” od ośmiu lat. W tym roku zgłoszono 3,5 tys. prac – do finału trafiło 39 zdjęć i 16 fotoreportaży. W trakcie wernisażu można będzie obejrzeć także nagrodzone fotokasty.

Oprawę muzyczną zapewni Krzysztof Niedźwiecki. W tym roku jednym z jurorów był częstochowianin Maciej Nabrdalik, a na wystawie zobaczymy prace dwóch częstochowskich fotoreporterów: Sebastiana Adamusa i Piotra Bednarka.

Ten drugi zdobył zdjęciem, zrobionym przed jedną z częstochowskich kamienic, pierwszą nagrodę w kategorii “Ludzie”. Także jutro o godz. 17, w Galerii Dobrej Sztuki przy al. NMP 47, zostanie otwarta wystawa konkursu fotograficznego “Klimaty Częstochowy”. W tegorocznej edycji “Klimatów” 134 autorów przesłało prawie 900 fotografii. Konkurs fotograficzny “Klimaty Częstochowy” od 7 lat organizowany jest przez UM.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/693851,w-czestochowie-otwieraja-dwie-wystawy- fotograficzne,id,t.html

07-11-2012, 19:03

“Po naszymu czyli po śląsku”  »

Polskie Radio Katowice
07-11-2012

"Po naszymu czyli po śląsku"

Ta impreza to kolejna gratka dla miłośników dobrego humoru i śląskiej gwary. Finały Ślązaka Roku od lat cieszą się ogromną popularnością, ponieważ promują ludzi perfekcyjnie posługujących się śląską gwarą – zarówna tą opolską, cieszyńską, rybnicką, jak i wieloma innymi jej odmianami. Od początku, to znaczy od 1993 roku, przewinęło się przez konkurs blisko dwa tysiące uczestników z kraju i zagranicy. Dwa z nich – w 1998 i 2004 roku – zorganizowane były w Teksasie, wśród potomków osiadłych tam przez ponad 150 laty śląskich osadników. Laureatkami tych dwu edycji zostały wówczas Sally Schaeffer i Adelina Ciumperlik.

Tegorocznego “Ślązaka Roku 2012” oraz “Młodzieżowego Ślązaka Roku 2012” wybierze jury – profesorowie: Dorota Simonides, Jan Miodek i ks. Jerzy Szymik. Imprezie towarzyszyć będzie wybór Honorowego Ślązaka Roku oraz występ braci Golec uOrkiestra. Do tej pory te zaszczytne tytuły i statuetkę “Ślązaka w laurach” otrzymali: prof. Adolf Dygacz, Franciszek Pieczka, arcybiskup Alfons Nossol, Gerard Cieślik, Wojciech Kilar, prof. Franciszek Kokot, prof. Julian Gembalski, prof. Jan Miodek, arcybiskup Damian Zimoń, Maria Pańczyk, Józef Skrzek, Alojzy Lysko, ksiądz Franciszek Kurzaj – duszpasterz Ślązaków w Teksasie, dr Jan Olbrycht, prof. Jerzy Buzek. Pomysłodawczynią konkursu i jego wieloletnią organizatorką jest senator Maria Pańczyk od 40 lat związana z Radiem Katowice, które od początku patronuje konkursowi „Po naszymu, czyli po śląsku”.

5 i 6 listopada br. odbyły się w Radiu Katowice przesłuchania do XXII konkursu “Po naszymu czyli po śląsku”.

W gronie półfinalistów znalazło się 20 osób spośród, których 24 listopada jurorzy – profesorowie: Dorota Simonides, Jan Miodek i ks. Jerzy Szymik wybiorą trójkę finalistów – dorosłych i Młodzieżowego Ślązaka Roku 2012.

Całość: http://www.radio.katowice.pl/index.php?id=304&tx_ttnews[tt_news]=28894&tx_ttnews[backPid]=172&cHash=c5671e0726