Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

12-11-2012, 18:53

Grand Prix za “Bombę w torcie”  »

TVP Katowice
12-11-2012

W zakończonym 10 listopada III Międzynarodowym Festiwalu Filmów Lotniczych (Fly Film Festival) nagrodę Grand Prix, otrzymał Wojciech Królikowski, reportażysta TVP Katowice, za reportaż “Bomba w torcie” zrealizowany dla TVP Historia.

Wojciech Królikowski

Reportaż powraca do wydarzenia z 1970 roku, które rozegrało się nad lotniskiem w Katowicach-Pyrzowicach.

Rudolf Olma, grożąc zdetonowaniem ładunku trotylu umieszczonym w torcie, usiłował uprowadzić samolot An-24, odbywający regularne połączenie Katowice-Warszawa. Porywacz zażądał zmiany kursu i skierowania samolotu do Wiednia.

Tuż po starcie, około 17.38, na wysokości 1500 metrów, jeden z pasażerów, 27-letni Rudolf Olma polecił stewardessie poinformować kapitana , aby obrał kurs na Wiedeń, zagroził bombą(250 gramów trotylu) ukrytą w torcie czekoladowym, kapitan, gdy stewardessa powtórzyła mu żądanie porywacza, przerwał procedurę wznoszenia, w momencie odłączenia automatycznego pilota, nastąpiła eksplozja…

Całość: http://www.tvp.pl/katowice/aktualnosci/rozmaitosci/grand-prix-za-bombe-w-torcie/9076293

12-11-2012, 18:06

Jedyna taka encyklopedia  »

http://ksiazkisportowe.blogspot.com/
Piotr Stokłosa
12-11-2012

Zaczęło się w 1991 roku. To wtedy ukazał się “pierwszy w historii polski oficjalny ROCZNIK piłkarski”. Prosta szata graficzna, 192 czarno-białe strony, niewiele zdjęć, ale za to multum tabel, wyników i statystyk, kolorowe wkładki z fotografiami drużyn na kredowym papierze i ciekawe teksty znakomitych dziennikarzy. Cena książki? 48 tysięcy ówczesnych złotych.

Andrzej Gowarzewski

Właśnie tak prezentował się pierwszy tom Encyklopedii Piłkarskiej Fuji, czyli “Rocznik ‘91”. Na początku lat 90. została stworzona seria wydawnictwa GiA, którą śmiało można uznać za jedyną tego typu inicjatywę w Polsce. Do tamtego momentu brakowało w kraju publikacji, które w tak dokładny i systematyczny sposób opisywałyby dzieje polskiego i światowego futbolu. Rola pomysłodawcy i głównego autora serii – Andrzeja Gowarzewskiego i jego zespołu jest nie do przecenienia, zwłaszcza, jeśli chodzi o rodzimą piłkę nożną. Próba usystematyzowania meczów polskiej reprezentacji – oddzielenie tych oficjalnych od nieoficjalnych, wprowadzenie stałych kryteriów podziału, dokumentacja wyników wszystkich (!) polskich lig, od ekstraklasy po “C”-klasę, czy dogłębna analiza zmagań o Mistrzostwo Polski, to tylko niektóre z osiągnięć twórców Encyklopedii Piłkarskiej Fuji. Zacznijmy jednak od początku.

Jak to się zaczęło?

Pierwszy tom ma 22 autorów. Znaleźli się wśród nich m.in.: Henryk Biliński (redakcja), Andrzej GowarzewskiDariusz Górski (fotograf, syn Kazimierza Górskiego), Roman Hurkowski (dziennikarz “Piłki Nożnej”), Jan Lis (odpowiedzialny za koordynację), a także inni dziennikarze, chociażby Andrzej Markowski, Krzysztof MętrakStefan SzczepłekBogdan Tuszyński czy Tomasz Wołek. Na jednej z pierwszych stron rocznika umieszczony został list z gratulacjami, jaki przesłał do wydawnictwa ówczesny prezes PZPN – Kazimierz Górski. Były selekcjoner reprezentacji wyraził radość z powstania pierwszego polskiego rocznika piłkarskiego i nadzieję na to, że przyczyni się on do popularyzacji piłki nożnej w kraju. Na kolejnych stronach znalazł się wstęp wydawnictwa GiA w języku polskim i angielskim. Kilka odautorskich słów do dziś jest zresztą stałym punktem każdego tomu.

Pierwszy rocznik posiada parę stałych punktów, które pojawiały się w kolejnych publikacjach z tej serii. Jest więc kalendarium piłkarskich wydarzeń stworzone przez Stefana Szczepłka – dziś już niezbyt lubianego i często krytykowanego na łamach encyklopedii przez Andrzeja Gowarzewskiego, wyniki polskich reprezentacji, poczynając od zespołów młodzieżowych, zapis zmagań I, II i III ligi polskiej, wyniki Pucharu Polski, krótka historia zmagań rodzimych klubów w europejskich pucharach, a także tabele zagranicznych lig. Ostatnie strony historycznej pozycji zajmują bardzo ciekawe teksty dziennikarzy. Czytelnik może dowiedzieć się od Bogdana Tuszyńskiego, jak wyglądały pierwsze transmisje radiowe z wydarzeń sportowych, poznać historię Cracovii spisaną przez Janusza Kukulskiego czy przeczytać o “Złotej Jedenastce” Węgier w tekście Antoniego Piontka.

Tego typu artykułów trochę brakuje w najnowszych tomach, a ich miejsce zajmują komentarze autorów, którzy skarżą się na bezprawne wykorzystywanie ich pracy, krytykują lub chwalą (rzadziej) osoby zajmujące się dokumentacją piłkarskich dziejów lub wypowiadające się na ich temat. Wielu czytelników narzeka na tą swoistą “wojnę” zespołu encyklopedii z wszystkimi wokół, jednak jest to święte prawo autorów, którzy mogą przecież pisać w swojej książce to, co chcą.

Kronika meczów “reprezentatywki”

Oprócz dokumentacji poszczególnych sezonów piłkarskich, niezwykle istotną rolę w serii encyklopedii pełni reprezentacja narodowa. Autorzy publikacji wydawnictwa GiA doszli do wniosku, że występy najważniejszej drużyny piłkarskiej w kraju powinny być opisane z należytą dokładnością i trzeba rozwiać wszelkie wątpliwości, które krążą wokół spotkań kadry. Stąd też wzięła się seria “Biało-czerwoni”, która jak dotychczas doczekała się 5 tomów. Pierwszy został wydany jeszcze w roku 1991 i obejmuje okres od roku 1921, kiedy to zostało rozegrane pierwsze spotkanie “reprezentatywki”, jak nazywana była wtedy kadra narodowa, do roku 1939 i pamiętnego zwycięstwa z Węgrami tuż przed wybuchem II wojny światowej. Następne części opisujące zmagania polskiego teamu narodowego, ukazały się w roku 1995 (tom 14.) i 1996 (tom 15.). Pierwsza z tych książek opisuje historię kadry w latach 1947-1970, druga – 1971-1980. Na następną tego typu pozycję nie trzeba było długo czekać. W roku 1997 na rynku pojawiła się czwarta część “Biało-czerwonych” (tom 20.), która obejmowała lata 1981-1997. Andrzej Gowarzewski i jego zespół dotarli tym samym do końca zmagań reprezentacji, stąd też na kolejny tom kibice musieli poczekać ponad 10 lat.

Dobrym momentem na wydanie publikacji o narodowej drużynie był rok 2008, kiedy to reprezentacja, po udanych eliminacjach Mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii, szykowała się do pierwszego w historii startu w tym turnieju. Wtedy to pojawił się tom 35. i ostatnia jak dotąd, piąta część serii „
“Biało-czerwoni”. Tak oto została stworzona dokładna historia zmagań reprezentantów Polski. W każdym tomie tej serii, czytelnik ma możliwość zapoznania się nie tylko z wynikami, składami czy strzelcami bramek w poszczególnych meczach, ale również poznaje dzieje reprezentacji, które tłumaczy ciekawie napisany tekst. W dodatku zespół twórców encyklopedii nie ogranicza się wyłącznie do meczów oficjalnych. Publikuje też wyniki tych nieoficjalnych, tłumacząc, dlaczego zostały zaliczone do tego grona. Nie brakuje też ciekawostek i liczb, które dotrą do wszystkich fanów statystyki sportowej. Kto chce poznać dokładne dzieje piłkarskiej drużyny narodowej, koniecznie powinien sięgnąć po pozycje z serii “Biało-czerwoni” Encyklopedii Piłkarskiej Fuji.

Spoza własnego podwórka

Książki wydawnictwa GiA to nie tylko dzieje polskiego futbolu. Andrzej Gowarzewski wraz ze swoim zespołem kilkukrotnie zdecydował się opisać coś, co swym zasięgiem obejmuje nie tylko Polskę. Pierwsza tego typu pozycja to tom 3., który opisuje zmagania o Mistrzostwo Europy. W tym roku z okazji EURO 2012 ukazało się uzupełnione wydanie tej książki. Czytelnicy w lepszej, uzupełnionej i bogatszej formie mogli poznać historię walki o puchar im. Dealunaya. Była to bez wątpienia najlepsza tego typu pozycja spośród wielu, które ukazały się przed turniejem na rynku książek sportowych.

Obiektem opisu twórców encyklopedii stały się też europejskie puchary. Tom 4. – “Od Realu do Barcelony” przedstawia historię Pucharu Mistrzów. Tom 6. z kolei opisuje przebieg rywalizacji o Puchar Zdobywców Pucharów. W roku 1996 ukazał się tom 18., w którym znalazł się opis zmagań o Puchar UEFA (wcześniej Puchar Miast Targowych). Co ciekawe, wszystkie trzy książki powstały w mniejszym lub większym stopniu w oparciu o dokumentację Włocha Alfonso A. Spadoniego (w tomie 18. wymieniony jako główny autor). Ostatnią wydaną dotychczas książką o europejskich pucharach jest tom 23. “Europejskie finały”. Obejmuje on szczegółowe opisy finałowych spotkań pucharowych, włączając w to mecze o Superpuchar Europy.

Oprócz tego, pojawiło się jeszcze 5 książek dotyczących mistrzostw świata. W tomie 8. zatytułowanym “Herosi mundiali” Gowarzewski i spółka przedstawili sylwetki wszystkich (!) zawodników, którzy brali udział w zmaganiach o tytuł najlepszej reprezentacji globu (turnieje do Mistrzostw Świata we Włoszech w 1990 r.). Tom 9. z kolei zawiera opis rozegranych dotychczas mundiali, który następnie był uzupełniony o turnieje z 1994, 1998 i 2002 roku. Poświęcono im osobne tomy – kolejno 10., 21. i 28., z tym, że wydawano je tuż przed mundialem, stąd też brak w nich opisu przebiegu samego turnieju. Swojego tomu nie doczekał się już jednak ani mundial w Niemczech, ani Mistrzostwa Świata w RPA. Zostały one dokładnie opisane w rocznikach, stąd też być może autorzy zrezygnowali z pomysłu poświęcania jednemu mundialowi całej książki. Wcześniej zdecydowali się za to na wydanie tomu numer 13, gdzie opisana została historia Mistrzostw Ameryki Południowej 1910-1995, czyli turnieju Copa America. Głównym autorem tej pozycji został Tomasz Wołek, który znany jest z zamiłowania do futbolu południowoamerykańskiego. Za dokumentację odpowiadał Andrzej Markowski – drugi z głównych autorów książki.

Jubileuszowo

Wyjątkowy był również tom 12., czyli „Księga jubileuszowa – 75 lat PZPN. 1919-1994”, opisująca lata działalności polskiego związku, a tym samym dzieje polskiego futbolu. To pierwsza z ksiąg jubileuszowych wydana przez GiA i jedyna, która stała się kolejnym tomem serii encyklopedii. Następne wydawane były już osobno, a ukazało się ich dotychczas, oprócz powyższej, 12. Dwie na 80-cio i 90-lecie PZPN, dwie na 75-cio i 80-lecie OZPN Katowice, dwie na 85-cio i 90-lecie związku piłki nożnej w Krakowie oraz po jednej z okazji 80-ciu lat łódzkiego OZPN i 90-ciu lat Śląskiego ZPN Katowice. Księgi pamiątkowe dotyczyły też klubów. Pierwsza ukazała się z okazji stulecia Cracovii w 2006 roku, druga z okazji setnej rocznicy istnienia ŁKS-u, a następna w 60. roku istnienia Górnika Zabrze. Serię wydawnictw tego typu zamyka księga dotycząca występów reprezentacji Polski, wydana z okazji 80-ciu lat istnienia drużyny narodowej w 2001 roku. Każda z tych pozycji to swoisty album dużego formatu, książka, która robi wrażenie nie tylko swoją treścią, ale też wyglądem.

Klubowe dzieje

W 1995 roku przez twórców encyklopedii została zapoczątkowana seria “Kolekcja Klubów”. Pierwszym tomem, który ukazał się na rynku, była książka poświęcona Ruchowi Chorzów. Autorzy zawarli w niej historię powstania klubu, prześledzili, sezon po sezonie, zmagania “Niebieskich” w lidze, a także przygotowali krótkie notki biograficzne zawodników, którzy występowali przez lata w chorzowskim klubie. Podobnemu opisowi zostali wierni przy każdym kolejnym tomie. Następny dotyczył warszawskiej Legii, kolejny Wisły Kraków, natomiast czwarty nie został poświęcony jednemu klubowi. Pozycja “Lwów i Wilno w ekstraklasie” opisuje zmagania zespołów takich jak Pogoń Lwów, Śmigły Wilno czy Czarni Lwów, które brały udział w przedwojennych zmaganiach o Mistrzostwo Polski. Kolejny, piąty tom dotyczył Widzewa Łódź, a następny, wydany w 50. rocznicę powstania klubu (1998 rok) – Górnika Zabrze. W siódmej książce serii ukazana została historia pozostałych, obok Legii, warszawskich klubów – Polonii, Gwardii i Warszawianki, natomiast w ósmej autorzy encyklopedii skupili się na Lechu Poznań. Kolejny tom zatytułowany został “Legia to potęga” i jest uzupełnioną wersją wcześniejszej pozycji dotyczącej “Wojskowych”. Bohaterem dziesiątej części serii “Kolekcja Klubów” została Cracovia. Książka poświęcona “Pasom” ukazała się w setną rocznicę istnienia klubu. Jak na razie ostatnim tomem pozostaje pozycja wydana z okazji 60-lecia Górnika Zabrze – tak jak w przypadku Legii, będąca uzupełnionym wydaniem wcześniejszego tomu. W przygotowaniu są już kolejne książki. Następny tom ma dotyczyć ŁKS-u Łódź bądź Polonii Bytom. Są też pomysły na kolejne, a więc pozostaje tylko czekać.

Do setki, a nawet dłużej!

Jak na razie licznik wydawnictwa GiA zatrzymał się na pięćdziesięciu jeden tomach (40 z serii encyklopedia i 11 w kolekcji klubów, nie wliczając ksiąg jubileuszowych i pozostałych książek). To imponujący wynik jak na ponad dwadzieścia lat działalności, zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę ogromną pracę, jaką wykonują przy przygotowywaniu kolejnych tomów autorzy. Encyklopedia Piłkarska Fuji się zmienia. Od tomu 30. można ją nabyć jedynie w twardej, lakierowanej okładce. Ostatnimi czasy wzrosła też jakość książek. Wydawane są one na kredowym papierze, w całości w kolorze, a stron w przypadku roczników jest więcej. Co za tym idzie, wzrasta też cena, ale w porównaniu z innymi książkami o sporcie, często stojącymi na bardzo niskim poziomie, i tak nie wydaje się wygórowana. Mimo upływu lat, nie zmienia się jedno. Pozycje Andrzeja Gowarzewskiego i jego współpracowników to ciągle wyjątkowe dzieła, które skrzętnie dokumentują dzieje polskiego futbolu. Oczywiście, nie są pozbawione błędów i nie sposób wierzyć bezkrytycznie w każde słowo czy liczby, ale to normalne w przypadku tego typu wydawnictw. Brakuje jednak na rynku książek sportowych innych tego typu pozycji, więc, odkładając na bok wszelkie animozje, trzeba oddać należyty szacunek autorom. Czapki z głów! Wszystkim fanom serii, do których sam się zaliczam, pozostaje czekać z niecierpliwością na kolejny tom, który ukaże się jak zwykle pod koniec roku. Będzie oznaczony numerem 41. Już się nie mogę doczekać! A potem do setki, albo jeszcze dalej!


 

Całość: http://ksiazkisportowe.blogspot.com/2012/11/jedyna-taka-encyklopedia.html#more

12-11-2012, 08:31

Eksperci oceniają tłumaczenia Wróblewskiego. “Naczelny musi mieć stalowe jaja”  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
pp
12-11-2012

Bogusław Chrabota z Polsatu, były naczelny “Rz” Grzegorz Gauden oraz szef “SE” Sławomir Jastrzębowski specjalnie dla Wirtualnemedia.pl oceniają oświadczenie Tomasza Wróblewskiego oraz decyzje wydawcy “Rz” o zwolnieniach po tekście o trotylu we wraku tupolewa.

Przypomnijmy, że  w artykule “Trotyl we wraku tupolewa”, który ukazał się 30 października br. w “Rzeczpospolitej” Cezary Gmyz napisał, że we wraku tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem znaleziono ślady trotylu i nitrogliceryny. Prokuratura wojskowa tego samego dnia zaprzeczyła jednak tym informacjom i poinformowała, że trwają w tej sprawie jeszcze ustalenia. Po postępowaniu wyjaśniającym rada nadzorcza i właściciel Presspubliki Grzegorz Hajdarowicz uznali, że tekst był nierzetelny i zdecydowano o zwolnieniu Cezarego Gmyza, naczelnego “Rz” Tomasza Wróblewskiego, wicenaczelnego Bartosza Marczuka i szefa działu krajowego Mariusza Staniszewskiego.

W piątek oświadczenie w tej sprawie w formie materiału wideo opublikował Tomasz Wróblewski. Opowiada w nim o tym jak wyglądały kulisy pracy nad tekstem Cezarego Gmyza. Informuje, że o szykowanym artykule i ustaleniach dziennikarza wiedział właściciel Presspubliki. – Otrzymałem jednoznaczne pozwolenie na publikację tekstu “Trotyl we wraku tupolewa” od Grzegorza Hajdarowicza – mówi Wróblewski. Ujawnia on też, że prokurator Andrzej Seremet potwierdził, iż znaleziono we wraku u cząstki wysokoenergetyczne. Byłemu naczelnemu “Rz” udało się podczas tej rozmowy potwierdzić także, iż prokuratorzy, którzy mieli być źródłem Cezarego Gmyza faktycznie przekazywali informacje do prasy.

Z danych ZKDP wynika, że sprzedaż ogółem „Rzeczpospolitej” we wrześniu br. wyniosła 75 163 egz.

Właścicielem Presspubliki jest Grzegorz Hajdarowicz, właściciel spółki Gremi Media. Presspublica wydaje m.in. “Rzeczpospolitą”, “Parkiet” tygodniki “Uważam Rze” i “Przekrój”, jest też właścicielem portali internetowych (m.in. rp.pl i parkiet.com).

x     x     x

Bogusław Chrabota, szef publicystyki w Telewizji Polsat

Bogusław Chrabota

Redaktor naczelny musi mieć stalowe jaja i trochę przynajmniej szczęścia. Rozumiem sytuację Tomka Wróblewskiego. Działał w permanentnej presji konieczności podniesienia sprzedaży gazety, szukał więc newsa. Tu news wydawał się na pozór nie tylko oczywisty, ale na dodatek szalenie istotny z perspektywy tematu, który – dobrze, czy źle – wyrósł na jeden z najważniejszych. Zaufał dziennikarzowi, który dotąd nie zawodził; miał prawo. Dokonał starań, by informację zweryfikować u prokuratora generalnego. Ok. Gdzie błąd? Po pierwsze uciekł od własnej intuicji. Jeśli osobiście – jak twierdzi – nie wierzy w zamach, to czemu autoryzuje informację podaną w trybie oznajmującym? Jest tu gdzieś nie tyle błąd logiczny, bo w istocie obecność trotylu nie musiała świadczyć o zamachu, ale błąd intencji; news o trotylu nie tyle pobudził myślących do stawiania pytań, co stał się paliwem politycznym dla jednej z partii. TAK DOŚWIADCZONY DZIENNIKARZ NIE MÓGŁ NIE BRAĆ TAKIEGO SCENARIUSZA POD UWAGĘ.

I jeszcze błąd warsztatowy. News przyniesiony przez Cezarego Gmyza (o cząstkach wysokoenergetycznych) powinien być skonfrontowany z wiedzą specjalistyczną ekspertów redakcji. Na takie uogólnienie, jakiego dopuściła się “Rzeczpospolita” mógł sobie pozwolić tabloid, ale i w przypadku “Faktu”, czy “Super Expressu” myślę, że w tytule dodaliby znak zapytania. I na koniec. Nie można odbierać właścicielowi prawa do obsadzania szefów redakcji, podobnie jak nic nie zwalnia naczelnego z odpowiedzialności za efekt publikacji.

Grzegorz Gauden, dyrektor Instytutu Książki, były redaktor naczelny “Rzeczpospolitej”

Grzegorz Gauden

Wróblewski mówi o interesach wydawcy, które stoją za zmianą stanowiska wobec publikacji. Wydawca jest zapewne w trudnej sytuacji. Z tego co pisała prasa jest winny Skarbowi Państwa pieniądze za udziały w Presspublice. Tak więc decyzje ważne dla jego interesów decyzje należą do ministra skarbu. Tak próbuje tłumaczyć Wróblewski ten zwrot w postawie wydawcy. Najpierw akceptuje publikację a potem się od niej odcina. Ale rzeczą podstawową jest to, że opublikowano na czołówce sensacyjną wiadomość, która była w stanie zdemolować scenę polityczną gdyby była prawdziwa. A okazała się nieprawdziwa! Więc wydawca miał wszelkie prawo tak zareagować w stosunku do naczelnego.

Niepokoi mnie inny element w postawie wydawcy. Nie dowiadujemy się jak zwalniano jego i dziennikarzy. Wydawca może zgłaszać swoje uwagi i zastrzeżenia do gazety, do dziennikarzy tylko naczelnemu. Z relacji Wróblewskiego możemy wnioskować, że nie miał tej sprawie nic do powiedzenia. Ani jego następca. Może było inaczej i to chciałbym wiedzieć. Widać, że redakcją rządzi teraz wydawca. To kompletnie chore. To sprzeczne ze uniwersalnymi standardami, które obowiązują w poważnych mediach na całym świecie.

Sławomir Jastrzębowski, redaktor naczelny “Super Expressu”

Sławomir Jastrzębowski

Obejrzałem oświadczenie Tomasza Wróblewskiego i zrobiło mi się smutno. Wierzę w opowiedzianą przez niego sekwencję wydarzeń z dnia i nocy poprzedzających publikację materiału o trotylu. Jest szczegółowa, logiczna, spójna z relacjami Cezarego Gmyza i niestety niekorzystna dla wydawcy. Wydawca wiedział o treści publikacji, o rodzaju źródeł, zdawał sobie sprawę z wagi i rangi tekstu. Musiał też zdawać sobie sprawę z konsekwencji, skoro wyruszył na nocny spacer do rzecznika rządu. Słuchając Wróblewskiego, choć nie mówi tego wprost, trudno nie odnieść wrażenia, że on i jego ludzie zostali poświęceni z powodów mieszanych, polityczno-ekonomicznych. Jeśli tak właśnie było, to poświęcenie jest błędem. Ono może się opłacić wyłącznie w bardzo krótkiej perspektywie. Wiarygodność gazety ucierpiała po błędzie redakcji, po błędzie – Wróblewski to przyznaje – wynikającym z braku precyzji, z niewłaściwych sformułowań. W moim przekonaniu pozycją gazety i jej wiarygodnością mogą zachwiać w dużo większym stopniu zwolnienia czterech kluczowych dziennikarzy. W ten sposób zewnętrzna kryzysowa sytuacja wdarła się do zespołu pozbawionego parasola ochronnego niezbędnego w tej pracy.

Niedopuszczalnym błędem było przesłuchiwanie dziennikarzy przez radę nadzorczą. Proponowanie ujawnienia źródeł osobom spoza redakcji jest niewyobrażalne i kuriozalne. Przy absolutnej dominacji mediów bezwstydnie układających się z rządzącymi, to co stało się w “Rzeczpospolitej” poobijało naszą demokrację. Kto będzie kontrolował władzę? Ci dziennikarze którzy jedzą z jej ręki? Ta stronnicza garstka zepchnięta na margines i jawnie reprezentująca opozycyjną partię? To jeden z najsmutniejszych filmów, jakie ostatnio widziałem.

Katarzyna Kozłowska, była zastępca redaktora naczelnego “Wprost”, współwłaścicielka Kurhaus Publishing

Katarzyna Kozłowska

Film Tomasza Wróblewskiego pt. “Mniejsza o trotyl” obejrzałam z dużym zainteresowaniem. Pozostał mi po nim niesmak. Dziennikarz, którego szanuję za jego dorobek, tłumaczy się brzydko, rzucając oskarżenia na wszystkich dookoła. Nie szkoda mi w tej sprawie Wróblewskiego. Szkoda mi “Rzeczpospolitej”. Na skandalicznym zaniedbaniu człowieka ucierpiała wiarygodność opiniotwórczej gazety.

Po pierwsze Wróblewski porównuje się do innych dziennikarzy, którzy mają na swoim koncie błędy, zapominając, że on sam w tej sprawie był redaktorem. I to naczelnym. Wytykając pomyłki dziennikarzom “Rzeczpospolitej”, “Gazety Wyborczej”, nawet “New York Timesa”, sugeruje że jest jednym z takich właśnie dziennikarzy. Którzy choć się potknęli, zrobili to dążąc do prawdy.

Tomasz Wróblewski był redaktorem naczelnym, nie dziennikarzem “Rzeczpospolitej”. Dziennikarz ma obowiązek przynosić do redakcji informacje. Każde. Redaktor, w szczególności naczelny – ma ocenić, czy są prawdziwe, prawdopodobne, obarczone wadą lub nieprawdziwe i zadecydować: czy i w jakiej formie nadają się one do publikacji. Wróblewski przyznaje się, że puścił materiał, nie posiadając na jego potwierdzenie żadnych dokumentów: żadnego choćby wstępnego wyniku analizy pirotechnicznej, żadnego wewnętrznego sprawozdania, żadnego strzępka służbowej korespondencji. Czy Wróblewski przed sądem udowodniłby, że wypełnił kryteria rzetelności i staranności w przygotowaniu materiału do druku, które stanowią kontratyp z art. 41 ustawy prawo prasowe? Czy wielu redaktorów naczelnych publikowało tego kalibru informacje, dotyczące tak delikatnej sprawy, bez posiadania podstaw w postaci dokumentów? Wątpię.

Po drugie redaktor oskarża prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta o to, że wprowadził go w błąd – oskarża nie wprost, a dziwnie sugerując że Seremet jego rewelacjom nie zaprzeczył. Mam jedno zdroworozsądkowe pytanie: czy Tomasz Wróblewski ma nagranie tego spotkania? Początkujących dziennikarzy uczy się, że powinni (oczywiście po uprzednim poinformowaniu drugiej strony) nagrywać rozmowy. To ABC dziennikarstwa. Jeśli Tomasz Wróblewski nie posiada nagrania albo choćby świadka, nie ma dla mnie znaczenia opisany przez niego w tabloidowy sposób przebieg spotkania (nie żeby przeszkadzał mi tabloidowy opis w ogóle – po prostu nie lubię tabloidowości w ustach reaktorów naczelnych gazet opinii). Czy na przykład fakt, że Seremet podczas spotkania chował twarz w dłoniach należało w takiej sprawie uznać za potwierdzenie tezy, że w tupolewie znaleziono ślady cząsteczek wysokoenergetycznych? To pytanie retoryczne. Przy okazji oskarżania prokuratury Tomasz Wróblewski – co zauważyło już część dziennikarzy, takich jak np. Piotr Śmiłowicz z “Wprost” – zawęził zbiór osób, w którym mieszczą się źródła informacji. Być może łatwiej dziś będzie zidentyfikować informatorów. Czy to dobrze dla demokracji? Nie sądzę. Jeśli bowiem nawet w tupolewie znaleziono trotyl, tym ciężej będzie teraz uzyskać na to wiarygodne potwierdzenie. Publikacja “Rzeczpospolitej” wcale nas nie zbliżyła do rozjaśnienia obrazu smoleńskiego śledztwa. To, co się w jej wyniku dzieje – może ten obszar znacznie zaciemnić.

Po trzecie – Wróblewski oskarża wydawcę. Ja, choć raz zdarzyło mi się pracować z wydawcą, którego zasad pracy i zasad etyki nie dało się połączyć z moimi, odradzałabym Tomaszowi Wróblewskiemu takie zwierzenia. To równie niesmaczne jak obgadywanie małżonka po rozwodzie. Jeśli dziś wytyka Grzegorzowi Hajdarowiczowi skłonność do wykonywania pewnych gestów wobec rządu, prawdopodobnie zauważył to już wcześniej. Mógł więc albo 1) lepiej wynegocjować sobie kontrakt z wydawcą (na rynku jest kilka przykładów kontraktów, które gwarantują naczelnym niezależność oraz trwałość kadencji) albo 2) na podstawie licznych rozmów przekonać go do swojej wizji mediów (mógł podobny wykład puścić właścicielom Pressbupliki już wcześniej), albo 3) dawno temu samemu odejść z firmy, której kultury nie akceptuje (gdyby przeprowadzenie punktów 1 i 2 okazało się niemożliwe albo gdyby po prostu nie chciało mu się zmieniać świata). Tłumaczenie, że wydawca zwolnił go za błąd, bo boi się rządu jest dla mnie dziś po prostu głupie. Presspublika jest w prywatnych rękach, a Hajdarowicz – jeśli w ogóle się boi – obawiać się może chyba przede wszystkim o czytelników Rzeczpospolitej. Może bać się utraty wiarygodności swojego tytułu i utraty zaufania zarówno czytelników jak i reklamodawców.

“Rzeczpospolita” jest wielką marką i jedną z najbardziej prestiżowych polskich gazet. Publikowanie na pierwszej stronie informacji, które nie posiadają potwierdzenia w dostępnych redakcji dokumentach, które nie są skonfrontowane komentarzem drugiej strony (np. prokuratury), które nie wyczerpują tematu w sposób podstawowy (dlaczego nie ma informacji o rodzaju urządzenia skanującego – jego marce, typie, modelu itd.), w tak wrażliwej sprawie jak śledztwo smoleńskie, jest pomyłką. Ale pomyłką nie co do detalu, a co do istoty sprawy. W tym przypadku ewidentnym błędem redaktora naczelnego. Powinien zdawać sobie sprawę, że ucierpi na tym jego reputacja, reputacja gazety i reputacja wydawcy.

W “Rzeczpospolitej” pracuje zespół świetnych dziennikarzy, którym życzę z całej siły, żeby ich gazeta wybroniła się z kryzysu, w którym się znalazła i odzyskała markę. Tomaszowi Wróblewskiemu – żeby wyciągał wnioski z porażek w ciszy swojego domowego gabinetu. I żeby wrócił do mediów silniejszy o te wnioski z jakimś ciekawym projektem. To przecież możliwe.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/eksperci-oceniaja-tlumaczenia-wroblewskiego-naczelny-musi-miec-stalowe-jaja

12-11-2012, 08:23

Europejska Federacja Dziennikarzy o zwolnieniach w “Rz”: skandal i decyzja polityczna  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
tw
12-11-2012

FIJ

Europejska Federacja Dziennikarzy określa zwolnienia w „Rzeczpospolitej” za tekst „Trotyl na wraku tupolewa” jako skandal i ocenia, że cała ta sytuacja pokazuje zależność mediów od polskiego rządu.

“Zwolnienie kilku najwyższych rangą i najbardziej doświadczonych dziennikarzy renomowanego polskiego dziennika z powodu ich dziennikarskiego śledztwa to skandal” - ocenia w oświadczeniu Europejskiej Federacji Dziennikarzy jej przewodniczący Arne König. “To pokazuje, że polski rząd nie respektuje niezależności mediów, zmuszając wydawców do wykazywania nadmiernej dbałości o rząd i jego interesy” - podkreśla.

Przypomnijmy, że wskutek zamieszczonego 31 października tekstu Cezarego Gmyza „Trotyl na wraku tupolewa” i dotyczącego go postępowania wyjaśniającego przeprowadzonego przez kierownictwo Presspubliki, pracę w redakcji gazety 5 listopada stracili Gmyz, a także redaktor naczelny Tomasz Wróblewski, wicenaczelny Bartosz Marczuk i szef działu krajowego Mariusz Staniszewski. Za artykuł przeprosił właściciel Presspubliki Grzegorz Hajdarowicz, oceniając, że nigdy nie powinien zostać zamieszczony w takiej formie. Po kilku dniach okazało się, że w noc poprzedzającą ukazanie się
“Rzeczpospolitej” w tym tekstem Hajdarowicz poinformował o tej publikacji rzecznika rządu Pawła Grasia.

Zwolnienia za tekst o trotylu skrytykował zarząd Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a także ponad 30 dziennikarzy i publicystów “Rzeczpospolitej”, którzy napisali list otwarty do Grzegorza Hajdarowicza.

“Popieramy naszego członka, SDP, w proteście przeciw tym politycznie motywowanym zwolnieniom” – deklaruje Europejska Federacja Dziennikarzy.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/europejska-federacja-dziennikarzy-o-zwolnieniach-w-rz-skandal-i-decyzja-polityczna

11-11-2012, 23:55

Hajdarowicz: Gmyz oszukał Wróblewskiego. Nie miał wiarygodnych źródeł  »

Gazeta Wyborcza
toch
12-11-2012

- Opowiadał historie, z których jasno wynikało, że nie miał żadnych wiarygodnych źródeł! Opowiem opisowo: w jego mniemaniu powinniśmy uznać babę, która na placu sprzedaje kapustę, za źródło informacji na temat broni atomowej w Iranie – tak spotkanie zarządu Presspubliki, wydającej dziennik “Rzeczpospolita”, z Cezarym Gmyzem, autorem głośnego artykułu “Trotyl na wraku tupolewa”, opisuje Grzegorz Hajdarowicz, właściciel pisma.

W rozmowie z Piotrem Najsztubem w najnowszym “Wprost” opowiada także szczegółowo o okolicznościach, w jakich dowiedział się o tekście Gmyza, o swojej reakcji, rozmowach z redaktorem naczelnym “Rz” Tomaszem Wróblewskim i telefonie do rzecznika rządu Pawła Grasia.

Gdzie i jak dowiedział się o tekście “Trotyl na wraku tupolewa”?

Grzegorz Hajdarowicz

- W moim ulubionym mieście europejskim, w Barcelonie – opowiada Hajdarowicz. – Około 15.45 dzwoni naczelny i mówi, bardzo oględnie, jakby obawiając się tego, co mówi, że ma tekst oparty na czterech sprawdzonych źródłach, zweryfikowanych, jest też po rozmowie z prokuratorem generalnym w sprawie najważniejszego śledztwa w kraju i niestety z potwierdzeniem, jakiego nikt się nie spodziewał. Przez pierwszą chwilę nic nie mówię. Siedzę wtedy na Rambla de Catalunya, w tapas barze z żoną, z dziećmi, jemy lunch, jemy tapasy, piję wino.

Dodaje, że Wróblewski prosi, żeby wrócił do Polski. I że jest w szoku.

Z tej rozmowy nie dowiedział się jednak, że chodzi o trotyl

Hajdarowicz: “Nie trzeba było być Einsteinem, żeby zrozumieć, o co chodzi. Tomek Wróblewski wyrażał się w sposób oględny, ale dla mnie było jasne, o czym mówi. I ta informacja mnie po prostu sparaliżowała”.

O której był w Warszawie i co robił?

Jego samolot lądował po godz. 23.00, w swoim apartamencie w pobliżu redakcji był przed północą. O 0.30 spotkał się z naczelnym i dwom członkami zarządu. Mówi, że tekstu nie czytał.

- Naczelny nie przynosi mi w ogóle tekstów, a w sprawie tego powiedział, że tekst jest ciągle opracowywany. Zadaję mu trzykrotnie pytanie w obecności dwóch świadków: czy mamy potwierdzenie tych materiałów? Odpowiada: absolutnie tak, mamy cztery źródła tych informacji plus jeszcze dodatkową weryfikację przez podmiot zewnętrzny, plus potwierdzenie od prokuratora generalnego, u którego był osobiście. Mówi, że grupa osób z redakcji pracowała nad tym tekstem od wielu dni, on nie wierzył, że te materiały są prawdziwe, ale po rozmowie z prokuratorem generalnym ma pełną wiarę w te informacje.

Dlaczego nie czytał tekstu?

Bo “nie jest cenzorem”. – Po trzykrotnych zapewnieniach o wiarygodności tekstu powiedziałem, że nie wyobrażam sobie, żeby nie było w tekście żadnych elementów podgrzewających emocje, które wychodziłyby poza dokumentację. Nie zapytałem choćby dlatego, że naczelny twierdził, że nie przyniósł tekstu, bo ciągle nad nim pracują, więc i tytułu jeszcze nie ma”.

Dlaczego o godz. 1.30 dzwonił do rzecznika rządu?

- Jako odpowiedzialny obywatel uznałem, że informacja jest tak nieprawdopodobna i tak ważna, że mam taki obowiązek. A z uwagi na to, że Pawła znam od 1984 r., po prostu odruchowo do niego zadzwoniłem…

Właściciel “Rz” zapewnia, że Paweł Graś nie namawiał go, aby wstrzymać druk. I że nie było żadnych nacisków spoza wydawnictwa w sprawie ukarania odpowiedzialnych za tekst dziennikarzy i redaktorów.

O reakcji po publikacji

Hajdarowicz opowiada, że tekst przeczytał między szóstą a siódmą na tablecie – jeszcze w łóżku. Co wtedy pomyślał?

- Czuję się absolutnie oszukany… Czytam tekst – mam w pamięci rozmowę z naczelnym – i widzę, że tytuł jest nieadekwatny do tego, co z nim ustaliłem, że tekst i tytuł są kompletnie rozbieżnymi światami. Tytuł zabijał treść. Gdyby tam był znak zapytania chociażby, że zadajemy trudne pytania, to mógłbym się czepiać, że to nie jest materiał do “Rzeczpospolitej”, bo my nie jesteśmy tabloidem”.

Pobiegł do redakcji i czekał co wydarzy się dalej. Miał nadzieję, że prokuratura potwierdzi tezy artykułu, bo naczelny upierał się, że “są źródła, że są wszystkie materiały”. Wróblewski przyszedł jednak do redakcji i powiedział: “pomyliliśmy się”.

W sobotę członkowie Rady Nadzorczej spotkali się z redaktorem naczelnym “Rz”. Od Tomasza Wróblewskiego usłyszeli, że został oszukany przez Gmyza.

Hajdarowicz: – I że to jest największe oszustwo w jego życiu, że Gmyz go okłamał i on nie wierzy, że mu Gmyz coś przyniesie [dokumenty uwiarygadniające tezy postawione w artykule]“.

O szokującym spotkaniu z Gmyzem

W poniedziałek zarząd Presspubliki spotkał się z osobami, które miały związek z powstaniem tekstu. Cezary Gmyz ocenił później, że zarząd był jak komisja weryfikująca dziennikarzy w stanie wojennym.

Spotkanie było nagrywane. Zdaniem Hajdarowicza “to, co mówił Gmyz, było szokujące”. – Opowiadał historie, z których jasno wynikało, że nie miał żadnych wiarygodnych źródeł! Opowiem opisowo: w jego mniemaniu powinniśmy uznać babę, która na placu sprzedaje kapustę, za źródło informacji na temat broni atomowej w Iranie. Tak to wyglądało: jakiś wyrzucony pracownik, z jakiejś organizacji itd. (…) Z materiałów, które pan redaktor Cezary Gmyz nam przedstawił, nie wynika nic. Nie miał żadnych wiarygodnych źródeł.”

O przyszłości zespołu “Rzeczpospolitej” i tygodnika “Uważam Rze”

Część zespołu “Rzeczpospolitej” uważa, że Gmyz i Wróblewski zostali niesłusznie zwolnieni. Właściciel “Rz” twierdzi, że nie demonizowałby protestu “trzech proc. pracowników i współpracowników”.

- Mam prawo do decydowania o tym, co jest najlepsze dla spółki, bo za nią odpowiadam. (…) My dostarczamy treści i musimy dążyć do tego, żeby one były wiarygodne.

I podkreśla: – Możemy pisać o trotylu, możemy zadawać trudne pytania (…), pod jednym warunkiem: że tezy mamy udokumentowane.

Całość: http://wyborcza.pl/1,76842,12838864,Hajdarowicz__Gmyz_oszukal_Wroblewskiego__Nie_mial.html

11-11-2012, 21:31

Hanys 2012, czyli jak to dumnie być Ślązakiem  »

Dziennik Zachodni
TES
11-11-2012

Po raz siedemnasty kabaret Rak rozdał “Hanysy”, swoje doroczne wyróżnienia dla ludzi z ambicjami i z sukcesami. W Miejskim Centrum Kultury w Rudzie Śląskiej było w niedzielny wieczór odświętnie i radośnie, bo też w ten właśnie radosny sposób miasto obchodzi równocześnie Święto Niepodległości.

Henryk Grzonka z Polskiego Radia Katowice ze statuetką Hanysa 2012

Kabaret Rak rozpoczął galę patriotycznie od pieśni powstańczej, a potem było już tradycyjnie: “W Ameryce są Oscary, w Polsce sieją Wiktorami, a my chłopcy są ze Śląnska, my dzielimy Hanysami”, śpiewali: Krzysztof Hanke, Krzysztof Respondek i Grzegorz Poloczek.

- Nam się ten Hanys należał, bo w orkiestrze jest więcej hanysów niż goroli – żartował Mirosław Jacek Błaszczyk odbierając wyróżnienie dla Filharmonii Śląskiej za kształtowanie gustów muzycznych.

Branża muzyczna była tym razem najsilniej reprezentowana. Hanysa 20102 otrzymał genialny akordeonista Marcin Wyrostek (zwycięzca telewizyjnego programu Mam talent). Po mistrzowsku odkrył na nowo akordeon. Tegorocznym laureatem został zespół Vox, a także Marcin Kindla – synek ze Świętochłowic, kompozytor, gitarzysta, wokalista, aranżer i producent muzyczny, znany z występów ze Stachurskim, a ostatnio z Piotrem Kupichą (“Jeszcze się spotkamy”). Nagrodę zadedykował mamie.

Statuetki Hanysa 2012 odebrali także: Prof. Krystyna Doktorowicz, Radio Katowice z okazji 85-lecia rozgłośni , Sfera TV, Bractwo Kurkowe.

- To najlepsze, co ma Ruda Śląska, ten radosny wieczór – komplementowała laureatów i organizatorów Grażyna Dziedzic, prezydent miasta.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/696599,hanys-2012-czyli-jak-to-dumnie-byc-slazakiem-zdjecia,id,t.html