- Rupert Murdoch, baron medialny, zamknął gazetę, po podobnej aferze. Hajdarowicza na to nie stać, więc wymienił część zespołu – komentuje wydarzenia w “Rzepie” prof. Maciej Mrozowski, medioznawca z SWPS. – Takiemu Hajdarowiczowi, wydaje się, że właściciel może być redaktorem – mówi prof. Wiesław Władyka z UW.
Trotyl miał być polityczną petardą, jednak okazała się być niewybuchem. Na pewno? Być może jest to nadal bomba z opóźnionym zapłonem? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że wszelkie wątpliwości, domysły i spekulacje czy doszło do eksplozji, rozwieją ostatecznie wyniki badań próbek z wraku prezydenckiego samolotu, zleconych przez Naczelną Prokuraturę Wojskową. Próbki do Polski mają dotrzeć już w grudniu, być może jeszcze przed świętami.
Wracając do trotylu, mimo że nie został zdetonowany, miał ogromną siłę rażenia. Nie obyło się bez ofiar. Posypały się głowy. Pozostała wyrwa, niczym lej po wybuchu. Wreszcie środowisko dziennikarskie okopało się w dwóch przeciwstawnych obozach: sympatyków i antagonistów. Nastąpiła jeszcze większa fragmentaryzacja i tak już podzielonego środowiska.
Jedność w środowisku – dziennikarska kaczka?
Czy po tym wszystkim można nadal mówić o jakiejkolwiek solidarności zawodowej? – Widzę solidarność w obronie wolności słowa, bo ta jest ważna – zaznacza Paweł Wroński, dziennikarz “Gazety Wyborczej” – Nie rozumiem, po co mam jednoczyć się z głupotą jakiegoś dziennikarza, który napisał nieprawdę? – pyta Wroński.
– Stopień agresji z jakim spotykają się dziennikarze, niechodzący na pasku rządu jest po prostu niebywały – odpiera Cezary Gmyz, autor kontrowersyjnego tekstu o śladach materiałów wybuchowych na wraku TU-154, po którym został dyscyplinarnie zwolniony z pracy. – Środowisko dziennikarskie podzielone jest równie mocno, jak środowisko polityczne – dodaje.
Wtóruje mu Wiesław Władyka, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, a na co dzień dziennikarz tygodnika “Polityka”. – Podział jest dramatycznie głęboki, a wręcz nieodwracalny – tłumaczy Władyka. – Dziennikarze sami są sobie winni, bo aktywnie uczestniczą w degradacji języka polityki, który i tak jest już mocno zdemolowany, zniszczony i zdruzgotany, co nie rodzi wspólnoty, tylko ją bardziej niszczy – dodaje.
- Zapewniam, że nie można tego tak generalizować, bo solidarność jest i jej nie ma – tłumaczy prof. Maciej Mrozowski, medioznawca z SWPS. – Nie ma jednej organizacji, która troszczyłaby się o wspólny interes ekonomiczny dziennikarzy. Skoro na tej płaszczyźnie dziennikarze nie mogą się dogadać, to znaczy, że mają sprzeczne interesy lub występują podziały środowiskowe – zaznacza.
Zdaniem Wiesława Władyki, ekonomia, to nie jedyne źródło podziałów. Zwraca on uwagę na wojnę polsko – polską, która rozdarła prasę na dwa opozycyjne obozy: dziennikarzy III i IV RP. Profesor wskazuje, że zachwiana została tradycyjna rola zawodu dziennikarza. – W tej całej wojnie i w bałaganie rynkowym nastąpiło zachwianie ról, pomieszały się pojęcia, kim jest wydawca, właściciel, a kim dziennikarz – mówi Władyka. – Takiemu Hajdarowiczowi wydaje się, że właściciel może być redaktorem.
Potrzeba wsparcia

"Czarku Gmyzie! Jesteśmy z Tobą!"
Od niedawna, czyli od 15 listopada, przechadzając się ulicami Warszawy można natknąć się na specyficzne plakaty. Jeden wisi na rogu Filtrowej i Raszyńskiej, inny znajduje się koło metra Politechnika. W towarzystwie reklam: “Targi ślubne”, “Filmy świata”, “Giełda minerałów” zawisł czarno – czerwony napis “Czarku Gmyzie! Jesteśmy z Tobą!”, a poniżej podpisani: “Przyjaciele, Czytelnicy, Polacy”.
Plakat zawiera jeszcze dwa inne hasła. – Osobiście czuję się tym zakłopotany – mówi Cezary Gmyz. – Dziennikarz śledczy nie powinien mieć rozpoznawalnej gęby, najwyraźniej muszę zmienić metody pracy – żartuje dziennikarz.
Akcję zorganizowała dziennikarka Ewa Stankiewicz, prezes stowarzyszenia “Solidarni 2010″. Z informacji opublikowanych na stronie stowarzyszenia wynika, że projekt zapoczątkowany został “z inicjatywy niezależnych środowisk dysponujących powierzchniami reklamowymi przy społecznym wsparciu dystrybucji plakatów”. Celem akcji jest wsparcie dziennikarza zwolnionego dyscyplinarnie z pracy. Pani prezes odmówiła komentarza.
- Pomysł wyszedł od “Solidarnych 2010”, to oni sfinansowali plakaty – tłumaczy pracownik firmy CityPoster, która udostępniła miejsce reklamowe pod plakaty solidaryzujące się z Gmyzem. – Plakaty mają pojawić się w innych formatach, w innych miastach Polski.
Ze zwolnionym żurnalistą jednoczy się również Europejska Federacja Dziennikarzy, która w liście do Grzegorza Hajdarowicza zwróciła się z prośbą o przywrócenie dziennikarza śledczego od pracy. – Hajdarowicz decyzji nie zmieni, bo musiałby się przyznać do błędu – zaznacza Gmyz. – Najważniejsze, że otrzymałem wsparcie od środowiska dziennikarskiego w całej Europie.
Informacja poszła w świat
Po ukazaniu się na łamach “Rzeczpospolitej” artykułu “Trotyl na wraku tupolewa”, na Cezarego Gmyza spadły gromy krytyki. – Jeżeli ktoś twierdzi, że to ja zrobiłem z “Rzepy” tabloid i doprowadziłem ją do upadku, niech spojrzy w komentarze z deklaracją, że ludzie przestają czytać i kupować gazetę, ze względu na to, co zrobiono ze mną – przekonuje Gmyz – I to jest prawdziwa przyczyna upadku gazety – podkreśla.
- Kiedy tylko spojrzałem w tytuł artykułu, od razu wiedziałem, że to jakaś bzdura i kolejna prowokacja – opowiada medioznawca Maciej Mrozowski. – Więcej w tym teksie było dowodów na “nie”, niż na “tak”. Nie wiem, czy nie uwiodły go informacje, które miał na wyłączność. Coś na pewno musiało opanować człowieka, do tego stopnia, że pozbawiło go zdrowego rozsądku – dodaje po chwili namysłu Mrozowski.
Gmyz wydaje się nie przejmować słowami krytyki i twardo obstaje przy swoim stanowisku. Czy czegoś żałuje? – Jedyny wyrzut sumienia jaki mam, to wyrzucenie z pracy dwóch ludzi, niemających nic wspólnego z tekstem, a którzy mają łącznie ósemkę dzieci – tłumaczy dziennikarz. – Pocieszające jest, że studenci chcą się uczyć ode mnie dziennikarstwa śledczego i jestem przez nich przyjmowany z wielkim entuzjazmem – zdradza Gmyz.
I co dalej?
Jakie są prognozy dla “Rzeczpospolitej”? Co dalej z “Rzepą” w niedalekiej przyszłości? – Gazeta ani nie została strącona w przepaść, ani nie dostała kopniaka w górę – zapewnia Mrozowski. – Jest teraz na zakręcie i będzie starała się pozostać pismem centrowym, a sam Hajdarowicz, będzie studził polityczny temperament i zaangażowanie polityczne niektórych pracowników – dodaje profesor SWPS.
- W hossę “Rzeczpospolitej” nie wierzę, prasa pisana może o niej tylko pomarzyć – rozważa Wiesław Władyka. – Pismo strasznie podważyło swoją wiarygodność, bo wystrzeliło jak zwykły tabloid. Pismu będzie ciężko się podnieść, jeżeli w ogóle mu się uda, ale najpierw musi się uporać z walką polityczną, która przeniosła się do środka koncernu – komentuje profesor UW.
- Aha, coś jeszcze. “Rzepa” jest przeraźliwie nudna, a co jest białą stroną… no tego to się po prostu nie da czytać – zdradza
Władyka.