Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

26-11-2012, 07:51

KRRiT odpiera zarzuty SDP ws. rad programowych  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
pp
26-11-2012

Jan Dworak, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, odpiera zarzuty dotyczące dyskryminacji rekomendowanych przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich osób w wyborach do rad programowych mediów publicznych.

Jan Dworak

Przypomnijmy, że Krajowa Rada Radiofonii Telewizji 140 członków 28 rad programowych oddziałów terenowych Telewizji Polskiej i regionalnych spółek Polskiego Radia powołała na trzech posiedzeniach, które odbyły się na przełomie października i listopada br.

Wcześniej KRRiT zwróciła się m.in. do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z propozycją zarekomendowania kandydatów do tych organów, co SDP uczyniło. Organizacja jednak w specjalnym oświadczeniu poinformowała, że KRRIT wybrała tylko siedem z 34 rekomendowanych przez SDP osób i to wyłącznie do rad programowych rozgłośni Polskiego Radia.

- Z analizy składu rad można wywnioskować, że KRRiT preferowała szerzej nie znanych i nie zajmujących się nigdy profesjonalnie mediami elektronicznymi kandydatów, a przesłanki którymi się kierowano nie miały charakteru merytorycznego i apolitycznego. Szczególnie w przypadku Rad Programowych oddziałów terenowych TVP mamy do czynienia z jaskrawym przejawem dyskryminacji kandydatów rekomendowanych przez największą organizację dziennikarską w Polsce - napisał zarząd główny SDP.

Jan Dworak w swoim oświadczeniu podkreśla, że „celem KRRiT nie było zachowanie jakichkolwiek parytetów na rzecz którejkolwiek z organizacji społecznych rekomendujących swoich kandydatów, co sugeruje w swoim oświadczeniu Zarząd SDP” – Każda kandydatura była rozpatrywana indywidualnie w oparciu o wskazania ustawy i na podstawie zebranej dokumentacji oraz wiedzy i doświadczenia KRRiT z uwzględnieniem spectrum reprezentowanych poglądów – pisze Dworak.

- Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji powołała 9, a nie, jak podaje w swoim oświadczeniu z 20 listopada 2012 roku Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, 6 członków rad programowych, którzy uzyskali rekomendacje SDP. Są to członkowie powołani w radach programowych 8 rozgłośni regionalnych Polskiego Radia (a nie jak podaje SDP w 5 spółkach radiofonii publicznej i w jednym oddziale terenowym TVP SA) - wyjaśnia Dworak.

Przewodniczący KRRIT informuje jednocześnie, że Rada nie rozważała niektórych kandydatur rekomendowanych przez SDP podczas powoływania składów rad programowych.

- Wśród rekomendowanych znaleźli się kandydaci wskazani do rady programowej, której kadencja upływa dopiero w 2015 roku (Oddział TVP w Opolu). SDP nie wycofało też rekomendacji dla kandydatury osoby, która zmarła wkrótce po zgłoszeniu do KRRiT. Pięciu tych samych kandydatów zostało rekomendowanych do rad programowych, działających w różnych,często znacznie oddalonych od siebie miejscowościach (np. Lublin i Bydgoszcz). Niekiedy są to kandydaci, których stałe miejsce zamieszkania jest znacznie oddalone od siedziby rady programowej (rekomendowano do rady programowej w Szczecinie osobę mieszkającą w Otwocku k. Warszawy). Niektórzy spośród kandydatów SDP aktualnie pełnią już inne funkcje w spółkach mediów publicznych (Telewizja Polska SA, Polskie Radio SA, Radio Kraków SA) – opisuje Jan Dworak.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/krrit-odpiera-zarzuty-sdp-ws-rad-programowych

25-11-2012, 19:02

Anita Werner dla W24: Jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa  »

Wiadomości24.pl
Przemysław Maksym
25-11-2012

O kulisach powstawania książkowego wywiadu z Włodzimierzem Cimoszewiczem, prawdziwej twarzy polityków i dziennikarskich planach z Anitą Werner rozmawiał Przemysław Maksym.

Przemysław Maksym: Dlaczego właśnie Włodzimierz Cimoszewicz?

Anita Werner prezentuje okładkę swojego książkowego wywiadu z Włodzimierzem Cimoszewiczem

Anita Werner: Włodzimierz Cimoszewicz ma w tak niezwykły sposób zapisaną kartę polityczną, że oprócz funkcji prezydenta pełnił wszystkie najważniejsze funkcje państwowe w naszym kraju. To mu daje unikalną perspektywę, jaką nie może się pochwalić większość polityków w Polsce. Ma bardzo długi staż na naszej scenie politycznej, a dzięki temu wiele widział, wiele wie, i z wieloma osobami w swojej karierze przy różnych okazjach rozmawiał. Dlatego jego spojrzenie na politykę i jej analiza są bardzo interesujące.

Ale również wielu innych polityków mogłoby być Pani rozmówcami. Mam tutaj na myśli np. Jarosława Kaczyńskiego, Donalda Tuska czy Aleksandra Kwaśniewskiego – oni o polskiej i europejskiej scenie politycznej mogliby powiedzieć nam nie mniej niż premier Cimoszewicz.

Słuszna uwaga, ale ja jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa. Kto wie, może ta książka będzie początkiem nowej serii? Może kolejny wywiad powstanie z którymś z wymienionych przez Pana polityków?

Długo musiała Pani namawiać Włodzimierza Cimoszewicz na tę rozmowę?

Nie. To było zupełnie spontaniczne – myślę, że spotkaliśmy się w dobrym miejscu i czasie. Zarówno ja, jak i pan premier, byliśmy na tę rozmowę otwarci i gotowi.

Państwa rozmowa trwała 40 godzin.

Tak i to nie była lekka i zawsze przyjemna rozmowa. To bardzo ważne, że premier dał się namówić nie tylko na rozmowę o miłych i anegdotycznych rzeczach. Wiedziałam, że robienie tej książki ma sens tyko wtedy, gdy będziemy też rozmawiali o tematach dla Włodzimierza Cimoszewicza trudnych, niekomfortowych. Do ich sedna trzeba było dojść, to wymagało czasu.

Na początku rozmowy z Włodzimierzem Cimoszewiczem przyznała Pani, że miał w Pani oczach wizerunek sztywniaka. Czy z upływem czasu i ilością wypitych kaw w trakcie kolejnych rozmów premier stawał się bardziej otwarty?

Na pewno zdjął z siebie polityczną maskę i pozwolił mi dotrzeć do siebie jak do człowieka. Mnie zawsze interesowało wyciąganie z polityków emocji, a to jest niezwykle trudne, bo politycy tego nie lubią robić. Biorą udział w brutalnej politycznej grze i odgrywając swoje role, nie chcą z nich wychodzić ani na chwilę, a pokazanie ludzkich emocji jest wyjściem z tej roli. Premier Cimoszewicz pokazał, że ma odwagę odpowiadać na trudne pytania, a także udowodnił, że ma poczucie humoru i dystans do wielu politycznych wydarzeń.

A jak Pani myśli, co zmotywowało Włodzimierza Cimoszewicz do tak długiej, często emocjonalnej rozmowy?

Jak już powiedziałam, mój rozmówca jako szef MSZ czy premier był świadkiem bardzo wielu wydarzeń, współtworzył historię. W 1997 roku wielka powódź mało nie zmyła go ze sceny politycznej, później negocjował zapisy traktatu akcesyjnego Polski do UE, w 2005 zrezygnował z kandydowania w wyborach prezydenckich, po oskarżeniach Anny Jaruckiej. Mam nadzieję, że dziś albo za parę lat ludzie będą chcieli ten książkowy wywiad zdjąć z półki, wrócić do przeszłości i poczuć klimat politycznej kuchni.

Czy Pani rozmówca unikał odpowiedzi na jakieś pytania?

Nie. A nie unikałam trudnych pytań. Jeszcze przed naszymi rozmowami zastrzegłam, że jeśli nie będę takich pytań mogła zadać, to tej książki po prostu nie będzie. W tej książce nie ma ściemy – jakby powiedzieli młodzi – i uników. I to jest wartością tej książki.

A może teraz Cimoszewiczowi, który nie pełni funkcji ministra czy premiera, jest po prostu łatwiej o wielu rzeczach mówić i to bez większych konsekwencji?

Proszę nie dyskredytować funkcji senatora, jaką mój rozmówca obecnie pełni. Skoro premier zdecydował się na tę rozmowę, to uznał, że ma o czym powiedzieć, że może się swoimi doświadczeniami podzielić, że teraz właśnie jest na to pora. Zresztą mówi nie tylko o sobie, jako premier czy szef MSZ miał styczność z wieloma wielkimi politykami tego świata, także za kulisami polityki. Zdradza wiele pikantnych szczegółów z takich spotkań. Okazuje się, że nawet najwięksi przywódcy mogą być nieprzygotowani podczas ważnych negocjacji, albo kompletnie zdezorientowani i niedoinformowani podczas ważnych rozmów. Jest też o takich, którzy są po prostu aroganccy i nieprzyjemni. Jest chociażby o drugiej, nieoficjalnej twarzy królowej Elżbiety II, Silvia Berlusconiego czy George’a Busha.

W latach 2005 – 2007 przeprowadzała Pani rozmowy z kobietami u szczytów władzy w ramach programu “Dama Pik”, potem robiła Pani wywiady w dziennikarskim duecie z Pawłem Siennickim dla “Polski The Times”. Teraz wywiad z byłym premierem. Która z tych rozmów jest dla Pani najważniejsza?

To są zupełnie inne rozmowy, których nie można porównywać. Dla dziennika “Polska The Times” robiliśmy z Pawłem krótkie, cotygodniowe wywiady, głównie z politykami, które miały charakterystyczne szybkie tempo i prosty, konkretny język. W ramach programu “Dama Pik” jeździłam do różnych krajów, żeby porozmawiać z niezwykłymi kobietami ze świata polityki, kultury, biznesu, i to były spotkania wielogodzinne, kilkudniowe. Z Włodzimierzem Cimoszewiczem rozmawiałam 40 godzin, a więc także miałam czas na to, żeby wydobyć nieznane fakty, podrążyć.

Jakie wywiady ma Pani jeszcze w planach?

Na razie niczego nie planuję. Myślę, że przede mną jeszcze wiele ciekawych rozmów.

A gdyby ktoś Pani zaproponował w ramach dłuższej rozmowy podsumowanie dotychczasowej kariery dziennikarskiej, to zgodziłaby się Pani?

Proszę nie żartować, mam dopiero 34 lata. Nie poprzewracało mi się na tyle w głowie, żebym mogła uznać, że moja dotychczasowa kariera mogłaby być już podsumowana.

A jakich pytań się Pani spodziewa od czytelników w ramach promocji książki?

Pytania mogą być tak różne, jak różni są moi czytelnicy. Na pewno będą ciekawe.

Może warto, żeby studenci nauk politycznych czytali Pani rozmowę z byłym premierem na zajęciach z historii politycznej Polski po 1989? Zapewniam Panią, że byłoby to ciekawsze od niejednego wykładu i niejednych ćwiczeń na uniwersytecie.

Ciekawy pomysł, nie mam nic przeciwko niemu, ale to nie ode mnie zależy (śmiech).

Anita Werner – dziennikarka TVN i TVN24. W TVN24 jest prezenterką “Faktów po Południu” oraz programu “Fakty po Faktach”. Absolwentka Wydziału Filmoznawstwa w Łodzi. Laureatka nagród dziennikarskich, m.in.: Wiktorów i Telekamery. Ostatnio ukazał się jej książkowy wywiad “Nieoficjalnie” z byłym premierem Włodzimierzem Cimoszewiczem.

Całość: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/anita_werner_dla_w24_jeszcze_nie_powiedzialam_ostatniego_251823.html

24-11-2012, 22:14

Chłopak chwalił ćwiczenia. Co z tym zrobiła lokalna telewizja  »

Gazeta Wyborcza Katowice
Anna Malinowska
24-11-2012

Uczeń klasy mundurowej w Sosnowcu przed telewizyjną kamerą chwalił swoją szkołę. Jego wypowiedzi użyto w filmiku o narkotykach. Wciąż można go zobaczyć w internecie, tyle tylko że z zamazaną twarzą.

18-latek i jego rodzice są tak rozżaleni przykrościami, jakie ich spotkały, że nie życzą sobie podawania nawet imion i nazwy szkoły. Wystarczy, że od kolegów, którzy go rozpoznali na nagraniu, usłyszał sporo docinków.

Telewizja Zagłębie nie ma sobie nic do zarzucenia

Zaczęło się od tego, że do jego szkoły przyjechała telewizja Zagłębie. – Dziennikarka zapytała mnie, czy mógłbym coś opowiedzieć o nauce, nauczycielach. Chętnie się zgodziłem, bo lubię swoją szkołę i klasę – wspomina 18-latek. W internecie wciąż można obejrzeć materiał, który wówczas nagrano. Widać, jak ubrany w mundur odpowiada na pytania. Mówi o nauczycielach, uczniach, wymianie międzynarodowej. Jakiś czas po emisji licealista dostał mail od koleżanki z linkiem do nowego nagrania. – Aż zdębiałem, bo zobaczyłem, jak w mundurze przed szkołą mówię o narkotykach – denerwuje się sosnowiczanin. Ten filmik również wciąż jest dostępny w internecie. Zatytułowany jest “Tak się bawi Zagłębie”. Na dole strony widnieje dopisek: “Seks, używki, awantury. Czy tak spędzają wolny czas Zagłębiacy? Z przymrużeniem oka o słabościach mieszkańców naszego regionu”. Filmik jest zlepkiem powycinanych scenek i wypowiedzi, okraszonych komentarzem dziennikarki. “Żeby koncert w Zagłębiu się udał, potrzebny jest jeden kluczowy czynnik” – słychać komentarz, a obraz przedstawia mężczyznę stojącego z kieliszkiem. W następnej scenie mowa jest o tym, że poza alkoholem Zagłębiacy sięgają też po narkotyki, i widać rękę, w którą wbita jest igła. Pada zdanie, że bez takich środków trudno niektórym rozpocząć dzień, i pojawia się stojący przed szkołą licealista z klasy mundurowej: “Pomagają mi się wyładować” – mówi.

18-latek zapewnia, że to manipulacja, bo jego słowa dotyczyły ćwiczeń, jakie robi się w klasie mundurowej. Filmik obejrzeli jego rodzice i oburzeni wysłali pismo do telewizji Zagłębie. Wskórali tylko tyle, że twarz ich syna została zamazana. Gdy zażądali usunięcia materiału, od przedstawicieli redakcji usłyszeli, że to przecież tylko śmieszny, satyryczny filmik. – Nas on jednak nie śmieszy. Nasz syn stał się obiektem niewybrednych żartów. Nie rozumiem, jak można było wykorzystać to, co wcześniej powiedział – denerwuje się matka licealisty.

Rafał Siciński, redaktor naczelny telewizji Zagłębie, wyjaśnia, że materiał jest tylko i wyłącznie formą satyryczną. – Chcieliśmy pokazać, że ludzie w Zagłębiu mają dystans do siebie. Przykro mi, że ktoś odebrał to inaczej, bo nie było naszym celem sugerowanie ujemnych cech kogokolwiek. Po otrzymaniu informacji od rodziców chłopca natychmiast zleciłem zabezpieczenie jego wizerunku. Uznałem, że nie ma konieczności usuwania całego materiału – mówi.

Zdaniem Wojciecha Borowika, prezesa Stowarzyszenia Wolnego Słowa, telewizja Zagłębie przekroczyła standardy. – Taki sposób wykorzystywania wypowiedzi osoby prywatnej bez jej zgody i wiedzy jest niedopuszczalny. Dziś wydaje się, że w internecie wolno wszystko i mamy zupełną wolność. Tymczasem wolność oznacza również odpowiedzialność. Tym bardziej że w tym wypadku mamy do czynienia z telewizją. Dziennikarze nie mogą dopuszczać się manipulacji – mówi prezes. Uważa, że telewizja powinna jak najszybciej usunąć filmik, bo naruszono w nim prawo do prywatności wizerunku.

Całość: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35063,12919346,Chlopak_chwalil_cwiczenia__Co_z_tym_zrob ila_lokalna.html#ixzz2DDXbrct1

24-11-2012, 21:07

Wczasy w PRL – wspomnienia dziennikarzy DZ z ośrodków wypoczynkowych  »

Dziennik Zachodni
dziennikarze DZ
24-11-2012

Ceraty z napisem Społem, kaowcy na wieczorkach zapoznawczych, segmenty i domki kempingowe. Zobacz, jak wczasy w czasach PRL-u wspominają dziennikarze DZ.

Barbara Kubica:

Pamiętam ośrodek w Krynicy Morskiej, który dla swoich pracowników wynajmowała kopalnia Knurów. W dużym budynku, pensjonacie mieszkała wówczas kadra kierownicza kopalni, a w domkach kempingowych rozsianych po lesie otaczającym pensjonat mieszkali szeregowi pracownicy kopalni. Domki były drewniane, w środku łóżka piętrowe dla dzieci i rozkładana kanapa. No i piękna weranda, na której rodzice wieczorami siadali przy butelce piwa.

Pojechałam tam z rodziną w roku 87 na dwutygodniowe wczasy. A ponieważ w domku po lewej mieszkał z rodziną kolega mojego ojca z pracy (i jednocześnie nasz sąsiad), a w domku po lewej drugi z sąsiadów nad Bałtykiem czuliśmy się jak w domu.

To było tak, jakby na te dwa tygodnie połowę naszego bloku w Leszczynach (wówczas mieszkali tam głównie górnicy) przenieść na tych kilka dni nad morze. W pamięci szczególnie utkwiła mi stołówka na której serwowano posiłki. Gigantyczna sala, do której wszyscy gnali o określonych godzinach. Na stołach ceraty z napisem Społem, zazwyczaj ubrudzone dżemem, którym wszystkie dzieciaki zajadały się na śniadania. W przerwie pomiędzy posiłkami przed drzwiami tej stołówki obsługa pensjonatu ustawiała wielki kosz z chlebem i gigantyczny słoików dżemu. To była ulubiona przekąska wszystkich dzieciaków.

Grażyna Kuźnik:

Prawie co roku w latach 70. odpoczywałam latem z rodzicami w ośrodkach wczasowych nad morzem. Najczęściej w “Gwarku” w Jastrzębiej Górze. Przyjeżdżali tam zwykli górnicy z rodzinami, w bardzo dobrych humorach. I w mniejszości kadra inżynierska, a poprzez różne zamiany i manipulacje tzw. inteligencja pracująca różnych zawodów. Zaczynała się integracja. Najpierw wieczorek zapoznawczy, z nieodłącznym panem kaowcem. Tam już tworzyły się zaprzyjaźnione grupy, podzielone według zainteresowań.

Było bardzo wielu brydżystów i po południu do nocy trwały maratony brydża. Inna grupa oblegała bilard oraz “żołnierzyki”, ustawione w części kawiarnianej budynku wczasowego. Trudno było nie skorzystać z dobrej biblioteki, pełnej kryminałów z jamnikiem, czyli najlepszych, bo zachodnich. Pan kaowiec – czemu nigdy nie pani? – codziennie wymyślał a to spacer z pochodniami, a to ognisko i pieczenie kiełbasek, a to wycieczki do latarni morskiej, zawody sportowe, konkursy typu wyścigi z worku. Prawie codziennie były potańcówki.
W sali telewizyjnej stał oczywiście jeden telewizor i na dziennik oraz film sala się zapełniała. Politykę puszczano mimo uszu, najważniejsze wiadomości – pogoda.

Słuchało się kultowego Lata z Radiem, gdzie oprócz porad, gdzie pluć, co nie dla wszystkich było oczywiste, można było wysłuchać poezji miłosnej.
 Jedzenie było dobre, pod górników, z kotletami i kurczakami, obfite. Ale warzyw i owoców było mało, bo kuchnia słyszała skargi, że górnik to nie królik, zielonego jeść nie będzie. Na posiłki wszyscy się przebierali, żeby ładnie wyglądać. Potem się komentowało, kto jest kim i skąd. Pokoje miały balkony i umywalki, chociaż prysznice i toalety były na korytarzu. Nikomu to nie przeszkadzało. Nie było zakazu palenia i ze stołówki, kawiarni i z każdego pokoju wydobywał się dym. Chyba wtedy każdy palił, prócz dzieci. Alkohol też był obecny, można go było kupić we wczasowym barze o każdej porze. Niektórzy przyjeżdżali z psami, a to, że gdzie one robią kupki, nikogo nie obchodziło. Wieczorek pożegnalny kończył tę odlotową imprezę.

Janusz Szymonik:

Ośrodki Funduszu Wczasów Pracowniczych w latach siedemdziesiątych wyglądały dość podobnie – kwatery w jednopokojowych segmentach, ewentualnie w domkach kempingowych, stołówka plus sala telewizyjna, plac sportowy z boiskiem do siatkówki, badmintona, huśtawki, karuzele.

Wczasowicze większość czasu poświęcali na plażowanie, wycieczki statkiem po morzu lub jeziorze, spacery bulwarami, obowiązkowe zaliczenie smażalni ryb. Dla rodziców pierwszego dnia kaowiec organizował tzw. wieczorek zapoznawczy, później co dwa trzy dni potańcówki, a dla nas, wówczas dzieci, przeprowadzano kinderbale. Na nadmorskich bulwarach królowała śląsko godka, gdyż większość ośrodków wczasowych była własnością śląskich kopalń i hut. Ale był taki wyjazd, podczas którego nic nie pasowało do typowego scenariusza wczasowicza. Rok 1974, turnus wczasów w Dąbkach koło Darłowa. Wtedy w NRF odbywał się Mundial, a Orły Górskiego grały wybornie. W czasie meczów i powtórek pustoszały plaże, bulwary i knajpy. Centrum wszechświata stanowiła ośrodkowa świetlica z telewizorem. Na dodatek telewizorem kolorowym, co w tamtych czasach było atrakcją większą niż dzisiejsze telebimy.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/705159,wczasy-w-prl-wspomnienia-dziennikarzy-dz-z-osrodkow,id,t.html

23-11-2012, 23:32

Dziennikarz TVP rzucił pracę. “Wolę sprzedawać sery w Sopocie”  »

Gazeta Wyborcza
Maciej Sandecki
23-11-2012

Jeszcze niedawno kręcił reportaże dla TVP i pisał artykuły do gazet. Teraz stoi za ladą pierwszego w Polsce sklepu z farmerskimi serami. O zmianie zawodu i swoim zamiłowaniu do tradycyjnych serów opowiada nam Grzegorz Jankowski.

Maciej Sandecki: Przypomnij mi, w jakich mediach pracowałeś przez ostatnie 20 lat?

Grzegorz Jankowski: W Wieczorze Wybrzeża, TVN24, TVN Uwaga, Dzienniku Bałtyckim, Nowym Dniu, Gazecie Wyborczej, a ostatnio w TVP.

Sporo. Byłeś i dziennikarzem prasowym, i reporterem telewizyjnym. Co się stało, że postanowiłeś rzucić ten zawód?

Grzegorz Jankowski w swoim sklepie z serami

- Długo by opowiadać. Wszyscy widzimy, co się dzieje z mediami. Są coraz słabsze, upadają, ich sytuacja jest obecnie bardzo ciężka. Z redakcji zwalnia się najlepszych dziennikarzy, bo są za drodzy, a zatrudnia ludzi niedoświadczonych, ale tanich. Wiadomości są przez to coraz gorsze. Do pracy w telewizji potrzeba dzisiaj ludzi, którzy gdzieś staną, nadadzą krótką relację i nie będą się przy tym zacinać. To po co profesjonaliści? Ja w dziennikarstwie przeszedłem długą drogę i uznałem, że dotarłem do ściany, że już więcej nic dobrego mnie w tym zawodzie nie czeka. Poza tym pochodzę ze starej szkoły dziennikarskiej, w której liczyła się rzetelność i dociekliwość dziennikarza, a nie liczba odsłon na stronie. Z tych powodów postanowiłem odejść z mediów, choć kto wie, może nie jest to pożegnanie raz na zawsze.

Ale dlaczego postanowiłeś otworzyć akurat sklep z serami? Mogłeś wybrać jakąkolwiek inną branżę.

- Kiedy odchodziłem z telewizji, długo się zastanawiałem co dalej, co ja tak naprawdę w życiu lubię? I stwierdziłem, że zawsze bardzo lubiłem sery. W międzyczasie pracy w mediach pracowałem jako kucharz w Londynie, gastronomia to moje hobby. Jako dziennikarz też lubiłem robić materiały z jakichś jarmarków, targów żywności, gdzie można było spróbować naturalnych, dobrej jakości produktów. Uznałem, że sery to jest to, że jeśli uda mi się swoją pasją zarazić choć jedną osobę na dziesięć, to może to być udany biznes. Szczególnie, że sery uzależniają, a ja czasami się czuję jak handlarz heroiny (śmiech).

Co ty mówisz?

- Sam spróbuj. W moim sklepie są tylko sery wyrabiane tradycyjnymi metodami przez polskich farmerów. To pierwszy taki sklep w Polsce. Ludzie często nie znają smaku takich prawdziwych serów, bo są przyzwyczajeni do tych, które kupują w sklepach spożywczych, a to bardziej są produkty przemysłu chemicznego. Prawdziwy ser, wyrabiany naturalnymi metodami, nie może kosztować mniej niż 20 złotych za kilogram. To po prostu niemożliwe, bo do wyprodukowania takiego sera potrzebna jest odpowiednia ilość mleka. Dlatego ludzie, którzy przychodzą do mojego sklepu, są często zadziwieni smakami niektórych serów. Jedna kobieta wzięła kawałek na spróbowanie i go wypluła, bo nie sądziła, że tak może smakować ser. Reakcje są jednak w większości bardzo pozytywne i ludzie jak raz spróbują takich serów, to przychodzą po następne. Jedna pani przyjechała aż z Warszawy do Sopotu, aby kupić u mnie ser, bo chciała poczęstować znajomych tym “niesamowitym serem”, który jadła tu podczas wakacji. Ja jednak nie miałem akurat go w sklepie, bo farmer, od którego go kupuję, nie wyprodukował jeszcze kolejnej partii.

No właśnie, powiedz, skąd bierzesz te sery? Kim są farmerzy, którzy je produkują?

- To bardzo ciekawi ludzie, prawdziwi pasjonaci. Ci, których poznałem, to często uciekinierzy z dużych miast, byli pracownicy wielkich korporacji. Znudziło ich siedzenie za biurkiem przed komputerem, kupili więc kawałek ziemi na Mazurach albo Kaszubach i zaczęli hodować owce czy kozy. Najpierw mieli po trzy sztuki, a teraz mają już całe stada. Byłem na kilku takich farmach i widziałem, jak powstają ich sery w naturalnych warunkach, bez żadnych polepszaczy czy dodawania tłuszczów roślinnych. Do odpowiedniego smaku dochodzili przez lata, na zasadzie prób i błędów. Niektórzy doszli już do perfekcji.

Ich serów nie kupisz w normalnych sklepach. Farmerzy sprzedają swoje produkty drogą wysyłkową, za pomocą internetu, bezpośrednio do zamawiających, do restauracji, hoteli albo wyspecjalizowanych sklepów ze zdrową żywnością.

Był u mnie niedawno pewien Francuz, smakosz serów, który był bardzo zdziwiony, że w Polsce w ogóle produkuje się sery. Poczęstowałem go więc takim polskim, niebieskim typu roquefort. Przyznał, że to produkt z najwyższej światowej półki.

Francja słynie z serów, ale czy my w Polsce potrafimy się nimi delektować? Ja to ser jem najczęściej na kanapce.

- Ta francuska kultura jedzenia serów do nas przyszła i się rozwija. Polacy już odkryli różne smaki serów, ale teraz zaczynają odkrywać, z czym należy je łączyć. Wino jest bardzo dobrym dodatkiem, dlatego u mnie w sklepie też można je dostać. Osobiście polecam jednak miód i konfitury. Połączeniem serów, tych z najwyższej półki z miodem balsamicznym daje niesamowity efekt. We Francji jada się w ten sposób sery na deser.

Te twoje sery są droższe niż te, które można kupić w normalnych sklepach. Kim są twoi klienci?

- To bardzo często emeryci, którzy tęsknią za prawdziwym smakiem serów, ale także młodzi ludzie, którzy odkryli, że sery to świetny dodatek do każdej imprezy. Oni przychodzą do mnie i proszą o skomponowanie deski serów na prywatkę. Robię takie kompozycje z przyjemnością, bo później przychodzą do mnie i opowiadają, że te sery zdominowały całą imprezę. Na mojej desce umieszczam zazwyczaj 5-6 gatunków sera, od najłagodniejszego do najostrzejszego. Ważne, żeby były wśród nich sery z mleka koziego, owczego i krowiego. Coraz więcej klientów przychodzi do mnie i kupuje określone gatunki sera na prezent dla znajomych. Wiedzą bowiem, że efekty smakowe będą niezapomniane.

Twój sklep, “Ser Lanselot”, działa w Sopocie od trzech miesięcy. Nie żałujesz, że odszedłeś z mediów? Jak odnajdujesz się w roli sprzedawcy?

- Bardzo dobrze! Dużo bardziej wolę rozmawiać z klientami o serach, niż jako dziennikarz miałbym rozmawiać z policjantami o jakichś wypadkach. Żeby być dobrym sprzedawcą, trzeba mieć w sobie dużo pokory i cierpliwości, a ja się teraz tej cierpliwości uczę. Lubię opowiadać moim klientom o serach, o ich pochodzeniu, metodach produkcji.

Wiem, że moi koledzy i koleżanki z mediów patrzą na mnie trochę ze zdziwieniem, ale również z nadzieją, bo mój przykład pokazuje im, że jest życie poza tą branżą. Kiedy odchodziłem z telewizji, wysłałem do wszystkich znajomych SMS-y, że żegnam się z mediami i otwieram sklep z serami farmerskimi. Jedna ze znanych pań polityczek odpisała mi: “Sery farmerskie lubię w całości, czego nie mogę powiedzieć o polskim dziennikarstwie. Będę pana stałą klientką”. I to jest chyba najlepsze podsumowanie tego mojego życiowego eksperymentu.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75248,12911577,Dziennikarz_TVP_rzucil_prace___Wole_sprzedawac_sery.html#ixzz2D9rnZJO3

23-11-2012, 22:06

Ks. Boniecki: Nie traktowałem tej rozmowy jako materiału do publikacji. Siennicki: Niestety ksiądz się myli  »

TokFM.pl
lmg
23-11-2012

ks. Adam Boniecki

Uprzejmie informuję, że respektując wolę moich przełożonych zakonnych, nie udzielałem ani nie autoryzowałem żadnego wywiadu do publikacji w mediach. Rozmowy z panią Eweliną Nowakowską, której zapis ukazał się na stronie dziennika “Polska the Times”, nie traktowałem jako materiału do publikacji – napisał ks. Adam Boniecki na facebookowym profilu “Tygodnika Powszechnego”.

W dzisiejszym wydaniu gazety “Polska the Times” ukazał się wywiad Eweliny Nowakowskiej z księdzem Bonieckim. Rozmowa dotyczyła książki duchownego, którą niebawem wyda “Tygodnik…”.

Problem w tym, że przełożeni księdza Bonieckiego, bracia marianie, rok temu zabronili mu wypowiadać się w mediach. Stąd oświadczenie duchownego, w którym wyraźnie podkreśla, że nie traktował rozmowy z dziennikarką jako wywiadu i nie wiedział, że zapis rozmowy będzie opublikowany.

Redaktor naczelny odpowiada

Paweł Siennicki

Innego zdania jest redaktor naczelny “Polska The Times” Paweł Siennicki. Dziennikarz w rozmowie z TOKFM.pl mówi, że ks. Boniecki został poinformowany o publikacji. – Natychmiast po państwa tekście zadzwoniłem do redaktora odpowiedzialnego za dodatek o książkach, by sprawdzić tę sytuację. Obawiam się, że niestety będzie to przykra sprawa dla ks. Bonieckiego. My opublikowaliśmy króciutką rozmowę o tym, co ksiądz czyta. Jedyną rzeczą kontrowersyjną było pytanie o książkę “Nergala”. Od redaktora odpowiedzialnego za dodatek dowiedziałem się, że Ewelina ma nagranie, w którym mówi, skąd dzwoni w sprawie wywiadu, a na końcu pyta księdza, czy ten życzy sobie autoryzacji. Ksiądz Boniecki miał odpowiedzieć, że nie, bo ufa dziennikarce – mówi nam Siennicki.

- Zastrzegam, że nie słyszałem tego nagrania na własne uszy, to jest relacja mojego redaktora, ale obawiam się, że ksiądz Boniecki się po prostu myli. Jest to dla mnie podwójnie przykre, ponieważ bardzo szanuję księdza Bonieckiego, nie chcę mu robić przykrości – dodaje redaktor naczelny “Polska The Times”.

W wywiadzie ksiądz Boniecki mówi m.in., że “Dookoła świata” – bo tak nazywać się będzie ten zbiór reportaży – to opowieści z jego podróży, wzbogacone fotografiami. – Od zawsze czułem w sobie pasję pisania i zamiłowanie do dokumentacji rzeczywistości. Jeśli przeczuwałem, iż będę tam, gdzie moi czytelnicy nie mogą pojechać, to kreśliłem relację z takiego miejsca. Także po to, by pokazać bogactwo kulturowe danego obszaru – mówi.

Ostatnie pytanie dziennikarki dotyczyło książki Adama “Nergala” Darskiego, którą duchowny czytał, a podczas nieplanowanego spotkania z Nergalem poprosił dedykację. Ks. Boniecki zaznaczył, że przeczytał dopiero jedną trzecią książki, ale widzi wyraźnie, jaką hierarchię wartości ma artysta.

Całość: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,102433,12914682,Ks__Boniecki__Nie_traktowalem_tej_rozmowy_jako_materialu.html