Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

30-11-2012, 18:27

KHW: stopnie górnicze także dla dziennikarzy  »

Trybuna Górnicza - nettg.pl
KB
30-11-2012

Ponad sto osób otrzymało w piątek, 30 listopada odznaczenia państwowe, medale i stopnie górnicze podczas uroczystości barbórkowej w Katowickim Holdingu Węglowym.

Odznaki honorowe “Zasłużony dla Górnictwa RP” otrzymali: Andrzej Biskup, Grażyna Kowal, Leon Kurczabiński, Grzegorz Majchrzyk, Andrzej Pukocz, Waldemar Rasała, Krystyna Wierzba, Joanna Wilczyńska i Adam Witkowski. Stopnie dyrektora górniczego I stopnia przyznano Jackowi Franczakowi i Grzegorzowi Stacha. Wśród wyróżnionych byli również pracownicy śląskich mediów. Nagroda za 50 lat pracy przypadła Bogusławowi Syrkowi.

Monika Krasińska z Radia Katowice i Karolina Baca z Rzeczpospolitej - honorowymi górnikami

Stopnie inżynierów górniczych III stopnia przyznano: Karolinie Bacy z Rzeczpospolitej, Monice Krasińskiej z Polskiego Radia Katowice, Sławomirowi Starzyńskiemu z Nowego Górnika, a także dziennikarzowi Trybuny Górniczej, Kajetanowi Berezowskiemu. Wyróżnienie to przyznawane jest za medialne publikacje dotyczące branży górniczej.

Gratulując wyróżnionym, Roman Łój, prezes zarządu Katowickiego Holdingu Węglowego przyznał, że w trudnych czasach polskiemu górnictwu trzeba życzyć spokoju, stabilizacji i przychylności ze strony administracji unijnej.

- Węgiel dziś nie jest mile widziany w Brukseli. Dlatego musimy udowodnić, że polska gospodarka, której energetyka oparta jest właśnie o ten surowiec, pokona wszelkie trudności – przyznał szef KHW

Podkreślił również, że biorąc pod uwagę nawet najgorsze scenariusze, czyli załamanie rynku węgla, Katowicki Holding Węglowy nie rozważa zwolnień grupowych.

- Nikt nie może odczuwać zagrożenia, że zostanie bez pracy – dodał Łój.

Całość: http://www.nettg.pl/news/106085/khw-stopnie-gornicze-takze-dla-dziennikarzy

30-11-2012, 17:32

Tomasz Wróblewski – Redaktor z innej planety  »

Newsweek.pl
Violetta Ozminkowski
30-11-2012

Marzyły mu się artykuły o sile rażenia afery Watergate. Z siłą rażenia się zgadza. Publikując informację o trotylu na wraku prezydenckiego tupolewa, Tomasz Wróblewski został współautorem największej wpadki dziennikarskiej III RP.

Wpadka z trotylem wygląda jak zagranie samobójcze, ale wielu rzeczy nie wiemy – słyszałam, kiedy dzwoniłam do dziennikarzy, redaktorów i wydawców z prośbą o komentarz do filmu, jaki Tomasz Wróblewski nagrał i zamieścił na portalu YouTube. Były już naczelny “Rzeczpospolitej” krok po kroku opowiada w nim o kulisach feralnej publikacji “Trotyl na wraku tupolewa”, która kilka tygodni temu wstrząsnęła polskim życiem publicznym. Już kilka godzin po tym, jak “Rzepa” z trotylem trafiła do kiosków, redakcja musiała się wycofywać ze swych rewelacji. Kilka dni później Wróblewski, razem z trzema innymi osobami, stracił pracę.

Wielki

Tomasz Wróblewski

Wszyscy, którzy go znają, zadają sobie pytanie: dlaczego dziennikarz, redaktor, wydawca z 26-letnim doświadczeniem, stracił czujność i popełnił tak kardynalne błędy? Jak mógł to zrobić człowiek, który w wydanej zaledwie rok temu książce “Pisać skutecznie” ostrzegał: „Dziennikarstwo śledcze jest szczególnie ryzykowne. Odrobina nonszalancji, nierzetelności i mamy wpadkę dziesięciolecia”.

Znajomi nie znają odpowiedzi. Chętnie za to snują spekulacje. Raz występują w nich członkowie rządu, innym razem opozycji, a jeszcze innym agenci służb specjalnych, polskich i zagranicznych. Rzecz jasna, nikt nie chciał się wypowiadać oficjalnie. Głosu nie chce zabierać także Tomasz Wróblewski, choć zdaje sobie sprawę, że z powodu publikacji o trotylu sam stał się gorącym tematem. Nie przekonuje go argument, że znamy się od lat i może mi zaufać.

– Nie dziwię mu się. Nie chce udzielać wywiadów ani wypowiadać się w tekście, bo jest nieufny. Nie wie, z której strony może spodziewać się ciosu. Jeszcze niedawno nie przyszło mu do głowy, że wydawca „Rzeczpospolitej” Grzegorz Hajdarowicz go zwolni. Publikację przecież z nim uzgodnił – komentuje jego zastępca w “Newsweeku”, a później redaktor naczelny Wojciech Maziarski.

Kolega Wróblewskiego z wydawnictwa Polskapresse dodaje: – Milczy, bo nie jest głupi. Wie, że jego upadek jest nieodwracalny. Został autorem największej bzdury dziennikarskiej w III RP. Ale dostał w twarz mocniej, niż się spodziewał. Poraziło go to.

Żoliborskie korzenie

Pochodzi ze starej żoliborskiej inteligencji. Dziadek wychował się w rodzinie lewicującej wśród takich ludzi, jak Igor Newerly i jego syn Jarosław Abramow. Ojciec, nieżyjący już Andrzej Krzysztof Wróblewski, należał do czołówki polskich reporterów i publicystów. Matka “Wróbla” – jak nazywają go znajomi – także była dziennikarką, pracowała w “Gazecie Wyborczej”.

– Paradoks polega na tym, że choć Tomek wywodził się z takiej rodziny, czuł coś w rodzaju pogardy dla tradycyjnej polskiej inteligencji. Dla tego naszego rozmemłania, dzielenia włosa na czworo. Irytował się, gdy autor zaczynał mu tłumaczyć niuanse jakiejś sprawy. U niego wszystko musiało być postawione na ostrzu noża. Dlatego zawsze uważałem, że byłby świetnym redaktorem naczelnym tabloidu – twierdzi dawny kolega Wróblewskiego.

Wojciech Maziarski, który zna “Wróbla” od czwartej klasy podstawówki, zapamiętał wspólną studencką imprezę. Wódka, gitara, towarzystwo. – Rodzice Tomka mieli domek na Mazurach. Sąsiadował z domkami ludzi z opozycji, ale też ubeków. Kiedyś w nocy śpiewaliśmy “Mury” Jacka Kaczmarskiego i „Święty Boże nie pomoże, zawiśniesz majorze”. Wydało się, że ubecy nas nagrywali. I zrobił się skandal, że sąsiad major Górnicki nasłał swoich ochroniarzy na dzieci sąsiadów, żeby sprawdzili, co się u nich dzieje – wspomina.

To właśnie w tamtych latach jako niespełna 22-letni student historii Uniwersytetu Warszawskiego Wróblewski po raz pierwszy został redaktorem. Na razie tylko własnej, wydawanej w podziemiu gazetki “Druk”. – Szybko jednak mu ją skonfiskowano – wspomina Maziarski.

Kiedy ojciec dostał stypendium w USA, Wróblewski akurat skończył studia historyczne. Wyjechał z rodzicami. Cztery lata później, po studiach na wydziale nauk politycznych na uniwersytecie w Houston, nadał pierwszą korespondencję z Waszyngtonu dla Radia Wolna Europa. Po kolejnych kilku latach obsługiwał jako dziennikarz wybory prezydenckie i kampanię Clintona. Na początku lat 90. wydał o nim książkę “Bill Clinton. Ani chwili do stracenia”.

– O tym, jak pracował w Stanach na polach naftowych należących do rodziców jego byłej żony, o szalonych wypadach do Meksyku może opowiadać godzinami. Jest świetnym kompanem do wódki. Dowcipnym, błyskotliwym, czarującym – mówi dawny kolega Wróblewskiego. Dziś ze sobą nie rozmawiają. – Poróżniły nas typowe przepychanki samców o pozycję w wydawnictwie. Tomek nie wytrzymywał ciśnienia, jak się wkurzał, rzucał się nawet z pięściami.

American dream

Na początku lat 80. poznał w USA Andrew Nagorskiego, amerykańskiego dziennikarza polskiego pochodzenia, korespondenta “Newsweeka”. – Marzył o polskiej edycji tygodnika, wszystko miał dokładnie przemyślane – wspomina Nagorski. – Mówił, że chce naśladować amerykański wzór dziennikarstwa, w którym redaktorzy są może trochę mniej ideologicznie zaangażowani niż w Europie. Miał aspiracje, żeby działać niezależnie, nie w imieniu jakiejś grupy czy partii.

Wiesław Podkański, honorowy prezes wydawnictwa Ringier Axel Springer, pamięta, że Wróblewski przyszedł do niego z dokumentem “Why Newsweek?”. – Chcieliśmy w wydawnictwie rozszerzyć naszą ofertę o tygodnik opiniotwórczy, jednak w głowie się wtedy nikomu nie mieściło, że może to być taki tytuł. Wróblewski miał wizję i konsekwentnie ją realizował. Wydanie polskiej wersji “Newsweeka” zbiegło się z atakami na World Trade Center. Polscy czytelnicy na pniu wykupili cały nakład.

Praca w redakcji była katorżnicza. – Robiliśmy sesje w nocy, nad ranem. Jak trzeba było mieć chińskie ciasteczka z wróżbą, o które wtedy było w Polsce bardzo trudno, jeździliśmy po nie specjalnie do Sheratonu. Stawaliśmy na głowie, a i tak często nam się obrywało – wspomina fotoedytor Rafał Pyznar.

Jedna z anegdot głosi, że Wróblewski, przeglądając jakiś numer tygodnika tuż przed oddaniem go do druku, zwrócił uwagę na zdjęcie bohaterki, która się nie uśmiechała. – Dlaczego ona jest taka smutna? – zapytał zniecierpliwionym tonem. – Bo ma raka krwi, właśnie miała transfuzję – odpowiedział jeden z redaktorów. – Zróbcie zdjęcie jeszcze raz. Jak jest już po wszystkim, to może się przecież uśmiechnąć – usłyszeli.

Uwielbiał mocne, kontrowersyjne tezy. – Tomek marzył o aferze na miarę Watergate, ale sęk w tym, że w ogóle nie czuł tematów stricte śledczych czy politycznych. Nie przechodził przez szkołę szlifowania godzinami newsów śledczych z autorem. Dopiero z czasem zaczął dopuszczać tematy polityczne na okładki, na początku bardziej sexy wydawał mu się nawet ranking majonezów – mówi jeden z byłych szefów “Newsweeka”. Jego zdaniem Wróblewski pośliznął się na trotylu, bo zwyczajnie zabrakło mu kompetencji.

Bartosz Marczuk, zwolniony razem z Wróblewskim z „Rzeczpospolitej” po ostatniej aferze, mówi o byłym szefie, że to typ fightera. – Jest liderem, człowiekiem, za którym ludzie podążają, bo czują, że ma wizję i ogromną wiedzę. Decyzje z Tomkiem podejmuje się błyskawicznie. Nie trzeba się jakoś rozwodzić, namawiać – mówi.

Czasem ta cecha bywa jednak wadą. – Jeśli dodamy do niej niecierpliwość i ośli wręcz upór, dostajemy mieszankę wybuchową. Ja wiedziałem, że prędzej czy później wdepnie na minę, jeśli nie wyciągnie wniosków z poprzednich lekcji – mówi redaktor pracujący z nim w Polskapresse.

Z innej planety

Tych lekcji było sporo. – Mieliśmy wielką aferę w “Newsweeku”, kiedy daliśmy na okładkę rękę z zardzewiałymi kluczami i podpisem: “Żydzi odbierają swoje” – wspomina Wojciech Maziarski. – Dyskutowaliśmy o niej. Tomek pytał: “Chcą odebrać kamienicę?”. “Chcą” – odpowiadaliśmy. Na poziomie faktów oczywiście miał rację, więc ulegliśmy jego argumentacji. Dla niego słowa znaczyły słowa. To, że siedział przez całe lata 80. w USA, zmieniło jego punkt widzenia. Był trochę z innej planety – tłumaczy Maziarski.

Wybuchł skandal, redakcja została zasypana listami protestacyjnymi, a Wróblewskiego oskarżano o antysemityzm, a co najmniej o tolerowanie go, zarzut nonsensowny, ale w oczach niektórych przez okładkę uzasadniony.

Podobnie było z rankingiem najbardziej znienawidzonych polskich bogaczy. – Mówiłem, żeby nie pisać o najbardziej znienawidzonych, tylko o niepopularnych bogaczach, ale to było za mało rajcowne. Tomek jest przekorny: jak to, nie możemy czegoś napisać? – opowiada Maziarski.

Czołowe miejsca w rankingu zajęli: Aleksander Gudzowaty, Jan Kulczyk i Zygmunt Solorz. Znowu wybuchła afera, Wróblewski musiał przepraszać. W pewnym momencie funkcja naczelnego „Newsweeka” przestała mu wystarczać. Chciał wejść do struktur wydawnictwa Axel Springer. I wszedł. – Lubię i cenię go jako dziennikarza i redaktora, ale uważam, że popełnił błąd, usiłując łączyć funkcję naczelnego i dyrektora wydawniczego. Ich się łączyć nie da. To schizofreniczna sytuacja. Z wyjątkiem kilku wypadków, które tylko potwierdzają regułę – twierdzi prezes Podkański. No bo jak bronić wolności słowa i rozmawiać z reklamodawcami o pieniądzach?

Ten schemat łączenia dwóch stanowisk Wróblewski powielał w następnych miejscach pracy: “Polsce. The Times” i w “Dzienniku Gazecie Prawnej”, skąd ostatecznie przeszedł do “Rzepy”. – W „Polsce. The Times” przewrócił się na starcie. Chciał wprowadzić polski “USA Today”, ale gazeta miała za mało oddziałów – ocenia jeden z pracowników tego dziennika.

Odszedł stamtąd skonfliktowany z zarządem. Podobnie jak z “DGP”. – Zmienił się. Już nie zasuwał tak jak w “Newsweeku”. Kiedy wychodził z pracy, zostawiał płaszcz, żeby wyglądało, że jest gdzieś w redakcji, ale wszyscy z czasem się połapali – wspomina jeden z dziennikarzy. Na własny portal internetowy, który chciał rozkręcać jeszcze przed przyjściem do “Dziennika”, nie dostał unijnych dotacji. Podobno był wtedy wściekły i rozczarowany.

Drugie dno

W “Rzeczpospolitej” – jak mówi wydawca Grzegorz Hajdarowicz – znów był na fali wznoszącej. – Wszedł do zarządu spółki, był naczelnym jednego z dwóch najważniejszych dzienników w tym kraju. Wiedział, jakie mam plany i inwestycje. 12 listopada mieliśmy prowadzić rozmowy z partnerami zagranicznymi. Wiedział, że wszystko jest przed nim. Musiał mieć poczucie siły – mówi.

Półtora roku temu, w lipcu, gdy Hajdarowicz poszukiwał naczelnego “Rzeczpospolitej”, Wróblewski zrobił na nim świetne wrażenie. – Wydawał mi się kandydatem idealnym. Dziś myślę, że zbyt idealnym – mówi Hajdarowicz. I zaraz dodaje: – Zaufanie do niego drogo mnie kosztowało, efekty jego pomyłki muszę konsumować ja, nie on. Zakładałem, że do 14 listopada w poniedziałek pokaże cokolwiek, co uprawdopodobni artykuł o trotylu, nawet sfałszowane dokumenty. Nie dostałem nic. Chodzi o klasyczne znaczenie odpowiedzialności. W swym filmie Wróblewski sugeruje, że na użytek biznesowy zwalniam ludzi. A to, co on zrobił, to było partactwo najgorszej klasy.

Kiedy spotkali się tuż przed publikacją osławionego tekstu o trotylu, Wróblewski był mocno zdenerwowany. – Kiedy dziennikarz goni za newsem, robi to z entuzjazmem. On nie był rozentuzjazmowany, zachowywał się, jakby coś ukrywał, jakby było jakieś drugie dno – mówi Hajdarowicz. Wydawca twierdzi, że do dziś próbuje zrozumieć, co tak naprawdę stało się na początku listopada. Nie wiadomo. Bo choć Wróblewski przyznaje, że nie zapaliły mu się czerwone lampki w momentach, w których powinny, nadal nie ma odpowiedzi na pytanie: dlaczego?

W filmie zamieszczonym na YouTube Wróblewski robi nawiązania do afery Watergate. Jego dawny kolega ocenia ten dziennikarski zabieg: – Niby jest jakaś akcja, jakaś dynamika, ale całość jest dęta. I to czuć. Co gorsza, widać, że on sam nie wierzy w to, co mówi, jest wyraźnie przybity.

Tomasz Wróblewski na Facebooku, już po zwolnieniu: “Jeżeli komuś nie podziękowałem jeszcze za dobre słowa, to tylko przeoczenie i obiecuję to nadrobić. Jeżeli nie zareagowałem na wszystkie złe słowa, to zrobię wszystko, żeby zamienić je w dobre. Ale jednym i drugim dziękuję”.

Całość: http://spoleczenstwo.newsweek.pl/tomasz-wroblewski---redaktor-z-innej-planety,98855,1,1.html

30-11-2012, 08:17

SDP domaga się ujawnienia umów Hajdarowicza ze Skarbem Państwa  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
pp
30-11-2012

Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zaprotestował przeciwko zwolnieniu Pawła Lisickiego z funkcji naczelnego “Uważam Rze”. SDP żąda też upublicznienia szczegółów transakcji zakupu przez Hajdarowicza udziałów w Presspublice od Skarbu Państwa.

- Protestujemy przeciw zwolnieniu redaktora naczelnego tygodnika “Uważam Rze” Pawła Lisickiego. Stworzony przez niego tytuł, oparty na grupie poczytnych i niezależnych autorów, na bardzo trudnym rynku odniósł bezprecedensowy sukces. W tym kontekście nie do obrony jest podjęcie przez Grzegorza Hajdarowicza decyzji, która w konsekwencji doprowadziła do zaprzestania współpracy z “Uważam Rze” praktycznie wszystkich dziennikarzy i publicystów decydujących o powodzeniu pisma. Oznacza ona bowiem de facto likwidację tytułu, który odgrywał ważną rolę na medialnym rynku pluralizując spektrum poglądów – czytamy w liście podpisanym przez zarząd SDP w składzie Krzysztof Skowroński, Agnieszka Romaszewska-Guzy i Piotr Legutko.

- Publicznie pytamy, dlaczego wydawca, który wielokrotnie deklarował, że zainteresowany jest jedynie dobrym wynikiem ekonomicznym, zdecydował się na ruch, którego nie sposób racjonalnie i ekonomicznie uzasadnić? – pisze w oświadczeniu zarząd SDP. I na koniec domaga się od ministra Skarbu Państwa “upublicznienia wszystkich szczegółów transakcji sprzedaży Grzegorzowi Hajdarowiczowi udziałów w spółce wydającej oba tytuły”, co motuwje “negatywnymi konsekwencjami, jakie dla pluralizmu opinii będą miały decyzje podjęte w ostatnich tygodniach przez właściciela “Rzeczpospolitej” i “Uważam Rze””.

Paweł Lisicki, redaktor naczelny “Uważam Rze” ze stanowiska został odwołany w środę. - Wymienił trzy powody tej decyzji: udzielenie przeze mnie krytycznego wobec niego wywiadu, brak deklaracji, że nie będę publikował w “Uważam Rze” artykułów Cezarego Gmyza oraz to, że podjąłem nie dosyć skuteczną akcję zwalczania dwutygodnika “W sieci” – powiedział nam Lisicki. Po tej decyzji o odejściu zdecydował niemal cały zespół tygodnika. Nowym naczelnym “Uważam Rze” został Jan Piński.

W środę wieczorem pojawiło się oświadczenie twórców i autorów “Uważam Rze”. “Nie widzimy, po odwołaniu redaktora Pawła Lisickiego, dalszych możliwości współpracy z tym pismem. Nie bierzemy odpowiedzialności za cokolwiek, co pojawiać się będzie pod jego szyldem. Dziękujemy naszym czytelnikom za zainteresowanie i liczymy, że będziemy mogli spotkać się znowu już pod innym tytułem” – napisali.

Pod oświadczeniem podpisali się m.in.: Sławomir Cenckiewicz, Krzysztof Feusette, Cezary Gmyz, Piotr Gociek, Piotr Gontarczyk, Piotr Gursztyn, Jerzy Jachowicz, Igor Janke, Jacek i Michał Karnowscy, Waldemar Łysiak, Marek Magierowski, Robert Mazurek, Piotr Semka, Łukasz Warzecha, Bronisław Wildstein, Piotr Zaremba, Rafał Ziemkiewicz i Piotr Zychowicz. Lisicki od 2006 r. był naczelnym “Rzeczpospolitej”, a od 2011 r. także nowego wówczas na rynku tygodnika “Uważam Rze”. Po przejęciu Presspubliki przez Gremi Media – spółkę Grzegorza Hajdarowicza – na stanowisku naczelnego “Rzeczpospolitej” Lisickiego zastąpił Tomasz Wróblewski – odwołany z tego stanowiska po publikacji atykułu Gmyza o śladach materiałów wybuchowych odkrytych przez polskich śledczych na wraku samolotu, który rozbił się w 2010 r. w Smoleńsku. Presspublika ogłosiła konkurs na nowego naczelnego “Rzeczpospolitej”, kandydatury można zgłaszać do końca stycznia.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/sdp-domaga-sie-ujawnienia-umow-hajdarowicza-ze-skarbem-panstwa

30-11-2012, 07:41

Za kulisami CBA. Rewelacje byłego funkcjonariusza  »

Gazeta Wyborcza i Gazeta.pl
Wojciech Czuchnowski, Milena Bryła, Dominik Tomaszczuk
30-11-2012

W latach 2006-09 Centralne Biuro Antykorupcyjne podrabiało m.in. legitymacje dziennikarskie. Nie wiadomo, do jakich operacji służyły. Bada to obecne kierownictwo CBA.

Kilka tygodni temu z redakcjami portalu Gazeta.pl i “Gazety Wyborczej” skontaktował się mężczyzna przedstawiający się jako były funkcjonariusz CBA. Przyniósł dokumenty świadczące o tym, że w latach 2007-10 był zatrudniony w Biurze. Zgodził się rozmawiać wyłącznie anonimowo, więc nie podamy jego nazwiska ani stanowiska. Istotne, że opowiedział, jak wygląda szkolenie, zaopatrywanie w dokumenty, sprzęt i inne środki tzw. przykrywkowców , czyli agentów Biura prowadzących tajne operacje, które wymagały przybrania przez nich fałszywej tożsamości.

Willa legalizacyjna

Podrobiona przez CBA legitymacja dziennikarza PAP

Wiele informacji, które nam przekazał, dotyczyło tzw. działalności legalizacyjnej CBA. W jej ramach podrabiano m.in. dokumenty używane przez agentów podczas tajnych operacji: – Dowód osobisty, czyli podstawa, był wytwarzany przez ABW. Dokumenty legalizacyjne dzielą się na w pełni zabezpieczone lub nie w pełni zabezpieczone. Zabezpieczone w pełni to były te, które w razie kontroli istniały w rejestrach, np. w bazie PESEL, pokazywały, że taka osoba rzeczywiście istnieje – tłumaczy były agent.

Według jego relacji dopiero kilka miesięcy po rozpoczęciu działalności CBA dorobiło się własnej “komórki legalizacyjnej”. Jest to willa w Warszawie wyposażona w sprzęt do podrabiania dokumentów. Pytany, skąd brano formularze służące za wzór, nasz rozmówca odpowiada: – Robiło się je na podstawie oryginałów na specjalistycznym sprzęcie, podobnie jak pieczęcie, znaki wodne i hologramy. To wszystko musiało być idealne, by uwiarygodniać i chronić tego funkcjonariusza. Pozyskiwaliśmy różne źródłowe dokumenty oryginalne poprzez osoby, które miały do nich dostęp, np. niewypełnione druki. Byliśmy w stanie zrobić praktycznie każdy dokument, pieczęcie, podpisy.

Agent ujawnia, że CBA posługiwało się też podrobionymi legitymacjami dziennikarskimi: – Czasami były przydatne, gdy trzeba było zbadać, wysondować środowisko, w którym figurant się przewija. Wiadomo, że dziennikarz jest wpuszczany na imprezy i może łatwo zdobyć informacje. Była to tzw. legalizacja płytka. Liczyliśmy się z tym, że może nastąpić dekonspiracja. Te dokumenty były wytwarzane dla funkcjonariuszy operacyjnych, którzy mieli za zadanie zebrać informacje.

Jak zdobywano wzory legitymacji dziennikarskich?

- Osoba z kręgu znajomych danego funkcjonariusza pozyskiwała taką legitymację, ewentualnie sami je pozyskiwaliśmy, np. dziennikarz gdzieś ją zostawił albo był znajomym funkcjonariusza i wypożyczył legitymację – twierdzi nasz rozmówca.

Dodaje, że gdy dziennikarze zaproszeni do CBA na konferencje prasowe zostawiali tam legitymacje, kopiowano je.

Podrobiona przez CBA legitymacja dziennikarza Radia ZET

Były agent przekazał nam dwie sfałszowane legitymacje – PAP i Radia ZET. Sprawdziliśmy w obu redakcjach, że osoba, która na legitymacjach występuje jako dziennikarz, nigdy tam nie pracowała. Potwierdzono nam, że dokumenty odpowiadają używanym wówczas wzorom.

W CBA nieoficjalnie potwierdziliśmy, że fałszywki przekazane nam przez informatora są prawdziwe. Zapytaliśmy obecne kierownictwo CBA, czy podszywanie się agentów pod dziennikarzy jest legalne i czy obecnie stosowane są podobne praktyki.

W imieniu szefa Biura, Pawła Wojtunika odpowiedział jego rzecznik Jacek Dobrzyński: – To bardzo delikatna kwestia, bo wszelkie sprawy związane z tzw. “legalizacją” objęte są ścisłą tajemnicą. Mogę jedynie powiedzieć, że nie ma wprawdzie formalnego zakazu wykorzystywania tego rodzaju dokumentów, ale istnieją też wewnętrzne, bardzo rygorystyczne zasady, które to regulują. Ponad wszelką wątpliwość agent nie może w takim wypadku przekroczyć pewnych granic – nie może np. wchodzić w sferę tajemnicy dziennikarskiej. Nie może też wykonywać czynności przypisanych temu zawodowi. Dokumenty te są ściśle reglamentowane, a na ich wytworzenie oraz wykorzystywanie jest niezbędna pisemna zgoda szefa. Dobrzyński mówi, że informacja o wytwarzaniu przez CBA legitymacji prasowych jest “niepokojącą” bo “trudno powiedzieć, do czego one mogły być potrzebne”. – Tego typu dokumenty należą do szczególnie wrażliwych i występowanie funkcjonariusza “pod przykrywką” powinno być w takim przypadku bardzo dobrze uzasadnione i przemyślane – mówi Dobrzyński. Obiecuje, że Biuro zbada sprawę. Sprawdzi m.in., czy używając ich, nie przekroczono uprawnień.

Były funkcjonariusz udzielił nam wywiadu. Mówi w nim przede wszystkim o kulisach pracy Tomasza Kaczmarka, znanego jako “agent Tomek”. Występował on w spektakularnych akcjach Biura w czasach, gdy CBA kierował Mariusz Kamiński (dziś obaj są posłami PiS; Kamiński pełni funkcję wiceszefa tej partii).

Powody, dla których były agent postanowił, sporo ryzykując, podzielić się swoimi informacjami, nie są dla nas do końca jasne. On sam przekonuje, że występuje w imieniu grupy byłych funkcjonariuszy, oburzonych, że “Tomek” po odejściu ze służby stał się czynnym politykiem, że lekkomyślnie zdradza tak wiele szczegółów swojej pracy i pomija wsparcie współpracowników, bez których nic by nie zdziałał.

Zdecydowaliśmy się na publikację, bo niezwykle rzadko się zdarza, by osoba będąca tak blisko tajemnic służby specjalnej ujawniała je. Działania CBA w początkowym okresie istnienia budziły tyle kontrowersji, że każda wiarygodna relacja o ich kulisach jest cenna i powinna być znana opinii publicznej. Pominęliśmy wątki, których nie byliśmy w stanie dostatecznie zweryfikować.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75478,12950470,Za_kulisami_CBA__Rewelacje_bylego_funkcjonariusza.html#ixzz2DgYHn7jh

29-11-2012, 23:46

Uważam, Rze nie ma granic bezczelności  »

Gazeta Wyborcza
Waldemar Kumór
29-11-2012

Zakrzyczeć fakty, zdrowy rozsądek, obrazić inteligencję. I szantażować – że to atak na wolność słowa, prawdę, demokrację.

Waldemar Kumór

W PRL krążyły knajackie dowcipy o szczytach szybkości, chamstwa, bezczelności, głupoty… Np. “szczytem bezczelności” było narobić komuś na wycieraczkę, zadzwonić i poprosić o papier toaletowy.

Dla mnie takim szczytem bezczelności jest historia z tekstem Cezarego Gmyza o trotylu na tupolewie – niesprawdzonym, napisanym bez standardów dziennikarskich itd. Gdy go zwolniono za ten tekst, rozległ się krzyk w pisowsko-skokowych portalach o dławieniu wolności słowa, niszczeniu niezależnego dziennikarstwa i tępieniu poszukiwacza prawdy. Ale Gmyz żadnej prawdy nie szukał, tylko udowadniał tezę o smoleńskim zamachu.

Czyli “na bezczela” – zakrzyczeć fakty, zdrowy rozsądek, obrazić inteligencję. I szantażować – że to atak na wolność słowa, prawdę, demokrację itd.

Podobnie teraz. Grzegorz Hajdarowicz, właściciel Presspubliki, zwolnił naczelnego (Pawła Lisickiego) i wicenaczelnego (Michała Karnowskiego) z tygodnika “Uważam Rze”; w geście solidarności zrezygnowała z pracy większość publicystów pisma. Miał jakieś powody: pod jego bokiem robili mu konkurencyjny dwutygodnik; publicznie go dezawuowali.

Karnowski w dniu zwolnienia tak elegancko pożegnał pracodawcę: “Z każdym dniem malała przyjemność obcowania z tą specyficzną, betoniarkowo-buraczano-kokosową kulturą korporacyjną, jaką pan Hajdarowicz implementował w potężnej niegdyś medialnej firmie”.

Propisowskie SDP prezesa Skowrońskiego natychmiast potępiło Hajdarowicza za “likwidację tytułu, który odgrywał ważną rolę na medialnym rynku, pluralizując spektrum poglądów”. Ale na potępienie słów reżysera Brauna o wystrzelaniu redaktorów “Gazety” i TVN sam Skowroński się nie zdobył. Brauna potępiło afiliowane przy SDP Centrum Monitoringu Prasy.

Nie rozumiem tego, co Hajdarowicz robi. Obrazą jest postawienie na czele opiniotwórczego pisma Jana Pińskiego – szkoda słów na przypominanie jego “dziennikarskich” dokonań. Rozumiem i podzielam rozgoryczenie zwolnionych z pracy i zmuszonych do dymisji. Ale tego, jak zakłamują rzeczywistość – już nie.

Bo jak nazwać, jeśli nie szczytem bezczelności to, co wypisuje Jan Pospieszalski na wPolityce.pl? Oto próbka: „Czystka w redakcji »Uważam Rze « pozbawia argumentów tych wszystkich, którzy jeszcze twierdzili, że w Polsce jest wolność słowa. Rządzi polityczna mafia. Trwa bezczelny proceder domykania przestrzeni wolnego słowa i likwidowania niezależności mediów. Niestety Polska pod rządami Tuska jest krajem, gdzie takie rzeczy uchodzą na sucho. Jednak wszyscy, dla których Wolność jest cenna, nie mogą się z tym oswajać. Trzeba głośno krzyczeć. Bo przesuwamy się coraz wyraźniej w kierunku Białorusi”.

Białoruś, prawda? Czy na Białorusi pan Pospieszalski miałby program w telewizji publicznej?

Nawet Piotr Zaremba (też odszedł z “Uważam Rze”) próbuje uspokoić kolegów, którzy wypisali kilometry grafomańskich tekstów w swojej sprawie: “Uważam, że ludzie o naszym sposobie myślenia za często epatują swoim męczeństwem”.

Inny niepokorny, Rafał Ziemkiewicz, też testuje pamięć i inteligencję czytelników: “Rząd PO (…) prowadził nieustanną obstrukcję, domagając się zastąpienia redaktora naczelnego kimś wskazanym przez władzę”. Nie wiemy, jak było, pewnie “Rz” była solą w oku. Ale – tego już Ziemkiewicz nie pisze – Lisicki nie został naczelnym “Rzepy” w konkursie. Po prostu dostał tę posadę za rządów premiera Kaczyńskiego, a ówczesny właściciel się zgodził (by mieć spokój z władzą?). Nastąpiła szeroka fala zwolnień dziennikarzy z “Rzepy”. I to ich zastąpili dzisiejsi “niepokorni”.

Lisicki – jeszcze za rządów PiS, ale zanim został naczelnym “Rz” – opublikował w “Gazecie” ciekawy tekst: “Problemem Polski nie jest kumulacja władzy w rękach Kaczyńskich, ale jej słabość. Nie ograniczanie demokracji, ale łatwe podważanie jej reguł. Nie rządy populistów i fundamentalistów, ale histeria intelektualnych elit, które gotowe są podważyć demokratyczne zasady. I ta właśnie histeria źle służy Polsce”.

Dedykuję to dzisiejszym “niepokornym”.

Całość: http://wyborcza.pl/1,86116,12951287,Uwazam__Rze_nie_ma_granic_bezczelnosci.html#ixzz2DivMl7BD

29-11-2012, 23:10

Bard na prawicy  »

Gazeta Wyborcza
Monika Olejnik
29-11-2012

Grzegorz Braun chciałby zlikwidować dziennikarzy “Gazety Wyborczej” i TVN. Może co drugiego, a może wziąć jakąś dziesiątkę, bo jak tego się nie zrobi, to hulaj dusza, piekła nie ma.

Monika Olejnik

Trzeba działać przeciwko zdradzie i zaprzaństwu i to radykalnie, bo jak twierdzi ten wybitny reżyser, największym błędem inteligencji jest pacyfizm. Znaleźli się obrońcy reżysera. Wybitny historyk prof. Nowak, naczelny redaktor “Arkanów”, który siedział blisko reżysera strzelającego słownym śrutem, nie zareagował. Po kilku dniach odciął się od tych słów. Prawdziwą obrończynią Grzegorza Brauna jest Ewa Stankiewicz, prawicowa Joanna d`Arc, która widziałaby nieprawomyślnych dziennikarzy i polityków w tej chwili rządzących w kazamatach. Żąda bowiem najwyższego wymiaru kary. Przypominam, że jest nim dożywocie. Ale zawsze można przywrócić karę śmierci.

Prawicowa publicystka Joanna Lichocka nie jest taka ekstremalna w swoich poglądach, chce tylko, żeby po dojściu PiS do władzy odebrać koncesję tym stacjom radiowym i telewizyjnym, które nierzetelnie informowały.

Gdyby ktoś się bał Grzegorza Brauna bądź Ewy Stankiewicz, to na straży stanął Tomasz Sakiewicz, znany propagandysta z Prawa i Sprawiedliwości, a wcześniej reżimowy dziennikarz za rządów Jarosława Kaczyńskiego. To on w najnowszej “Gazecie Polskiej Codziennie” pisze, że przeraziły go słowa Brauna o likwidacji dziennikarzy. Dziwi się, że są tacy, którzy chcą go bronić.

Mówi: “W dniu, kiedy nasza formacja obejmie rządy, będziemy mieli szczególny obowiązek ochrony nie tylko wyborców PO, ale także polityków tego ugrupowania i wspierających ich dziennikarzy z TVN i “Gazety Wyborczej”. Sakiewicz zapewnia, że jeżeli popełnili jakieś przestępstwo, na pewno będą uczciwe procesy.

To jest szalenie wzruszające, że znalazł się taki bard na prawicy.

Sakiewicz ma tak dobre serce, że chce przygarnąć do “Gazety Polskiej” Pawła Lisickiego, który został wyrzucony ze stanowiska redaktora naczelnego tygodnika “Uważam Rze”. Zastanawiam się, jaką karę na początku przewiduje Sakiewicz dla nieprawomyślnego dziennikarza, który choć wspiera formację PiS, to jest momentami nieprawomyślny. Lisicki nie wierzy w zamach 10 kwietnia. Lisicki “smoleńskiego” mecenasa Rogalskiego stawiał jako przykład wyjątkowej obłudy i insynuacji. Nie wiem, czy wszyscy panowie i panie zmieszczą się w namiocie Solidarnych 2010.

Nim kule zaczną świstać, minister od cyfryzacji Michał Boni ma stanąć na czele instytutu, który będzie zwalczał mowę nienawiści. Nie wiem, po co Platforma się tym zajmuje. Czy chce walczyć z własnymi politykami, czy chce ich chronić? Naprawdę warto zająć się realnymi problemami, bo ludzie w Polsce mają swój rozum i nie trzeba im wieszać portretów tych, którzy namawiają do nienawiści.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75968,12951301,Bard_na_prawicy.html#ixzz2DgRN023M