Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

01-12-2012, 12:08

Joanna Solska tegoroczną laureatką Nagrody Kisiela  »

Polityka
(red.)
01-12-2012

Publicystka Joanna Solska z POLITYKI została tegoroczną laureatką Nagrody Kisiela. Wyróżnienie to jest co roku przyznawane trzem osobom wybranym spośród publicystów, polityków i przedsiębiorców, którzy w swojej pracy zawodowej mogą poszczycić się wybitnymi osiągnięciami.

Joanna Solska

Joanna Solska została nagrodzona za “pióro i sens”, czyli za podejmowanie tematów trudnych i opisywanie ich prostym i zrozumiałym językiem, który jednocześnie nie zaniża wartości przekazu, bezkompromisowe wytykanie absurdów oraz zachowanie najwyższego poziomu dziennikarstwa i wyjątkowej dbałości o kulturę i poziom komunikacji językowej.

W tegorocznej edycji przyznawanych przez tygodnik “Wprost” Nagród Kisiela wyróżniono także byłego premiera Tadeusza Mazowieckiego oraz prezesa zarządu Pesa Bydgoszcz – Tomasza Zaboklickiego.

Oficjalnie nagrody zostaną wręczone laureatom podczas uroczystej gali w styczniu 2013 roku.

Joanna Solska studiowała teatrologię. Jak sama mówi, dało jej to umiejętność pisania “ludzkim językiem” o sprawach trudnych, takich jak gospodarka, której tajniki zgłębia przez całą dziennikarską karierę. Laureatka licznych nagród – m.in. Eugeniusza Kwiatkowskiego, Pryzmat i Grand Press za najlepsze teksty ekonomiczne. Jak sama podkreśla: w “Polityce” pracuje od zawsze, od lat też w radio TOK FM.

Całość: http://www.polityka.pl/opolityce/1533263,1,joanna--solska-tegoroczna-laureatka-nagrody- kisiela.read#ixzz2DrsUZVof

01-12-2012, 10:56

Wzrosła wolność prasy w Polsce  »

Media2.pl
Łukasz Szewczyk
01-12-2012

W 2012 roku Polska znalazła się na najlepszym dotychczas, 24 miejscu światowego Indeksu Wolności Prasy, publikowanego przez Reporterów bez Granic, międzynarodową organizację pozarządową, propagującą i monitorującą prawo do wolności mediów na całym świecie.

Indeks Wolności Prasy jest tworzony w oparciu o odpowiedzi na ankiety, wysłane do ponad 100 dziennikarzy, którzy są członkami organizacji partnerskich Reporterów bez Granic, naukowców, prawników, obrońców praw człowieka. Ankieta zawiera pytania o ataki na dziennikarzy i naciski na media.

W 2012 r. Polska znalazła się na 24 miejscu na ocenianych 179 państw; w 2006 roku byliśmy na 58 miejscu, najgorszym w ostatnim 10-leciu, razem z Fiji i Hong-Kongiem. Później pozycja Polski rosła: w 2007 – 56, 2008 – 47, 2009 -37, 2010 -32.

Pierwsze miejsca Indeksu Wolności Prasy zajmują tradycyjnie państwa nordyckie oraz Holandia, Austria i Szwajcaria. W rankingu 2012 r. bardzo wysokie, trzecie miejsce zajęła Estonia.

Przed Polską z krajów b. obozu komunistycznego są Czechy (14). Na przedostatnim, 178 miejscu jest Korea Północna (za nią, na ostatnim miejscu, jest Erytrea); Chiny są na 174, Kuba -167, Arabia Saudyjska – 158, Rosja – 142, USA -47, Francja – 38, W. Brytania – 28, Niemcy-16.

Całość: http://media2.pl/media/98424-Wzrosla-wolnosc-prasy-w-Polsce.html

01-12-2012, 09:30

Studenci przyznali MediaTory. Nagrodzono „Energię Kobiet” – akcję „Gazety Wyborczej”  »

Gazeta Wyborcza
Sebastian Kucharski
01-12-2012

Szymon Hołownia, Tomasz Zimoch, Konrad Piasecki, Wojciech Jagielski, Tomasz Patora, Wojciech Bojanowski i Krzysztof Berenda to dziennikarze, którzy odebrali wczoraj nagrody na studenckich MediaTorach. W kategorii Reformator studenci przyznali też nagrodę akcji “Gazety Wyborczej” – “Energia Kobiet”. Na specjalnej gali nagrodę za Autorytet odebrał też Marek Niedźwiecki.

Marek Niedźwiedzki

“Energia Kobiet” został doceniona za walkę z dyskryminacją i nierównością kobiet w polityce oraz biznesie. Hołownia (m.in. felietonista “Wprost” i prowadzący “Mam talent”) został Prowokatorem za to, że “pozostał w zgodzie z własnym sumieniem i wewnętrznym głosem dziennikarza” (bo odszedł z “Newsweeka”). Zimocha uznano Akumulatorem, bo sprawił, że “mecze naszych piłkarzy na Euro brzmiały lepiej na antenie Polskiego Radia, niż wyglądały w rzeczywistości”. Piasecki (uznany Nawigatorem) wyróżniono za kontrwywiady w radiu RMF FM. Wojciech Jagielski (były wieloletni dziennikarz “Gazety Wyborczej”, dziś w PAP) został Obserwatorem za reportaże o mieszkańcach RPA. Wojciech Bojanowski wygrał w kategorii Inicjator za program “Czarno na Białym” w TVN24. Tomasz Patora został nagrodzony w kategorii Detonator za reportaż o aferze solnej w “Uwadze TVN”. Krzysztof Berenda z RMF został Torpedą, bo jest “ekspertem w wyjaśnianiu laikom szybko i rzetelnie zagadnień gospodarczych”.

Na koniec uroczystej gali, która odbyła się w sobotę w krakowskim Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego zapowiedzianą już wcześniej statuetkę Autorytet odebrał dziennikarz muzyczny Programu III Polskiego Radia Marek Niedźwiecki. Studenci docenili go za całokształt jego pracy, rzetelność i profesjonalizm.

MediaTory to plebiscyt, w którym od 2007 roku studenci dziennikarstwa z uczelni publicznych, wskazują oraz nagradzają najważniejsze i najbardziej wartościowe ich zdaniem zjawiska w polskich mediach. Organizatorem jest Koło Naukowe Studentów Dziennikarstwa UJ i Stowarzyszenie MediaTory.

Całość: http://wyborcza.pl/autorzy/1,129153,12599747,Strona_Sebastiana_Kucharskiego,,,369352.html? bo=1

30-11-2012, 19:18

“Pierwszy raz się z czymś takim spotykamy” – pracownicy mediów o działaniach CBA  »

TokFM.pl
dt, pap
30-11-2012

- Skierowaliśmy do CBA pismo, w którym wnosimy o przedstawienie wszechstronnego wyjaśnienia kwestii używania podrobionych legitymacji Polskiej Agencji Prasowej – mówi Jerzy Paciorkowski, prezes zarządu PAP. – Zależy nam, by CBA wyjaśniło tę sprawę – dodaje rzeczniczka Radia ZET Katarzyna Szczepanik.

Po naszych dzisiejszych artykułach na temat podrabiania przez CBA dokumentów, w tym legitymacji dziennikarskich, sprawą zainteresowały się redakcje, których legitymacje były fałszowane. – Mamy nadzieję, ze Biuro, zgodnie z tym, co powiedział Jacek Dobrzyński, rzecznik CBA, bada sprawę i sprawdzi, czy używając tych dokumentów nie przekroczono uprawnień – mówi Katarzyna Szczepanik z Radia ZET.

Na wyjaśnienie sprawy liczy także Polska Agencja Prasowa. -Skierowaliśmy do CBA pismo, w którym wnosimy o przedstawienie wszechstronnego wyjaśnienia kwestii używania podrobionych legitymacji PAP – powiedział portalowi Gazeta.pl Jerzy Paciorkowski, prezes zarządu PAP. – Pierwszy raz spotykamy się z czymś takim – dodaje.

“Zgadza się nawet charakter pisma”

Dziennikarze twierdzą, że legitymacje są podrobione naprawdę starannie. – Są bardzo dokładne – mówi były pracownik Radia ZET. – Zgadza się nawet charakter pisma osoby, która była odpowiedzialna za ich wydawanie i wypełnianie danych – dodaje. Dziennikarz podkreśla jednak, że ta legitymacja nie jest już aktualna. – Teraz obowiązuje nowy wzór – mówi.

Również legitymacje PAP do złudzenia przypominają oryginały. – Użyty jest blankiet naszej prawdziwej legitymacji służbowej. Natomiast osoba, która tam figuruje, oczywiście nigdy nie była naszym pracownikiem. Nie mamy też żadnego wniosku o wydanie legitymacji na to nazwisko – twierdzi Jerzy Paciorkowski.

Prezes PAP podkreśla, że CBA popełniło kilka błędów. Podpis kadrowej podrobiono świetnie, gorzej jest z charakterem pisma – mówi. – U nas fotoreporterzy są współpracownikami, a im nie wydajemy legitymacji wystawionych w językach innych niż polski – podkreśla.

“To budzi wątpliwości”

Czy podrabianie legitymacji dziennikarskich jest legalne? – Kwestia posługiwania się sfałszowanymi dokumentami, w szczególności takimi, które dotyczą nadawców radiowych i telewizyjnych, dziennikarzy budzi wątpliwości – mówi Szczepanik.

Rzecznik CBA twierdzi jednak, że nie ma formalnego zakazu wykorzystywania tego rodzaju dokumentów. Zaznacza, że istnieją też wewnętrzne, bardzo rygorystyczne zasady, które to regulują. Dobrzyński wyjaśnił, że na wytworzenie oraz wykorzystywanie takich dokumentów jest niezbędna pisemna zgoda szefa.

“To niepokojąca informacja”

Rzecznik CBA stwierdził, że informacja o wytwarzaniu przez Biuro legitymacji prasowych jest “niepokojącą”, bo “trudno powiedzieć, do czego one mogły być potrzebne”. – Tego typu dokumenty należą do szczególnie wrażliwych i występowanie funkcjonariusza ‘pod przykrywką’ powinno być w takim przypadku bardzo dobrze uzasadnione i przemyślane – stwierdził Dobrzyński. Zaznaczył, że agent nie może w takim wypadku np. wchodzić w sferę tajemnicy dziennikarskiej. Nie może też wykonywać czynności przypisanych temu zawodowi.

Do czego zatem legitymacje były wykorzystywane? Tłumaczy to bohater naszego wywiadu, były funkcjonariusz CBA. Jego zdaniem z tego typu dokumentów korzystały przede wszystkim wydziały operacyjne. Pomagały przy infiltrowaniu i zdobywania informacji. – Legitymacje były wykonywane na zamówienie konkretnego wydziału operacyjnego z Warszawy lub delegatur – zaznacza.

Całość: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,12958255,_Pierwszy_raz_sie_z_czyms_takim_spotykamy____pra cownicy.html

30-11-2012, 19:05

Marcin Wrona: śmierć i ludzki ból widzieliśmy na każdym kroku  »

Onet.pl
Kamil Turecki
30-11-2012

- Jeśli ktoś się nie boi, to jest głupi. Nie wiadomo było, kto ma broń. Zginąć można było za kilkadziesiąt centów. Baliśmy się, ponieważ dochodziło wówczas do pierwszych ataków na białych ludzi ONZ. Do tego doszły potężne wstrząsy wtórne. Na każdym kroku widzieliśmy śmierć i ludzki ból. Siedzi mi to w głowie cały czas – mówi w rozmowie z Onetem Marcin Wrona.

Korespondent “Faktów TVN” z Waszyngtonu w specjalnym wywiadzie dla Onetu w ostrych słowach wypowiada się na temat Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i przyznanym mu w 1999 roku tytule Hieny Roku, opowiada o codziennym życiu zagranicznego reportera i przypomina najniebezpieczniejsze chwile, które przeżył w USA. Z Marcinem Wroną* rozmawia Kamil Turecki.

Onet: “Dziennikarską powinność poszukiwania prawdy sprowadził do pogoni za tanią sensacją, łamiąc etyczne i profesjonalne zasady szacunku dla godności człowieka, instrumentalnie traktując swych rozmówców – wśród nich dzieci i wydając wyrok, zanim wypowiedział się sąd” – pamięta Pan te słowa?

Marcin Wrona: Oczywiście, że tak. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich to instytucja, której członkiem być po prostu nie należy i cieszę się, że mnie wśród nich nie ma.

Dlaczego?

- Po pierwsze, sposób w jaki poinformowano mnie o Hienie Roku sam zasługiwał na ten tytuł.

Jaki to był sposób?

Marcin Wrona

- Dzień przed ogłoszeniem nagrody zadzwoniła do mnie jakaś pani ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i powiedziała: “Pan Wrona? Pan Hienę dostał. Pan chce, to pan se przyjdzie i se odbierze”. To jest cytat. Pamiętam to dokładnie. Po drugie, ludzie, którzy przyznawali tę nagrodę, zapewne w życiu nie byli w takich miejscach jak Cetuń, a to jest wioska, w której wówczas robiliśmy program, i na własne oczy nigdy nie widzieli tak przeraźliwych problemów z jakimi tam mieliśmy do czynienia. Po trzecie, każdy może stworzyć sobie jakąś kanapę, na której będzie siedział, nazwie ją stowarzyszeniem i będzie obrażał innych ludzi.

To jest dokładnie to, co robi Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Jeżeli ktoś siedzi sobie na owej kanapie w Warszawie i myśli, że świat się na niej kończy, to nie ma żadnego moralnego prawa obrażania innych ludzi i nadawania im takich tytułów jak Hiena Roku. Gdyby to robili wśród własnych członków – ok, mają do tego pełne prawo – ale dlaczego obrażają tych, którzy nimi nie są? To kompletna bzdura, ponieważ stawianie siebie jako wyroczni jest z gruntu postawą amoralną.

Ta “nagroda” musiała Pana zaboleć…

- To było przykre. Czy ja bym dzisiaj inaczej zrobił program z Cetunia? Jestem dziś człowiekiem o kilkanaście lat starszym, bogatszym o kilkanaście lat życiowych doświadczeń. Na pewno program byłby inny. Pamiętam późniejszą dyskusję na łamach branżowego magazynu “Press”. Wówczas bronił mnie Bogusław Chrabota i jestem mu za to bardzo wdzięczny. Był wówczas w Polsacie i nie miał żadnego obowiązku, by zabierać głos w tej sprawie, a to zrobił.

“Jadę do Polski i oglądam cięgiem wszystkie dzienniki telewizyjne w kraju. Jest albo sama polityka, albo totalne pierdoły. W newsowych stand-upach jakiś gówniarz z mikrofonem w ręku i miną wszechwiedzącego wieszcza mówi mi, jak mam żyć. To wszystko z podstawowymi błędami warsztatowymi, niezbalansowanymi kamerami, fatalną dykcją, błędami fonetycznymi i czytaczami z promptera, którzy mylą się w 30 proc. zapowiedzi” – jak Pan myśli, kto jest autorem tych słów?

- Mariusz Max Kolonko? (śmiech – red.)

To fragment jego wywiadu dla Onetu. Ma rację?

- Czy ja wiem… Będąc w Stanach, staram się oglądać nasze wydania dzienników, ponieważ chcę wiedzieć, co się dzieje w Polsce. Prawdą jest to, że w USA im więcej siwych włosów, tym reporter, komentator czy prowadzący program jest cenniejszy dla tamtejszej stacji i odbiorcy. U nas tego się nie ceni. Mówię to jako siwy facet (śmiech – red.). U nas stawia się na ludzi młodych. Czy to dobrze, czy źle?

Sam zaczynałem przygodę z dziennikarstwem w Radiu Kraków mając 19 lat i bardzo się z tego cieszyłem. Błędy językowe zdarzają się wszędzie, ale nie przypominam sobie, by w “Faktach”, bo tylko o nich mogę mówić, pojawiła się niezbalansowana kamera. Mój operator, Marcin Wyszogrodzki, jest perfekcjonistą w tym zakresie.

Przed Panem polskimi korespondentami telewizyjnymi w USA byli m.in. wspomniany Max Kolonko, a także Tomasz Lis, czy Dorota Warakomska. Każda z tych osób miała swoją wizję przekazu. Jaki pomysł na siebie w Stanach Zjednoczonych miał i ma Marcin Wrona?

- Przede wszystkim Ameryki nie oceniać i pokazać ją taką, jaką jest naprawdę. Zawsze chciałem wyjść poza duże amerykańskie miasta takie jak Nowy Jork, Waszyngton, Chicago, Los Angeles czy San Francisco. Prawdziwa Ameryka jest zupełnie gdzie indziej… To przede wszystkim ludzie, którzy ciężko harują od rana do nocy na to, co mają. Tu w Polsce nie ma się tej świadomości.

Chciałem też pokazać różnego rodzaju realne problemy, napięcia, także rasowe – których nie ma co ukrywać i zamiatać pod dywan, bo one faktycznie istnieją. Takie Stany Zjednoczone chciałem pokazać. Poza tym, chciałem być sobą i nikogo nie kopiować. Uwielbiam Andersona Coopera, ale wiem, że jestem kompletnie innym gościem, pomijając fakt, że on jest zdecydowanie węższy niż ja… (śmiech – red.)

2006 rok, lotnisko, zetknięcie z amerykańską ziemią, nowe życie, nowa praca. Jak wyglądały początki?

- Na lotnisku w Waszyngtonie pomyślałem sobie: “Rany Boskie, co teraz sobie pomyśli Ola?” (żona rozmówcy – red.) Wykazała się bowiem albo szaleństwem, albo ogromnym zaufaniem. A może jednym i drugim? Kiedy powiedziałem jej, że zgłosiłem swoją kandydaturę i że ona została przyjęta, powiedziała: “Ok, jedziemy”. Poleciała do kraju, w którym nigdy wcześniej nie była. Kiedy Ola przyjęła wszystko normalnie, drugim zmartwieniem było to, jak będę w USA funkcjonować pod względem zawodowym.

Tego zawodu trzeba było zacząć się uczyć od zera. Chodzi o pracę na dwa zegary, branie pod uwagę co najmniej sześciogodzinnej różnicy czasu. Trzeba zrozumieć amerykańskie realia. Rozmowa z ważnym politykiem nie wchodzi w grę.

Absolutnie z żadnym? Z czego to wynika?

- Polska jest jednym z bardzo wielu krajów na świecie, a Amerykanie mają swoje interesy dosłownie wszędzie. Jeśli są czymś zainteresowani w związku z Polską to tylko przez pryzmat swoich własnych priorytetów. Wówczas jest szansa na taką rozmowę. Wiele razy próbowałem się skontaktować z Barbarą Mikulski – o ile się nie mylę, najdłużej zasiadającą kobietą w Senacie. Dostawałem odpowiedzi, że interesują ją sprawy Polski, ale teraz nie ma czasu. Nie ma się co obrażać. Spójrzmy z ich perspektywy. Oni patrzą na globus i myślą globalnie.

Żeby zrobić dobry materiał jako korespondent w USA, nie wolno dać się zamerykanizować do końca, ale jednocześnie trzeba umieć spojrzeć oczami miejscowego. Jak wyglądały te próby w Pana przypadku?

- Żeby zrozumieć Amerykę, trzeba w nią wejść i zacząć żyć codziennymi problemami normalnego Amerykanina. Nie wolno też przegiąć w drugą stronę i wystąpić przed kamerą w kowbojkach z amerykańskim akcentem.

Wyraźnie Pan tu pije do kogoś…

- Absolutnie nie. Jestem Polakiem, zostałem wysłany przez swoją redakcję, to moja praca i muszę o tym pamiętać w każdej sytuacji. Chodzi mi bardziej o to, że jeśli zacznę myśleć tak jak oni, wówczas stanę się niezrozumiały dla polskiego odbiorcy. Myśleć po polsku i rozumieć myślenie Amerykanów.

Całość: http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/marcin-wrona-smierc-i-ludzki-bol-widzielismy-na-ka,1,5319193,wiadomosc.html

30-11-2012, 18:56

Żakowski o “URze”: A jakby naczelnym “Wyborczej” został Kaczyński?  »

TokFM.pl
sia
30-11-2012

- W “Uważam Rze” została wydmuszka. To bardzo źle dla debaty publicznej w Polsce – uważa Jacek Żakowski. – Hajdarowicz i tak wykazał niezwykłą powściągliwość. Od paru tygodni dochodziło do regularnego publicznego odsądzania go od czci i wiary przez ludzi, którym on płacił pensje. To jest rzecz zupełnie niesłychana – bronił Tomasz Lis.

Publicyści dyskutowali dzisiaj o medialnej burzy “po prawej stronie”.

Wiesław Władyka, Jacek Żakowski i Tomasz Lis

W wydawnictwach Grzegorza Hajdarowicza kolejno stracili pracę Cezary Gmyz (po publikacji “Trotyl na wraku tupolewa”), ówczesny redaktor naczelny “Rzeczpospolitej” Tomasz Wróblewski wraz z kilkoma współpracownikami. Wicenaczelnym został wieloletni dziennikarz “Gazety Wyborczej”, a obecnie naczelny “Sukcesu” (także biznes Hajdrowicza) Bartosz Węglarczyk. Z kolei Michał Karnowski został zwolniony po ukazaniu się dwutygodnika “W sieci”, zaraz potem ze stanowiskiem pożegnał się redaktor naczelny “Uważam Rze” Paweł Lisicki. Po zwolnieniu Lisickiego z tygodnika odeszła większość dziennikarzy.

Jakby Gmyz był naczelnym “Polityki”

- Oto odchodzi grupa bardzo specyficznych publicystów z tygodnika, który sami stworzyli. Zostaje wydmuszka. Potrafię sobie wyobrazić podobną sytuację, jakby w wyniku wrogiego przejęcia Agory naczelnym “Gazety Wyborczej” został Jarosław Kaczyński. Jakby do “Polityki” przysłali Gmyza na naczelnego. Czy tego typu logika jest w sensie moralnym do przyjęcia? – pytał Jacek Żakowski. – Tu się stało coś takiego, co budzi mój głęboki dyskomfort – podkreślił.

- Są jednak żelazne reguły. Zawsze ktoś to musi finansować. Ta grupa, która przypomina taką lotną hordę, która się przemieszcza po różnych redakcjach – powiedział Tomasz Wołek. – Na ogół przejmowali, ale tu stworzyli coś od początku – zauważył Żakowski.

- Pismo musiało powstać na finansowych podstawach – nie zgodził się Wołek. – U nich rządzi bezwzględna zasada, że wydawca czy redaktor naczelny jest dobry, dopóki płaci, finansuje i nie wtrąca się. W innym przypadku zaczyna być niedobry – opisywał publicysta.

Lis: Hajdarowicz powściągliwy

Tomasz Lis bronił decyzji Grzegorza Hajdarowicza. – I tak wykazał niezwykłą powściągliwość. Od paru tygodni dochodziło do regularnego publicznego odsądzania go od czci i wiary przez ludzi, którym on płacił pensje. To jest rzecz zupełnie niesłychana – argumentował. Czy sobie wyobrażacie, że zaczynacie ujadać na swojego szefa Baczyńskiego albo ja zaczynam strzelać do wydawnictwa Axel Springer? No ile by ta zabawa potrwała? Godzinę, dwie? – pytał naczelny “Newsweeka”.

- Przy różnych wątpliwościach zgłaszanych przez ludzi Presspubliki wobec pana Hajdarowicza nic nie wskazywało na jego jakiekolwiek ingerencje w to, co grupa tych dziennikarzy robiła – dodał Lis.

Zdaniem Żakowskiego z tej sytuacji było jedno honorowe wyjście: zaproponowanie przez Hajdarowicza grupie publicystów wykupienie tygodnika. – Teraz straci też finansowo, bo zostanie surowo ukarany przez rynek – przewiduje.

Na naszych oczach niknie ważny dziennik

Wiesław Władyka uważa, że pomysł na biznes prasowy Hajdarowicza zwyczajnie “nie trzymał się kupy”. Z jednej strony wydawał mocno lewicowy “Przekrój”, z drugiej “Uważam Rze” i gdzieś pośrodku była “Rz”. – Jeżeli dopuszcza się, żeby wytworzył się tak silny kapitał wartości, jaki był w “Uważam Rze”, to ten wydawca staje się ich zakładnikiem – zaznacza publicysta “Polityki”. – Kiedy masz na pokładzie silną grupę ideologiczną, to albo z nią idziesz, albo masz konflikt. Dlatego że ta grupa wprowadza do twojego biznesu treści, idee i awantury, za które płacisz moralnie i finansowo – opisywał.

Jacek Żakowski zaznaczył, że choć nie ceni “wytworów” byłych już publicystów “Uważam Rze”, to całe wydarzenie uważa za szkodliwe. – Patrząc w szerszej perspektywie, myśląc o relacjach, o debacie publicznej, to te decyzje posuwają nas w złą stronę – ocenia. Podobnie wypowiedział się Władyka o “Rzeczpospolitej”. – Na naszych oczach jeden z dwóch poważnych dzienników stracił wagę i znika. To zła wiadomość dla nas wszystkich – podkreślił.

Całość: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,12952784,Zakowski_o__URze___A_jakby_naczelnym__Wyborczej_ _zostal.html