- Jeśli ktoś się nie boi, to jest głupi. Nie wiadomo było, kto ma broń. Zginąć można było za kilkadziesiąt centów. Baliśmy się, ponieważ dochodziło wówczas do pierwszych ataków na białych ludzi ONZ. Do tego doszły potężne wstrząsy wtórne. Na każdym kroku widzieliśmy śmierć i ludzki ból. Siedzi mi to w głowie cały czas – mówi w rozmowie z Onetem Marcin Wrona.
Korespondent “Faktów TVN” z Waszyngtonu w specjalnym wywiadzie dla Onetu w ostrych słowach wypowiada się na temat Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i przyznanym mu w 1999 roku tytule Hieny Roku, opowiada o codziennym życiu zagranicznego reportera i przypomina najniebezpieczniejsze chwile, które przeżył w USA. Z Marcinem Wroną* rozmawia Kamil Turecki.
Onet: “Dziennikarską powinność poszukiwania prawdy sprowadził do pogoni za tanią sensacją, łamiąc etyczne i profesjonalne zasady szacunku dla godności człowieka, instrumentalnie traktując swych rozmówców – wśród nich dzieci i wydając wyrok, zanim wypowiedział się sąd” – pamięta Pan te słowa?
Marcin Wrona: Oczywiście, że tak. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich to instytucja, której członkiem być po prostu nie należy i cieszę się, że mnie wśród nich nie ma.
Dlaczego?
- Po pierwsze, sposób w jaki poinformowano mnie o Hienie Roku sam zasługiwał na ten tytuł.
Jaki to był sposób?

Marcin Wrona
- Dzień przed ogłoszeniem nagrody zadzwoniła do mnie jakaś pani ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i powiedziała: “Pan Wrona? Pan Hienę dostał. Pan chce, to pan se przyjdzie i se odbierze”. To jest cytat. Pamiętam to dokładnie. Po drugie, ludzie, którzy przyznawali tę nagrodę, zapewne w życiu nie byli w takich miejscach jak Cetuń, a to jest wioska, w której wówczas robiliśmy program, i na własne oczy nigdy nie widzieli tak przeraźliwych problemów z jakimi tam mieliśmy do czynienia. Po trzecie, każdy może stworzyć sobie jakąś kanapę, na której będzie siedział, nazwie ją stowarzyszeniem i będzie obrażał innych ludzi.
To jest dokładnie to, co robi Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Jeżeli ktoś siedzi sobie na owej kanapie w Warszawie i myśli, że świat się na niej kończy, to nie ma żadnego moralnego prawa obrażania innych ludzi i nadawania im takich tytułów jak Hiena Roku. Gdyby to robili wśród własnych członków – ok, mają do tego pełne prawo – ale dlaczego obrażają tych, którzy nimi nie są? To kompletna bzdura, ponieważ stawianie siebie jako wyroczni jest z gruntu postawą amoralną.
Ta “nagroda” musiała Pana zaboleć…
- To było przykre. Czy ja bym dzisiaj inaczej zrobił program z Cetunia? Jestem dziś człowiekiem o kilkanaście lat starszym, bogatszym o kilkanaście lat życiowych doświadczeń. Na pewno program byłby inny. Pamiętam późniejszą dyskusję na łamach branżowego magazynu “Press”. Wówczas bronił mnie Bogusław Chrabota i jestem mu za to bardzo wdzięczny. Był wówczas w Polsacie i nie miał żadnego obowiązku, by zabierać głos w tej sprawie, a to zrobił.
“Jadę do Polski i oglądam cięgiem wszystkie dzienniki telewizyjne w kraju. Jest albo sama polityka, albo totalne pierdoły. W newsowych stand-upach jakiś gówniarz z mikrofonem w ręku i miną wszechwiedzącego wieszcza mówi mi, jak mam żyć. To wszystko z podstawowymi błędami warsztatowymi, niezbalansowanymi kamerami, fatalną dykcją, błędami fonetycznymi i czytaczami z promptera, którzy mylą się w 30 proc. zapowiedzi” – jak Pan myśli, kto jest autorem tych słów?
- Mariusz Max Kolonko? (śmiech – red.)
To fragment jego wywiadu dla Onetu. Ma rację?
- Czy ja wiem… Będąc w Stanach, staram się oglądać nasze wydania dzienników, ponieważ chcę wiedzieć, co się dzieje w Polsce. Prawdą jest to, że w USA im więcej siwych włosów, tym reporter, komentator czy prowadzący program jest cenniejszy dla tamtejszej stacji i odbiorcy. U nas tego się nie ceni. Mówię to jako siwy facet (śmiech – red.). U nas stawia się na ludzi młodych. Czy to dobrze, czy źle?
Sam zaczynałem przygodę z dziennikarstwem w Radiu Kraków mając 19 lat i bardzo się z tego cieszyłem. Błędy językowe zdarzają się wszędzie, ale nie przypominam sobie, by w “Faktach”, bo tylko o nich mogę mówić, pojawiła się niezbalansowana kamera. Mój operator, Marcin Wyszogrodzki, jest perfekcjonistą w tym zakresie.
Przed Panem polskimi korespondentami telewizyjnymi w USA byli m.in. wspomniany Max Kolonko, a także Tomasz Lis, czy Dorota Warakomska. Każda z tych osób miała swoją wizję przekazu. Jaki pomysł na siebie w Stanach Zjednoczonych miał i ma Marcin Wrona?
- Przede wszystkim Ameryki nie oceniać i pokazać ją taką, jaką jest naprawdę. Zawsze chciałem wyjść poza duże amerykańskie miasta takie jak Nowy Jork, Waszyngton, Chicago, Los Angeles czy San Francisco. Prawdziwa Ameryka jest zupełnie gdzie indziej… To przede wszystkim ludzie, którzy ciężko harują od rana do nocy na to, co mają. Tu w Polsce nie ma się tej świadomości.
Chciałem też pokazać różnego rodzaju realne problemy, napięcia, także rasowe – których nie ma co ukrywać i zamiatać pod dywan, bo one faktycznie istnieją. Takie Stany Zjednoczone chciałem pokazać. Poza tym, chciałem być sobą i nikogo nie kopiować. Uwielbiam Andersona Coopera, ale wiem, że jestem kompletnie innym gościem, pomijając fakt, że on jest zdecydowanie węższy niż ja… (śmiech – red.)
2006 rok, lotnisko, zetknięcie z amerykańską ziemią, nowe życie, nowa praca. Jak wyglądały początki?
- Na lotnisku w Waszyngtonie pomyślałem sobie: “Rany Boskie, co teraz sobie pomyśli Ola?” (żona rozmówcy – red.) Wykazała się bowiem albo szaleństwem, albo ogromnym zaufaniem. A może jednym i drugim? Kiedy powiedziałem jej, że zgłosiłem swoją kandydaturę i że ona została przyjęta, powiedziała: “Ok, jedziemy”. Poleciała do kraju, w którym nigdy wcześniej nie była. Kiedy Ola przyjęła wszystko normalnie, drugim zmartwieniem było to, jak będę w USA funkcjonować pod względem zawodowym.
Tego zawodu trzeba było zacząć się uczyć od zera. Chodzi o pracę na dwa zegary, branie pod uwagę co najmniej sześciogodzinnej różnicy czasu. Trzeba zrozumieć amerykańskie realia. Rozmowa z ważnym politykiem nie wchodzi w grę.
Absolutnie z żadnym? Z czego to wynika?
- Polska jest jednym z bardzo wielu krajów na świecie, a Amerykanie mają swoje interesy dosłownie wszędzie. Jeśli są czymś zainteresowani w związku z Polską to tylko przez pryzmat swoich własnych priorytetów. Wówczas jest szansa na taką rozmowę. Wiele razy próbowałem się skontaktować z Barbarą Mikulski – o ile się nie mylę, najdłużej zasiadającą kobietą w Senacie. Dostawałem odpowiedzi, że interesują ją sprawy Polski, ale teraz nie ma czasu. Nie ma się co obrażać. Spójrzmy z ich perspektywy. Oni patrzą na globus i myślą globalnie.
Żeby zrobić dobry materiał jako korespondent w USA, nie wolno dać się zamerykanizować do końca, ale jednocześnie trzeba umieć spojrzeć oczami miejscowego. Jak wyglądały te próby w Pana przypadku?
- Żeby zrozumieć Amerykę, trzeba w nią wejść i zacząć żyć codziennymi problemami normalnego Amerykanina. Nie wolno też przegiąć w drugą stronę i wystąpić przed kamerą w kowbojkach z amerykańskim akcentem.
Wyraźnie Pan tu pije do kogoś…
- Absolutnie nie. Jestem Polakiem, zostałem wysłany przez swoją redakcję, to moja praca i muszę o tym pamiętać w każdej sytuacji. Chodzi mi bardziej o to, że jeśli zacznę myśleć tak jak oni, wówczas stanę się niezrozumiały dla polskiego odbiorcy. Myśleć po polsku i rozumieć myślenie Amerykanów.