- Dzisiaj w Sejmie nie ma żadnej siły, której ja bym chciał powierzyć władzę. System się tak zdewaluował, że żadna partia nie jest zdolna sprawować władzy w Polsce. (…) PiS jest w gorszej sytuacji od PO, bo ma gorsze kadry – powiedział w pierwszej części rozmowy z Onetem Grzegorz Miecugow. Dziennikarz ocenia także kondycję mediów, nie zgadzając się m.in. z Maxem Kolonko ws. tablodyzacji mediów. – Mariusz nie wie o czym mówi. On nie jest stąd – mówi Miecugow.
Z Grzegorzem Miecugowem – dyrektorem ds. publicystyki TVN 24, twórcą “Faktów” w TVN, członkiem Katedry Dziennikarstwa Collegium Civitas, współautorem książki “Szkiełkiem i wokół” – rozmawia Jacek Nizinkiewicz.
Jacek Nizinkiewicz: W jakiej kondycji są polskie media?
Grzegorz Miecugow: O tabloidyzacji i jej przyczynach mówię głośno od siedmiu czy ośmiu lat.
- Tabloidyzacji odbiorcy?

Grzegorz Miecugow
- Tak. Jeżeli media podzielimy na komercyjne i niekomercyjne, to te niekomercyjne, zwane publicznymi, mogą spełniać tzw. misję. W tym wypadku misją byłoby w Polsce wyrównywanie szans, czyli np. nadawanie rzeczy, które mogą być nadawane w całym kraju, a których nikt inny nie nada dlatego, że są za drogie i nie przynoszą zysków. Nie biorą udziału w wyścigu o widza. Takie programy to są rzeczy typu: teatr telewizji, dobry reportaż porządkujący jakieś sprawy w Polsce, jakieś ważne zagadnienie. Idealny model telewizji byłby taki, gdyby chociaż jeden program telewizji publicznej nie brał udziału w wyścigu o kasę.
- Media powinny być misyjne?
- Misją jest nadawanie lekcji języków obcych po to, aby ktoś kto mieszka na wsi, czy w małej miejscowości, miał szansę nauczyć się języka obcego. Misją jest nadać kulturę przez duże K, bo tenże sam człowiek z małej miejscowości, nie ma szansy dostać tej kultury w inny sposób. On nie mieszka w Warszawie, on nie ma do wyboru szesnastu teatrów państwowych i dziesięciu czy dwunastu prywatnych. Misją jest nadanie programu, jaki robił Romek Młodkowski czyli “Firma”. Takie programy powinny być finansowane nie z reklam, ale w inny sposób. Np. z opodatkowania TVN-u i Polsatu – jeżeli uznajemy, że abonament to jest kolejne opodatkowanie obywatela. Gdybyśmy chcieli się porównać do Anglii, to np. BBC nie bierze udziału w walce o reklamodawców.
- BBC wciąż jest medialnym wzorcem?
- Jako europejski model funkcjonowania telewizji, BBC wciąż jest wzorcem. Dlatego, że nie nadają reklam, czyli nie walczą o pieniądze na rynku. Mogą, w związku z tym, dbać o cele państwowe. Jak wesprzeć państwo w rozwoju społecznym? BBC ma taką metodę, że jak puszcza swoje seriale, a akcja dzieje się w domu, to w pokojach mają być półki z książkami.
- Działanie na podświadomość telewidza?
- Tak, bo fajnie jest mieć w domu książkę. Jeżeli zbliżają się wybory, to bohaterowie serialu zaczynają rozmawiać o wyborach, bo to jest sprawa funkcjonowania państwa. BBC nie ma największej oglądalności i pewnie TVP, gdyby zrezygnowała z nadawania reklam, też by spadła.
- Ale to BBC zachowała wiarygodność i jest opiniotwórcza.
- Jest opiniotwórcza. Z tą wiarygodnością to różnie bywa. Mają swoje wpadki. Ale jest przynajmniej punkt odniesienia. I jest możliwość wyboru. Dzisiaj u nas nie ma wyboru. Jesteśmy co prawda przed wielką zmianą nadawania. Dzisiaj zamykane są sukcesywnie analogowe nadajniki, będą cyfrowe. Sytuacja zmieni się o tyle, że za kilka lat, ten sam człowiek, który pochodzi z małej miejscowości, będzie miał jakiś wybór. Pytanie jaki. Bo jeżeli będzie miał do wybory osiemdziesiąt programów z anteny dachowej, to nie ma gwarancji, moim zdaniem, że to nie będzie to samo badziewie.
- Do czego służą media?
- Do porządkowania świata. Tak zawsze było.
- Naprawdę? Chyba sporo się zmieniło?
- Dzisiaj, moim zdaniem, media służą w dużej mierze do dostarczania rozrywki. Nie ma dużego radia, z którego człowiek z małego miasta dowie się czegoś więcej o świecie, albo nauczy się języka obcego, albo dowie sie o nowych trendach, nowych technologiach.
- Radia można słuchać w internecie, przez co nie trzeba ograniczać się do największych, komercyjnych stacji.
- Radia można słuchać w internecie, ale internet nadal jest dość stacjonarny. Ludzie w małych miejscowościach nie mają palmtopów i zasięgu.
- A czy Pan czuje się odpowiedzialny za tabliodyzację widza? Rozmawiałem ze Stefanem Bratkowskim, który powiedział, że Grzegorz Miecugow jest intelektualistą tylko w niedzielę po 23.30.
- Nie, nie tylko. Ja jestem bardzo wdzięczny stacji, że pozwala mi prowadzić od kilku lat długie rozmowy na różne tematy. W pewnym momencie byłem zmęczony i uznałem, że już nie mam o czym rozmawiać z politykami. Nie ma sensu rozmawiać z politykami, skoro znam ich odpowiedź na każde moje pytanie.
- Nie miał Pan poczucia, że rozmawia z mądrzejszymi?
- Nie. Na to się nałożyło jeszcze to, że w 2010 roku namnożyło się tych programów tyle, że jak chciałem zaprosić kogoś na środowy poranek, to się okazywało, że on już był we wtorek wieczorem albo będzie w środę wieczorem. A ta pula rozmówców, którzy stwarzają przynajmniej jakieś pozory tego, że się zastanawiają nad jakimś problemem, że maja jakieś rozterki, że nie do końca wiedzą wszystko, jest bardzo ograniczona.
- Największą przyjemność sprawia mi prezentowanie czytelnikom nowego ciekawego rozmówcy, z którym jeszcze nie rozmawiałem, często nawet kosztem klikalności. Przerabianie ciągle tych samych ok. 20 nazwisk zawęża i spłyca debatę. Nie mógł Pan, nadawać tonu i nie brać udziału w wyścigu o Palikota, Millera, Brudzińskiego, czy Kempę, z całym szacunkiem dla tych osób?
- Zaproponowałem stacji, żebym, jeśli zostawiamy program o 9.00, otworzył pulę.
- I pula nie została otwarta.
- Są tacy ludzie jak Henryka Bochniarz, Magdalenie Środa… Natomiast Adam Pieczyński uznał, że taki codzienny gość rano, to byłoby złamanie pewnej formuły. Kasia Kolenda-Zaleska zapraszała rano polityków, a ja miałbym gości spoza świata polityki? I nagle o 9.00 rano zacząłbym mówić o genetyce?
- A dlaczego nie? Przecież można też rozmawiać o polityce z ludźmi, którzy mają na bieżące sprawy szerszą optykę, a nie tylko przez partyjne okulary.
- Ja takich zapraszałem, np. Edmunda Wnuka-Lipińskiego, ale dla mnie tematy polityczne są też bardzo spłaszczone.
- A czy Pan, jako moderator rozmowy, nie może wyjść poza przysłowiową “małą Madzię”, którą to Madzią co tydzień staje się ktoś nowy i ciągle grzeje się jeden temat?
- Mogę, ale straciłem do tego ochotę. Z małą przerwą po katastrofie smoleńskiej, bo to był jednak duży wstrząs i miałem wieczorem gości politycznych czy to Bronisława Komorowskiego czy Michała Boniego. Ale generalnie uważam, że gadanie o polityce jest dzisiaj jałowe. Czasami są tematy, które mnie podkręcą. Np. tutaj za mną leży nowa książka Michała Króla pt. “W obliczu słońca”. Interesuje mnie pytanie o przyszłość Europy, takie hamletyzowanie trochę, być czy nie być, być razem czy się rozlecieć? Państwa narodowe czy większa integracja? To są super tematy. Bardzo interesujące.
- Robert Mazurek w rozmowie z “Wprost” powiedział, że większość dziennikarzy to kretyni. Jest coś na rzeczy?
- Wszyscy trochę kretyniejemy. Pytanie, kto to jest dziennikarz. To jest bardzo pojemne słowo w polskim języku.
- A jakby Pan zdefiniował dziennikarza?
- Dziennikarz, to jest człowiek, który potrafi przejść cztery kroki, i to przejść z powodzeniem. Tzn. wie co ludzi interesuje, czyli jest jakby częścią społeczeństwa. Wie, kogo zapytać o to, co ludzi interesuje. Potrafi zrozumieć sedno sprawy, to jest najważniejsze, oraz potrafi to potem przełożyć na język mediów, którymi pracuje, czyli napisać felieton, artykuł, wywiad, zrobić materiał telewizyjny, rzadziej radiowy. Kiedy ja jeszcze pracowałem w radiu, robiło się materiały radiowe, bo teraz to są tylko jakieś dźwięki.
- Nie ma Pan wrażenia, że media współtworzą dzisiaj pracownicy medialni, którzy mogliby równie dobrze współtworzyć przysłowiową fabrykę żyletek, a nie dziennikarze?
- Praca w takim medium jak TVN24 jest dosyć specjalistyczna, bo to nie jest to samo, co zakład produkujący żyletki. To jest o wiele bardziej skomplikowane. Jest ktoś odpowiadający za dzień, są wydawcy odpowiedzialni za poszczególne odcinki i to się wszystko kręci. Wszystko jest zaplanowane i dosyć precyzyjnie wykonywane. Dużo bardziej precyzyjnie niż 12 lat temu, kiedy zaczynaliśmy. Chociaż wtedy to myśmy dyktowali warunki. Nie było dla nas żadnej konkurencji i mogliśmy zaproponować coś, co nam się podobało. Mając dobrą promocję po 11 września 2001 roku. Kiedy wzięły nas wszystkie kablówki, mogliśmy nadawać rzeczy ambitniejsze z naszego wyboru.
- Czy nie jest tak, że teraz telewizje informacyjne nie “kręcą się” tylko nakręcają?
- Zgadzam się.
- Czy to oznacza, że naszym sportem narodowym jest wojenka domowa i ciągły spór?
- O tym napisał bardzo interesujący artykuł Robert Krasowski w “Polityce”. My obywatele, badani fokusowo, możemy wpędzić w maliny “Gazetę Wyborczą”. Nie wiem, czy Pan pamięta, kilka lat temu zrobiono badanie wśród czytelników, czy przypadkiem nie byłoby dobrze, gdyby stworzyć tabloid bez krwi i przemocy. Z badań wyszło, że tak, że byłoby bardzo dobrze.
- I powstał “Nowy Dzień”.
- Tak, “Nowy Dzień” to się chyba nazywało. Wytrzymali na rynku dwa miesiące, może trzy. Bo ten sam człowiek, który w ankiecie deklarował: “tak, tak, ja chcę tabloid bez krwi”, kiedy szedł do kiosku i widział tabloid bez krwi to kupował “Fakt”. Więc my co innego deklarujemy, a co innego potem, jako odbiorcy, robimy. Jak widzieliśmy Nelly Rokitę w telewizji u Moniki Olejnik, to ja wiedziałem, że wieczorem będę miał w swoim programie jeden albo dwa telefony, które będą pomstować na Panią Rokitę. Ale jak się sprawdziło następnego dnia oglądalność, to była bardzo wysoka. Dlatego, że ludzie publicznie mogą deklarować, że nie chcą oglądać Nelly Rokity, a jak ją widzą, to czekają, co ona ciekawego wykona. Co ona powie takiego, że będzie się można utwierdzić w przekonaniu, że nie jest specjalnie merytoryczna.
- Podobnie było z Andrzejem Lepperem.
- Pytano, dlaczego tego Leppera pokazujecie? A na jego konferencjach wskaźnik oglądalności zawsze rósł.
- I dzięki temu sam Lepper politycznie urósł, mimo tego, że niektóre media deklarowały, że nie będą promowały Samoobrony.
- Nie można składać takich deklaracji. Kiedyś mieliśmy dyskusję, żeby zrobić dzień bez telewizji, żeby ta telewizja nie była taka wszechwładna. Ale to nie jest tak. Nie można bojkotować nikogo, nie można kogoś nie pokazywać. Jesteśmy do pewnego stopnia usługowi. Powiedziałem, że dziennikarz powinien wiedzieć co ludzi interesuje. To jest takie zaproszenie do usługi. Oczywiście czasami obywatel nie wie czego chce. To nie jest tak, że obywatel budzi się rano i zastanawia się, czy jest jakaś afera hazardowa. Ja wiem, że obywatel jest zainteresowany ujawnianiem przez prasę, przez media, afer związanych z władzą. Jestem częścią społeczeństwa i wydaje mi się, że przynajmniej dla tej części dla której ja pracuję, wiem czego ludzie oczekują.
- Oczekują tego, żeby przez kilka dni grzać sprawę małej Madzi, a później Katarzyny W. ?
- Ja nie żyję sprawą Madzi.
- Ale Pańska stacja żyje.
- No to ja mówię mojej stacji, że przesadzamy. To jest taki syndrom wejścia spod prokuratury. Jedzie wóz, reporter mówi, że za pół godziny rozpocznie się przesłuchanie pana X. Po pół godziny mówi, że właśnie się rozpoczęło, po kolejnej pół godziny mówi, że trwa, a po godzinie mówi, że się skończyło. Rzadko kiedy natomiast, ma czas powiedzieć czego sprawa dotyczy. Ja to tak opisuję w naszych dyskusjach wewnętrznych. Ale z tego nie ma specjalnie wyjścia. My mamy bardzo dużo programów na żywo, mamy fajnych, wygadanych reporterów. Staramy się utrzymać proporcje. Jak wchodziliśmy do pokoju, Jacek Pałasiński próbował tłumaczyć sytuacje w Palestynie i Izraelu, bardzo zagmatwaną sytuację. Mamy dosyć różnorodny program, ale ciągle mamy ten sam dylemat. My chcemy, żeby widz oglądał nas z pewną świeżością tzn. jeżeli wchodzimy z jakiegoś miejsca, to żeby było to dwóch różnych reporterów, żeby było to inaczej podane.
- W książce “Szkiełko i wokół” powiedział Pan, że Pański “Inny punkt widzenia” jest programem, który mówi, o rzeczach ważnych, ale przyszłość jest taka, że filmy Ewy Ewart trzeba będzie wsadzać do programu “Ewa Ewart w sieci”, i Pański program również. Dlaczego tak ciekawe programy miałyby w przyszłości zniknąć z ramówki?
- Nie, nie zniknąć. Pan pracuje w sieci. Was ocenia się od kliknięć. Ci, którzy klikają, będą, de facto, modelowali strony. Tzn. na pierwszą stronę portalu będzie się wypychało coś, co ma dużą klikalność. Wczoraj w Onecie widziałem taki artykuł, wśród artykułów najchętniej czytanych, pt: “Zdradziłam go tylko raz. Czy mi wybaczy?”. I to jest właśnie taki tytuł, z którym bardzo trudno walczyć. Onet w ogóle jest specjalistą w zagadkowych tytułach.
- Dla odbiorcy to dobrze czy źle?
- To jest desperacka walka dziennikarzy o życie. Kiedy zobaczyłem w Onecie tytuł: “Premier zarabia więcej od Obamy”, to kliknąłem. Kliknąłbym również, gdyby informacja w tytule była pełna, tzn.: “Premier Iranu zarabia więcej od Obamy”. Kliknąłbym, bo to ciekawe, skąd Iran ma pieniądze na płacenie premierowi aż tak dużo. Natomiast przeciętny użytkownik Onetu, widząc zdanie: “Premier Iranu….” nie klika na to dalej, bo już wie wszystko, co potrzebuje wiedzieć w tej sprawie. Zagadkowe tytuły złożone z cytatów, cudzysłowie np: “Wisła rozwiązała swój największy problem kadrowy”. Klikam, Wisła Płock i piłka ręczna, a to mnie interesuje słabo. Ale dziennikarz broni się tytułem przed śmiercią, którą będzie to, że zostanie zmarginalizowany, bo nie klikają na niego.