Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

03-12-2012, 09:47

Rada Etyki Mediów krytycznie o wypowiedzi Czabańskiego  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
kk/pap/pr/zr
03-12-2012

Rada Etyki Mediów skrytykowała wpis na blogu b. prezesa Polskiego Radia Krzysztofa Czabańskiego na temat m.in. dziennikarzy “Gazety Wyborczej”. Dziennikarze, którzy przypisują adwersarzom haniebne intencje, zaprzeczają misji mediów – podkreśliła REM.

- Rada Etyki Mediów z niepokojeniem obserwuje narastającą tendencję sięgania przez niektórych dziennikarzy i publicystów do słownika języka nienawiści, inwektyw i obelg. Do takich wypowiedzi, jak nawoływania przez Grzegorza Brauna do “rozstrzeliwania” dziennikarzy Gazety Wyborczej i TVN, dołączył Krzysztof Czabański – napisała REM w oświadczeniu.

Krzysztof Czabański

Czabański na swoim blogu napisał: “(…) gdy czytam np. Grzegorza Hajdarowicza, Agnieszkę Kublik, Tomasza Lisa, Wojciecha Maziarskiego, Wojciecha Mazowieckiego, Janinę Paradowską i Pawła Wrońskiego, to przypomina mi się arcydzieło »Przygody dobrego wojaka Szwejka«. A zwłaszcza jeden cytat: »Nachalne są te kurwy i zuchwałe«”.

- Wydaje się, że jako byłego prezesa Polskiego Radia i PAP, Krzysztofa Czabańskiego powinna w szczególnym stopniu cechować troska o przestrzeganie zasad Karty Etycznej Mediów – uważa REM.

Według Rady Etyki Mediów to, co napisał Czabański, “z satysfakcją cytują niektóre portale internetowe, przytacza popularny tabloid, by potwierdzić, iż »nie ma już piekła« dla mediów, które swojej misji gotowe są upatrywać w sączeniu jadu do oczu i uszu czytelników, słuchaczy, telewidzów, internautów”.

- Za złudne uważa REM przekonanie, że wzajemne oskarżenia i napaści na siebie dziennikarzy różnych opcji politycznych służą dobru odbiorców – napisano w o świadczeniu. – Dziennikarze, którzy przypisują adwersarzom haniebne intencje, by przedstawiać ich jako publicznych wrogów, zaprzeczają misji mediów, jaką jest obiektywna informacja i rzetelny komentarz - podkreśla REM.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/rada-etyki-mediow-krytycznie-o-wypowiedzi-krzysztofa-czabanskiego

02-12-2012, 21:17

Fotoreporter wyróżniony na World Press Photo: Nie byłem grzecznym chłopcem  »

Gazeta Wyborcza Katowice
Anna Malinowska
02-12-2012

- Przeglądając własne archiwum, zorientowałem się, że niektóre zdjęcia miałem tylko w pamięci, ale ich nie zrobiłem – mówi Bogdan Kułakowski, fotoreporter z Katowic, który obchodzi w tym roku 50-lecie pracy.

Anna Malinowska: Co było na twoim pierwszym zdjęciu opublikowanym w gazecie?

Bogdan Kułakowski

Bogdan Kułakowski: Miałem 20 lat i wracałem z gór. Chodziłem do szkoły, ale od nauki robiłem sobie przerwy w Tatrach. Do tego stopnia, że maturę kilka razy zdawałem, bo w górach była akurat ładna pogoda. Uwielbiałem robić zdjęcia. Nie wyjaśnię dlaczego, nie będę do tego dorabiał żadnej ideologii, skąd to się wzięło. Po prostu miałem aparat, zabierałem go wszędzie i pstrykałem. I właśnie tamtego dnia gdy wracałem z gór, przejeżdżałem obok przeprawy promowej na Dunajcu. Zrobiłem zdjęcie, był wrzesień, wyjeżdżali ostatni letnicy. Pomyślałem, że warto spróbować opublikować je w gazecie, był koniec sezonu, pasowałoby. Poszedłem do redakcji “Gazety Krakowskiej”. Praca w gazecie marzyła mi się od lat. Rzeczywistość była jednak taka, że żeby się do jakieś redakcji dostać, trzeba było poczekać, aż jakiś fotoreporter umrze. Nie masz pojęcia, jak wielka była moja radość, kiedy moje zdjęcie z Dunajca opublikowano. Jak bardzo chwaliłem się tym przed Piotrem Jaxą, moim kolegą, a dziś uznanym operatorem mieszkającym w Szwajcarii. Lubiliśmy się, ale też rywalizowaliśmy ze sobą.

Łączyły was wspólne zainteresowania?

- No wiesz, fotoreporterzy nie są grzecznymi chłopcami.

Piliście, bawiliście się, podrywaliście dziewczyny?

- Żyliśmy po prostu, nie będziemy wchodzić w szczegóły. A życie człowieka, który chce być fotoreporterem, dziennikarzem, to wieczne poznawanie świata, nowości. To ciekawość, którą trzeba zaspokoić.

A to wszystko w twoim rodzinnym Krakowie, z którego jednak zdecydowałeś się wyjechać.

- Musiałem wybierać między miłością do mojego miasta a uczuciem do poznanej kobiety. Bo na Śląsk ściągnęła mnie żona, rodowita gliwiczanka. Zacząłem pracować jako fotograf w różnych zakładach przemysłowych. Nic specjalnego, ale przynajmniej pracowałem z aparatem fotograficznym i miałem z tego stałą pensję. To był czas bez bezrobocia, zarabiało się bez względu na to, czy się stoi, czy się leży. W zakładach nie było ksera, maszyn powielających, więc potrzebne były zdjęcia. Tyle tylko, że robiło się je raz na ruski rok. Potem czekało się na kolejne zlecenie w błogim nieróbstwie. Dzięki temu miałem czas na fotografowanie dla siebie, poznawałem ludzi. Moją pasją był fotoreportaż. Bo dla mnie ważny jest język zdjęcia, sfera jego przekazu. Fotografia wbrew temu, co się o niej powszechnie myśli, jest subiektywnym odbiciem rzeczywistości. Np. jeśli robimy zdjęcia z wojny, to najczęściej dlatego, że jesteśmy przeciw tej wojnie. A jeśli fotografujesz człowieka, którego nie lubisz, to zawsze pokażesz go tak, że wyjdzie śmiesznie. Prawda jest taka, że zdjęciem można manipulować.

Spodobało ci się na Śląsku?

- Pochodziłem z rodziny, w której dziadek był przedwojennym senatorem i słuchało się Radia Wolna Europa. Katowice, do których przeniosłem się z żoną, w niczym nie przypominały Krakowa. Partia była tu bardzo mocno zakotwiczona.

Postanowiłem starać się o pracę w gazecie, bo tam miało się dostęp do najlepszego sprzętu, do materiałów. Choć zawsze miałem swój aparat, marzyłem o lepszym. Kiedyś przybiegła do mnie koleżanka i mówi, że w “Trybunie Robotniczej” zwolnił się etat, bo jeden z fotoreporterów uciekł na Zachód. Z wrażenia usiadłem. Musisz wiedzieć, że fotoreporterzy byli wówczas elitą. W regionie pracowało ich może z piętnastu. A praca w “Trybunie Robotniczej” oznaczała najlepszą z możliwych posad. Bo “Trybuna” była najważniejszą gazetą. To w niej publikowano najlepsze zdjęcia. Te ciut gorsze trafiały do “Dziennika Zachodniego” i innych tytułów. Np. kiedy były obsługi wizyt de Gaulle’a czy Breżniewa, to zbierało się wszystkie zrobione zdjęcia i najlepsze szły do “Trybuny”.

Pracując w gazecie, miałeś szansę być blisko takich osób jak Breżniew. Imponowało?

- To nawet nie o to chodziło. Do “Trybuny” przyjęli mnie z marszu. Przyniosłem ze sobą kilka zdjęć, coś, o czym dzisiaj powiedzielibyśmy portfolio. Od razu dostałem szofera, samochód i bardzo dobry sprzęt. To był dwuobiektywowy rolleiflex. Nowiutki, wyciągnięty prosto z pudełka. I kazali mi jechać w teren. Byłem trochę oszołomiony. To był konkretny, zlecony temat, już nie bardzo pamiętam co, jakaś oficjałka. Pojechałem czarną wołgą z kierowcą. Kiedy wracaliśmy, była wichura, koło wesołego miasteczka zauważyłem, jak drzewo przygniotło taką samą czarną wołgę. Poprosiłem kierowcę, żeby się zatrzymał. Wyszedł i zrobiłem zdjęcie. Wróciłem, pokazałem, zespół był zachwycony, bo stwierdzono, że “mam wyczucie”.

Ale jednak trafiłeś do propagandowej tuby PZPR.

- Wtedy cała Polska była tubą, może z wyjątkiem Kościoła i rodziny. Ludzie żyli podwójnym życiem, czytali między wierszami. A ja po prostu trafiłem do zespołu dobrych dziennikarzy. To byli ludzie wykształceni, z wiedzą i rewelacyjnie do zawodu przygotowani. A przy tym utalentowani, w większości artyści. Nigdy nie żałowałem tego, że tam pracowałem. Żałuję tylko, że pewnych rzeczy nie sfotografowałem.

Ze strachu?

- Nie. Po prostu robiłem tak dużo zdjęć, byłem tak blisko różnych wydarzeń, że wydawało mi się, że uwieczniłem wszystko. A to nieprawda. Zorientowałem się, kiedy przejrzałem własne archiwum. Szukałem konkretnych zdjęć, ale miałem je tylko w pamięci, nie nacisnąłem wtedy przycisku aparatu. Albo czegoś nie dopilnowałem. Pamiętam, jak wybuchły strajki na Wybrzeżu. Pracowałem wtedy w “Panoramie”. Spośród tych świetnych dziennikarzy, którzy pracowali wtedy na Śląsku, jeden jedyny Michał Smolorz spakował kanapki i pojechał. Mnie do głowy to nie przyszło. Albo kiedy przed stanem wojennym rozpylili ampułki gazu pod kopalnią Sosnowiec.

U nas dwa dni w redakcji odbywała się egzekutywa zakładowej partii i debatowano, czy tam jechać i fotografować. A w tym czasie Marek Dworaczyk, wolny strzelec, już tam siedział i robił zdjęcia. Dla nas to był szok, że tak można. Myśmy pracowali w ramach redakcji, która albo coś brała i zlecała, albo nie.

Miałeś dyskomfort, że pracujesz dla gazety, która nad publikacją takich zdjęć się zastanawia?

- Nie, bo w gruncie rzeczy to ja robiłem zdjęcia, jakie chciałem. Inna sprawa to to, czy były one publikowane.

Pracowaliśmy pod kloszem. Nasi naczelni byli naszymi zakładnikami. Jeżeli nie przynieślibyśmy jakiegoś zdjęcia albo byłaby jakaś wpadka, to wtedy głowę dawał naczelny.

Jak wyglądała taka selekcja zdjęć?

"Ich ostatnia droga" - za to zdjęcie w 1980 roku Bogdan Kułakowski dostał wyróżnienie w kategorii Życie Codzienne na World Press Photo

- Nie dawało się wszystkiego, czego nie puściłaby cenzura. Czyli np. lewego profilu Gierka. Mógł chodzić tylko prawy. Nie pytaj mnie, proszę, dlaczego, bo nie mam pojęcia. Fotografowaliśmy te jego wszystkie spotkania w halach, w zakładach. Problem był ze zrobieniem zdjęcia, bo Gierek stał na podium i czytał. Trudno było więc zrobić pochyloną głowę. Z kolei jak były oklaski i podnosił głowę, to trzepotał powiekami. Na zdjęciu miał albo prawe, albo lewe oko zamknięte, albo oba. Albo rozmazywał się. Wpadliśmy z kumplami na pomysł: Gierek zawsze używał dwóch par okularów w różnych oprawkach. Wyszukaliśmy w redakcji udane zdjęcia z jego udziałem w tych różnych okularach. Robiliśmy mu więc na miejscu zdjęcie i w zależności od tego, jakie miał okulary, wlepialiśmy to gotowe. Czysty fotomontaż. Nasi koledzy z agencji warszawskiej przesyłali do firmy nie zdjęcia, ale wywołane filmy. Ich szefowie na miejscu się wkurzali, bo im nie wyszło, i ostatecznie kupowali od nas.

Nie wolno było zrobić choć fragmentu krzyża. W 1980 r. dostałem wyróżnienie w konkursie World Press Photo. Na tym zdjęciu widać karawan, księdza. Jak dostałem nagrodę, redakcja mi pogratulowała, polała się wódka. Na drugi dzień skacowany jechałem do pracy tramwajem. Ludzie obok czytali gazetę, patrzę, a tu tylko informacja, że nasz człowiek dostał wyróżnienie. I ani śladu zdjęcia! Spotkałem w windzie równie skacowanego naczelnego i pytam, a on tylko: stary, no proszę cię. Pamiętam też mecz hokejowy między naszymi a ZSRR. Niespodziewanie wygraliśmy, daliśmy Rosjanom niezłego łupnia. Informacja poszła, ale bez zdjęcia, żeby za bardzo nie rzucała się w oczy. Takie absurdy zdarzały się często.

Nie miałeś przez to ochoty rzucić tym wszystkim?

- Nie, bo naród i tak wiedział swoje. Nieraz za to miałem ochotę uciec z ciemni. Nienawidziłem w niej pracować, a trzeba było dwie, trzy godziny dziennie. Nie lubiłem wywoływać, suszyć, wlewać jakichś odczynników itd. Wolałem jechać w teren. Pamiętaj też, że fotografowie zarabiali świetnie, był czas, gdy dostawałem tyle, ile górnik na przodku. Były premie i różne dogodności. W “Panoramie” mieliśmy mieszkania służbowe w Warszawie. Jechało się więc do Warszawy, z której służbowym autem jechało się na materiał np. do Suwałk. Pod warunkiem, że sam to sobie wymyśliłeś. Tragedią pracy reportera w redakcji jest obowiązek stawiania się na kolegia i otrzymywania idiotycznych zleceń od redaktorów prowadzących. Oni czasami działają w oderwaniu od rzeczywistości. Wymyślają więc rzeczy nudne. Więc opracowałem sobie zasadę, że to ja muszę wymyślać tematy, muszę ich wyprzedzać. Kiedy np. w Moskwie doszło do puczu, od razu zgłosiłem się do naczelnego, a ten zgodził się, żebym jechał. A jak było nudno, to np. jechałem na wysokogórskie szkolenie komandosów albo wypływałem w morze na połów z rybakami.

Ale też jeździłeś na budowę Huty Katowice, gdzie każdy dziennikarz mógł pracować tylko pod czujnym okiem anioła stróża.

- Był obowiązek umieszczania jednego zdjęcia z tej budowy dziennie, więc rzeczywiście ciągle się tam jeździło. I rzeczywiście mieliśmy opiekę panów z działu wojskowego. Byli tacy, którzy własnym ciałem zasłaniali jakieś kable. Tak zresztą było w każdym zakładzie. Robiłem tam zdjęcia, ale wciąż bywałem w górach, a tam spotykało się wielu opozycjonistów. Henryk Wujec, Maciej Kozłowski, Jurek Potocki. Jak “Solidarność” wybuchła, to na potrzeby związku też fotografowałem. Choć do samej “Solidarności” zapisałem się na sam koniec, kiedy część ludzi zaczęła z niej rezygnować. Członkiem PZPR za to nigdy nie byłem. Z gazety za całokształt wyleciałem w stanie wojennym.

Czym się wtedy zajmowałeś?

- Malowaniem mieszkania, pędzeniem bimbru i fotografowaniem. Możesz mi wierzyć, że było co. Masakrę na Wujku, wszystkie pielgrzymki papieskie. Musisz pamiętać, że to był czas, w którym zagraniczne redakcje skupowały od nas zdjęcia na pniu. Ze zleceniami nie miałem więc problemu. Pieniądze dostawało się natychmiast.

Ale po 1989 r. zatęskniłeś za etatem w redakcji?

- Zacząłem pracę w “Dzienniku Zachodnim”. Kiedy pojawiły się komputery, przez pół roku bałem się do nich podejść. Ale miałem już zwyczaj bratania się z młodzieżą fotograficzną. Pomogli. Praca się jednak nie zmieniła, bo fotografia jest wiecznie taka sama. Jest taką informacją, która ma swój własny język i trzeba go znać. Teraz każdy ma aparat, robi zdjęcia, można to robić przez komórkę. Tylko to jest jak z ludźmi, którzy uczą się języków: jeden z nich zna ich dziesięć i nie potrafi w żadnym z nich się komunikować. Tak samo jest z fotografią. Trzeba wiedzieć, co chce się zrobić i dlaczego, a to, czym fotografujesz, nie ma znaczenia. Czy to będzie cyfrówka, telefon czy stary aparat. Dla mnie 1989 r. był w ogóle wyjątkowy. Kiedyś siedzę w domu, dzwoni facet. Przedstawia się: Lew Rywin. Mówi, że jest w Katowicach i siedzi w hotelu z producentem filmowym Arnoldem Kopelsonem. Poraziło mnie, bo facet odpowiadał m.in. za produkcję “Plutonu”. Rywin mówi, że chcą się ze mną spotkać. Pojechałem do hotelu. Zaproponowano mi, żebym robił zdjęcia z planu filmowego “Triumf ducha” z Willemem Defoe. Zgodziłem się bez wahania. Niedługo później znowu ktoś do mnie zadzwonił. Odebrała żona i mówi, że dzwoni James Nachtwey, jeden z najsłynniejszych fotoreporterów wojennych. A ja jej mówię na to: OK, a do ciebie dzwoni Artur Rubinstein (moja żona jest pianistką). Wziąłem słuchawkę i usłyszałem: “Hi, Bogdan, this is Jim”.

Nachtwey robił materiał do “National Geographic” i chciał przyjechać na Śląsk. Poprosił, żebym mu pomógł. Byłem przeszczęśliwy, bo poznałem osobiście, pracowałem z gościem, który jest absolutną światową czołówką.

Czy dziś można mówić o fotograficznej elicie? Zdjęcia robi prawie każdy, wystarczy przejrzeć internet. Nie masz wrażenia, że dziś zawód fotografa zanika?

- Przecież fotografów bardzo dobrych jest niewielu. A oni są potrzebni do dobrej, rzetelnej informacji. To, że mamy jej tak dużo i jest powszechnie dostępna, to najczęściej bełkot. Uważam więc, że dobra informacja powinna być zawsze płatna. To czyjaś praca: ktoś stał na deszczu całą noc i czekał na uchwycenie chwili, ktoś pojechał na wojnę i doniósł, że się toczy. I na razie dobrzy fotografowie z fotografowania żyją. Bo mimo tej informacyjnej papki, która nas otacza, są jeszcze wyrobieni odbiorcy, którzy szukają dobrych rzeczy. Oczywiście ktoś powie, że łatwo mi tak mówić, bo dziś jestem na emeryturze, a zdjęcia robię dla przyjemności, a swoje życia zawodowe mam udane. To prawda, dlatego też wiem, że dobra fotografia wciąż jest potrzebna. Inaczej nie miałbym zleceń.

Bogdan Kułakowski był fotoreporterem m.in. w “Panoramie”, “Gościu Niedzielnym” i “Dzienniku Zachodnim”. W 1980 r. jego zdjęcie zostało wyróżnione w World Press Photo w kategorii Życie Codzienne.

Całość: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35055,12968664,Fotoreporter_wyrozniony_na_World_Press_Photo__Nie.html#ixzz2Dy858OcK

02-12-2012, 16:12

Nowa płyta Radia Katowice  »

Polskie Radio Katowice
02-12-2012

"Ideale" - nowa płyta Radia Katowice

W niedzielny wieczór, 2 grudnia, w Studiu Koncertowym Radia Katowice odbył się uroczysty koncert promujący nową płytę Radia Katowice “Ideale”.

Wykonawcy, to orkiestra Symfoniczna KHW KWK “Murcki-Staszic” oraz Vincent Schirmacher, tenor Opery Wiedeńskiej. Podczas koncertu prof. Andrzej Barczak, w imieniu ZPAV, wręczył Złote płyty Orkiestrze i Radiu Katowice. Podczas uroczystej Gali wystąpili: Vincent Schirrmacher – tenor (Chiny), Darina Petkowa – sopran (Bułgaria), Zerrin Karsli – sopran (Turcja) oraz ŻEŃSKA ORKIESTRA SALONOWA KHW SA KWK MURCKI-STASZIC

Był to kolejny koncert z okazji Jubileuszu 85-lecia Radia Katowice.

Całość: http://www.radio.katowice.pl/index.php?id=259&tx_ttnews[tt_news]=30383&tx_ttnews[backPid] =66&cHash=9379365b81

02-12-2012, 15:41

Jubileusz 85-lecia Polskiego Radia Katowice  »

Dziennik Zachodni
PAP
02-12-2012

Polskie Radio Katowice – jedna z najstarszych rozgłośni w Polsce – świętuje 85-lecie istnienia. We wtorkowych uroczystościach weźmie udział m.in. prezydent Bronisław Komorowski. W niedzielę mszę w intencji radia odprawił metropolita katowicki abp Wiktor Skworc.

Siedziba Polskiego Radia Katowice

- Radio pozostaje niewątpliwie ważnym środkiem formowania człowieka – poprzez rzetelną informację, ciekawą publicystykę, dobre programy religijne i czas mądrej, godziwej rozrywki – powiedział metropolita.

Nawiązując do genezy słowa “radio” (z łacińskiego radius – promień), arcybiskup mówił, że “radio – szczególnie takie, które pragnie pełnić misję społeczną i kulturotwórczą – staje się środkiem promieniowania prawdy, wzajemnego szacunku i pokoju”.

Hierarcha podkreślił, że dziś środki społecznego przekazu, w tym radio, wpływają nie tylko na to, jak ludzie myślą, ale także o czym myślą.

- Można mieć nadzieję, że ten wielki, zbiorowy, trwający już od 85 lat wysiłek wszystkich współtworzących Radio Katowice przełoży się na obfite dobro poszczególnych mieszkańców i całej społeczności naszej śląskiej ojcowizny – powiedział abp Skworc, wyrażając nadzieję, że rozgłośnia pozostanie radiem misyjnym. – Niech cieszy się naszym poparciem także poprzez radiowy abonament – zaznaczył.

W niedzielę katowicka rozgłośnia została otwarta dla zwiedzających, w ramach Dnia Drzwi Szeroko Otwartych. Zaplanowano zwiedzanie budynku radia i spotkania z dziennikarzami – twórcami popularnych audycji.

Stacja Polskiego Radia w Katowicach zaczęła nadawać 4 grudnia 1927 r., jako czwarta rozgłośnia w kraju. Jej sygnałem stały się dźwięki uderzenia młotkiem w kowadło – to właśnie one były pierwszymi, jakie znalazły się na antenie 85 lat temu. Potem nadano transmisję mszy z kościoła katedralnego.

Pierwszy budynek rozgłośni znajdował się na przedmieściach Katowic. Nowy modernistyczny gmach, w którym radio mieści się do dziś, został oddany do użytku w sierpniu 1937 roku. Zastosowano w nim m.in. nowatorskie jak na ówczesne czasy rozwiązanie polegające na odizolowaniu studia od konstrukcji budynku.

Obecnie Polskie Radio Katowice to jedna z największych rozgłośni w kraju. Jej audycje przez całą dobę odbiera kilka milionów słuchaczy.

Rocznicowe obchody rozpoczęły się kilka tygodni temu. Przed siedzibą rozgłośni odsłonięto ławeczkę-pomnik jej patrona Stanisława Ligonia – śląskiego pisarza, artysty i byłego dyrektora radia, autora popularnych przed wojną audycji: “Bery i bojki”, “Przy sobocie po robocie”, “Co niedziela u Karlika brzmi pieśniczka, gro kapela”.

W ramach obchodów jubileuszu rozświetlono też historyczny napis “Polskie Radio Katowice”, który po raz pierwszy pojawił się na elewacji gmachu 19 października 1937 r. Przetrwał tam tylko dwa lata; został zniszczony po wejściu wojsk hitlerowskich do Katowic na początku września 1939 r.

Lata II wojny światowej to okres przerwy w pracy radia. Powróciło na antenę 6 marca 1945 roku. Od tego momentu działa nieprzerwanie. Powstały w nim tak popularne programy jak “Śląska Fala”, “Radiowa Czelodka” oraz konkursy: ortograficzny – Ogólnopolskie Dyktando i gwarowy “Po naszymu, czyli po śląsku”.

Zwieńczeniem rocznicowych obchodów będzie 7 grudnia otwarcie poświęconej radiu wystawy w Muzeum Śląskim w Katowicach.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/711081,jubileusz-85-lecia-polskiego-radia-katowice,id,t.html

02-12-2012, 11:24

Lisicki: Hajdarowicz chciał mi sprzedać “Uważam Rze”. Dwa dni później mnie zwolnił  »

Gazeta Wyborcza
mig
02-12-2012

Paweł Lisicki powiedział we “Wprost”, że Jan Godłowski, najbliższy współpracownik właściciela tygodnika Grzegorza Hajdarowicza, złożył mu propozycję odkupienia “Uważam Rze”. Dwa dni później Lisicki, naczelny tygodnika, został zwolniony.

Paweł Lisicki

- Propozycja była bardzo serio – mówi we “Wprost” Lisicki, choć stwierdza, że z ostatnich dni w redakcji tygodnika ta oferta była “najbardziej szalona”. Były już naczelny tygodnika dostał propozycję, by wraz z dziennikarzami ze swojej redakcji odkupił pismo od Presspubliki.

“Odpowiedziałem, że to dobrze, bo jestem zwolennikiem spokojnego załatwiania spraw. Oczywiście dodałem, że potrzebuję czasu, bo nie mam pod ręką kilku czy kilkunastu milionów i że spróbuję taką sumę zebrać” – cytuje Lisickiego “Wprost”. Dwa dni później Lisicki przestał być redaktorem naczelnym “Uważam Rze”.

“Coś się tutaj kompletnie nie zgadza” – mówi były szef tygodnika i podkreśla, że “Uważam Rze” i “Uważam Rze Historia” tworzyły razem biznes, który na siebie zarabiał. Wspomina o spodziewanych 7 mln zł przychodów z reklam, podkreślając “dynamikę wzrostu” tych przychodów – “od kilkuset tysięcy do kilku milionów”.

Dezintegracja “Uważam Rze”, bracia Karnowscy startują z “W sieci”

Paweł Lisicki został zwolniony z “Uważam Rze” tydzień po udzieleniu wywiadu dla portalu wPolityce.pl, w którym ostro krytykował swojego wydawcę.

Niedługo po ujawnieniu tej informacji odchodzić zaczęli kolejni dziennikarze tygodnika, m.in. Piotr Gabryel, dotychczasowy wicenaczelny “URze” i “Rzeczpospolitej”, oraz czołowi publicyści i dziennikarze, jak Rafał Ziemkiewicz, Robert Mazurek, Igor Janke, Marek Magierowski i Bronisław Wildstein.

Wcześniej z redakcją “Uważam Rze” rozstać się musiał dotychczasowy wicenaczelny Michał Karnowski. Powodem było m.in. rozpoczęcie wydawania konkurencyjnego dwutygodnika “W sieci” przez spółkę Fratria, której członkiem zarządu i współudziałowcem jest Karnowski.

Całość: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,12965344,Lisicki__Hajdarowicz_chcial_mi_sprz edac__Uwazam_Rze__.html

02-12-2012, 08:39

Miecugow: w Sejmie nie ma dzisiaj żadnej siły, której chciałbym powierzyć władzę  »

Onet.pl
Jacek Nizinkiewicz
02-12-2012

- Dzisiaj w Sejmie nie ma żadnej siły, której ja bym chciał powierzyć władzę. System się tak zdewaluował, że żadna partia nie jest zdolna sprawować władzy w Polsce. (…) PiS jest w gorszej sytuacji od PO, bo ma gorsze kadry – powiedział w pierwszej części rozmowy z Onetem Grzegorz Miecugow. Dziennikarz ocenia także kondycję mediów, nie zgadzając się m.in. z Maxem Kolonko ws. tablodyzacji mediów. – Mariusz nie wie o czym mówi. On nie jest stąd – mówi Miecugow.

Z Grzegorzem Miecugowem – dyrektorem ds. publicystyki TVN 24, twórcą “Faktów” w TVN, członkiem Katedry Dziennikarstwa Collegium Civitas, współautorem książki “Szkiełkiem i wokół” – rozmawia Jacek Nizinkiewicz.

Jacek Nizinkiewicz: W jakiej kondycji są polskie media?

Grzegorz Miecugow: O tabloidyzacji i jej przyczynach mówię głośno od siedmiu czy ośmiu lat.

- Tabloidyzacji odbiorcy?

Grzegorz Miecugow

- Tak. Jeżeli media podzielimy na komercyjne i niekomercyjne, to te niekomercyjne, zwane publicznymi, mogą spełniać tzw. misję. W tym wypadku misją byłoby w Polsce wyrównywanie szans, czyli np. nadawanie rzeczy, które mogą być nadawane w całym kraju, a których nikt inny nie nada dlatego, że są za drogie i nie przynoszą zysków. Nie biorą udziału w wyścigu o widza. Takie programy to są rzeczy typu: teatr telewizji, dobry reportaż porządkujący jakieś sprawy w Polsce, jakieś ważne zagadnienie. Idealny model telewizji byłby taki, gdyby chociaż jeden program telewizji publicznej nie brał udziału w wyścigu o kasę.

- Media powinny być misyjne?

- Misją jest nadawanie lekcji języków obcych po to, aby ktoś kto mieszka na wsi, czy w małej miejscowości, miał szansę nauczyć się języka obcego. Misją jest nadać kulturę przez duże K, bo tenże sam człowiek z małej miejscowości, nie ma szansy dostać tej kultury w inny sposób. On nie mieszka w Warszawie, on nie ma do wyboru szesnastu teatrów państwowych i dziesięciu czy dwunastu prywatnych. Misją jest nadanie programu, jaki robił Romek Młodkowski czyli “Firma”. Takie programy powinny być finansowane nie z reklam, ale w inny sposób. Np. z opodatkowania TVN-u i Polsatu – jeżeli uznajemy, że abonament to jest kolejne opodatkowanie obywatela. Gdybyśmy chcieli się porównać do Anglii, to np. BBC nie bierze udziału w walce o reklamodawców.

- BBC wciąż jest medialnym wzorcem?

- Jako europejski model funkcjonowania telewizji, BBC wciąż jest wzorcem. Dlatego, że nie nadają reklam, czyli nie walczą o pieniądze na rynku. Mogą, w związku z tym, dbać o cele państwowe. Jak wesprzeć państwo w rozwoju społecznym? BBC ma taką metodę, że jak puszcza swoje seriale, a akcja dzieje się w domu, to w pokojach mają być półki z książkami.

- Działanie na podświadomość telewidza?

- Tak, bo fajnie jest mieć w domu książkę. Jeżeli zbliżają się wybory, to bohaterowie serialu zaczynają rozmawiać o wyborach, bo to jest sprawa funkcjonowania państwa. BBC nie ma największej oglądalności i pewnie TVP, gdyby zrezygnowała z nadawania reklam, też by spadła.

- Ale to BBC zachowała wiarygodność i jest opiniotwórcza.

- Jest opiniotwórcza. Z tą wiarygodnością to różnie bywa. Mają swoje wpadki. Ale jest przynajmniej punkt odniesienia. I jest możliwość wyboru. Dzisiaj u nas nie ma wyboru. Jesteśmy co prawda przed wielką zmianą nadawania. Dzisiaj zamykane są sukcesywnie analogowe nadajniki, będą cyfrowe. Sytuacja zmieni się o tyle, że za kilka lat, ten sam człowiek, który pochodzi z małej miejscowości, będzie miał jakiś wybór. Pytanie jaki. Bo jeżeli będzie miał do wybory osiemdziesiąt programów z anteny dachowej, to nie ma gwarancji, moim zdaniem, że to nie będzie to samo badziewie.

- Do czego służą media?

- Do porządkowania świata. Tak zawsze było.

- Naprawdę? Chyba sporo się zmieniło?

- Dzisiaj, moim zdaniem, media służą w dużej mierze do dostarczania rozrywki. Nie ma dużego radia, z którego człowiek z małego miasta dowie się czegoś więcej o świecie, albo nauczy się języka obcego, albo dowie sie o nowych trendach, nowych technologiach.

- Radia można słuchać w internecie, przez co nie trzeba ograniczać się do największych, komercyjnych stacji.

- Radia można słuchać w internecie, ale internet nadal jest dość stacjonarny. Ludzie w małych miejscowościach nie mają palmtopów i zasięgu.

- A czy Pan czuje się odpowiedzialny za tabliodyzację widza? Rozmawiałem ze Stefanem Bratkowskim, który powiedział, że Grzegorz Miecugow jest intelektualistą tylko w niedzielę po 23.30.

- Nie, nie tylko. Ja jestem bardzo wdzięczny stacji, że pozwala mi prowadzić od kilku lat długie rozmowy na różne tematy. W pewnym momencie byłem zmęczony i uznałem, że już nie mam o czym rozmawiać z politykami. Nie ma sensu rozmawiać z politykami, skoro znam ich odpowiedź na każde moje pytanie.

- Nie miał Pan poczucia, że rozmawia z mądrzejszymi?

- Nie. Na to się nałożyło jeszcze to, że w 2010 roku namnożyło się tych programów tyle, że jak chciałem zaprosić kogoś na środowy poranek, to się okazywało, że on już był we wtorek wieczorem albo będzie w środę wieczorem. A ta pula rozmówców, którzy stwarzają przynajmniej jakieś pozory tego, że się zastanawiają nad jakimś problemem, że maja jakieś rozterki, że nie do końca wiedzą wszystko, jest bardzo ograniczona.

- Największą przyjemność sprawia mi prezentowanie czytelnikom nowego ciekawego rozmówcy, z którym jeszcze nie rozmawiałem, często nawet kosztem klikalności. Przerabianie ciągle tych samych ok. 20 nazwisk zawęża i spłyca debatę. Nie mógł Pan, nadawać tonu i nie brać udziału w wyścigu o Palikota, Millera, Brudzińskiego, czy Kempę, z całym szacunkiem dla tych osób?

- Zaproponowałem stacji, żebym, jeśli zostawiamy program o 9.00, otworzył pulę.

- I pula nie została otwarta.

- Są tacy ludzie jak Henryka Bochniarz, Magdalenie Środa… Natomiast Adam Pieczyński uznał, że taki codzienny gość rano, to byłoby złamanie pewnej formuły. Kasia Kolenda-Zaleska zapraszała rano polityków, a ja miałbym gości spoza świata polityki? I nagle o 9.00 rano zacząłbym mówić o genetyce?

- A dlaczego nie? Przecież można też rozmawiać o polityce z ludźmi, którzy mają na bieżące sprawy szerszą optykę, a nie tylko przez partyjne okulary.

- Ja takich zapraszałem, np. Edmunda Wnuka-Lipińskiego, ale dla mnie tematy polityczne są też bardzo spłaszczone.

- A czy Pan, jako moderator rozmowy, nie może wyjść poza przysłowiową “małą Madzię”, którą to Madzią co tydzień staje się ktoś nowy i ciągle grzeje się jeden temat?

- Mogę, ale straciłem do tego ochotę. Z małą przerwą po katastrofie smoleńskiej, bo to był jednak duży wstrząs i miałem wieczorem gości politycznych czy to Bronisława Komorowskiego czy Michała Boniego. Ale generalnie uważam, że gadanie o polityce jest dzisiaj jałowe. Czasami są tematy, które mnie podkręcą. Np. tutaj za mną leży nowa książka Michała Króla pt. “W obliczu słońca”. Interesuje mnie pytanie o przyszłość Europy, takie hamletyzowanie trochę, być czy nie być, być razem czy się rozlecieć? Państwa narodowe czy większa integracja? To są super tematy. Bardzo interesujące.

- Robert Mazurek w rozmowie z “Wprost” powiedział, że większość dziennikarzy to kretyni. Jest coś na rzeczy?

- Wszyscy trochę kretyniejemy. Pytanie, kto to jest dziennikarz. To jest bardzo pojemne słowo w polskim języku.

- A jakby Pan zdefiniował dziennikarza?

- Dziennikarz, to jest człowiek, który potrafi przejść cztery kroki, i to przejść z powodzeniem. Tzn. wie co ludzi interesuje, czyli jest jakby częścią społeczeństwa. Wie, kogo zapytać o to, co ludzi interesuje. Potrafi zrozumieć sedno sprawy, to jest najważniejsze, oraz potrafi to potem przełożyć na język mediów, którymi pracuje, czyli napisać felieton, artykuł, wywiad, zrobić materiał telewizyjny, rzadziej radiowy. Kiedy ja jeszcze pracowałem w radiu, robiło się materiały radiowe, bo teraz to są tylko jakieś dźwięki.

- Nie ma Pan wrażenia, że media współtworzą dzisiaj pracownicy medialni, którzy mogliby równie dobrze współtworzyć przysłowiową fabrykę żyletek, a nie dziennikarze?

- Praca w takim medium jak TVN24 jest dosyć specjalistyczna, bo to nie jest to samo, co zakład produkujący żyletki. To jest o wiele bardziej skomplikowane. Jest ktoś odpowiadający za dzień, są wydawcy odpowiedzialni za poszczególne odcinki i to się wszystko kręci. Wszystko jest zaplanowane i dosyć precyzyjnie wykonywane. Dużo bardziej precyzyjnie niż 12 lat temu, kiedy zaczynaliśmy. Chociaż wtedy to myśmy dyktowali warunki. Nie było dla nas żadnej konkurencji i mogliśmy zaproponować coś, co nam się podobało. Mając dobrą promocję po 11 września 2001 roku. Kiedy wzięły nas wszystkie kablówki, mogliśmy nadawać rzeczy ambitniejsze z naszego wyboru.

- Czy nie jest tak, że teraz telewizje informacyjne nie “kręcą się” tylko nakręcają?

- Zgadzam się.

- Czy to oznacza, że naszym sportem narodowym jest wojenka domowa i ciągły spór?

- O tym napisał bardzo interesujący artykuł Robert Krasowski w “Polityce”. My obywatele, badani fokusowo, możemy wpędzić w maliny “Gazetę Wyborczą”. Nie wiem, czy Pan pamięta, kilka lat temu zrobiono badanie wśród czytelników, czy przypadkiem nie byłoby dobrze, gdyby stworzyć tabloid bez krwi i przemocy. Z badań wyszło, że tak, że byłoby bardzo dobrze.

- I powstał “Nowy Dzień”.

- Tak, “Nowy Dzień” to się chyba nazywało. Wytrzymali na rynku dwa miesiące, może trzy. Bo ten sam człowiek, który w ankiecie deklarował: “tak, tak, ja chcę tabloid bez krwi”, kiedy szedł do kiosku i widział tabloid bez krwi to kupował “Fakt”. Więc my co innego deklarujemy, a co innego potem, jako odbiorcy, robimy. Jak widzieliśmy Nelly Rokitę w telewizji u Moniki Olejnik, to ja wiedziałem, że wieczorem będę miał w swoim programie jeden albo dwa telefony, które będą pomstować na Panią Rokitę. Ale jak się sprawdziło następnego dnia oglądalność, to była bardzo wysoka. Dlatego, że ludzie publicznie mogą deklarować, że nie chcą oglądać Nelly Rokity, a jak ją widzą, to czekają, co ona ciekawego wykona. Co ona powie takiego, że będzie się można utwierdzić w przekonaniu, że nie jest specjalnie merytoryczna.

- Podobnie było z Andrzejem Lepperem.

- Pytano, dlaczego tego Leppera pokazujecie? A na jego konferencjach wskaźnik oglądalności zawsze rósł.

- I dzięki temu sam Lepper politycznie urósł, mimo tego, że niektóre media deklarowały, że nie będą promowały Samoobrony.

- Nie można składać takich deklaracji. Kiedyś mieliśmy dyskusję, żeby zrobić dzień bez telewizji, żeby ta telewizja nie była taka wszechwładna. Ale to nie jest tak. Nie można bojkotować nikogo, nie można kogoś nie pokazywać. Jesteśmy do pewnego stopnia usługowi. Powiedziałem, że dziennikarz powinien wiedzieć co ludzi interesuje. To jest takie zaproszenie do usługi. Oczywiście czasami obywatel nie wie czego chce. To nie jest tak, że obywatel budzi się rano i zastanawia się, czy jest jakaś afera hazardowa. Ja wiem, że obywatel jest zainteresowany ujawnianiem przez prasę, przez media, afer związanych z władzą. Jestem częścią społeczeństwa i wydaje mi się, że przynajmniej dla tej części dla której ja pracuję, wiem czego ludzie oczekują.

- Oczekują tego, żeby przez kilka dni grzać sprawę małej Madzi, a później Katarzyny W. ?

- Ja nie żyję sprawą Madzi.

- Ale Pańska stacja żyje.

- No to ja mówię mojej stacji, że przesadzamy. To jest taki syndrom wejścia spod prokuratury. Jedzie wóz, reporter mówi, że za pół godziny rozpocznie się przesłuchanie pana X. Po pół godziny mówi, że właśnie się rozpoczęło, po kolejnej pół godziny mówi, że trwa, a po godzinie mówi, że się skończyło. Rzadko kiedy natomiast, ma czas powiedzieć czego sprawa dotyczy. Ja to tak opisuję w naszych dyskusjach wewnętrznych. Ale z tego nie ma specjalnie wyjścia. My mamy bardzo dużo programów na żywo, mamy fajnych, wygadanych reporterów. Staramy się utrzymać proporcje. Jak wchodziliśmy do pokoju, Jacek Pałasiński próbował tłumaczyć sytuacje w Palestynie i Izraelu, bardzo zagmatwaną sytuację. Mamy dosyć różnorodny program, ale ciągle mamy ten sam dylemat. My chcemy, żeby widz oglądał nas z pewną świeżością tzn. jeżeli wchodzimy z jakiegoś miejsca, to żeby było to dwóch różnych reporterów, żeby było to inaczej podane.

- W książce “Szkiełko i wokół” powiedział Pan, że Pański “Inny punkt widzenia” jest programem, który mówi, o rzeczach ważnych, ale przyszłość jest taka, że filmy Ewy Ewart trzeba będzie wsadzać do programu “Ewa Ewart w sieci”, i Pański program również. Dlaczego tak ciekawe programy miałyby w przyszłości zniknąć z ramówki?

- Nie, nie zniknąć. Pan pracuje w sieci. Was ocenia się od kliknięć. Ci, którzy klikają, będą, de facto, modelowali strony. Tzn. na pierwszą stronę portalu będzie się wypychało coś, co ma dużą klikalność. Wczoraj w Onecie widziałem taki artykuł, wśród artykułów najchętniej czytanych, pt: “Zdradziłam go tylko raz. Czy mi wybaczy?”. I to jest właśnie taki tytuł, z którym bardzo trudno walczyć. Onet w ogóle jest specjalistą w zagadkowych tytułach.

- Dla odbiorcy to dobrze czy źle?

- To jest desperacka walka dziennikarzy o życie. Kiedy zobaczyłem w Onecie tytuł: “Premier zarabia więcej od Obamy”, to kliknąłem. Kliknąłbym również, gdyby informacja w tytule była pełna, tzn.: “Premier Iranu zarabia więcej od Obamy”. Kliknąłbym, bo to ciekawe, skąd Iran ma pieniądze na płacenie premierowi aż tak dużo. Natomiast przeciętny użytkownik Onetu, widząc zdanie: “Premier Iranu….” nie klika na to dalej, bo już wie wszystko, co potrzebuje wiedzieć w tej sprawie. Zagadkowe tytuły złożone z cytatów, cudzysłowie np: “Wisła rozwiązała swój największy problem kadrowy”. Klikam, Wisła Płock i piłka ręczna, a to mnie interesuje słabo. Ale dziennikarz broni się tytułem przed śmiercią, którą będzie to, że zostanie zmarginalizowany, bo nie klikają na niego.

Całość: http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/miecugow-w-sejmie-nie-ma-dzisiaj-zadnej-sily- ktore,1,5320536,wiadomosc.html