Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

04-12-2012, 17:20

Polsat kończy 20 lat: Historia pierwszej komercyjnej TV w Polsce  »

Media2.pl
Łukasz Szewczyk
04-12-2012

5 grudnia 2012 roku mija dokładnie dwadzieścia lat od narodzin Telewizji Polsat- pierwszej komercyjnej stacji telewizyjnej w Polsce. Dzięki filmowym hitom, kultowym serialom, muzycznym wydarzeniom, teleturniejom i relacjom sportowym Telewizja Polsat stała się ulubioną stacją milionów Polaków.

Jarosław Gugała - szef "Wydarzeń" TV Polsat

Telewizja Polsat rozpoczęła nadawanie 5 grudnia 1992 roku, dokładnie o godzinie 16.30. Była to przełomowa data w historii polskiej telewizji – na zdominowanym przez telewizję publiczną rynku, pojawiła się pierwsza prywatna i niezależna stacja, przecierając szlak kolejnym niezależnym polskim mediom telewizyjnym. Ze względu na ówczesne uregulowania prawne sygnał nadawany był z Holandii za pośrednictwem satelity Eutelsat II, z kolei taśmy z programem docierały tam drogą lotniczą. Już niespełna 9 miesięcy później, w sierpniu 1993 roku na antenie Polsatu pojawiły się “Informacje” – pierwszy w dziejach polskiej telewizji niezależny serwis informacyjny. W październiku 1993 roku Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji przyznała Telewizji Polsat koncesję na emisję naziemną.

Seriale
Kultowe seriale, pojawiły się w stacji już w 1995 roku. Pierwszym i najdłużej emitowanym serialem był “Strażnik Teksasu”, z nieśmiertelnym Chuckiem Norrisem. “Strażnik Teksasu”, “Drużyna A” oraz “MacGyver” przyciągnęły męską część widowni dostarczając niemałych emocji, kobiety zaś wzruszały się losami “Zbuntowanego anioła”, z urugwajską pięknością Natalią Oreiro w roli głównej. Pierwszy sezon emisji przyciągnął przed telewizory średnio ponad 4,5 mln widzów, a drugi prawie 6 mln widzów. Kolejnym sukcesem okazał się świetny “Ostry dyżur” – debiut George’a Clooney’a.

Stacja regularnie wspierała również rodzimą produkcję. Pierwszy polski sitcom – “13 posterunek” (koprodukcja z Canal+) – stał się przebojem jesiennej ramówki w 1998 roku – średnia widownia przekroczyła wtedy 9 mln widzów. Jeszcze większym sukcesem okazały się “Miodowe lata”. Rekordowy odcinek wyemitowany w grudniu 1998 roku oglądało średnio 9 mln 167 tys. widzów. Tysiące wiernych fanów miały także seriale komediowe – “Graczykowie”, “Rodzina zastępcza” oraz obyczajowe – “Samo życie”. “Daleko od noszy” to rodzima parodia seriali medycznych z brawurowo zagranymi rolami komediowymi Pawła Wawrzeckiego, Krzysztofa Kowalewskiego i Piotra Gąssowskiego. W szpitalu nie mogło zabraknąć również personelu żeńskiego, czyli Siostry Basen – Hanny Śleszyńskiej, i doktor Karinki, czyli Anny Przybylskiej. Niekwestionowanymi liderami są już od wielu lat: “Świat według Kiepskich” – do tej pory wyemitowano 405 premierowych odcinków, oraz “Pierwsza miłość”, która z 1600 odcinkami jest absolutnym rekordzistą. Emisja tych seriali niezmiennie przyciąga przed telewizory 3 mln widzów.

W 2005 roku Telewizja Polsat rozpoczęła emisję serialu “Gotowe na wszystko” (Desperate Housewives), a od 2007 roku “Skazanego na śmierć” (Prison Break). Rekordowe odcinki tego serialu przyciągnęły blisko 7 mln widzów. Po sukcesie “Skazanego na śmierć” stacja zdecydowała się na zakup “CSI Nowego Jorku”, “CSI Miami” (aż 9 sezonów) oraz “Kości”. Do dziś stacja pokazała 7 sezonów serialu. W 2010 roku na antenie Telewizji Polsat pojawiły się dwa nowe seriale, które dały początek czwartkowemu wieczornemu pasmu kobiecemu “Hotel 52″ oraz “Szpilki na Giewoncie”. Góralski klimat podbił serca widowni i gdy wydawało się, że takiego hitu nic nie może zastąpić, Polsat postawił na “Przyjaciółki”.

Telewizja Polsat jako pierwsza stworzyła pasmo popołudniowe z serialami z gatunku docu drama, gdzie przedstawiane historie odgrywane są przez aktorów-amatorów. “Trudne sprawy”, “Malanowski i partnerzy” oraz “Dlaczego ja” codziennie gromadzą przed telewizorami średnio 2 mln widzów.

Kinowe hity na małym ekranie
Wiosną 1997 roku pojawia się pasmo MegaHit, prezentujące największe przeboje kinowe. Poniedziałkowe wieczory z Polsatem stały się niemal obowiązkowe w każdym domu. Na ekranach królowały wówczas: “Szczęki 2″ obejrzało 6 mln widzów, “Rambo III” i “48 godzin” – 7 mln, “Akademia Policyjna” – ponad 8 mln widzów! Później przyszedł czas na “Air America”, “Cobra” i “Pretty Woman”, “Spidermana”, “Terminatora” czy “Szklaną pułapkę”.

Telewizja Polsat jako pierwsza nabyła prawa do emisji największej i najdroższej produkcji filmowej ówczesnej kinematografii – “Titanica”, a to wszystko przed polską premierą kinową! Film był wyemitowany 11 razy i w sumie obejrzało go 72 mln Polaków. Do dziś poniedziałkowy MegaHit jest najchętniej oglądanym pasmem filmowym w Telewizji Polsat.

Rozrywka
Szybko, bo już w 1993 roku na antenie Telewizji Polsat pojawił się pierwszy talk show w telewizji komercyjnej – “Na każdy temat” prowadzony najpierw przez Andrzeja Woyciechowskiego, a następnie kilka lat przez Mariusza Szczygła. Kontrowersyjne pytania zadawano zarówno wielkim osobowościom świata kultury, m.in. Elżbiecie Pendereckiej, Bogusławowi Kaczyńskiemu, Hance Bielickiej, jak i prostytutkom, drag-queens, czy gwiazdom rocka. Program złamał wszystkie tabu, i to w nim po raz pierwszy padło słowo “orgazm”.

We wrześniu 1996 roku Polsat wciągnął Polaków do gry o tysiące cennych nagród, pojawił się bowiem “Klub Polsatu” i jego sławne “Paszporty”, które trafiły do 13 milionów gospodarstw domowych. Była to pierwsza, i na tak ogromną skalę, zorganizowana akcja lojalnościowa. Tym samym Telewizja Polsat rozpoczęła “grę”, która w krótkim czasie stała się najpopularniejszą zabawą telewizyjną w Polsce.

Jesienią 1997 roku pojawia się pierwszy z popularnych teleturniejów – “Idź na całość”. Niespełna miesiąc po swoim debiucie prowadzone przez Zygmunta Chajzera widowisko zdeklasowało konkurencję, bijąc niepokonane wówczas “Wiadomości” w TVP1. 5 października 1997 roku wielkiego pluszowego kota Zonka, trzy bramki oraz zmagania uczestników w walce o nagrody rzeczowe (a były nimi zarówno suszarki do włosów, jak i drzwi antywłamaniowe, czy samochody) oglądało 9 mln 267 tys. widzów! Kultowy dziś Zonk jest pluszakiem unikatowym – bywa przedmiotem zaciekłych licytacji internetowych.
Na antenie stacji pojawił się “Bar” – pierwsze w Polsce widowisko rozrywkowe posiadające cechy różnych gatunków telewizyjnych, m. in. reality show i telenoweli dokumentalnej. Za tytułowym “Barem” stanął Krzysztof Ibisz a z ówczesnego “gorącego krzesła” na tron królowej przesiadła się Doda, czyli Dorota Rabczewska.

W 2002 roku pojawił się program “Idol” – to właśnie Polsat zrealizował pierwszą europejską edycję tegopopularnego show na świecie. “Idol” w rekordowym tempie stał się zjawiskiem telewizyjnym i największym przedsięwzięciem medialnym Telewizji Polsat. “Idol” to setki godzin przesłuchań w największych miastach Polski oraz wielostopniowe eliminacje dokonywane przez widzów i profesjonalne jury (Ela Zapendowska, Jacek Cygan, Robert Leszczyński, Kuba Wojewódzki a później jeszcze Marcin Prokop i Maciej Maleńczuk). Dzięki trzem edycjom muzycznego show na polskim rynku muzycznym pojawiły się nowe gwiazdy – Monika Brodka, Ania Dąbrowska, Ewelina Flinta, Szymon Wydra czy Tomek Makowiecki. Uczestnikami “Idola” byli także Paulina Sykut oraz Wojtek “Łozo” Łozowski. Finał pierwszej edycji śledziło ponad 4,4 mln widzów. Program wylansował także bezlitosnego jurora – Kubę Wojewódzkiego, jego autorski talk show widzowie Telewizji POLSAT śledzili od jesieni 2002 roku; Adama Sztabę, którego aranżacje muzyczne zwalały z nóg oraz Elżbietę Zapendowską – autorkę najbardziej ciętych uwag, których możemy słuchać także dziś w show “Tylko muzyka. Must be the music”.

Przekonaliśmy się, że śpiewać chcą i mogą prawie wszyscy, ale postanowiliśmy sprawdzić jak z piosenką poradzą sobie gwiazdy seriali. Na scenie show “jak Oni śpiewają” stanęło 68 gwiazd serialowych – od filmowego Faraona (Jerzego Zelnika) do Anny Muchy. Jego pierwsza edycja była najchętniej oglądanym show telewizyjnym wiosny 2007 roku, a Wielki Finał – zaciętą walkę o Brylantowy Mikrofon oglądało ponad 6 milionów widzów. Polsat zrealizował w sumie sześć edycji muzycznego show. Dla Piotra Polka, Krzysztofa Respondka i Agnieszki Włodarczyk “jak Oni śpiewają” stało się początkiem kariery wokalnej.

Hitem okazał się kolejny talent show “Tylko muzyka. Must be the music”. Tym razem Polsat postanowił wyłowić spośród setek zgłoszeń nie tylko fenomenalnie śpiewających ludzi z interesującą osobnością, ale przede wszystkim tych, którzy wykonują własny repertuar! Uczestników oceniają: Kora, Elżbieta Zapendowska, Adam Sztaba i Wojtek “Łozo” Łozowski. Program stał się przebojem stacji. Każdy odcinek ogląda średnio prawie 3,5 mln widzów. Po sukcesie “Tylko muzyka. Must be the music” Telewizja Polsat postawiła na kolejny talent show “Tylko taniec. Got to dance”, który pozwala zaistnieć ludziom kochającym taniec. Uczestnicy przedstawili taką różnorodność stylów tanecznych, taką determinację w dążeniu do wygranej, że zadziwili nie tylko jury w składzie: Krystyna Mazurówna, Joanna Liszowska, Alan Andersz i Michał Malitowski, ale także podbili wymagającą publiczność.

Wielkie wydarzenia muzyczne
Muzyka i wielkie imprezy muzyczne zawsze miały swoje istotne miejsce na antenie stacji. Już w 1996 roku Polsat transmitował koncerty Tiny Turner i Jose Carrerasa, relacjonował także koncert i cały pobyt ikony muzyki pop – Michaela Jacksona w Polsce, oraz koncert tytanów rock’n'roll’a – Rolling Stonesów w Chorzowie w 1998 roku.

Po muzycznych odkryciach przyszła kolej na największą zabawę sylwestrową w Polsce. Zaczęło się od dwóch sylwestrowych koncertów (2006 i 2007) zorganizowanych przez Polsat w Krakowie. Okazały się tak wielkim sukcesem stacji, że rok później Telewizja Polsat zdecydowała się na przeniesienie sylwestrowej zabawy na warszawski plac Konstytucji. Cztery już zorganizowane, i piąta za chwilę, wspólnie z m. st. Warszawa – Sylwestrowe Moce Przebojów – są strzałem w dziesiątkę. Dzięki najlepszym artystom, świetnemu repertuarowi i niezapomnianej atmosferze każda kolejna Sylwestrowa Moc Przebojów biła rekord oglądalności poprzedniej. Ubiegłoroczny noworoczny toast z Polsatem wzniosło prawie 5 mln widzów. Dziś Polacy, a szczególnie warszawiacy, nie wyobrażają sobie sylwestrowej nocy bez zabawy na placu Konstytucji tak samo, jak widzowie nie wyobrażają sobie świąt Bożego Narodzenia bez “Kolędowania z Polsatem” oraz bez kultowego już “Kevina”. O obecność na antenie w czasie świąt, przygód tego nastoletniego łobuza, dbają sami widzowie – każdego roku przychodzą tysiące e-maili i próśb telefonicznych w tej sprawie.

Od 10 lat Telewizja Polsat jest też kreatorem i organizatorem autorskiego festiwalu muzycznego - Sopot TOPtrendy Festiwal. Festiwal jako jedyna na polskim rynku muzycznym scena promuje debiutantów. O sukcesie trendów świadczy fakt, iż z każdym rokiem napływa coraz więcej zgłoszeń od artystów, którzy pretendują do tytułu artysty “trendy”. Sopot TOPtrendy Festiwal w koncercie TOP prezentuje jednocześnie najpopularniejsze polskie gwiazdy – złotą dziesiątkę artystów, którzy sprzedali w danym roku rekordową liczbę płyt.

Sport
W Telewizji Polsat nie zabrakło także sportowych emocji. Stacja z powodzeniem rywalizowała z Telewizją Polską, niejednokrotnie przejmując wpisany w jej istnienie cel – realizację misji, pokazując najważniejsze wydarzenia sportowe. Pierwszy sukces to październik 1998 roku, kiedy to Polsat stał się pierwszą stacją na rynku polskim prezentującą zawodowe walki bokserskie. Pięściarski pojedynek Andrzeja Gołoty z Timem Witherspoonem zgromadził przed telewizorami 13 mln widzów, a Polsat w 1998 roku stał się liderem rynku telewizyjnego w Polsce w grupie komercyjnej 16-49.

Także od 1998 roku więcej powodów do radości mieli kibice innych dyscyplin, gdyż stacja regularnie poszerzała swoja ofertę, prezentując mecze siatkówki, koszykówki czy zawodów żużlowych. Od 2000 roku Polsat pokazuje mecze Ligi Mistrzów. W 2002 roku po raz pierwszy w historii polskiej telewizji – Polsat jako telewizja komercyjna pokazuje wszystkie mecze Mistrzostw Świata w Korei i Japonii. W 2006 roku Telewizja Polsat ponownie nabywa (wspólnie z TVP) prawa do transmisji Mistrzostw Świata w piłce nożnej w Niemczech. Jesienią wielkim wydarzeniem sportowym i medialnym stają się mistrzostwa świata w siatkówce transmitowane na antenach Polsatu (Polsat i Polsat Sport), na których polska drużyna zdobywa srebrny medal. Finałowy mecz z Brazylią przyciąga przed ekrany średnio 7 milionów kibiców siatkówki.

W 2007 roku Telewizja Polsat ponownie dostarcza kibicom wrażeń sportowych. Mistrzostwa świata w piłce ręcznej z udziałem polskiej drużyny znów przyciągają rzesze kibiców. Finałowy mecz z Niemcami śledzi średnio 4 mln 400 tys. widzów. Wraz z pierwszymi sukcesami Roberta Kubicy, Telewizja POolsat stawia na popularyzację wyścigów Formuły 1. Już pierwszy sezon transmisji – pokazywany od marca 2007 roku – okazuje się olbrzymim sukcesem. Najlepszy sezon F1 w wykonaniu Polaka to rok 2008, kiedy Kubica wygrywa GP Kanady, w sześciu innych wyścigach staje na podium, zaś w klasyfikacji generalnej zajmuje – 4. miejsce.

Rok 2008 jest również interesujący dla fanów piłki nożnej. Polsat jako pierwsza stacja komercyjna pokazuje samodzielnie i w całości wszystkie mecze turnieju Euro 2008 z Austrii i Szwajcarii. Najchętniej oglądane mecze Polaków z Niemcami i Austrią ogląda ponad 10 mln widzów. Rok później stacja pokazuje drogę naszej siatkarskiej drużyny mężczyzn po złoty medal Mistrzostw Europy w Turcji, a drużyna siatkarek w turnieju Mistrzostw Europy organizowanym w Polsce a produkowanym przez naszą stację, zdobywa brązowy medal. Koniec 2009 roku przyniósł jeszcze jeden sukces. Pierwszą walkę Mariusza Pudzianowskiego w ringu MMA podczas XII gali KSW oglądało ponad 5 mln widzów. “Dominator” w niespełna 44 sekundy wygrał z bokserem Marcinem Najmanem. Ostatnie lata sportowych emocji w Polsacie to przede wszystkim sukcesy polskich siatkarzy. Brązowy medal Mistrzostw Europy w 2011 roku i pierwsze historyczne zwycięstwo w tegorocznej edycji Ligi Światowej.

Kanały tematyczne
Wychodząc naprzeciw potrzebom widzów Telewizja Polsat od ponad 10 lat poszerza swoje portfolio tworząc kanały skierowane do każdego członka rodziny. Oprócz Polsat HD, który od 2009 roku daje możliwość oglądania Polsatu w standardzie High Definition, największą w ofercie grupę stanowi rodzina kanałów sportowych. W 2000 roku powstaje pierwszy polski kanał sportowy Polsat Sport – dziś najlepszy kanał sportowy w Polsce, który rocznie realizuje ponad 500 transmisji z różnych wydarzeń sportowych. Od 2008 kanał jest nadawany też w jakości HD. Pięć lat później startuje Polsat Sport Extra, prezentujący ekskluzywne wydarzenia sportowe oraz Polsat Sport News – sportowy kanał informacyjny. Obok rodziny kanałów sportowych w ofercie Polsatu znajdują się kanały informacyjne – nadający przez całą dobę Polsat News i poświęcony tematyce gospodarczej – TV Biznes. W grupie lifestylowej znalazły swoje miejsce Polsat Cafe z ofertą dla kobiet, Polsat Play z tematyką skonstruowaną z myślą o mężczyznach, Polsat JimJam – kanał dziecięcy, Polsat Food Network – kulinarno- rozrywkowy oraz Polsat 2 o profilu uniwersalnym, adresowany do osób polskojęzycznych, mieszkających za granicą. W ofercie nie mogło zabraknąć kanałów filmowych i dokumentalnych. Miłośnikom kina Polsat oferuje Polsat Film (także w jakości HD), a widzom żądnym mocnych wrażeń Polsat Crime&Investigation – emitujący filmy dokumentalne przedstawiające największe zbrodnie ostatnich lat.

Fundacja Polsat
Fundacja Polsat, jedna z największych organizacji pozarządowych działających na terenie Polski, od szesnastu lat kieruje swoją pomoc do chorych dzieci i ich rodziców.
Fundacja Polsat ratuje zdrowie i życie dzieci, które bez jej pomocy nie mają szans na wyzdrowienie. Fundacja stworzyła system szybkiej i skutecznej reakcji na prośby o pomoc. Informacje otrzymywane od rodziców są weryfikowane, a następnie ich podania są rozpatrywane według ustalonych kryteriów. Pieniądze przeznaczane są na zabiegi, operacje, terapie i rehabilitacje. Do dziś Fundacja objęła swoją pomocą 18 991 małych pacjentów i wsparła finansowo 1110 szpitali i ośrodków medycznych w całym kraju, które zostały wyremontowane lub wyposażone w nowoczesny sprzęt medyczny. W sumie na cele statutowe Fundacja przekazała dotąd 179 298 538,29 złotych. Fundusze na prowadzenie działalności pochodzą z ogólnopolskich kampanii, darowizn, dotacji wielu firm i osób prywatnych.

Całość: http://media2.pl/media/98535-Polsat-konczy-20-lat-Historia-pierwszej-komercyjnej-TV-w- Polsce.html

04-12-2012, 17:05

Prezydenckie życzenia dla Radia Katowice  »

TVP Katowice
(PAP)
04-12-2012

Życzenia, by Polskie Radio Katowice skutecznie propagowało śląskość w Polsce, złożył jego pracownikom prezydent Bronisław Komorowski, który we wtorek wziął udział w uroczystościach 85-lecia rozgłośni.

Rodzinne zdjęcie Prezydenta Bronisława Komorowskiego z zespołem Polskie Radia Katowice

Podczas spotkania w siedzibie radia Komorowski dziękował pracownikom radia za ”stworzenie wielkiego potencjału” – historycznie i obecnie. ”To jest polskie radio tu, na Śląsku” – akcentował. Wskazał, że Polskie Radio miało ogromną rolę w okresie, kiedy polskość Górnego Śląska była kwestionowana, a także w kolejnych latach – umacniania związków tego regionu z Polską.

Pracownikom katowickiej rozgłośni prezydent życzył, by obecnie, kiedy świat, Polska i Górny Śląsk zmieniły się, instytucja ta była ”skutecznym orężem” propagowania śląskości w Polsce i uczynienia z reszty kraju ”w jakiejś mierze beneficjenta wspaniałych cech, które dają dobre efekty na Śląsku od wielu pokoleń”.

Prezydent wymienił m.in. stosunek do pracy i do rodziny oraz solidarność. Wskazał na ”specyficznie śląską zdolność łączenia nowoczesności z tradycją” oraz wynikającą z tej tradycji ”naturalną potrzebę życia po bożemu i muzykowania jednocześnie”. Zaakcentował też ”naturalny silny związek między poczuciem wagi tego, co jest swojskie, śląskie (…) z poczuciem współodpowiedzialności za wielką całość, wielką wspólnotę ogólnonarodową”. Prezydent ocenił, że ów związek przejawia się w solidnej pracy na co dzień, potrzebie umacniania państwa polskiego i polskiej gospodarki, a także dumie z własnych dokonań. ”Uważam, że tego nam dzisiaj bardzo wszystkim potrzeba. ( ) Tak, jak dzisiaj toczyła się walka o polskość Śląska ( ), tak dzisiaj jest wielkim wyzwaniem śląskość Polski – aby te cechy tak szczególne i tak sprawdzające się na Śląsku, mogły ( ) budować nowoczesną Polskę” – dodał.

Prezydent RP Bronisław Komorowski na 85. urodzinach Polskiego Radia Katowice

Podczas uroczystości prezydent wyróżnił odznaczeniami państwowymi ponad 20 pracowników Polskiego Radia Katowice. Krzyże Kawalerskie Orderu Odrodzenia Polski otrzymali: Jacek Filus, Henryk Grzonka, Marek Mierzwiak, Andrzej Prugar i Anna Sekudewicz. Złote Krzyże Zasługi odebrali: Jacek Kurkowski, Karol Lipowczan i Józef Wycisk. Piętnaścioro innych pracowników zostało odznaczonych Medalami za Długoletnią Służbę.

Prezes Polskiego Radia Katowice Henryk Grzonka wręczył prezydentowi statuetkę przedstawiającą śląski żeleźniok (piecyk w innych regionach Polski nazywany kozą). Jak mówił, to jeden z symboli łączących się z patronem katowickiej rozgłośni – Stanisławem Ligoniem, który m.in. od 1937 prowadził audycję ”Trzy żeleźnioki”. To na jego apel w 1939 r. do radia znoszono m.in. datki na Fundusz Obrony Narodowej – część z nich zebrano i dostarczono właśnie w żeleźniokach.

Grzonka przypomniał, że żeleźniok jest symbolem ciepła, domowego ogniska, a także górniczej pracy. Komorowski odparł, że w tym symbolu kryje się ”ogień duszy śląskiej”, ale też ”potrzeba ciepła, które promieniuje na innych”. ”To jest żeleźniok śląski, który promieniował także przez Polskie Radio na cały Śląsk polski, a dzisiaj – bardzo bym chciał, by promieniował wszystkimi dobrymi myślami, skojarzeniami, wzorcami i na resztę Polski” – dodał.

Polskie Radio Katowice zaczęło nadawać 4 grudnia 1927 r. jako czwarta rozgłośnia w kraju. Jej sygnałem stały się uderzenia górniczymi młotkami w hutnicze kowadło – były to pierwsze dźwięki, jakie znalazły się na antenie. Modernistyczny gmach, w którym radio mieści się do dziś, oddano do użytku w sierpniu 1937 r.Rocznicowe obchody rozpoczęły się kilka tygodni temu.

Przed siedzibą rozgłośni odsłonięto ławeczkę-pomnik jej patrona Stanisława Ligonia – śląskiego pisarza, artysty i byłego dyrektora radia. Zrekonstruowano historyczny neon z napisem ”Polskie Radio Katowice”, który pierwotnie pojawił się na elewacji gmachu w 1937 r. 7 grudnia w Muzeum Śląskim w Katowicach otwarta zostanie wystawa poświęcona radiu.

Radio Katowice działa od 1927 r., z przerwą w czasie II wojnie światowej. Obecnie to jedna z największych rozgłośni w kraju. Jej audycje przez całą dobę odbiera kilka milionów słuchaczy. Powstały w nim popularne programy m.in.: ”Śląska Fala”, ” Radiowa Czelodka” oraz konkursy: ortograficzny – Ogólnopolskie Dyktando i gwarowy ”Po naszymu, czyli po śląsku”.

Całość: http://www.tvp.pl/katowice/aktualnosci/rozmaitosci/prezydenckie-zyczenia-dla-radia-katowice/9315402

04-12-2012, 16:12

Drużyna pierścienia  »

Polityka
Wojciech Szacki
04-12-2012

Trzęsienie ziemi w prawicowej prasie

Niepokorni publicyści od lat przemierzają różne redakcje, a po ich przejściu nie zostaje prawie nic. Ostatnio klęska dotknęła tygodnik “Uważam Rze”, który był szalupą ratunkową dla uciekinierów z “Rzeczpospolitej”. Dokąd teraz, niepokorni?

Okładka "Uważam Rze"

Dlaczego właściciel koncernu wyrzuca redaktora naczelnego dobrze sprzedającego się pisma? – “Uważam Rze” w sensie moralnym to było moje dzieło. Udało mi się stworzyć zespół z ludzi o różnych poglądach. Chciałbym, żeby to środowisko przetrwało, żeby “Urze” odżyło pod nową nazwą z moim udziałem – deklaruje były naczelny “Uważam Rze” Paweł Lisicki. Czy na zrobieniu porządku z “Urze” zależało rządowi? – Pamiętajmy, że “Urze” było pismem opozycyjnym. Nie wykluczam, że były naciski polityczne. Ale dowodów, nagrań, dokumentów nie ma? – Nie.

W zeszły poniedziałek na rynku debiutuje dwutygodnik “W sieci”. Naczelnym jest Jacek Karnowski, wydaje go spółka Fratria. Fratria to w etnologii część plemienia składająca się z kilku rodów powstałych z podziału jednego rodu; nazwa pasuje idealnie, bo dwutygodnik wypełniają artykuły publicystów znanych z “Uważam Rze”. Są teksty Bronisława Wildsteina, Jerzego Jachowicza, Cezarego Gmyza, Michała Karnowskiego (jeszcze wicenaczelnego “Urze”), Łukasza Warzechy.

Pismo kosztuje tylko 2,90 zł, ma nakład 150 tys.(podobno potrzebny był dodruk) i podobnie jak “Urze” jest pryncypialnie antyrządowe i redagowane w patetycznej tonacji. “Kto z tych, którzy próbują ją rozszarpać niczym wściekłe psy, zastanawia się nad jej sytuacją?” – pisze Jachowicz o Marcie Kaczyńskiej, prześladowanej jakoby przez mainstreamowe media. Kaczyńska to gwiazda numeru, w długim wywiadzie opowiada Jackowi Karnowskiemu, że “pasażerów Tupolewa po prostu zabito”.

Debiut “W sieci” zakłóca klarowny obraz antyrządowych papierowych mediów. Bo dotąd układ był jasny, a tworzyły go żyjące w symbiozie z PiS “Gazeta Polska” i “Gazeta Polska Codziennie”, należący do o. Rydzyka “Nasz Dziennik” oraz powstały w 2011 r. “Urze”.

Tygodnik Lisickiego co tydzień walił w rząd jak w bęben, podniosłym tonem alarmował o rozpadzie państwa: “Ilu jest Polaków, a ile postpolskich mutantów czy też prepolskich larw, tak twórczo dziś hodowanych przez medialny panświnizm?”. Niemal cała publicystyka w tygodniku jest na wskroś polityczna: od gospodarki po kulturę.

Ciekawe są relacje “Urze” z PiS; wygląda na to, że ideałem redaktorów jest nie PiS dzisiejszy, lecz ten sprzed lat, z Jarosławem Kaczyńskim sposobiącym się do koalicji z “przyjaciółmi z Platformy”. Za to okresowe apelowanie do Kaczyńskiego, aby dla dobra prawicowej sprawy powstrzymał agresję i smoleńskie szaleństwa, na “Urze” spadała zresztą krytyka z okolic “Gazety Polskiej” i jej sympatyków.

Ostatnie polecenie

Pismo dobrze się sprzedaje, gorzej jest z reklamami. Lisicki przyznaje, że pozyskuje mniej więcej jedną trzecią tego co “Newsweek”, ale zapewnia, że “Urze” jest zyskowne. – Jest drukowane na tańszym papierze, mniej wydawaliśmy na marketing – mówi POLITYCE.

“Gazeta Polska”, media o. Rydzyka i “Urze” za sobą nie przepadają, ale łączy je możny reklamodawca – SKOK. Nie jest zatem sensacją, że jedyną reklamę w pierwszym numerze “W sieci” dał SKOK Stefczyka. To zły znak dla starszych konkurentów, tort trzeba pewnie będzie dzielić na mniejsze kawałki. W Presspublice zrobiło się więc jeszcze bardziej nerwowo, udział wiceszefa Michała Karnowskiego w konkurencyjnym dwutygodniku (w zarządzie wydawnictwa) to kuriozum.

Nieciekawie było już wcześniej, gdy wydawana przez Presspublikę “Rzeczpospolita” piórem Cezarego Gmyza – pisującego też do “Urze” – poinformowała, że na wraku Tupolewa biegli odnaleźli ślady trotylu. Po dementi prokuratury zrobiła się wielka afera: pracę stracił nie tylko Gmyz, lecz także naczelny “Rz”, jego zastępca oraz szef działu krajowego. Wpadkę gazety Hajdarowicz próbował naprawić, wydając pompatyczny dodatek  “Cała prawda o trotylu”, o tym, jak powstawał tekst Gmyza i etyce dziennikarskiej.

To było 17 listopada i jeszcze tego samego dnia skrytykował go za to Lisicki w rozmowie z wpolityce.pl – portalem braci Karnowskich. Wywiad Lisickiego był ostry, ale właściciel Presspubliki wówczas nie zareagował.

Kontratak Hajdarowicza zaczął się ponad tydzień później, po debiucie “W sieci”. Ale wydarzenia z tego poniedziałku nie zapowiadały apokalipsy. – Zarząd Presspubliki przeprowadził aksamitny rozwód z Michałem Karnowskim. Uznano, że nie może być wicenaczelnym “Urze” ktoś, kto uczestniczy w konkurencyjnym piśmie, ale obaj bracia Karnowscy nadal mieli robić dla nas wywiady – opowiada jeden z byłych dziennikarzy “Urze”. We wtorek Lisicki zakazuje swym publicystom pisania dla “W sieci”, co zresztą stałoby się zapewne przyczyną kolejnej wielkiej awantury, tym razem wymierzonej już w Lisickiego. – To było jedno z moich ostatnich poleceń – wspomina.

Jeszcze tego nie wie, ale jego zwolnienie jest przesądzone. Już we wtorek o przyszłej dymisji Lisickiego i o tym, kto będzie jego następcą, wie natomiast Roman Giertych, formalnie poza polityką, ale wciąż żywo nią zainteresowany. Nic dziwnego, że zna nazwisko nowego naczelnego – Jan Piński to jego przyjaciel od lat.

Lisicki dymisję dostaje w środę. Za nielojalność wobec pracodawcy i za to, że nie zgodził się na zakaz publikacji w “Urze” dla Gmyza. Ale zwolnienie poprzedziła niespodziewana oferta przejęcia tygodnika. – W ostatniej rozmowie z Hajdarowiczem zaproponowałem więc, żeby się parę tygodni wstrzymał z decyzjami, a ja spróbuję zdobyć pieniądze. Ale Hajdarowicz odparł, że nie ma już o czym mówić – mówi Lisicki.

Dymisja Lisickiego uruchomiła domino. Jeden za drugim „autorzy niepokorni” – tak reklamowało się “Urze” – informowali o swym odejściu.

– Gdyby nas jeszcze inaczej kuszono, gdyby nowym naczelnym miał np. zostać Bogdan Rymanowski… Ale Piński? Decyzja została podjęta za nas – wzdycha jeden z niepokornych. – Odejście było decyzją racjonalną, a nie żadnym heroicznym wyborem. Bez Lisickiego, a z Pińskim, pismo nie ma szans – zaznacza drugi.

“My, twórcy i autorzy tygodnika “Uważam Rze”, po odwołaniu redaktora Pawła Lisickiego, nie widzimy dalszych możliwości współpracy z tym pismem. Nie bierzemy odpowiedzialności za cokolwiek, co pojawiać się będzie pod jego szyldem” – pod takim listem podpisało się ponad 30 osób. Prawie cała redakcja. Część z nich uważa, że padli ofiarą rządu. Jan Pospieszalski alarmuje, że “przesuwamy się w kierunku Białorusi”.

Domniemana ofiara rządu

Joachim Brudziński: – Grzegorz Hajdarowicz chce rywalizować z Tomaszem Lisem o miano pierwszego pluszaka obecnej władzy. To, że tygodnik przejął przyjaciel Romana Giertycha i Piotra Farfała, wskazuje na próbę stworzenia koncesjonowanej narodowej prawicy. Rafał Grupiński, szef klubu PO, odrzuca oskarżenia o zakulisowe działania rządu: – Zachowanie publicystów “Uważam Rze” wygląda na histeryczne. Dziennikarze wolnych mediów muszą liczyć się z wolą właściciela, a właściciel może zmieniać naczelnych. On z kolei ryzykuje utratę pracowników, czytelników i pieniędzy.

Co dalej? Na razie mamy grupę bezdomnych niepokornych poszukujących inwestora. – Na samą kampanię reklamową potrzeba kilku milionów. W sumie roczny koszt tygodnika to 9–15 mln, ale biznesplan trzeba mieć na trzy lata – mówi jeden z byłych publicystów “Urze”. – Na pewno coś powstanie. Jest dziura na rynku, trzeba ją wypełnić – mówi jeden z publicystów.

“Jestem przekonany, że lada chwila będziecie znowu czytali nasze teksty. A Paweł Lisicki odegra rolę, na jaką zasługuje w organizowaniu wolnych mediów – tego pojęcia nie nadużywam, ale dziś wyjątkowo się nasuwa. Chyba się nas jednak nie pozbędziecie. Połamiecie sobie na tym zęby” – odgrażał się Piotr Zaremba w portalu wpolityce.pl.

Okładka "W Sieci"

Jest też “W sieci” braci Karnowskich, które być może przekształci się w tygodnik (na ich portalu wpolityce.pl zamieszczono w tej sprawie sondaż i ogromna większość chce tygodnika). – To nie jest arka Noego. Jeśli iść w historyczne porównania, to były to raczej idy marcowe. Paweł Lisicki nie wiedział o piśmie Karnowskich, Michał niezbyt ładnie się zachował. Jacek i Michał prywatnie są zresztą zupełnie inni, niżby to wynikało z ich patetycznych tekstów. Oni po prostu uznali, że jest na rynku zapotrzebowanie na taki towar. W dwutygodniku mogą sobie pozwolić na więcej niż w “Urze”, np. sugerować, że Smoleńsk to był zamach – mówi jeden z niepokornych.

O co chodzi z tym patosem? Dla tych czytelników POLITYKI, którzy nie znają stylu braci Karnowskich, przygotowaliśmy próbkę: “Dziś polską inteligencją jesteśmy my. Choćby było nas kilkoro. Choćbyśmy gnili na marginesie do końca świata. To nasz wolny wybór. Przecież w ich świecie moglibyśmy zrobić kariery. Moglibyśmy, gdyby nie kwestia smaku. Do trwania zachęca nas widok kolegów, co zgięli kolana i padli na twarz”.

Lisicki o projekcie Karnowskich wypowiada się ze zrozumiałą rezerwą. – Dowiedziałem się o nim 10 dni przed jego startem, ale bracia Karnowscy nie wbili mi noża w plecy. Jeśli “W sieci” odniesie sukces, to jego ojcem będzie Hajdarowicz. Ja się cieszę, że powstał nowy dwutygodnik, ale nawet jeśli była to szalupa ratunkowa dla kogoś z “Urze”, to nie dla mnie – mówi.

Teraz Lisicki ściga się z czasem. Im dłużej nie uda mu się wystartować z nowym projektem, tym większe prawdopodobieństwo, że niepokorni rozpierzchną się po różnych redakcjach, w tym u Karnowskich. Podobno nowe pismo – “bardziej konserwatywne niż smoleńskie” – jest blisko.

Puste biurka

A Jan Piński musi wypełnić pustkę w redakcji. Na pierwsze spotkanie, na które zaprosił niepokornych, nie przyszedł nikt. “Piński wydzwania po kojarzonych z prawicą dziennikarzach i próbuje ich przekupić grubymi pieniędzmi, żeby pilnie przyszli do tygodnika. Ściemnia, że większość ludzi, którzy podpisali list w obronie Pawła Lisickiego i zadeklarowali odejście, tak naprawdę zostaje. Gówno prawda. Nie dajcie się podpuszczać” – ostrzegał na swym profilu na Facebooku Gmyz, który oświadczył, że kto podejmie teraz pracę u Pińskiego, jest pozbawiony honoru. A jedna z internautek dodała: “News! Na mieście ćwierkają wróbelki, jakoby Panowie Wierzejski z Giertychem werbowali ludzi do pisania u Pińskiego!”. Piński ściągnął na razie Janusza Korwin-Mikkego.

Okładka "Wręcz przeciwnie"

Dlaczego akurat Piński został naczelnym? To chyba największa zagadka. – Może nikt inny się nie zgodził? Mało prawdopodobne, by się utrzymał, “Urze” odniosło sukces dzięki zespołowi autorów, istniało dzięki tym nazwiskom. Starsze tygodniki, jak “Newsweek” czy “Wprost”, przetrwały wielkie zmiany, odejście wielu dziennikarzy, ale “Urze” jest nowe na rynku – uważa Lisicki. Jeśli to antyrządowość przeszkadzała właścicielowi “Urze” i chciał skierować pismo bliżej głównego nurtu, to Piński średnio się do tego nadaje.

Pracował ostatnio w niszowym, publikującym antysemickie teksty portalu, gdzie można przeczytać np. o tym, że katastrofa smoleńska to “misterny plan reaktywowania koncepcji judeoPolonii w Polsce poprzez sprowadzenie przytępionym moralnie, przygniecionym psychicznie i znieczulonym Polakom co najmniej setek tysięcy żydów z Izraela”.

Wcześniej był naczelnym tygodnika “Wręcz przeciwnie”, który padł po trzech numerach z braku czytelników. A swego nowego pracodawcę jeszcze niedawno krytykował. Marne referencje na szefa.

Bieżący numer “Urze” jest mocno eklektyczny, bo tekstom nowych autorów towarzyszą jeszcze artykuły niepokornych, często z informacją, że to ostatnie teksty w tym miejscu. Okładkowym tematem jest nie polityka, lecz walka z rakiem. Sam Piński we wstępniaku “Coś się zaczyna, nic się nie kończy” pisze o sobie i niepokornych: “Prezentujemy podobne wartości” i obiecuje, że nie będzie zmieniał linii pisma. Krytykuje natomiast niepokornych za publiczną polemikę z własnym wydawcą.

Jedno jest pewne. Pierwszy numer “Urze”, przygotowany już przez ekipę Pińskiego – obecny robili jeszcze niepokorni – będzie miał co najmniej jednego uważnego czytelnika. – W poniedziałek pędem polecę do kiosku, żeby zobaczyć, czy udało im się coś wydać, a jeśli tak, to co – obiecuje jeden z niepokornych.

Całość: http://www.polityka.pl/kraj/analizy/1533379,1,trzesienie-ziemi-w-prawicowej-prasie.read?backTo=http://www.polityka.pl/kraj/analizy/1533619,1,niepokorni-prawicowi-dziennikarze-przeciw-sobie.read#ixzz2FrlNDZWf

04-12-2012, 13:58

Dorzynająca wataha  »

Newsweek.pl
Violetta Ozminkowski
04-12-2012

Ci ludzie działają jak wataha wilków. Żaden przytomny wydawca ich nie zatrudni, bo wie, że za jakiś czas horda wilków go zagryzie.

NEWSWEEK: Słyszał pan określenie “dzieci Wołka”? Na przykład “Cezary Gmyz, wychowanek Tomasza Wołka?”.

Tomasz Wołek

TOMASZ WOŁEK: Nie poczuwam się do ojcostwa prawicowych publicystów, którzy odeszli w zeszłym tygodniu z “Uważam Rze”. Przede wszystkim dlatego, że wielu z nich takiego porównania by sobie nie życzyło, a i ja też. To są bardzo różni dziennikarze czy publicyści, z którymi pracowałem, współpracowałem albo byłem ich szefem. Część z nich to dziś rodzaj stada, hordy czy watahy wilków, które czasem gryzą się także między sobą i rozszarpują. Mieliśmy tego przykład, kiedy ostatnio wybuchła awantura o to, kto prawomocnie zbiera podpisy w obronie Cezarego Gmyza, a kto nie.

NEWSWEEK: Kiedy mówi pan o hordzie, kogo ma pan na myśli?
TOMASZ WOŁEK:
Takich ludzi jak Bronisław Wildstein, Piotr Zaremba, Robert Mazurek, Igor Zalewski, Igor Janke, Piotr Semka, Paweł Lisicki, Dominik Zdort czy bracia Karnowscy. Niektórzy z nich byli moimi etatowymi dziennikarzami najpierw w “Życiu Warszawy”, a potem w “Życiu”.

NEWSWEEK: Robert Krasowski, były naczelny “Dziennika”, a wcześniej pański zastępca w “Życiu”, nazwał ich tak: „onanizujący się w ukryciu faceci o twarzach pucołowatych ministrantów”.
TOMASZ WOŁEK:
Ja bym aż tak efektownych metafor nie używał. Robert Krasowski był szalenie inteligentnym, ale równie cynicznym redaktorem naczelnym. “Dziennik” w założeniu miał być konserwatywny, ale wyważony, coś na kształt niemieckiego “Die Welt”. Niestety, stał się organem IV RP i dlatego upadł.

NEWSWEEK: Petycji w obronie wyrzuconego z “Rzeczpospolitej” po aferze trotylowej Tomasza Wróblewskiego nie było. Jest spoza hordy. Dlaczego reszta działa stadnie?
TOMASZ WOŁEK:
Oni mają ten nawyk wypracowany od lat, wspólnie piszą listy protestacyjne, petycje, razem zatrudniają się w redakcji albo zwalniają z niej. Ci ludzie dokądkolwiek przychodzą do pracy, zawsze przychodzą do kogoś. Po pewnym czasie, a ta sytuacja powtarza się od lat, zaczynają tych, którzy przyjęli ich do pracy, traktować w najlepszym wypadku jako naiwnych safandułów. W gorszym jako przeciwników, a w najgorszym – wrogów. Zaczynają czuć się właścicielami medium, które opanowali. Może niekoniecznie w sensie materialnym, ale mentalnym. To oni chcą rozstrzygać o jego profilu i publikacjach. Jeśli właściciel czy redaktor naczelny nie podziela ich poglądów albo próbuje się im przeciwstawiać, reagują na zasadzie ostrej, niekiedy brutalnej, ale zawsze stadnej reakcji.

NEWSWEEK: Odchodzą. Kiedyś taką hordą poszli z panem.
TOMASZ WOŁEK:
Tak, i nigdy o tym nie zapomniałem. Gdy w 1995 roku mój wspólnik wyrzucał mnie z dziennika “Życie Warszawy” z powodów ewidentnie politycznych, to większa część tego zespołu poszła za mną. W przekonaniu, jak sądzę, że będzie to medium niezależne, uczciwe, w którym się odnajdą i nie będą czuć nacisków politycznych. Ale pamiętam również gremialne reakcje, kiedy rozstawałem się z redaktorem Wildsteinem i spora część zespołu odeszła, nie godząc się z tą decyzją.

NEWSWEEK: Podobno nie przepadał za redaktorem Wildsteinem pański pies Kleks.
TOMASZ WOŁEK:
Naprawdę nie wiem, co mu się stało, bo na ogół był bardzo przyjazny ludziom. Ale rzeczywiście, kiedy spotkaliśmy się na mojej działce w Kobyłce tuż przed ruszeniem “Życia” z moim zastępcą Jurkiem Wysockim i Bronkiem, Kleks ruszył w stronę Bronka idącego po ścieżce do domu i niespodzianie ugryzł go w pośladek.

NEWSWEEK: Nie lubił liberałów, którzy głośno przyznawali się do swojej przynależności do loży masońskiej?
TOMASZ WOŁEK:
Ja pamiętam Bronka jeszcze z czasów dawnej opozycji SKS krakowskiego, z czasów Pyjasa, Maleszki, jako lewackiego anarchistę we fryzurze typu afro. Każdy ma prawo do zmiany poglądów, ale jego ewolucja przeszła w fazę rewolucji. Poglądy Bronka Wildsteina w obu rozdaniach, tym młodzieńczym i obecnym, są niesłychanie radykalne. Uważam go zresztą za złego ducha tej grupy, bo dla wielu z nich jest idolem, w którego wpatrują się niekiedy z uwielbieniem. A przecież oprócz zasług, których nie można mu odmówić, wyrządził i wyrządza wiele szkód. Lista Wildsteina jest haniebną kartą w jego życiorysie. Skrzywdziła wielu ludzi i rozsiała na wielką skalę klimat podejrzeń w Polsce. On nigdy za nią nie przeprosił. Wręcz przeciwnie, był dumny z tego dzieła, uważał, że jest porównywalne do zdobycia Bastylii czy wysadzenia szwedzkiej kolubryny.

NEWSWEEK: Jest wiele mitów o waszym rozstaniu.
TOMASZ WOŁEK:
Bronek chciał być jednym z moich zastępców, tak też się stało. Pozostali zastępcy, Tomasz Wróblewski i Paweł Fąfara, uzmysłowili mi, że zawala wiele spraw. Poszedłem z nim na piwo i powiedziałem, że powinniśmy się rozstać, ale dajmy sobie jeszcze kilka miesięcy. Jeśli wygra AWS i zostanie przełamany monopol SLD, będą większe możliwości znalezienia pracy. Nie był zachwycony, ale przytaknął. AWS wygrała wybory. Na kolegium redakcyjnym, zgodnie z umową, podziękowałem Bronkowi za wkład, jaki wniósł w pracę redakcji. Konsternacja. Bronek o naszej rozmowie nie wspomniał nikomu słowem, czyli, jak mówi młodzież, rżnął głupa, ja zostałem obsadzony w roli niedobrego szefa, który nie wiadomo dlaczego wyrzuca znakomitego redaktora. Później wyrzuciłem z pracy Piotra Skwiecińskiego, który chciał opublikować nieudokumentowany tekst dotyczący słynnej afery żelatynowej.

NEWSWEEK: Wtedy doszło do rozłamu?
TOMASZ WOŁEK:
Rzecz polegała na tym, że na początku byłem uznawany przez nich za safandułę, liberalnego poczciwca, który zajmuje się głównie piłką nożną. A kiedy zorientowali się, że to nie oni będą rządzić redakcją, zaczęli odchodzić, bo za każdym razem mieli i mają takie aspiracje, żeby nią rządzić. Ale co gorsza, zaczęły się też pomówienia śledczo- tropicielskie. To miało związek z tym, że niektórzy z nich, jak Jacek Łęski, pracowali wcześniej w UOP. Zaczęła się atmosfera węszenia, podejrzeń, szukania haków na ludzi, którzy z jakichś względów im się nie podobali. Potem, już w “Rzeczpospolitej”, Cezary Gmyz z zajadłością polował na prof. Bronisława Geremka. Szukał na niego haków w IPN. Było w tym coś chorobliwego. Coraz częściej przyłapywałem moich młodszych kolegów na różnego rodzaju manipulacjach.

NEWSWEEK: Na przykład?
TOMASZ WOŁEK:
Kiedyś ukazało się w “Życiu” zdjęcie Karola Sawickiego z charakterystycznym wąsem, dziennikarza wówczas telewizyjnego, pochylonego nad uchem Edwarda Gierka. Ale ktoś do mnie zadzwonił i powiedział: “Panie redaktorze, to nie jest całe zdjęcie, mam odbitkę”. Pokazał mi ją. Na zdjęciu obok Edwarda Gierka siedział wysoki dostojnik szwedzki, bo to była rozmowa, w której Karol Sawicki uczestniczył w roli tłumacza. Puszczanie okrojonego zdjęcia było jawną manipulacją.

NEWSWEEK: Może pańscy podwładni byli po prostu za młodzi, żeby to rozumieć?
TOMASZ WOŁEK:
Kiedy kierowałem „Życiem Warszawy”, dziennikarze, nazywani dziś prawicowymi publicystami, przychodzili do mnie w większości rzeczywiście jako młodzi ludzie. Cieszyłem się, że oto dorasta pierwsze pokolenie dziennikarzy w Polsce, którzy mają szansę być dziennikarzami niezależnymi, którzy nie muszą liczyć się z cenzurą. Dziś myślę, że spora część z nich tej szansy nie wykorzystała.

NEWSWEEK: Zbyt szybko zostali gwiazdami?
TOMASZ WOŁEK:
Wystarczyły dwa, trzy artykuły, pokazanie się w telewizji, jakaś audycja i oni już czuli się tym, co dziś nazywamy celebrytami. Myślę, że to część z nich zdemoralizowało intelektualnie i politycznie. Widomym przejawem tej demoralizacji były lata IV RP, rządy braci Kaczyńskich. W ich ręce dostała się większość pośrednio lub bezpośrednio liczących się mediów: “Rzeczpospolita”, “Wprost” Marka Króla,  “Dziennik”, telewizja publiczna, radio publiczne, “Gazeta Polska”, a do tego tabloidy. Oprócz tego mieli imperium dyrektora Rydzyka. To był szczyt ich demoralizacji. Uznali, że przejmują rząd dusz, że “michnikowszczyzna”, żeby użyć idiotycznego określenia Rafała Ziemkiewicza, będzie starta na proch. Uczynili z mediów oręż propagandy. Wystarczy przypomnieć skandaliczne tytuły: “Doktor Śmierć”, “Polska Michnika i Rydzyka”. Często ta deprawacja stawała się udziałem dziennikarzy o nie byle jakim dorobku.

NEWSWEEK: Kogo ma pan na myśli?
TOMASZ WOŁEK:
Piotr Zaremba przyszedł do “Życia” jako młody, zdolny dziennikarz. Chwilę później ówczesny premier Tadeusz Mazowiecki zapytał mnie: “Kto to jest ten Piotr Zaremba, pisze bardzo dobre teksty o konstytucji?”. Mogłem z dumą powiedzieć: to jest mój dziennikarz, historyk z wykształcenia. Jednak dziennikarze, którzy wcześniej pisali ważne i ciekawe teksty, z biegiem czasu stawali się szermierzami jednej prawdy. Tak też się stało z Zarembą, który przez długi czas pisał: “tak, ale”, „owszem, niemniej jednak”, a teraz nie ma już żadnych wątpliwości. Myślę, że u części tych dziennikarzy istnieje mentalna potrzeba posiadania guru, wodza. Dla wielu kimś takim stał się Jarosław Kaczyński. Pamiętam teksty Zaremby, że to genialny strateg, który przewiduje na dziesięć kroków naprzód, czy równie bałwochwalcze teksty braci Karnowskich. Nie ma jednak wątpliwości, że część publicystów prawicowych traktuje Kaczyńskiego jak paranoika i nie wie za bardzo, co z tym począć. Ich dramat polega na tym, że zabrnęli za daleko.

NEWSWEEK: Tę tęsknotę czuć w dowcipach Zalewskiego i Mazurka.
TOMASZ WOŁEK:
To para żałosnych wesołków. Ich rubryka satyryczna zamieszczana w różnych pismach prezentuje humor na poziomie PRL-owskiej “Karuzeli”. Było kiedyś takie pismo dla ubogich, słynące z jarmarcznego, często chamskiego, z gruba ciosanego dowcipu.

NEWSWEEK: Taki dowcip wynika najczęściej z frustracji.
TOMASZ WOŁEK:
Widać to także w grafomańskiej literacko-politycznej prozie Rafała Ziemkiewicza. Bierze się to stąd, że przez moment tacy jak on, przynajmniej tak im się wydaje, byli władcami umysłów Polaków. Dziś plują na salon, na Adama Michnika, ale tak naprawdę chcieliby królować na tych salonach, a mogą tylko zabierać głos w żałosnym, nędznym salonie klubu Ronina z reżyserem Grzegorzem Braunem w roli głównej. Tam ciągle pojawiają się hasła o powstaniu, zrywie, rewolucji.

NEWSWEEK: I dlatego w końcu wybuchli na trotylu, a z Cezarego Gmyza zrobili bohatera?
TOMASZ WOŁEK:
Tomek Wróblewski, który ostrzegał mnie, jak manipulował tekstem Piotr Skwieciński, powinien przy tekście Gmyza uważać po dziesięciokroć. Zgubił go brak czujności, bo ci ludzie w grupie działają jak wataha wilków. Potrafią być niesłychanie destrukcyjni.

NEWSWEEK: Nie dziwię się, że nazywają pana zdrajcą.
TOMASZ WOŁEK:
Przyznaję się do tego, że w pierwszej połowie lat 90., może jeszcze trochę później, byłem nadmiernie radykalny w swoim antykomunizmie. Wywodziłem się z nurtu opozycji i całe swoje świadome życie próbowałem z komunizmem walczyć. To mnie zbliżało do tych młodych ludzi, których zatrudniałem, choć już wtedy widziałem niedobre tropy.

NEWSWEEK: Na przykład?
TOMASZ WOŁEK:
Kiedy pojawiała się w redakcji niesprawdzona jeszcze informacja, że być może ktoś jest agentem, zaczynała się niezdrowa atmosfera nagonki. Ale do pewnego stopnia te nastroje podzielałem i rozumiałem, bo gdy Aleksander Kwaśniewski wygrał wybory z Lechem Wałęsą, nie byliśmy w Unii ani w NATO, ja także obawiałem się recydywy postkomunizmu. Miałem odwagę publicznie się do tego przyznać. Zdałem sobie sprawę, że nie można w nieskończoność widzieć w byłych komunistach partyjniaków. Oni też mają prawo do zmian, prawo do odnalezienia się w nowej, demokratycznej Polsce. Ale tzw. lud smoleński, “niepokorni dziennikarze” nie chcą tego przyjąć do wiadomości. Dla nich Polska ciągle jest pod okupacją. Stąd te niedorzeczne brednie o potrzebie odzyskania niepodległości. Część z nich to niespełnieni politycy. Dla nich racja kogoś innego zawsze będzie zdradą.

NEWSWEEK: Teraz odnajdą się w nowym dwutygodniku braci Karnowskich?
TOMASZ WOŁEK:
Będą musieli, bo żaden przytomny wydawca ich nie zatrudni niezależnie od swoich poglądów politycznych. Każdy będzie miał poczucie, że przyjmuje na pokład hordę wilków, która go za jakiś czas zagryzie.

Całość: http://polska.newsweek.pl/dorzynajaca-wataha,99110,1,1.html

04-12-2012, 11:58

Paweł Lisicki chce stworzyć nowy tygodnik  »

Portal medialny.pl
Kuba Wajdzik
04-12-2012

Paweł Lisicki, do niedawna redaktor naczelny “Uważam Rze” na łamach Salonu24 zapowiedział, że przymierza się do wydawania nowego tytułu prasowego.

“Kiedy półtora roku temu tworzyłem tygodnik “Uważam Rze” myślałem, że żyję w kraju,  w którym mimo wszystko działa wolny rynek, gdzie liczy się praca i umiejętności. Wierzyłem, tak jak zapewne inni współautorzy projektu nowego tygodnika – Bronisław Wildstein, Rafał Ziemkiewicz czy Michał Karnowski – że wystarczy mieć dobre pomysły, wytrwałość i wiarę w prawdę. Że ostatecznie żyjemy w wolnym świecie. Sądziłem, że jeśli tworzy się nowy tygodnik, jeśli samemu wymyśla się jego kształt, dobiera autorów, umieszcza w nim różne formy dziennikarskie, nadaje się tygodnikowi właśnie niepowtarzalny charakter, jedyny i nie do podrobienia, to ktokolwiek nie byłby jego właścicielem zostanie to uszanowane” – pisze Lisicki.

“Zapomniałem, że cała ta historia dokonuje się w Polsce. Że nie chodzi tu o kapitalizm i wolny rynek, ale o polski kapitalizm i polski wolny rynek. Polski kapitalizm, który polega na tym, że ktoś, kto nawet palcem nie kiwnął przy tworzeniu “Uważam Rze”, rości sobie prawo, by teraz ot tak jakby nigdy nic tygodnik ten nam zabrać, wyjąć go z rak prawowitych autorów i, nie bacząc na obyczaje i zasady, rozporządzać nim zgodnie ze swoim widzimisię. Na szczęście istnieją jeszcze czytelnicy i oni to właśnie, nie ja przecież, ani nie autorzy pisma, wymierzą uzurpatorowi sprawiedliwość” – podkreśla Lisicki.

Jak pisze Lisicki, “Uważam Rze” okazał się prawdziwą potęgą, pismem, którego tak bali i nie znosili rządzący, a kochali czytelnicy i  uważa, że wielka siła nie może zniknąć i pójść na marne. Dziennikarz nie mam wątpliwości, że wielki sukces można powtórzyć i zbudować tygodnik, którego polityczne potęgi będą się bać.

“W polskich warunkach niezależność daje tylko własność lub współwłasność mediów. Dlatego to warunek podstawowy powodzenia następnego projektu, o którym myślę. Ale z całej historii wyciągam jeszcze jedną naukę.  Codziennie doświadczam wielkiej solidarności tylu czytelników i blogerów. To im właśnie chcę powiedzieć, że z tworzenia nowego tygodnika nie zamierzam rezygnować” – podkreśla Lisicki.

Jednocześnie zaprosił na stronach Salonu24, do zgłaszania pomysłów i do dyskusji o tym jaki nowy “Uważam Rze” powinien być – co było dobre i się sprawdziło, a czego nie warto kontynuować, gdzie szukać partnerów i jak zabezpieczyć się na przyszłość.

Całość: http://portalmedialny.pl/art/36736/pawe-lisicki-chce-stworzyc-nowy-tygodnik.html

04-12-2012, 10:20

Jacek Karnowski: Jest miejsce dla wielu tygodników opinii  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
Krzysztof Lisowski
04-12-2012

- Oczywiste jest, że “W sieci” szybko może przeobrazić się z dwutygodnika w tygodnik. Analizujemy sytuację – „moc” naszej redakcji i rynek, kalkulujemy koszty – mówi nam Jacek Karnowski, redaktor naczelny tytułu.

Jacek Karnowski

Jacek Karnowski przyznał w rozmowie z nami, że jest zadowolony ze wstępnych wyników sprzedaży jego dwutygodnika. Poinformował nas, że do punktów sprzedaży już trafiło 40 tysięcy dodrukowanych egzemplarzy, jednak tzw. twarde dane będą znane dopiero za kilka tygodni. Na łamach tytułu będzie się ukazywało też więcej materiałów autorskich. – Z pewnością wraz z rozwojem pisma punkt ciężkości będzie się przesuwał w kierunku tekstów pisanych specjalnie na potrzeby kolejnych numerów. Już tak się dzieje. Chcemy jednak utrzymać wyraźną łączność z siecią, z internetem. Będziemy dbali, by tej drugiej, internetowej nogi nie zgubić, mimo oczywistych pokus pójścia w kierunku “standardowego” tygodnika – zapowiada Jacek Karnowski. Szef magazynu “W sieci” podkreśla, że jego tytuł kierowany jest do konkretnej grupy odbiorców, ale nie wyklucza, że będzie chciał powalczyć o dotychczasowych czytelników “Uważam Rze” oraz “Rzeczpospolitej”.

- Nasza grupa docelowa to młodzież oraz ludzie starsi. Ci, którzy lubią dużo czytać. Oczywiście o nastawieniu raczej konserwatywnym, ale pismo budujemy w ten sposób, by złapać łączność z czytelnikami z centrum. Oczywiście, przyciągnięcie czytelników “Uważam Rze” i “Rz” to naturalny cel w tej sytuacji. Chcę jednak podkreślić, że jeszcze przed upadkiem “Uważam Rze” nasze pismo wyraźnie złapało dobry kontakt z czytelnikami. Widać była potrzeba uzupełnienia rynku o kolejną propozycję – mówi Jacek Karnowski.

Jacka Karnowskiego zapytaliśmy o to, czy można spodziewać się zaistnienia na łamach “W sieci” wszystkich tych dziennikarzy, których nie ma już w “Rzeczpospolitej” oraz w “Uważam Rze”. – Zapraszamy wszystkich chętnych. Mamy świadomość, że w “Uważam Rze” pracowało wielu wybitnych dziennikarzy, z wieloma jesteśmy w trakcie rozmów. Z drugiej strony chciałbym jednak podkreślić, że założeniem magazynu “W sieci” było zebranie energii, twórców czy nazwisk, które do tej pory były niewykorzystane. Zależało nam na młodych autorach, w tym na naszych dziennikarzach z newsroomu – chcieliśmy, aby oni zaistnieli także w magazynie drukowanym. Dla nas najważniejszy jest nasz produkt i nawet, jeśli nie mielibyśmy żadnego autora z “Uważam Rze” (co wydawało się przez chwilę realnym scenariuszem), to, sądzę, bylibyśmy w stanie to wszystko udźwignąć. Taki scenariusz, zmuszający nas do oparcia się wyłącznie na własnych autorach, był zakładany jako jedna z opcji – mówi Jacek Karnowski.

Co Jacek Karnowski myśli o sytuacji, która ma miejsce w Presspublice? – Towarzyszy mi przede wszystkim bardzo duże odczucie niepokoju w związku z tym, co działo się najpierw po zwolnieniu osób, dzięki którym opublikowany został artykuł o trotylu na pokładzie rządowego Tupolewa, a później po odwołaniu Pawła Lisickiego z funkcji redaktora naczelnego tygodnika “Uważam Rze”. Mamy do czynienia z ograniczaniem wolności słowa w naszym kraju. W głównych mediach panuje swoisty monogłos, opierający się na promowaniu jednej partii, a duża część społeczeństwa jest wypychana poza media lub spychana do mediów niszowych. Uważam, że należy mówić już wprost: w Polsce mamy groźbę faktycznej likwidacji pluralizmu w mediach. Wracamy do czasów, w których albo się popiera władzę i wtedy można uprawiać zawód, albo się władzy nie popiera, i jest się wówczas spychanym do podziemia. By tej groźbie zapobiec, budujemy własne media – zapowiada redaktor naczelny “W sieci”.

Karnowski stwierdza w rozmowie z nami, że – jego zdaniem – za decyzjami Grzegorza Hajdarowicza stoi obóz rządzący. – Myślę, że te wszystkie zmiany, które zostały przeprowadzone w “Rzeczpospolitej”, a potem w “Uważam Rze”, nie miały żadnego ekonomicznego uzasadnienia. Te dwa tytuły były skierowane do około 30-procentowego segmentu społeczeństwa, który myśli inaczej niż obóz rządzący. Z biznesowego punktu widzenia bez sensu jest upodabnianie “Rzeczpospolitej” np. do “Gazety Wyborczej”, należałoby raczej szukać różnicy. Powstaje wrażenie, że Grzegorz Hajdarowicz rozumie świat mediów w bardzo specyficzny, egzotyczny sposób – mówi Jacek Karnowski.

Redaktor naczelny “W sieci” jest pewien, że zmiany personalne, do jakich doszło w “Uważam Rze”, oznaczają koniec tego tygodnika.

- Nie wiem, czy Hajdarowiczowi uda się stworzyć teraz jakąś nową jakość w tym tygodniku. Na pewno nie będzie to pismo wiarygodne dla dotychczasowych czytelników. Być może wydawca będzie chciał trafić do nowej grupy odbiorców związanych z tzw. “neoendecją” czy z Januszem Korwinem-Mikke. Dodam jeszcze, że moim zdaniem jest nieuczciwością używanie tytułu “Uważam Rze” z podtytułem “tygodnik autorów niepokornych” przez tych, którzy ten „skradziony” kąsek od władzy wzięli. To był przecież pewien szyld, sztandar, pod którym zjednoczyło się środowisko podobnie myślące, mające do miana “niepokornych” solidne prawa, potwierdzone życiorysami – podkreśla Jacek Karnowski.

Jacek Karnowski był w latach 2009-2010 szefem “Wiadomości” w TVP1. Zapytaliśmy go o opinię na temat tego, jak się ma ten program obecnie. – Sądzę, że “Wiadomości” popełniają ogromny błąd ścigając się z telewizjami komercyjnym w dyscyplinie pt. kto wprowadzi do swojego programu więcej elementów zabawowo-rozrywkowych. To jest droga donikąd, ponieważ takiego wyścigu TVP nigdy nie wygra. Kolejnym błędem podcinającym de facto misję publiczną TVP jest totalna banalizacja i infantylizacja przekazu, co sprowadza się omijania spraw ważnych i do pokazywania tych wszystkich “michałków” w ilościach niestrawnych. Uważam, że nie ma sensu robić kopii telewizji komercyjnych, ponieważ to niczemu nie służy. Nie mówię tego, by komukolwiek dokuczyć, ale by przestrzec przed fatalnymi dla mediów publicznych skutkami – mówi Jacek Karnowski.

Jacek Karnowski, który kiedyś sam był oskarżany o upolitycznianie “Wiadomości” nie chciał oceniać obecnego przekazu politycznego tego programu. Jak reaguje dzisiaj na zarzuty kierowane pod jego adresem za czasów, kiedy szefował “Wiadomościom”? – To zarzuty, które kieruje się w Polsce wobec wszystkich dziennikarzy, którzy nie zgięli karku przed obecną władzą, a zwłaszcza wobec tych, którzy nie porzucili śp. Prezydenta w smoleńskim błocie. Nie robią na mnie żadnego wrażenia, bo rozumiem, jaki mechanizm społeczny kryje się za taką stygmatyzacją. Jak w PRL – jesteś w PZPR, nie robisz polityki, uznajesz istnienie opozycji – jesteś “upolityczniony” – stwierdza nasz rozmówca.

——————————————————————————-

Z Jackiem Karnowskim, redaktorem naczelnym dwutygodnika “W sieci”, rozmawiamy o sytuacji na polskim rynku mediów prawicowych oraz o planach związanych z przyszłością nowego magazynu opinii, jakim jest „W sieci”.

——————————————————————————-

Krzysztof Lisowski: Wygląda na to, że wydanie pierwszego numeru magazynu “W sieci” to spory sukces. Poinformowaliście nawet media, że planujecie dodruk. Ile egzemplarzy dotąd sprzedaliście, ile wyniesie dodruk i na jaką sprzedaż liczycie w przyszłości?

Jacek Karnowski, redaktor naczelny dwutygodnika “W sieci”: Na razie nie chcemy ujawniać danych ani planów dotyczących poziomu sprzedaży. Powiem może w taki sposób – jest dobrze. Przed startem zakładaliśmy, że poziom sprzedaży na poziomie połowy nakładu byłby sukcesem. Już wiemy, że będzie lepiej. W tym momencie budujemy mapę nasycenia rynku. Właściwą sprzedaż poznamy dopiero po publikacji drugiego oraz trzeciego numeru. Jeśli chodzi o pierwszy numer, to wiemy tylko, że w niektórych miejscach zabrakło egzemplarzy, ale w innych miejscach być może te egzemplarze są jeszcze dostępne. Mam poczucie, że na ten moment nasze oczekiwania zostały wyraźnie przekroczone. Jeśli chodzi o dodruk pierwszego numeru, to wyniósł on 40 tysięcy egzemplarzy. Zostaną one przekazane w te miejsca, gdzie wiemy, że “W sieci” zostało już całkowicie wyprzedane.

Rynek zareagował na Wasz dwutygodnik dość pozytywnie. Liczycie na długofalowy sukces?

Mam odczucie, że nasz plan został zrealizowany nawet w 110 procentach. Jesteśmy pismem, którego bilans ekonomiczny zbudowany został na dość niskim poziomie. Tytuł jest tworzony na bazie naszych portali (m.in. wPolityce.pl oraz wGospodarce.pl – przyp. red.) – zarówno kadrowej, jak i zasobów – a to sprawia, że struktura jest dużo bardziej wydajna. Nie bez znaczenia jest też to, że nasze pismo korzysta z promocyjnego wsparcia naszych portali, dzięki temu mamy dostęp do około miliona potencjalnych nabywców, którzy w ciągu miesiąca czytają teksty chociażby na platformie wPolityce.pl. Ale wiemy też, że na długofalowy sukces trzeba długo i ciężko pracować. Na pewno chciałbym podziękować tym czytelnikom, którzy obdarzyli nas zaufaniem kupując pierwszy numer. Wierzę, że kupią kolejne wydania.

Co znajdzie się w drugim numerze oprócz przedruków z internetu?

Zamierzamy zająć się oczywiście kwestią wolności słowa w Polsce, będzie to temat numeru. Zarówno na poziomie analitycznym, jak i konkretnym, związanym z uderzeniem w “Uważam Rze”. Numer zapowiada się naprawdę ciekawie.

Czy uważa Pan, że formuła polegająca na tym, że „lwia część” magazynu składa się z przedruków tekstów z internetu, a tylko część kontentu to materiały przygotowane specjalnie dla drukowanego wydania w dłuższej perspektywie sprawdzi się i utrzyma? Same przedruki z internetu mogą stać się odtwórcze…

Z pewnością wraz z rozwojem pisma punkt ciężkości będzie się przesuwał w kierunku tekstów pisanych specjalnie na potrzeby kolejnych numerów. Już tak się dzieje. Chcemy jednak utrzymać wyraźną łączność z siecią, z internetem. Będziemy dbali, by tej drugiej, internetowej nogi nie zgubić, mimo oczywistych pokus pójścia w kierunku “standardowego” tygodnika.

Właśnie, mówi się o tym, że bardzo szybko “W sieci” może przeobrazić się z dwutygodnika w tygodnik. Kiedy ewentualnie byłoby to możliwe?

Ten kierunek wydaje się oczywisty. Analizujemy obecnie sytuację – zarówno “moc” naszej redakcji, jak i rynek, kalkulujemy koszty. Myślę, że lada dzień można spodziewać się jasnego komunikatu w tej sprawie.

Tworząc dwutygodnik “W sieci”, o jakiej grupie docelowej myśleliście? Czy zamierzacie w obecnej sytuacji powalczyć o odbiorców „Rzeczpospolitej” oraz “Uważam Rze”?

Nasze grupy docelowe to młodzież oraz ludzie starsi. Ci, którzy lubią dużo czytać. Oczywiście o nastawieniu raczej konserwatywnym, ale pismo budujemy w ten sposób, by złapać łączność z czytelnikami z centrum. Oczywiście, przyciągnięcie czytelników “Uważam Rze” i “Rz” to naturalny cel w tej sytuacji. Chcę jednak podkreślić, że jeszcze przed upadkiem “Uważam Rze” nasze pismo wyraźnie złapało dobry kontakt z czytelnikami. Widać była potrzeba uzupełnienia rynku o kolejną propozycję.

Za sprawą prezentowania konserwatywnych poglądów w sposób naturalny będziecie przez niektóre osoby kojarzeni częściowo z segmentem mediów, do którego należy “Gazeta Polska”. Jak Pan ocenia “Gazetę Polską” pod kątem merytorycznym?

Cenię “Gazetę Polską”. Jest pismem bardzo potrzebnym, ciekawym, ma wielu wartościowych autorów. My jednak budujemy własne media, różniące się od “GP” – przede wszystkim dlatego, że jesteśmy inni. Nie fundamentalnie, ale jednak. Mamy inną wrażliwość, operujemy inną estetyką, innym językiem. I to dobrze, że w ramach jednej, dużej społeczności są różne środowiska.

Z redakcji “Uważam Rze”, po zwolnieniu Pawła Lisickiego, odejście zapowiedziało wielu publicystów. Czy jest możliwe, aby większość z nich pojawiła się na łamach Waszego tytułu?

Zapraszamy wszystkich chętnych. Mamy świadomość, że w “Uważam Rze” pracowało wielu wybitnych dziennikarzy, z wieloma jesteśmy w trakcie rozmów. Z drugiej strony chciałbym jednak podkreślić, że założeniem magazynu “W sieci” było zebranie energii, twórców czy nazwisk, które do tej pory były niewykorzystane. Zależało nam na młodych autorach, w tym na naszych dziennikarzach z newsroomu – chcieliśmy, aby oni zaistnieli także w magazynie drukowanym. Dla nas najważniejszy jest nasz produkt i nawet, jeśli nie mielibyśmy żadnego autora z “Uważam Rze” (co wydawało się przez chwilę realnym scenariuszem), to, sądzę, bylibyśmy w stanie to wszystko udźwignąć. Taki scenariusz, zmuszający nas do oparcia się wyłącznie na własnych autorach, był zakładany jako jedna z opcji.

Myśli Pan, że jest miejsce na kolejne tygodniki opinii?

Uważam, że na rynku jest miejsce na wiele tygodników. Skoro jest miejsce dla czterech lewicowo-liberalnych, to spokojnie znajdzie się miejsce dla kolejnego konserwatywnego, zwłaszcza profesjonalnie robionego. W porównaniu z “Uważam Rze” chcemy być pismem trochę lżejszym. Skupiamy się jednak nie na porównywaniu, ale na pracach nad kolejnymi wydaniami “W sieci”. Nie zajmujemy się zakulisowymi rozmowami na temat tego, czy ktoś z ekipy “Uważam Rze” będzie z nami tworzył “W sieci” czy też nie, choć jesteśmy otwarci na wszelkiego rodzaju propozycje.

A jakie odczucie towarzyszą Panu w świetle tego, co dzieje się teraz w Presspublice?

Towarzyszy mi przede wszystkim bardzo duże odczucie niepokoju w związku z tym, co działo się najpierw po zwolnieniu osób, dzięki którym opublikowany został artykuł o trotylu na pokładzie rządowego Tupolewa, a później po odwołaniu Pawła Lisickiego z funkcji redaktora naczelnego tygodnika “Uważam Rze”. Mamy do czynienia z ograniczaniem wolności słowa w naszym kraju. W głównych mediach panuje swoisty monogłos, opierający się na promowaniu jednej partii, a duża część społeczeństwa jest wypychana poza media lub spychana do mediów niszowych. Uważam, że należy mówić już wprost: w Polsce mamy groźbę faktycznej likwidacji pluralizmu w mediach. Wracamy do czasów, w których albo się popiera władzę i wtedy można uprawiać zawód, albo się władzy nie popiera, i jest się wówczas spychanym do podziemia. By tej groźbie zapobiec, budujemy własne media.

Z czego – Pana zdaniem – mogą wynikać decyzje personalne podejmowane w Presspublice?

Wydaje mi się oczywiste to, że za decyzjami Grzegorza Hajdarowicza stoi tak naprawdę obóz rządzący. Myślę, że te wszystkie zmiany, które zostały przeprowadzone w “Rzeczpospolitej”, a potem w “Uważam Rze”, nie miały żadnego ekonomicznego uzasadnienia. Te dwa tytuły były skierowane do około 30-procentowego segmentu społeczeństwa, który myśli inaczej niż obóz rządzący. Z biznesowego punktu widzenia bez sensu jest upodabnianie “Rzeczpospolitej” np. do “Gazety Wyborczej”, należałoby raczej szukać różnicy. Powstaje wrażenie, że Grzegorz Hajdarowicz rozumie świat mediów w bardzo specyficzny, egzotyczny sposób.

Czy myśli Pan, że “Uważam Rze” mimo wszystko przetrwa?

Zmiany personalne, do jakich doszło w “Uważam Rze”, oznaczają koniec tego tygodnika. Nie wiem, czy Hajdarowiczowi uda się stworzyć teraz jakąś nową jakość w tym tygodniku. Na pewno nie będzie to pismo wiarygodne dla dotychczasowych czytelników. Być może wydawca będzie chciał trafić do nowej grupy odbiorców związanych z tzw. “neoendecją” czy z Januszem Korwinem-Mikke. Dodam jeszcze, że moim zdaniem jest nieuczciwością używanie tytułu “Uważam Rze” z podtytułem „tygodnik autorów niepokornych” przez tych, którzy ten “skradziony” kąsek od władzy wzięli. To był przecież pewien szyld, sztandar, pod którym zjednoczyło się środowisko podobnie myślące, mające do miana “niepokornych” solidne prawa, potwierdzone życiorysami.

W Pana portalu wPolityce.pl pojawił się ostatnio materiał sugerujący, iż nadszedł teraz czas, aby sfinalizować dawno podjęte decyzje i po pacyfikacji “Rzeczpospolitej” oraz “Uważam Rze” połączyć Presspublikę z Agorą. Myśli Pan, że jest to realne?

Z ekonomicznego punktu widzenia ten pomysł wydaje się dość egzotyczny. To miałoby sens tylko wtedy, jeśli Presspublica po prostu by się poddała i oddała w ręce Agory. Agora w zamian za spłatę długu Presspubliki przejęłaby walną część tortu reklamowego Presspubliki. Tylko w takim wymiarze miałoby to sens, na pewno nie w wymiarze korzyści dla debaty publicznej. W tym sensie nie miałoby to żadnego znaczenia. Poza tym nie wiem, czy zgodziłby się na coś takiego UOKiK.

Jestem ciekaw, czy ogląda Pan “Wiadomości” w TVP, których był Pan przez jakiś czas szefem? Co Pan myśli o tym programie?

Sądzę, że “Wiadomości” popełniają ogromny błąd ścigając się z telewizjami komercyjnym w dyscyplinie pt. kto wprowadzi do swojego programu więcej elementów zabawowo-rozrywkowych. To jest droga donikąd, ponieważ takiego wyścigu TVP nigdy nie wygra. Kolejnym błędem podcinającym de facto misję publiczną TVP jest totalna banalizacja i infantylizacja przekazu, co sprowadza się omijania spraw ważnych i do pokazywania tych wszystkich “michałków” w ilościach niestrawnych. Uważam, że nie ma sensu robić kopii telewizji komercyjnych, ponieważ to niczemu nie służy. Nie mówię tego, by komukolwiek dokuczyć, ale by przestrzec przed fatalnymi dla mediów publicznych skutkami.

Czy uważa Pan, że “Wiadomości” są obecnie upolitycznione?

Przekazu politycznego nie chcę komentować, choć oczywiście mam wyrobione zdanie.

W czasie, kiedy Pan kierował “Wiadomościami” kierowano zarzuty pod Pana adresem, że promuje Pan ówczesną opcję rządzącą, czyli PiS. Jak Pan się zapatruje z perspektywy na tę kwestię?

To zarzuty, które kieruje się w Polsce wobec wszystkich dziennikarzy, którzy nie zgięli karku przed obecną władzą, a zwłaszcza wobec tych, którzy nie porzucili śp. Prezydenta w smoleńskim błocie. Nie robią na mnie żadnego wrażenia, bo rozumiem, jaki mechanizm społeczny kryje się za taką stygmatyzacją. Jak w PRL – jesteś w PZPR, nie robisz polityki, uznajesz istnienie opozycji – jesteś „upolityczniony”.

Ogląda Pan programy informacyjne w jakichś innych stacjach telewizyjnych?

Oglądam przede wszystkim kanały informacyjne, w tym szczególnie TVP Info oraz Polsat News. Nie oglądam TVN 24, gdyż jest to program najmniej wiarygodny – jest tam najwięcej kreacji i prób zarządzania ludzkimi emocjami. Myślę, że takich stacji powinno się unikać chociażby po to, aby zachować świeżość swojego spojrzenia na pewne sprawy.

Jest Pan szefem portalu wPolityce.pl. Jaka będzie przyszłość tego portalu i w kim upatrywałby Pan teraz bezpośredniej konkurencji dla Was?

wPolityce.pl jest bliskie granicy miliona unikalnych użytkowników. Serwis stale rośnie, dużo szybciej niż podobne portale. Chcemy teraz nieco rozbudować nasz newsroom, by zwiększyć produkcję własnych, dobrych jakościowo materiałów. Będziemy też rozwijali sekcję „telewizyjną”. No i budujemy większą grupę portali – świetnie idzie wNas, krzepnie wGospodarce. Planujemy kolejne przedsięwzięcia. Konkurencja w internecie rzadko jest bezpośrednia. To nie rynek prasy, na którym większość ludzi kupuje po jednym wydawnictwie. Jeżeli przybywa portali – internauci odwiedzają więcej miejsc. Ale oczywiście wyniki mają znaczenie.

O rozmówcy
Jacek Karnowski, absolwent socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1998-2005 reporter polskiej sekcji BBC. Do lutego 2007 reporter telewizyjnych „Wiadomości”, później pracował w telewizji Puls, był także kierownikiem redakcji „Panoramy” w TVP2. W latach 2009-2010 szef telewizyjnych „Wiadomości” (TVP1). PO zwolnieniu z TVP1 stworzył portal wPolityce.pl, którego jest redaktorem naczelnym. Do listopada br. był publicystą tygodnika „Uważam Rze”. 26 listopada br. ukazał się pierwszy numer dwutygodnika „W sieci”, którego jest twórcą i redaktorem naczelnym.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/jacek-karnowski-jest-miejsce-dla-wielu-tygodnikow-opinii