15-12-2012, 23:45
Adam Michnik: Każdy naród ma takie media, na jakie zasłużył »
Sebastian Kucharski
15-12-2012
- Dziś bardzo często, jak czytam teksty niektórych ludzi, można powiedzieć, że nam się scyzoryk w kieszeni otwiera. Ale to są dobrzy Polacy i trzeba wierzyć, że będą dobrzy – przekonywał redaktor naczelny “Gazety Wyborczej” podczas sobotniej debaty “Podzielony świat mediów. Śmierć dziennikarstwa?”
W Polsce do obiegu już dawno weszły dwa określenia mediów: “mainstreamowe”, czyli te duże, nadające ton i “niszowe”.
Prawicowi publicyści od dawna twierdzą, że “mainstream” sprzyja Platformie Obywatelskiej, a oni sami muszą pracować w tych “niszach”, niemal jak w podziemiu. Podziały w środowisku dziennikarskim, szczególnie tym zajmującym się publicystyką polityczną, są widoczne. Dlatego stowarzyszenie Towarzystwo Dziennikarskie postanowiło zorganizować debatę o tym, czy ten podział prowadzi do śmierci dziennikarstwa.
W debacie uczestniczyli: Adam Michnik, Jacek Żakowski (“Polityka”), Igor Janke (szef Salonu24, były publicysta “Uważam Rze”), Jarosław Gugała (“Wydarzenia” Polsatu), Stefan Bratkowski (honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich) oraz Wojciech Mazowiecki (dawniej “Gazeta”, później “Przekrój” i “Superstacja”).
- Dziś media przyczyniają się do pogłębiania podziałów także w życiu politycznym – oznajmił na początku dyskusji Mazowiecki. Adam Michnik ocenił, że “każdy naród ma takie media, na jakie sobie zasłużył”. A obecny podział w mediach porównywał do sytuacji w polskiej prasie przed zamachem na prezydenta Gabriela Narutowicza w 1922 roku:
- Część ludzi głosiła wtedy hasła, w moim przekonaniu nie do zaakceptowania, że Narutowicz był nielegalny, bo głosowali na niego posłowie mniejszości narodowej. Ale to przecież nie byli ludzie, którzy można uznać za zwierzęta. Po latach także oni potrafili się zmienić, czy to w obliczu zagrożenia demokracji – po procesie Brzeskim, czy niepodległości – w 1939 roku i stanąć po dobrej stronie. Dziś bardzo często, jak czytam teksty niektórych ludzi, można powiedzieć, że nam się scyzoryk w kieszeni otwiera. Ale to są dobrzy Polacy i trzeba wierzyć, że będą dobrzy. Widzieliśmy już, jak dziennikarze czy politycy, którzy służyli komunizmowi, potrafili zmienić się i wpisać się w logikę demokratycznego państwa – mówił Michnik.
Mniej polityków = większa oglądalność?
Większa część debaty dotyczyła jednak przyszłości zawodu. – Śmierć dziennikarstwa właśnie następuje – oceniał Igor Janke. To m. in. efekt kryzysu w mediach i zmniejszenia rynku reklamowego.
- Nie oglądam już telewizji. Tam poziom dziennikarstwa jest dramatycznie zły – podkreślał.
Zwrócił uwagę, że zamiast merytorycznych rozmów najczęściej stawia się w studiu dwóch polityków, którzy się “naparzają jak koguty”. – Do tego nie potrzeba przygotowanego dziennikarza, a takie dziennikarstwo jest dużo tańsze – przekonywał. Dlatego zastawia się nad odejściem z dziennikarstwa.
Jarosław Gugała przekonywał jednak, że prawdziwe dziennikarstwo, polegające na informowaniu, nie umrze. Opowiedział, że przeprowadził w swoim programie (“Gość Wydarzeń” Polsatu News) eksperyment: przez miesiąc nie zapraszał polityków, tylko samych ekspertów. – I oglądalność skoczyła trzykrotnie – przekonywał.
Później jednak politycy zaczęli narzekać na brak pojawiania się na wizji i z eksperymentu musiał zrezygnować.
Jacek Żakowski podawał przykład sposobu przedstawienia przez media europejskie informacji o “ptasiej grypie”:
W Skandynawii podczas “epidemii” politycy w mediach wypowiadali się na ten temat jedyne w 2-3 procentach informacyjnego czasu antenowego. We Włoszech te proporcje były odwrotne – sam ówczesny premier Silvio Berlusconi pojawiał się w telewizji przez połowę tego czasu.
Jak przekonywał Żakowski, polscy dziennikarze powinni delikatnie odejść od modelu włoskiego i zbliżyć się bardziej do skandynawskiego.





