18-12-2012, 07:31
JAK ZOSTAŁEM KORESPONDENTEM “FRANCE FOOTBALL” »
18-12-2012
Prawie dokładnie w połowie lat siedemdziesiątych podjąłem pracę w redakcji “Sportu”. Wprawdzie dziennikarstwem sportowym zajmowałem się już przed kilkunastoma laty w okresie mojego stażu w katowickim oddziale Polskiej Agencji Prasowej, ale dopiero teraz poświęciłem mu się całkowicie i niezmiennie. Wyspecjalizowałem się tam w tematyce tenisowej, co jednak nie przeszkadzało mi w podejmowaniu problemów występujących w innych dyscyplinach sportu. Bywało, chociaż rzadziej, że pisałem także i o piłce nożnej. Okoliczność ta sprawiła, że miałem dostęp do prenumerowanego przez redakcję tygodnika”France Football” i mogłem go czytywać do woli, a nawet zabierać do domu, bo poza mną francuski znał jeszcze tylko Zbigniew Dobrowolny, ale on był wybitnym specjalistą lekkoatletki i futbolem się nie interesował. Przeglądałem więc owo pismo, czasem coś z niego dla „Sportu” tłumaczyłem lub szukałem w nim inspiracji do tworzenia własnych tekstów. Z samą redakcją francuskiego periodyku żadnego kontaktu nie miałem, ale tylko do czasu.
W roku 1981, szalejąca wtedy burza polityczna w kraju dotarła również do naszej gazety, a w niej pod wpływem redakcyjnej Solidarności eksmitowany został ze stanowiska naczelnego Andrzej Nawrocki. Jego miejsce zajął, zresztą po ostrej dyskusji z udziałem sekretarza KW i kierownika Wydziału Prasy KC, popierany przez opozycyjną część redakcji Janusz Jeleń. Nowy szef był doświadczonym dziennikarzem sportowym, a przy tym jeszcze bardzo ambitnym. Usilnie dążył do podniesienia jakości gazety, nie tylko poprzez wzrost poziomu publikowanych tekstów, ale i poprzez wymyślane przez niego lub prowokowane przez życie wydarzenia organizacyjno-sportowe. Jedno z nich nastąpiło w owym roku, kiedy to reprezentacja Francji pokonała w meczu eliminacyjnym do mistrzostw świata Holandię i uczyniła to we wspaniałym stylu. Mogliśmy się o tym przekonać, przynajmniej częściowo, bo telewizja polska transmitowała bezpośrednio drugą połowę tego spotkania. I po tym właśnie meczu Jeleń wpadł na pomysł aby zadzwonić do “France Football”, by popytać o wrażenia i opinie jakie ten mecz wywołał w kraju Galijskiego Koguta, no i zadanie to powierzył mnie.
Muszę przyznać, że serce mi trochę drżało, bo nie byłem pewien czy uda mi się to polecenie w miarę dobrze wykonać. Dzwonić miałem następnego przedpołudnia, ale już tego wieczoru zabrałem się do roboty. Przygotowałem sobie zestaw pytań, przetłumaczyłem je na język żabojadów, wyszukałem numer francuskiego pisma, sprawdziłem u maszynistek taśmę magnetofonową, na którą miała być nagrywana rozmowa i byłem gotów. Problem tylko do kogo konkretnie zadzwonić. Najchętniej rozmawiałbym z naczelnym redaktorem “France Football”, legendarnym już dziennikarzem i współtwórcą tego pisma Jacquesem Ferranem, tylko czy tak ważna figura zechce w ogóle podjąć ze mną rozmowę? Ostatecznie nie odpowiedziałem sobie na to pytanie, ale gdy następnego dnia centrala międzynarodowa poinformowała mnie, że mam na linii francuskie pismo, odruchowo powiedziałem do tamtejszej telefonistki: – passez moi le redacteur en chef*. A po chwili usłyszałem w słuchawce: Ferran, je vous ecoute**.
No i poleciało. Przedstawiłem się, poinformowałem skąd dzwonię, wyraziłem zachwyt wczorajszym meczem i poprosiłem o opinię, nie tyle o samej grze reprezentacji ile o sposobie jej przygotowania do przyszłorocznych mistrzostw świata. Mój rozmówca był wyraźnie zadowolony, wręcz dumny z postawy francuskich piłkarzy, toteż mówił chętnie, szeroko odpowiadając na to i na każde następne moje pytanie. Strzelał szybko jak karabin maszynowy, więc co pewien czas wtrącałem wykrzyknik: – plus lentement s`il vous plait***, bo obawiałem się, że tak pośpieszne zbitki słowne będzie mi trudno z magnetofonu odtworzyć. Na szczęście wszystko się udało znakomicie więc wywiad z Jacquesem Ferranem ukazał się następnego dnia na pierwszej stronie “Sportu”.
Jak z powyższego wynika był to jednorazowy i tylko telefoniczny kontakt z szefem paryskiego tygodnika, ale sam tygodnik docierał do mnie tydzień w tydzień. Przeglądałem go więc systematycznie, czytając co ciekawsze artykuły i pilnie śledząc kilka ostatnich stron, na których ukazywały się krótkie korespondencje z różnych krajów europejskich. Niegdyś, od końca lat pięćdziesiątych zamieszczano tam także teksty Kazimierza Gryżewskiego, później Jacka Gucwy, a w drugiej połowie lat siedemdziesiątych Krzysztofa Wyrzykowskiego. Wszakże w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych trudno tam było znaleźć jakąkolwiek wzmiankę o polskiej piłce nożnej. Trochę mnie to dziwiło, zastanawiało i nawet denerwowało, bo trafiałem na artykuliki z krajów nie odgrywających w futbolu żadnej roli, a o Polsce, która dwukrotnie zdobyła medalowe miejsca w MŚ ani słowa.
Co u licha? Czy tak musi być stale? Zadawałem sobie podobne pytania, a im więcej ich było, tym bardziej dojrzewała w mojej mózgownicy myśl, aby zapytać “France Football” dlaczego nie uwzględnia na swych łamach polskiego futbolu? Wreszcie w 1985 roku sformułowałem list, którego najważniejszą część stanowiło owo zdanie z pytajnikiem. Dodałem również, że jeśli nie mają w Polsce korespondenta, to ja mogę się podjąć tej roli. I aby nie rzucać słów na wiatr, do listu dołączyłem półtora kartkową informację o przygotowaniach reprezentacji naszego kraju do mistrzostw świata w Meksyku. List wysłałem, ale wszelki ślad po nim zaginął, nie docierała żadna odpowiedź z redakcji i nie pojawiała się w tygodniku moja korespondencja. I na tym zapewne skończyłaby się przygoda z francuskim pismem, gdyby nie przypadek.
W kilka miesięcy później jako członek zarządu Polskiego Związku Tenisowego wydelegowany zostałem do Paryża na zgromadzenie generalne do spraw młodzieży Europejskiej Federacji Tenisowej. Pewnego późnego popołudnia spacerując po Montrmartrze dostrzegłem w odchodzącej od tej alei uliczce Faubourg Monmartre olbrzymi pionowy napis zawieszony na jednym z domów: L`EQUIPE.
Rzeczownik ten oznacza nazwę dziennika sportowego, ale i koncernu prasowego, do którego należy również „France Football”. Wszedłem do gmachu i zastukałem do drzwi redaktora naczelnego, którym w tym czasie był już Jacques Thibert, dyktujący akurat jakiś tekst sekretarce. Przedstawiłem się i powiedziałem, że jestem tym facetem, który kilka miesięcy temu wysłał propozycje współpracy i drobny artykuł.
- Ach tak, przypominam sobie – powiedział i zwracając się do sekretarki dodał: - Powiedz Armelle co myśmy z tym tekstem zrobili?
- Posłaliśmy go do pana Wyrzykowskiego.
Krzysztof Wyrzykowski, dawny dziennikarz sportowy TVP, który wyjechał z kraju w stanie wojennym był już od 1982 roku pracownikiem „L`Equipe”.
- Rzeczywiście, teraz sobie przypominam. Ten pański rodak z Polski zaproponował nam parę miesięcy temu, że będzie brał materiał od swoich kolegów z Warszawy i pisał dla nas informacje o polskiej piłce. Nie jesteśmy jednak usatysfakcjonowani, bo do tej pory nie dał nam żadnego tekstu.
- To ja chętnie podejmę się takiego zadania.
- Tak – odparł Thibert, ale nie wiem jak pan pisze po francusku, a my tu mamy 306 krajowych i zagranicznych korespondentów i nie mamy czasu na adiustację tekstów.
Po tej kwestii zaproponowałem naczelnemu, że udam się teraz do hotelu, napiszę tekst o polskiej piłce i wrócę jutro, a wtedy będzie mógł podjąć decyzję. Jak powiedziałem tak zrobiłem, a następnego dnia, gdy już szef “FF” mój tekst przeczytał, powiedział: – Nie jest to francuzczyzna najwyższych lotów, a ponadto nie uwzględnia pan typowych dla futbolu sformułowań. U nas nie piszę się np. skrzyżowanie słupka z poprzeczką, ale la lucarne. Musi pan przyswoić sobie wiele takich zwrotów, a wtedy będzie ok. Mimo tych drobnych niedociągnięć akceptuję pańską współprace z nami.
Zadowolony z takiego obrotu sprawy wróciłem do kraju i co tydzień wysyłałem dalekopisem krótkie korespondencje o tym co dzieje się na naszych boiskach. Ukazywały się one z moim podpisem na łamach rzeczonego pisma. Nie wszystkim chyba po francuskiej stronie się to podobało, bo po mniej więcej dwóch miesiącach otrzymałem z Paryża list następującej treści:
„Szanowny Panie! Ostatnio współpracował Pan z naszym tygodnikiem “France Football” i jesteśmy Panu winni sumę 380 franków, którą chcielibyśmy uregulować. Aby to uczynić powinien Pan przesłać nam adres i numer konta pańskiego banku. Z drugiej jednak strony chcielibyśmy zwrócić pańską uwagę, że mamy już korespondenta „futbolowego” w Warszawie w osobie p. Sikory. Z góry dziękujemy za odpowiedź, zasyłając równocześnie nasze najlepsze pozdrowienia. Sekretarz generalny redakcji P. Courtois.
Ów tytuł: “sekretarz generalny redakcji” odnosił się nie tylko do “France Football”, ale do całego koncernu “L`Equipe”. Oznacza to, że pan Courtois był ważną figurą, a jego decyzje ostateczne. Mimo iż dał mi wyraźnego kopniaka postanowiłem się nie poddawać. Napisałem do niego list, w którym poinformowałem go, że od lat systematycznie przeglądam “L`Equipe” i “France Football” i o tym, że w ciągu minionego roku w dzienniku dostrzegłem tylko jedną (jedną) korespondencję p. Sikory, natomiast w tygodniku ani jednej. W tej sytuacji zaproponowałem aby dziennikarz z Warszawy pozostał przy “L`Equipe”, a ja przy “France Football”. Nie bardzo wierzyłem, że moja propozycja przyniesie jakiś skutek, ale jednak z nadzieją wyczekiwałem listu z Paryża. I wreszcie po kilku tygodniach, wbrew mojej niewierze, nadszedł. Otworzyłem go, rzuciłem okiem na nagłówek i już wszystko wiedziałem, bo zamiast suchego tytułu: Panie, pojawił się tam ciepły zwrot: Mon cher correspondent****. Nie musiałem już dalej czytać, choć to uczyniłem, bo sam tytuł wyraźnie wskazywał, że moja współpraca z “France Football” została ostatecznie zaakceptowana.
W ten sposób zostałem korespondentem najpopularniejszego pisma piłkarskiego w świecie. To właśnie ten tygodnik zainicjował Puchar Europy Mistrzów Krajowych zwany teraz Ligą Mistrzów, on stworzył instytucję Złotej Piłki przyznawanej rok rocznie już od 56 lat najlepszemu piłkarzowi grającemu w Europie, on zainicjował wiele zawodów, nagród, klasyfikacji, na jego opinie powołują się największe pisma sportowe na różnych kontynentach. Współpraca z takim pismem nobilituje dziennikarza i przysparza mu splendoru. Mogłem się o tym osobiście przekonać, bo mimo iż działałem w regionalnym ośrodku jakim niewątpliwie są Katowice, to jednak stałem się znaną postacią w krajowym środowisku dziennikarstwa sportowego, a także wśród znacznej części czytelników interesujących się piłką nożną, w szczególności zaś przyznawaniem indywidualnych nagród zawodnikom.
Tak, bo w ciągu 24 lat mojej współpracy z “France Football” napisałem nie tylko kilkaset informacji o polskim futbolu, ale równocześnie byłem członkiem międzynarodowego jury wybierającego laureata Złotej Piłki. I ten właśnie ostatni akt przysporzył mi najwięcej popularności, bowiem pod koniec grudnia każdego roku we francuskim tygodniku ukazywały się w odpowiedniej hierarchii nazwiska typowanych przeze mnie kandydatów do nagrody i mój do nich komentarz, po czym informację tę powielała cała krajowa prasa sportowa z radiem i telewizją włącznie. Przyczyniłem się zatem do przyznania tego honorowego trofeum wielu asom piłkarstwa europejskiego, od Igora Biełanowa w 1986 roku poczynając, a na Lionelu Messim w 2010 roku kończąc. A po drodze wybierałem takich gigantów futbolu, jak: Ruud Gullit, Zinedin Zidane, Luis Figo, Pavel Nedved, Andrij Szewczenko, no i wielu innych, w tym oczywiście Ronaldo.

Czesław Ludwiczek z koszulką Ronaldo i umieszczoną na niej specjalną dedykacją brazylijskiego piłkarza
Z tym ostatnim brazylijskim fenomenem futbolu, który swoją pierwszą Złotą Piłkę otrzymał w roku 1997 wiąże się pewien zabawny incydent. Otóż wyrażając wdzięczność, że na niego głosowałem, Ronaldo przysłał mi specjalnym kurierem koszulkę z odręcznym autografem i napisem po angielsku: Dziękuję za twój głos. Pochwaliłem się tym podarunkiem w redakcji “Sportu”, gdzie zresztą zrobiono mi z nim zdjęcie i zamieszczono je w gazecie. No, ale co miałem z tą koszulką robić? Pomyślałem, że lepszy z niej pożytek będzie miał red. Stefan Szczepłek z Warszawy, znany kolekcjoner piłkarskich trofeów. Zadzwoniłem do niego aby podał mi adres, na który mam wysłać koszulkę, ale mój rozmówca zdecydowanie się sprzeciwił. - Nie, w żadnym wypadku, nie wysyłaj pocztą, bo może zaginąć – powiedział i natychmiast dodał: - sam po nią przyjadę. No i następnego dnia Stefan przybył do Katowic. Teraz koszulka Ronaldo pojawia się na organizowanych co pewien czas przez warszawskiego dziennikarza wystawach.
Podczas tych 24 lat mojej kolaboracji z “France Football” przetrwałem aż pięciu redaktorów naczelnych no i kilkakrotną zmianę formuły pisma. Najważniejsza z nich sprawiła, że tygodnik przekształcił się w bi-tygodnik. Każda z tych zmian zmierzała do coraz intensywniejszego eksponowania na łamach futbolu francuskiego, a w następnej kolejności pięciu najsilniejszych piłkarsko krajów europejskich. Zrozumiałe jest zatem, że ograniczono miejsce na korespondencje z innych państw, w tym i z Polski, eliminując je całkowicie w ostatnich latach. Zmieniała się także formuła wyboru laureatów Złotej Piłki. Liczba jurorów wzrastała systematycznie od 26 kiedy powołany zostałem do tego grona, do 96 w w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych i do przeszło 600 w roku 2010, kiedy do wyłaniania najlepszego piłkarza włączyła się FIFA. Szczerze pisząc, w ostatnich kilku latach moja współpraca z “France Football” była już tylko symboliczna, mimo iż za tak zwaną gotowość płacono mi 28 euro miesięcznie. Mimo to z końcem 2010 roku złożyłem rezygnację na ręce aktualnego redaktora naczelnego Denisa Chaumiera i rozstałem się ostatecznie z tym pismem. Na pożegnanie wręczono mi pamiątkowy zegarek, na którego częściach widnieje nazwa pisma: “France Football”.
CZESŁAW LUDWICZEK
*Proszę z redaktorem naczelnym
**Ferran, słucham
*** Trochę wolniej proszę




