Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

24-12-2012, 09:43

“Gazeta Polska” wygrała w sądzie z TVN  »

WIRTUALNEMEDIA.PL
pp
24-12-2012

Sąd Apelacyjny w Warszawie oddalił pozew stacji TVN przeciw “Gazecie Polskiej” (Niezależne Wydawnictwo Polskie). Stacja pozwała tygodnik za to, że w 2007 roku podał, iż reportaż nadany w programie TVN “Superwizjer”, był nierzetelny.

W całej sprawie chodziło o cykl artykułów Leszka Misiaka. które ukazały się na łamach “GP” w 2007 roku. Autor wykazał w nim nierzetelność reportażu pt. “Kardiochirurg bez serca, wyemitowanego w programie “Superwizjer” telewizji TVN. W materiale reporterzy pokazali, że lekarz, który pomógł policji w akcji kontrolowanego wręczenia łapówki kierownikowi kliniki kardiochirurgii w Białymstoku, działał bezpodstawnie.

Po publikacji tygodnika, TVN pozwał “Gazetę Polską” o ochronę dóbr osobistych. Prawomocny wyrok Sądu Apelacyjnego z zeszłego tygodnia potwierdził orzeczenie sądu pierwszej instancji, który także przyznał rację “GP”.

Z danych ZKDP wynika, że sprzedaż ogółem “Gazety Polskiej” w październiku br. wyniosła 63 752 egz.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/gazeta-polska-wygrala-w-sadzie-z-tvn

23-12-2012, 23:44

Adlery Wojtka Mszycy. To tylko część jego bogatej kolekcji  »

Myszków naszemiasto.pl
Krzysztof Suliga
23-12-2012

Kolekcjonuje stare rowery, maszyny do pisania, amonity, judaiki i opakowania po kosmetykach Nivea.

Wojtek Mszyca wśród swoich ukochanych rowerów

Wojtek Mszyca w Katowicach mieszka już od 35 lat. Urodził się w Żarkach i z rodzinną miejscowością utrzymuje cały czas bardzo ścisłe kontakty. Ma w niej nawet dom. Można powiedzieć, że dla Żarek zrobił znacznie więcej niż wielu innych. I do tego społecznie. Przyczynił się do odbudowy kościółka św. Stanisława na żareckim Laskowcu, stworzył na kirkucie w Żarkach lapidarium, troszczy się o zabytkowe groby na parafialnym cmentarzu. Jego pasją jest kolekcjonerstwo.

Od amonitów przez judaiki po rowery

Wojtek Mszyca posiada ciekawą kolekcję jurajskich amonitów, za którą otrzymał nagrodę XXI Wystawy i Giełdy Minerałów i Skamieniałości na Wydziale Nauk o Ziemi Uniwersytetu Śląskiego. Jest też w posiadaniu żareckich judaików, zbioru maszyn do pisania, zabytkowych rowerów a także bogatej kolekcji opakowań firmy Nivea. Spektrum jego zainteresowań jest bardzo szerokie.

Ratuje zabytki, promuje województwo

Jego działalność docenił wojewoda śląski Zygmunt Łukaszczyk, przyznając mu wyróżnienie w konkursie “Śląskie na 5”. – Otrzymałem je za ochronę i upowszechnianie dóbr kultury, zabytków techniki, a szczególnie za promowanie w czasie polskiej prezydencji w Unii Europejskiej na międzynarodowej 14. Velocipediade’2011 w Lipsku oraz na 38. zlocie Adler-Motor-Veteranen- Club w Bad Buchau polskiego, śląskiego, katowickiego 86-letniego roweru Ebeco z 1925 r. – wyjaśnia Wojciech Mszyca. Co ciekawe, rower wyszykowany został w dużym stopniu właśnie w Żarkach i “ochrzczony” w leśniowskim potoku. Podobnie jak inne odrestaurowane jednoślady.

Jednoślady z kolekcji to prawdziwe rarytasy

Pan Wojtek jest członkiem Sekcji Pojazdów Zabytkowych Automobilklubu Śląskiego oraz międzynarodowego towarzystwa Adler-Motor-Veteranen-Clubu zrzeszającego około 450 miłośników tej marki z 25 krajów świata. Swoje zabytkowe jednoślady prezentuje w kraju i za granicą, na zlotach i wystawach. W ubiegłym roku pojechał z dwoma swymi cackami – Adlerem 23a z 1926 r. i damką Adler 8 z 1949 r. na 38. Jahrestreffen Adler-Motor-Veteranen-Club w Bad Buchau.

Muzeum na piętnastu metrach kwadratowych

Ekipa China Central TV w Izbie/M1 Cyklisty

W tym roku nasz kolekcjoner wszedł w posiadanie niewielkiego pomieszczenia w bloku, w którym mieszka. Wcześniej mieścił się tam zakład krawiecki. Mszyca stworzył w nim minimuzeum, w którym prezentuje większość eksponatów ze swej bogatej kolekcji. Można je zwiedzać bezpłatnie po wcześniejszym uzgodnieniu (tel. 605 581537).
Ostatnio odwiedziła go pierwsza telewizja z zagranicy. Nie krył swego zaskoczenia, bo kogo jak kogo, ale telewizji z Państwa Środka się nie spodziewał.

– Przyjechała do mnie telewizja China Central TV. Swego korespondenta w Warszawie mają dopiero od stycznia tego roku. Kiedy do mnie zadzwonili zrozumiałem, że chodzi o fińską telewizję. Przygotowałem się jak jest rower i dzień dobry po fińsku. Dopiero kiedy zadzwonili z dworca zrozumiałem, że chodzi o telewizję z Pekinu. To była pierwsza ich wizyta na Śląsku od kiedy pojawili się w Polsce – opowiada.

Wszystko zaczęło się już w młodości

Wojtek Mszyca zaczął zbierać różne rzeczy, kiedy mieszkał jeszcze w Żarkach._Było to jeszcze w czasach licealnych, kiedy to matka chrzestna podarowała mu motorower marki Adler. Jeździł nim po bezdrożach do Przewodziszowic, Mirowa. Potem opamiętał się i rozpoczął odrestaurowywanie mocno nadwyrężonego podróżami zabytku. Trwało to dziesięć lat. Będąc dziennikarzem, uzbierał kilka maszyn do pisania marki Adler (w sumie maszyn ma około 100, w tym 60 adlerów). Od mieszkańca Mikołowa przejął natomiast unikatowy, trzybiegowy rower tej marki. Postanowił zainteresować się wtedy rowerami. Wchodził w posiadanie głównie niemieckich jednośladów. Marzył jednak o polskim przedwojennym rowerze. W końcu znalazł wyprodukowany w Katowicach Ebeco. Ma w swej kolekcji 15 ponadpięćdziesięcioletnich rowerów. Teraz marzy o zdobyciu roweru produkowanego przed wojną w myszkowskim Światowicie. Jeśli ktoś taki posiada, niech da znać. Jeśli ktoś taki rower posiada, niech da znać.

Prawdopodobnie kilka z rowerów z kolekcji będzie można obejrzeć w przyszłym roku na wystawie w domu kultury w Żarkach.

Całość: http://myszkow.naszemiasto.pl/artykul/galeria/1666459,adlery-wojtka-mszycy-to-tylko-czesc-jego-bogatej- kolekcji,4144905,id,t,zid.html#galeria

23-12-2012, 18:37

Z powrotem w “Marchołcie”  »

(ów)
23-12-2013

Zgodnie z wieloletnią tradycją, u progu świąt Bożego Narodzenia i zbliżającego się Nowego Roku spotkaliśmy się, tym razem – w “Marchołcie”,  przywołującym jakże miłe nam wszystkim wspomnienia, by życzyć sobie wszystkiego co najlepsze w nadchodzącej przyszłości.

Było gwarnie, radośnie i… przestrzennie. Symbolicznie, łamiąc się opłatkiem życzyliśmy sobie wzajemnie przede wszystkim zdrowia oraz lepszych perspektyw dla uprawianej przez nas profesji.

Nie obyło się bez okolicznościowych paczek, które za sprawą nieocenionego, honorowego prezesa Zarządu Oddziału – redaktora Kazimierza Zarzyckiego trafiły do rąk wszystkich uczestników przedświątecznego spotkania.

(ów)

foto: Andrzej Dyczko i Józef Wróbel


Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/4418

23-12-2012, 14:49

PW Rzeczpospolita nadal państwowa  »

Gazeta Wyborcza
Vadim Makarenko
23-12-2012

Skarb państwa nie sprzedał Grzegorzowi Hajdarowiczowi spółki PW Rzeczpospolita. Za to zarząd giełdy zawarł z jego dziennikiem “partnerstwo strategiczne”.

Grzegorz Hajdarowicz

Właścicielowi “Rzeczpospolitej” nie udało się przejąć swego wierzyciela. W piątek Ministerstwo Skarbu Państwa poinformowało o tym, że zamknęło proces prywatyzacji Przedsiębiorstwa Wydawniczego Rzeczpospolita “bez rozstrzygnięcia”. Jedynym starającym się o zakup 85 proc. akcji spółki była grupa kapitałowa Jupiter NFI.

To część Grupy Gremi należącej do krakowskiego przedsiębiorcy Grzegorza Hajdarowicza, któremu w zeszłym roku udało się kupić wydawnictwo Presspublica skupiające “Rzeczpospolitą”, “Parkiet”, “Uważam Rze” i włączyć do niego “Przekrój” i “Sukces”. Łącznie przejęcie kosztowało 135 mln zł, z czego 80 mln zł (za 51 proc. udziałów) dostał brytyjski fundusz Mecom, a pozostałe 55 mln zł (za 49 proc.) – spółka skarbu państwa PW Rzeczpospolita. Na spłacenie Brytyjczyków zaciągnął kredyt w Getin Noble Banku, a udziały od skarbu państwa kupił na raty oprocentowane na 8,26 proc. rocznie. Te ostatnie ma spłacać przez najbliższe pięć lat.

Resort skarbu zaprosił chętnych do prywatyzacji PW Rzeczpospolita na początku września. 2 października zgłosił się Jupiter NFI, który był dopuszczony do badania ksiąg spółki i spędził na tym zajęciu miesiąc. Przez kolejny miesiąc zastanawiał się nad tym, jaką ofertę złożyć skarbowi. Rząd potrzebował pięciu dni, by ofertę odrzucić.

Zeszłoroczne przychody PW Rzeczpospolita wyniosły 4,5 mln zł, ale zysk netto sięgnął aż 43,3 mln zł. Czy te pieniądze to skutek sprzedaży udziałów w Presspublice? – To także wpływ tej transakcji – potwierdza Maciej Olender, prezes PW Rzeczpospolita, ale szczegółów nie zdradza. Spółka prowadzi wydawnictwo książkowe, kilka niszowych serwisów internetowych (w tym Plus50.pl czy Alterpraca.pl) i wydaje miesięczniki “Detektyw” (w Polsce) i “Farmer” (na Ukrainie). Ważną częścią jej majątku jest siedziba znajdująca się w Warszawie przy Al. Jerozolimskich 107 nieopodal pl. Starynkiewicza.

W środę “Parkiet” zawarł “partnerstwo na rzecz rynku kapitałowego” z Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie. Z komunikatu prasowego, czołówki oraz dwustronicowego materiału w czwartkowym “Parkiecie” nie da się wywnioskować, na czym partnerstwo będzie polegało w praktyce. – To wyłącznie pakt ideowy. Jesteśmy zaangażowani w rozwój rynku kapitałowego od 18 lat i od dawna staraliśmy się podpisać podobne partnerstwo na rzecz wspierania rynków kapitałowych – mówi Hanna Wawrowska, pełnomocnik zarządu Presspubliki ds. korporacyjnych. Według niej “Parkiet” zabiegał o partnerstwo z giełdą “prawie od początku istnienia tytułu, czyli od 18 lat”.

- Działamy w ramach polskiej racji stanu, jakim jest wzmacnianie polskiej giełdy w Europie – powiedział Grzegorz Hajdarowicz, prezes i właściciel Presspubliki cytowany w komunikacie prasowym [składnia oryginalna]. Czy określenie “racja stanu” w odniesieniu do współpracy dwóch firm jest stosowne w odniesieniu do biznesowego partnerstwa dwóch spółek? – To nie jest biznesowe partnerstwo. W komunikacie GPW napisała, że do podobnego grona, w którym dziś jest “Parkiet”, zaprasza także inne tytuły i redakcje – odpowiada Wawrowska.

GPW nie odpowiedziała na nasze pytania. Wysłała natomiast odpowiedzi na pytania zadane przez branżowy miesięcznik “Press”, który opisał partnerstwo w swoim codziennym serwisie elektronicznym. I dodał, że może ono ograniczać obiektywizm dziennika, na co dzień piszącego o giełdzie. Zdaniem Presspubliki to nadinterpretacja. – Giełda za żadne informacje, jak i też inni uczestnicy rynków finansowych, nie płaci nam i nie będzie płacić – podkreśla Wawrowska.

- Z naszego porozumienia nie wynikają żadne konsekwencje finansowe, które w jakimkolwiek stopniu odbiegałyby od naszej dotychczasowej współpracy – powiedziała Anna Wiśniewska, szefowa biura prasowego GPW i zapewniła “Press” , że umowa nie jest na wyłączność, więc inne redakcje mogą przystąpić do partnerstwa. I dodała: – Wybraliśmy “Parkiet” ponieważ w naszej ocenie jest jedynym dziennikiem, dla którego rynki kapitałowe i sprawy kluczowe dla ich dalszego rozwoju rzeczywiście znajdują się w centrum uwagi”.

Tego samego dnia Ludwik Sobolewski, prezes giełdy, znalazł się w opałach. Resort skarbu, główny akcjonariusz GPW, zwołał nadzwyczajne walne zgromadzenie, a do porządku obrad wprowadził zmiany w zarządzie spółki. Powodem był tekst opublikowany w październiku przez “Puls Biznesu”, który ujawnił, że Ludwik Sobolewski wraz z podwładnym zaangażował się w poszukiwanie funduszy dla filmu “Zemsta faraona”. W piątek rada giełdy uznała te zachowania za nieetyczne i zawiesiła Sobolewskiego.

W czwartek “Parkiet” poinformował o działaniach skarbu państwa na pierwszej stronie.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75248,13100196,PW_Rzeczpospolita_nadal_panstwowa.html#ixzz2FxAhh8Tg

22-12-2012, 15:07

Telewizja Katowice, przepraszamy za usterki  »

Dziennik Zachodni
Teresa Semik
22-12-2012

Pamiętacie świąteczne hity lat 60. i 70. takie jak “Ścigany”, “Święty” czy “Doktor Kilder”. Oglądaliście je dzięki łączom Interwizji, które skupiały się w Katowicach. Tak, tak, Telewizja Katowice była kiedyś potęgą. Tu nawet powstała pierwsza telewizja śniadaniowa w kraju. Wspomina Teresa Semik

Plansza Telewizji Katowice

Pierwszy program Telewizji Katowice dotarł do około 200 domów. Więcej telewizorów nie było w Katowicach i okolicy w grudniu 1957 r. Teraz nie jest lepiej, bo lokalna antena, poza “Aktualnościami”, wyparowała z wizji. A kiedyś była potęgą. Łącza Interwizji skupiały się w Katowicach. Stąd na całą Polskę szły hity lat 60. i 70.: “Ścigany”, “Święty”, czy “Doktor Kilder” – pierwszy na świecie serial medyczny o przystojnym stażyście. W tej roli Richard Chamberlain.

Mieliśmy najlepsze telekino.

Z katowickiego studia Józef Kopocz zapowiadał lot Gagarina w Kosmos i lądowanie Amerykanów na Księżycu. Człowiek z zachwytem gapił się w biało-czarny telewizor nie zważając na trzęsący się obraz czy planszę: “Za chwilę dalszy ciąg programu”. Gapimy się teraz też, tyle że w plazmowy odbiornik i widać, jak Telewizja Katowice zmalała. Właściwie jej nie ma. – A kiedyś mieliśmy własne Studio Piosenki – rozmarza się Halina Szymura, autorka programów muzycznych. Ostatni konkurs dyrygentów obsługiwali w Katowicach dziennikarze z Warszawy. Podobnie było po pierwszych sukcesach Adama Małysza.

Wracającego do domu skoczka witał w Wiśle dziennikarz TVP z Warszawy. – Kiedyś byłby to dyshonor – uważa Józef Kopocz, pierwszy spiker lokalnej anteny. – Sami relacjonowaliśmy wydarzenia na swoim terenie.

Przy sobocie po robocie

Ośrodek TVP Katowice debiutował na antenie ogólnopolskiej dzień przed Barbórką 1957 roku. To wiemy na pewno. Julian Jodłowski, wtedy kierownik zmiany, twierdzi, że wóz transmisyjny stał w Bytomiu, gdzie trwała akademia górnicza.

Pierwsi spikerzy Telewizji Katowice

Historyczne słowa: “Tu Telewizja Katowice. Dobry wieczór Państwu” powiedziała aktorka Teatru Śląskiego Liliana Czarska. Po niej telewidzów w całym kraju witał z Katowic warszawski spiker Jan Suzin – specjalnie po to przyjechał na Śląsk.

Ale zdaniem Józefa Kopocza pierwszy program wyemitowała Telewizja Katowice nie z Bytomia, tylko z katowickiej kawiarni “Europa”. O godzinie 16.00 wystąpił m.in. kompozytor, Wojciech Kilar, który grał na fortepianie, a także pianista Józef Stompel, już laureat wielu konkursów. Kto ma rację? Pierwsze programy były na żywo, nie ma po nich śladów. Program raczkującej telewizji przypominał partyzantkę. Nie było pewne, kiedy się pojawi, a kiedy zniknie z ekranów. Jednego dnia trwał trzy godziny, drugiego cztery. Był tylko w godzinach wieczornych. I tylko do północy. Na pierwszą zmianę naród szedł wyspany.

Niemniej w latach 60. katowicki ośrodek TVP rozwijał się dynamicznie i nikt nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego. Zaryzykujmy twierdzenie, że sukces był zasługą ludzi, m.in.: Wojciecha Sarnowicza – reżysera i dokumentalisty zafascynowanego Śląskiem, skrupulatnej Doroty Podlodowskiej, czy trochę mentorskiego Gwidona Gaja. Stąd emitowano 25 proc. programu ogólnopolskiego. W Czechosłowacji wszystkie anteny odwracano na północ.

Plansza wywoławcza Telewizji Katowice była powszechnie znana. Po niej na ekranie pojawiały się bajki Disneya (zwykle tylko w święta), programy rozrywkowe, w tym cykl Janusza Rzeszewskiego i Jacka Fedorowicza “Przy sobocie po robocie” z gwiazdami polskiej piosenki: Marią Koterbską, Ireną Santor, Violettą Villas, Mieczysławem Foggiem. Prawdziwą furorę na antenie śląskiej robiły megaprodukcje “Ludziom dobrej roboty”.

Katowicki Spodek był wypełniony przodującą klasą robotniczą wielkoprzemysłowego regionu, a na scenie schody, girlandy i pawie pióra.Pośród nich każdy szanujący się artysta, nawet Jiři Korn i Karel Gott.

Twarze TVP Katowice

Ulubieńcy publiczności – Krystyna Loska i Józef Kopocz chodzili do tego samego gimnazjum w Pszczynie. Razem też wyznaczali zawodowe standardy telewizji polskiej. Dotąd niedoścignieni. Świat się zmieniał, a oni byli tacy sami – bliscy, choć nieco posągowi na ekranie. Pojawiali się w domach telewidzów przez ponad 30 lat. Józef Kopocz, po AWF, zaczął w 1957 roku. Krystyna Loska (wcale nie była blondynką) zostawiła studia aktorskie w Krakowie, gdy na świat przyszła Grażyna. Do TVP Katowice przyszła w 1962 roku i najpierw czytała filmy. Na wizji pojawiła się zapowiadając kolejny odcinek “Zorra”. Z Kopoczem prowadziła pamiętny wieczór sylwestrowy, kiedy to kamerzysta zasnął, bezwiednie opuszczając kamerę w dół. Był prawie ranek, gdy telewidzowie zobaczyli wytworną Loskę w balowej sukni i w kapciach, a Kopocza w marynarce i dżinsach.

Następnego dnia dzwonili oburzeni widzowie, że płacą abonament, więc kierownictwo TVP ma być stać na kompletne stroje prezenterów.

To Krystyna Loska zapowiadała ważne mecze drużyny Kazimierza Górskiego, bo ta zapowiedź dobrze wróżyła piłkarzom. – Nie były to czary-mary, tylko zbieg okoliczności, ale taka była prawda, wygrywaliśmy! – zdradziła nam K. Loska.

W latach 60. telewizyjną karierę zaczynał w Katowicach absolwent Politechniki Śląskiej Mariusz Walter (założyciel TVN). Zajmował się sportem. Z Olgierdem Wieczorkiem prowadził “Magazyn postępu technicznego”. Wyprzedzili “Sondę” – popularny program naukowy z przełomu lat 70. i 80.

W Katowicach zaczynała, czytając “Aktualności”, Bożena Bukraba vel Walter. Na stałe pracowała w Radiu Katowice. Karierę zrobiła już Warszawie, m.in. programem Studio 2, “5-10-15″.

Jan Ciszewski

Kolejna wielka osobowość to komentator sportowy Jan Ciszewski. Pracę w TVP Katowice zaczął w latach 60. od relacji z wyścigów na żużlu. “Caruso mikrofonu” mówiono o nim. Samym głosem oraz pasją potrafił stworzyć z meczu teatr i podgrzać temperaturę telewizora: “Proszę państwa, tak nie można. Skrzydłem, trzeba grać skrzydłem. Piłka to nie uniwersytet…”. Krzyczał, płakał, cmokał, kaleczył polszczyznę. Regularnie “wycofywał piłkę do tyłu”. Kiedy faulowali Polacy, przekonywał, że “futbol to jest twarda gra”, a kiedy faulowani byli nasi, domagał się dla sprawców surowych kar. Gdy mistrz Ciszewski przeszedł do telewizji warszawskiej, jego miejsce zajął radiowiec Andrzej Zydorowicz, autor bon motu: “Kibiców szwedzkich nie ma zbyt dużo, ale za to nie grzeszą urodą”.

Gwiazdami chętnie łączonymi z TVP Katowice są Kamil Durczok, a także Marek Czyż. Już zawsze przypisana do niej będzie charakteryzatorka Czesława Baldo. Pracowała na planie “Listy Schindlera” Spielberga i zagrała w nim obozową fryzjerkę. Podobnie jak podczas realizacji “Day by Day” z Williamem Dafoe, kręconym w Oświęcimiu.

Kamera z demobilu

Kandydaci na pierwszych operatorów musieli mieć własną kamerę. Zygmunt Duś posiadał kamerę zamontowaną wcześniej w niemieckich myśliwcach do rejestracji zestrzeleń.Kręcił nią filmy dokumentalne w Amatorskim Klubie Filmowym “Śląsk” w Katowicach. Do pracy w telewizji w 1957 r. zgłosiło się 40 takich jak on amatorów. Komisja obejrzała najpierw ich kamery i wybrała dziesiątkę. Tylko Edward Poloczek dostał etat, później utytułowany fotografik.

Swoje filmowe wstawki oglądali w witrynach sklepowych. W pierwszych latach telewizor trudniej było dostać niż auto. W sprzedaży były na talony, które przysługiwały też pracownikom TVP. Zygmunt Duś dobrze to pamięta. Jak już kupił telewizor, co wieczór miał tłumy gości.

Siedziba Telewizji Katowice

Pierwsze pomieszczenia redakcyjne mieściły się w Katowicach przy ul. Ligonia w nieistniejącej willi Jerzego Ziętka. Na jej miejscu zbudowano Centrum Kultury. W Bytkowie stał 225-metrowy maszt i nadajnik, niewielkie studio. Problem w tym, że na trasie z redakcji przy ul. Ligonia do Bytkowa była cynkownia i tory w poprzek drogi. Gdy szlaban był opuszczony, zagradzając przejazd telewizyjnemu kurierowi, na ekranach pojawiał się napis: “Za chwilę dalszy ciąg programu”. Dotyczyło to też filmów. Często jedyną taśmę, która w kinie schodziła z bębna, pędem przewożono do Bytkowa, by ją pokazać w TV. Widz nie miał pojęcia, że przerwę w filmie zawdzięcza maszyniście pociągu manewrującego przy cynkowni.

Ciężkie kamery, w czasie spektakli teatralnych, technicy ciągnęli przed aktorami na specjalnych linach. Czołgali się przy tym, by nie wchodzić w kadr. Polskę obiegła wtedy wiadomość, że TVP zatrudniła karłów. W Katowicach zarejestrowano około 200 spektakli. Stąd emitowano popularne “Kobry” kryminalne. Do lat 70. teatry “szły” na żywo. W zależności od tego, czy aktorzy podawali tekst wolniej, czy szybciej, a kamery nadążały za nimi, teatr kończył się wcześniej lub później. Nikt nie robił problemu. Program mieliśmy jeden.

Co, towarzysze, kręcicie?

Pierwsze lata telewizji były rozrywkowe i edukacyjne. Władza zorientowała się później, że szklany ekran może wykorzystać dla swoich celów.

Był późny wieczór, kiedy zadzwonił telefon w domu Zygmunta Dusia, by wracał do pracy. Warszawa pyta, czy Jerzy Ziętek umarł, bo go nie ma na filmie… A to tylko ówczesny I sekretarz, Zdzisław Grudzień był zazdrosny o popularność Ziętka i zabraniał pokazywać go w mediach. Ze ścinków Duś montował film tym razem z wojewodą Ziętkiem. Był mistrzem w swoim zawodzie. Jego film “Ścinki” o nieudanych ujęciach zdobył nagrodę Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Krakowie.

Rządy Macieja Szczepańskiego w telewizji i jej scentralizowanie w połowie lat 70. były początkiem końca świetności katowickiego ośrodka TVP. Jeszcze żyliśmy wspomnieniami o wybitnym cyklu edukacyjnym “Żywoty instrumentów” i wciąż nas zadziwiał operator Mieczysław Chudzik, ale widzieliśmy zmierzch. W programie “Zajechał wóz do…” Oli Dendor i Olgierda Wieczorka różne miejscowości miały okazję pokazać, co mają najciekawszego. Gdy wóz zajechał do Tucholi, Warszawa powiedziała: – Za daleko, pozostańcie na swoim terenie.

Przedpołudniowy program regionalny pojawił się na katowickiej antenie w 1985 roku i od razu został hitem. “Poranek z TV Katowice” to była pierwsza w Polsce telewizja śniadaniowa. Program żywy i spontaniczny. Bliski, bo pojawiał się w nim lekarz z sąsiedniej ulicy, nauczyciel z naszej szkoły. Miał swój wymiar rozrywkowy, ale i edukacyjny. Pokolenie średnio-starsze wspomina te czasy z rozrzewnieniem. Gdy pytam, kto rzucił pomysł, słyszę, że wszyscy nosili w sobie ten zamiar, ale najskuteczniejszy był Mirosław Słomczyński, wówczas redaktor naczelny.

- Oficjalnie miał to być program dla drugiej zmiany i niepracujących żon górników, ale w rzeczywistości to był tylko pretekst, żeby otrzymać pieniądze – mówi red. Słomczyński. – Chcieliśmy zagospodarować wolne pasmo przedpołudniowe i zwiększyć ofertę programową.

Wojciech Domagała, wtedy szef “Aktualności”, dodaje, że program powstawał na oczach widzów. Nie było materiałów w zapasie, więc w czasie teledysku przebudowywano dekorację i pojawiał się nowy gość. Teledyski kombinował Wojtek Zamorski, a królowała w nich Whitney Houston (stacja MTV nie była dostępna). Garnitury zamienili na ubrania sportowe, zerwali ze sztywnym językiem. – Program był luzacki, bez propagandy o ciężkiej pracy górnika – mówi kontrowersyjny, bo nazbyt luzacki, Edward Kozak.

- Nikt nie pamięta, że w tym programie debiutowali w telewizji radiowcy: Monika Olejnik, Grzegorz Miecugow, Marek Niedźwiecki – przypomina Halina Szymura. Gospodarzami programów regionalnych byli także: Barbara Korzon, Urszula Rój, Andrzej Gruszczyński, Zbyszek Konarski, Bożena Klimus.

Lata chude, chudsze…

“Telefoniada” Bolesława Cadera i Wojciecha Majewskiego – kontrowersyjny teleturniej, emitowany w niedzielne popołudnie na przełomie lat 80. i 90., bił rekordy popularności. Pojawił się jeszcze przed ogólnopolskim “Kołem Fortuny”. Nagrody były przeróżne, od proszku do prania po auto. Uczestnikom zadawano pytania w postaci testów wyboru, a dotyczyły one przeprowadzonych wcześniej ulicznych sondaży. Jedno z pytań brzmiało: z ilu części składa się trylogia Sienkiewicza? Oj, były kłopoty z odpowiedzią.

Do Wilhelma Szewczyka i “Z dymkiem cygara” (autor M. Słomczyński) należał początek lat 90. Gawędy o życiu i ludziach, emitowane w całej Polsce, wypełniały to, co dziś nazywamy “misją” TVP. Rywalizację z gawędami Szewczyka wygrywa tylko cykl Eweliny Puczek “Persona” – rozmowy z ks. prof. Józefem Tischnerem. W latach 1995-1999 powstało 200 programów.
Telewizyjny Klub Globtrotera Magdy Różyckiej przetrwał na antenie prawie 10 lat. – Niewiele regionalnych programów może ze mną konkurować – mówi dziś dr Różycka.

“Strych” Marianny Dufek i Bożeny Klimus lansował młodych twórców i opowiadał o sprawach młodych widzów. – Wśród bohaterek była nielicznym jeszcze znana reżyser Magda Piekorz, a prowadził Kamil Przełęcki, oboje są dziś utytułowanymi filmowcami – przypomina red. Marianna Dufek-Durczok.

W 1993 roku powstała śląska telenowela “Sobota w Bytkowie” w reżyserii Waldemara Patlewicza, ale po dawnej świetności przyszły lata bardzo chude. Skurczył się program i nawet już nie rośnie z tego powodu frustracja, bo telewidzowie zapominają, że może być inaczej. Na szczęście Dagmara Drzazga, autorka dokumentu “Lech Majewski – świat według Bruegla” pozwoliła Katowicom znów wzbić się na wyżyny. Choć na chwilę.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/724661,telewizja-katowice-przepraszamy-za-usterki-zdjecia,id,t.html

22-12-2012, 14:28

Arkadiusz Gola: Pod hałdami Francji 1.  »

Dziennik Zachodni
Arek Gola i Monika Krężel
22-12-2012

Trzy tygodnie wolności, trzy tygodnie poszukiwań, trzy tygodnie poznawania ludzi i dokumentowania wydarzeń. Marzenie każdego dziennikarza. Ten sen spełnia się Arkowi Goli – fotoreporterowi DZ. W poszukiwaniu Śląska wyrusza do Francji, do pogórniczego regionu Nord-Pas-de-Calais. Do sylwestra kolejne jego relacje. Dziś 1. część.

Arek Gola

Dziś ruszamy. Policzmy się więc, by się nie pogubić. Jedynkę dostaje poeta i pisarz z Niemiec Stan Lafleur z Kolonii, dwójkę: pisarz i scenarzysta z Francji Dominique Sampiero z Avesnois, numer trzy to ja – Arek Gola, Polska, Śląsk, Zabrze. W każdym z nas inna krew, ale – jak to mówią – jeden przyświeca nam cel: mamy spojrzeć na Nord-Pas-de-Calais z perspektywy swojego miasta, swojego regionu i swojego heimatu.

Dla mnie nic przyjemniejszego. Przecież pełno tu Ślązaków, którzy przyjechali przed wojną. I pełno górników, kopalń, kapliczek, wież wyciągowych i hałd. Dla ścisłości jednak: byłych górników, kopalń czy hałd. Bo górnictwo umarło tutaj w latach 90.

Ja nie znam, ty nie znasz… dogadamy się

Jestem w 7-tysięcznym Loos-en-Gohelle. To tu pierwszy raz spotykam Stana i Dominique’a. Stoimy tak, ale na czole nie mamy wypisane “Projekt Kulturalium regionów Nord-Pa-de-Calais, Nadrenii Północnej-Westfalii i województwa śląskiego w ramach współpracy Trójkąta Weimarskiego”, więc nie jesteśmy wobec siebie specjalnie wylewni. To się miało zmienić już następnego dnia. Bo gdy należało wymyślić jakieś ramy fabularyzowanej historii, poprzez którą chcieliśmy opisać Nord-Pas-de-Calais, stało się jasne, że widzimy i czujemy podobnie. Że pełno w nas zachwytu nad światem, który każe odkrywać kolejne miejsca, opisywać je, fotografować. Ale też i tęsknoty za czymś, co bezpowrotnie znika, a co jest częścią naszych losów – w moim przypadku to szyby, familoki, syreny kopalniane, geltag, bar, gdzie spotykali się dorośli… To są wspomnienia z dzieciństwa w Kochłowicach.

I Nord-Pas-de-Calais, i Nadrenia Północna-Westfalia, i Górny Śląsk z Zagłębiem mają pomysły, jak ożywić poprzemysłowe miejsca i pokazać ich piękno. W każdym z tych miejsc na swój sposób, w każdym ze swoim budżetem na ten cel, w każdym ze swoimi doświadczeniami. Czy uda nam się to pokazać?

Na razie jest dobrze. Miasteczko Loos-en-Gohelle jest piękne. Mieszkamy w jednym miejscu – przed nami trzy tygodnie pracy. Z okna widzę olbrzymie hałdy po zlikwidowanej kopalni 11/19 Loos-en-Gohelle. Akurat to ani mnie, ani moich kolegów nie dziwi. Hałdy, szyby kopalniane, gołębiarze i górnicy na emeryturach. Każdy z nas ma to u siebie. Fakt, górnicy mówią po francusku. Wkrótce jednak miałem się zdziwić – gdy w stowarzyszeniu colombophiles (hodowców gołębi) usłyszałem gwarę śląską.Rozumiemy się bez słów. I w tym wypadku to nie tylko metafora. U mnie z francuskim i niemieckim nie za bardzo, Dominique nie zna ani polskiego, ani niemieckiego, a Stan jakoś mówi po francusku, ale nie zna polskiego.

Znany tylko Bogu

Mimo wszystko wymyślić historię, której chcemy szukać we Francji – trzeba. Obowiązek. Znaliśmy założenia. Wiedzieliśmy, że opowieść – plon naszej podróży – będzie przedstawiona w trzech regionach. Każdy z nas miał odczytać w tej francuskiej rzeczywistości coś ze swojej przeszłości i teraźniejszości. Trudne zadanie. Decyzja: idziemy na spacer, żeby poznać miasteczko, może coś nam wpadnie do głowy. Wstąpiliśmy na cmentarz, gdzie byli pochowani żołnierze z pierwszej wojny światowej. Na pomnikach napisy: “Know unto God”, czyli “znany tylko Bogu”. Głównie Anglicy i Francuzi. Pewnie nikt nie znalazł przy nich dokumentów czy nieśmiertelników.

I wtedy pojawił się przebłysk: ta sentencja będzie tytułem naszego projektu.Wymyśliliśmy postać Topowskiego. Nosił iście polskie nazwisko, ale w tym regionie Francji to nic dziwnego – szacuje się, że około 500 tys. osób ma tutaj polskie pochodzenie. Ojciec Topowskiego przyjechał do Francji za chlebem. Pracował na kopalni, poznał Niemkę, z którą się ożenił i miał syna. Syn – bohater projektu – też trafił do pracy w kopalni. Kopalnię Topowskiego zamknięto w 1990 roku. I tutaj nie jest nic wymyślone, bo ostania kopalnia w Loos-en-Gohelle właśnie wtedy przestała fedrować. Topowski nie mógł się z tym pogodzić. W dniu zamknięcia kopalni zjechał na dół i został tam na zawsze.

Dobra historia? Mam nadzieję, że dobra. Powstanie o tym książka z moimi zdjęciami, a może także sztuka teatralna. Gdy ten Topowski tak siedzi pod ziemią, przypominają mu się obrazy spod francuskiego słońca. Zadanie już mam: jeździć po Nord-Pas-de-Calais i zobaczyć wszystko oczami Topowskiego. Moje zdjęcia będą obrazami, które przywołuje Topowski.

Opowieści Arka Goli notowała Monika Krężel

“Kulturalium” - wspólny projekt regionu Nord-Pas-de-Calais, Nadrenii Północnej-Westfalii i woj. śląskiego. Został zrealizowany w ramach współpracy tzw. regionalnego Trójkąta Weimarskiego. Fotografie są własnością regionu NPC we Francji.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/725477,arkadiusz-gola-pod-haldami-francji-1- zdjecia,id,t.html