Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

03-01-2013, 11:33

Dziennikarz motoryzacyjny Maciej Z. winny wypadku. Skazany na 3 lata więzienia  »

Gazeta Wyborcza
gaw, PAP
03-01-2013

Dziennikarz motoryzacyjny Maciej Z. został skazany na 3 lata pozbawienia wolności za spowodowanie wypadku drogowego, w którym zginął dziennikarz “Super Expressu” Jarosław Zabiega. Maciej Z. ma też zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych przez 8 lat.

- Maciej Z. nie zachował szczególnej ostrożności nakazanej znakiem drogowym “nierówna droga” oraz ograniczeniem prędkości do 50 km/h i jechał z prędkością 140-150 km/h, wskutek czego stracił kontrolę nad prowadzonym samochodem – ocenił sąd. Ferrari, którym jechali dwaj dziennikarze, uderzyło w filar wiaduktu na warszawskim Mokotowie.

Prokuratura żądała dla Macieja Z. czterech lat więzienia. Obrona wnioskowała o uniewinnienie, argumentując, że zeznania świadków co do tego, kto kierował autem, są sprzeczne.

Według prokuratury zebrane dowody, a także przeprowadzone postępowanie sądowe potwierdziły, że Z. jechał brawurowo. – Feralnego dnia mężczyzna stwarzał duże zagrożenie dla innych, umyślnie naruszając zasady ruchu drogowego, co w konsekwencji doprowadziło do tragicznego wypadku – mówiła przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa prok. Urszula Jasik-Turowska.

Czerwone ferrari prowadzone przez Z. rozbiło się w lutym 2008 r. o filar wiaduktu. Samochód jadący z prędkością 150 km/h – na odcinku, gdzie obowiązywało ograniczenie do 50 km/h – rozpadł się i stanął w płomieniach. Na miejscu zginął jadący autem dziennikarz motoryzacyjny “Super Expressu” Jarosław Zabiega. Maciej Z. został ciężko ranny, długo był w śpiączce.

W lipcu 2008 r. mokotowska prokuratura wydała postanowienie o zarzutach dla Z., ale był on w złym stanie. Śledztwo wznowiono w lipcu 2010 r., gdy biegli uznali, że Z. można już przesłuchać. We wrześniu 2010 r. przedstawiono mu zarzut spowodowania wypadku przez naruszenie zasad bezpieczeństwa (chodziło o nadmierną prędkość). On sam oświadczył, że nie pamięta wypadku i odmówił wyjaśnień. Prokuratura wysłała sądowi akt oskarżenia w październiku 2010 r.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75248,13135791,Dziennikarz_motoryzacyjny_Maciej_Z__winny_wypadku_.html#ixzz2Gu45xRBv

03-01-2013, 08:52

Krzysztof Luft z KRRiT: Oskarżenia o. Rydzyka są niedorzeczne  »

Gazeta Wyborcza
Katarzyna Wiśniewska
03-01-2013

- Zachodzę w głowę, dlaczego katolickich księży i biskupów niepokoi, że od katolickiej stacji oczekuje się ducha tolerancji, ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego? Nie znajduję na to racjonalnej odpowiedzi – mówi Krzysztof Luft z Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Katarzyna Wiśniewska: Ojciec Rydzyk uważa, że KRRiT już zdecydowała, że TV Trwam nie dostanie miejsca na multipleksie.

Krzysztof Luft

Krzysztof Luft: To są oskarżenia niedorzeczne, a imputowanie, że konkurs został już rozstrzygnięty, to oszczerstwo, które ociera się o przekroczenie prawa. Zupełnie nie rozumiem tego gwałtownego ataku w reakcji na ogłoszenie konkursu. Przecież trudno o większe otwarcie na liczne głosy dotyczące obecności telewizji katolickiej w multipleksie, niż wydzielenie w konkursie oddzielnego miejsca dla programu społeczno-katolickiego. To jakiś obłęd.

Co pan sądzi o pomyśle abp. Głódzia, by prowadzić konsultacje między biskupami a KRRiT?

- Konkurs został już ogłoszony i jego warunki sformułowane. Ale oczywiście, jeżeli dla kogoś nie są one jasne, to na wątpliwości dotyczące warunków konkursu możemy odpowiedzieć. Krajowa Rada kilkakrotnie informowała przedstawicieli KEP o przebiegu poprzedniego procesu koncesyjnego i o przygotowaniu kolejnego, rozpoczętego w zeszłym tygodniu. Możemy więc to zrobić i tym razem. Księża biskupi, zamiast podejmować niedorzeczne oskarżenia, formułowane w mediach ojca Rydzyka, mają więc możliwość zwrócenia się o źródłowe informacje do nas. Na razie żadna taka prośba do nas nie dotarła, bo trudno za takową uznać publiczne zapowiedzi w mediach.

KRRiT chce, żeby programy kanału religijnego “propagowały tolerancję i treści ekumeniczne oraz działania w duchu dialogu międzyreligijnego”. Ojcu Rydzykowi i jego zwolennikom niezbyt się to podoba.

- Zachodzę w głowę, dlaczego katolickich księży i biskupów niepokoi, że od katolickiej stacji oczekuje się ducha tolerancji, ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego? Nie znajduję na to racjonalnej odpowiedzi – widać nie jest to już chyba ten sam Kościół, który znamy z czasu pontyfikatu polskiego papieża.

Przecież prawie trzydziestoletnia posługa Jana Pawła II przebiegała pod znakiem tych właśnie wartości: tolerancji, ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego. Ich negowanie to cofanie Kościoła o setki lat, a co najmniej do czasów sprzed Soboru Watykańskiego II. Księża biskupi być może nie wiedzą, że w ogłoszeniu o konkursie przewidziano także realizowanie programu “w duchu nauczania Stolicy Apostolskiej i jedności z Episkopatem Polski”.

Wolność słowa, o którą upominają się obrońcy TV Trwam, nie istnieje bez tolerancji. Zakłada bowiem istnienie i możliwość głoszenia różnych poglądów, także takich, z którymi się nie zgadzamy. Nie można się domagać wolności słowa dla siebie, odmawiając tego prawa innym. A negowanie tolerancji zaprzecza wolności słowa.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75248,13134201,Krzysztof_Luft_z_KRRiT__Oskarzenia_o__Rydzyka_sa_niedorzeczne.html

03-01-2013, 07:52

“Kiedy pytałam ją o książkę o Smoleńsku, odpowiadała: to będzie książka o Polsce”  »

TokFM.pl
Janina Paradowska
03-01-2013

- Ten rok nie zaczął się dobrze dla polskiego dziennikarstwa. Zaczął się wyjątkowo źle – nie ma wśród nas Teresy Torańskiej – mówiła w Poranku TOK FM Janina Paradowska. I wspominała: – Trzeba mieć wielką intuicję dziennikarską, żeby tak otwierać ludzi, jak umiała to robić Teresa. Nikt tego nie potrafi dzisiaj tak robić jak ona.

Janina Paradowska

Teresa Torańska zmarła w Warszawie po długiej chorobie. Wieloletnia dziennikarka “Gazety Wyborczej”, ostatnio związana z tygodnikiem “Newsweek”, była autorką wielu książek-wywiadów; najbardziej znaną z nich był tom “Oni” – wydany w 1985 roku zawierał rozmowy z dygnitarzami PRL-u. Ostatnio pracowała nad książką dotyczącą katastrofy smoleńskiej.

- Mimo że dręczyła ją ostatnio poważna choroba, wydawało się, że Teresa zawsze będzie, że będzie można do niej późno wieczorem zatelefonować, porozmawiać – wspominała dziennikarkę w Poranku TOK FM Janina Paradowska. – Oprócz tego, że była wielką dziennikarką, mistrzynią rozmowy, była także zwierzęciem politycznym, bardzo uważnie śledziła media elektroniczne, wszystkie rozmowy, kłótnie. Zżymała się, nie lubiła tego typu dziennikarstwa. Ale oglądała, słuchała – mówiła publicystka.

“To będzie książka o Polsce”

- Ten rok nie zaczął się dobrze dla polskiego dziennikarstwa. Zaczął się wyjątkowo źle – stwierdziła Paradowska. – Osobiście najbardziej żałuję, że Teresa nie skończy swojej książki o Smoleńsku. Zaczęła robić wywiady do niej, a są to wywiady wstrząsające. Zresztą myślę, że jej teksty o katastrofie smoleńskiej są najlepszymi tekstami, jakie się ukazały.

- Kiedy pytałam ją: “Co z twoją książką o Smoleńsku?”, Teresa odpowiadała: “To nie będzie książka o Smoleńsku, to będzie książka o Polsce” – wspominała prowadząca Poranek TOK FM. – Myślę, że jeżeli ktoś mógł napisać prawdziwą książkę o katastrofie smoleńskiej i zarazem o Polsce, bo w tej katastrofie Polska się bardzo dobrze przejrzała jak w lustrze, to jedynie mogła to zrobić Teresa.

“Miała intuicję dziennikarską”

- Dzisiaj mówi się o tym, że była nie tyle mistrzynią wywiadu, co mistrzynią rozmowy. Czasem mam wrażenie, że to, co ona robiła, to właśnie nie była rozmowa… Mówi się, że była mistrzynią krótkich pytań, ale to czasami nie były nawet pytania, to było jedno słowo, pół zdania, które otwierało w rozmówcy nieujawnione wcześniej pokłady, skłaniało go do wypowiedzi, które pewnie w żadnych innych okolicznościach by nie padły – opowiadała Janina Paradowska.

- Trzeba mieć wielką intuicję dziennikarską, żeby tak otwierać ludzi, jak umiała to robić Teresa. Nikt tego nie potrafi dzisiaj tak robić jak ona – stwierdziła publicystka.

- Czas porządnego dziennikarstwa, które ma do perfekcji opanowany warsztat, kiedy na rozmowę idzie się przygotowanym, przemija. Dzisiaj dla dziennikarza często ważniejsze jest to, czy będzie ostry, a nie to, żeby się czegokolwiek dowiedzieć o drugim człowieku – podsumowała.

Całość: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103088,13135256,_Kiedy_pytalam_ja_o_ksiazke_o_Smolensku__odpowiadala_.html

02-01-2013, 22:40

Teresa Torańska – mistrzyni rozmowy  »

Gazeta Wyborcza
Paweł Goźliński
02-01-2013

To jest niewyobrażalne. Teresa była przecież samym życiem. Praca, bycie z nią było zgodą na nieustanną gorączkę, bodźce, inspiracje.

Teresa Torańska

Sztukę rozmowy – mądrej, uważnej, empatycznej – uprawiała nie tylko w pracy, która była jej życiem, ale i w życiu, które stało pod znakiem pracy.  Chciało się być przy niej szczerym. PRL-owscy notable (“Oni”, 1985) mówili jej to, do czego nie byli skłonni przyznać się nawet przed sobą. Byli opozycjoniści (“My”, 1994) opowiadali jej o tym, czego bali się najbardziej i o czym woleliby nie pamiętać. Dzięki jej rozmowom stawaliśmy się bardziej świadomi tego, skąd przychodzimy i gdzie zbłądziliśmy.

Teresa Torańska (urodziła się 1 stycznia 1944, zmarła 2 stycznia 2013) – niedoszła pianistka, laureatka wszelkich możliwych nagród dziennikarskich, autorka książek, programów telewizyjnych i filmów dokumentalnych, przez wiele lat autorka “Kultury”, “Gazety Wyborczej” i “Dużego Formatu”, a ostatnio “Newsweeka” – była nie tylko mistrzynią wywiadu. Była przede wszystkim mistrzynią rozmowy, w której twarzą w twarz stawali nie dziennikarka i jej rozmówca, ale człowiek i jego los. Torańska pomaga im się spotkać albo pogodzić, albo wzajemnie uleczyć, albo rozejść na zawsze.

Mówiła, że dziennikarką została z przypadku. Przez wiele lat uczyła się grać na fortepianie. Ale – jak opowiadała Remigiuszowi Grzeli – kiedy miała 14 lat, zagrała koncert z orkiestrą i poczuła, że jej wykonanie “nie ma duszy”.

Po studiach prawniczych dostała nakaz pracy w wydziale finansowym Powiatowej Rady Narodowej w Piasecznie. Nudy. Zdała więc na dziennikarstwo, ale prawdziwą szkołę zawodu w latach 70. dał jej reporter Jerzy Ambroziewicz w redakcji “Argumentów”. “Wysyłał w teren – wspominała. – Złapałam ciężarówkę, bo lubiłam jeździć autostopem, rozmawiałam z kierowcą, opowiedział mi temat ciekawszy niż ten, który miałam. Ambroziewicz mówił mi: “To się nie wysiada z ciężarówki, jedzie się dalej i zmienia temat”.

Prawdziwym zawodowym chrztem Teresy był reportaż o spółdzielni mieszkaniowej w podwarszawskiej Falenicy. „Nie znałam się na budownictwie, ale chodziłam do magazynów, na budowę. Prezes poprosił do gabinetu, zapytał: “No to co, segmencik?”. Myślałam, że to żart, i wszystko, co zobaczyłam, opisałam. Rozpętała się burza. Ambroziewicz został wezwany do Komitetu Centralnego PZPR. Zapytał mnie: “To co robimy?”. – “A jak pan by się zachował, gdyby pan zobaczył to, co ja? “Odpowiedział: “Dałbym spokój”. – “A jak miał pan dwadzieścia lat?”. Ambroziewicz pracował w “Po prostu”. -” Pisałbym drugi tekst”. Posłuchałam. I tak zarząd spółdzielni poszedł siedzieć”.

Zawsze była przekorna. Miejsce wśród legend polskiego dziennikarstwa zapewnił jej zbiór wywiadów z polskimi komunistami “Oni” wydany w drugim obiegu w 1985 roku. W chwili, gdy słowo “komunista” było synonimem wroga, Teresa próbowała zrozumieć motywy, decyzje, postawy partyjnych dygnitarzy Polski Ludowej: m.in. Jakuba Bermana, Stefana Staszewskiego, Edwarda Ochaba.

Na pomysł książki wpadła jeszcze w 1980 roku. Trwały chłopskie strajki w Lublinie. „W pewnym momencie przypomniałam sobie książkę Krzysztofa Kąkolewskiego “Co u pana słychać?”. Dwadzieścia lat po wojnie odwiedził byłych nazistów i zadał im tytułowe pytanie. Nagle mnie olśniło. Zaczęłam od partyjnego działacza Wiktora Kłosiewicza, bo tylko jego numer był w książce telefonicznej. Nie miałam kontaktu ze środowiskiem komunistycznym. To, że mnie nie znali, było dobre. Byli mnie ciekawi tak samo jak ja ich. Zastanawiali się, co myśli ktoś spoza ich środowiska”.

Za “Onych” dostała m.in. nagrodę podziemnych wydawców – tę ceniła sobie najbardziej.

“Oni” mieli swój ciąg dalszy m.in. w głośnym filmie “Noc z generałem” zrealizowanym wspólnie z Marią Zmarz-Koczanowicz. Torańska spędziła z Jaruzelskim rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w jego oblężonej przez demonstrantów willi.

„W pewnym momencie zapytałam o tych, którzy właśnie – jak co roku – demonstrowali przed jego domem, palili znicze. Pytałam, co czuje. Zaproponowałam, żebyśmy poszli do kuchni, bo okno w kuchni wychodzi na ulicę. Poderwałam się: “Idziemy?”. Nie mógł odmówić. Tam już tylko starałam się, żeby jak najdłużej patrzył w okno i powiedział, co naprawdę myśli”.

W kolejnych latach powstały jej kolejne doskonałe książki, w których dowiodła, że wywiad prasowy może być również wysokiej próby literaturą. “My” (1994) to rozliczeniowy zbiór rozmów z działaczami opozycji (m.in. Leszkiem Balcerowiczem, Janem Krzysztofem Bieleckim i Jarosławem Kaczyńskim).

W “Byli” (2006) kontynuowała swoje rozmowy z notablami dawnej władzy (Jerzy Urban sam zabiegał, by Torańska go “wyspowiadała”; Wojciechowi Jaruzelskiemu nie pozwoliła na snucie własnych uzasadnień wprowadzenia stanu wojennego – mógł to zrobić dopiero w ostatnim zdaniu, gdy opowiedział już całe swoje życie).

“Jesteśmy” (2008) to osobny rozdział w pracy Teresy Torańskiej (obok filmu “Dworzec Gdański” , znów z Marią Zmarz-Koczanowicz) – kilkanaście rozmów z emigrantami ‘68 roku. Boleśnie szczerych, ale i fascynujących – bo były to nie tylko rozmowy o trudnym doświadczeniu wygnania z Polski, lecz również o fascynującym doświadczeniu budowania życia od nowa.

W 2010 r. ukazała się książka “Śmierć spóźnia się o minutę” – zapis trzech spotkań Teresy Torańskiej z ocalałymi z Zagłady: Adamem Danielem Rotfeldem, Michałem Głowińskim i Michałem Bristigerem. “To są rozmowy – tłumaczyła Teresa – o losie, który nie mieści się w żadnym logicznym porządku i nie daje się zamknąć w przewidywalnych rozwiązaniach – o napotykanych po drodze ludziach, wychodzących poza stereotypowe i uproszczone zachowania, przez których historia staje się zbyt skomplikowana, by można ją było szybko i łatwo przetrawić. Oraz poddać jednowymiarowej ocenie. I o pamięci, która selekcjonując zdarzenia, wymazuje z nich najdrażliwsze doznania, a zachowane oczyszcza z emocji”.

Wciąż miała nowe pomysły. Pracowała nad książką o 10 kwietnia 2010 r. Chciała pisać książkę o Wandzie Wiłkomirskiej.

Cierpiała. Krótko przed śmiercią pisała: “Całe szczęście mam moją pracę”.

Paweł Goźliński

Korzystałem z wywiadów z Teresą Torańską z książki Remigiusza Grzeli “Wolne”

Całość: http://wyborcza.pl/1,130400,13134580,Teresa_Toranska___mistrzyni_rozmowy.html

02-01-2013, 22:31

Chciałabym, by moja książka o Smoleńsku przeszła do historii – mówiła Torańska  »

Krytyka Polityczna Dziennik Opinii
Remigiusz Grzela
02-01-2013

- Dziennikarstwo stało się byle jakie, więc i etyka jest naciągana. Woda się leje z tekstów. Spróbuj wycisnąć jakikolwiek tekst z gazety codziennej przez sitko. Jakieś drobiazgi na nim zostaną. Resztki po faktach, po informacjach. Byle odwalić robotę i sprzedać. Już się najwidoczniej popracować nie chce – mówiła Teresa Torańska Remigiuszowi Grzeli w rozmowie opublikowanej trzy tygodnie temu przez “Dziennik Opinii” Krytyki Politycznej.

Rozmawiając z Remigiuszem Grzelą Torańska mówiła też, że chciałaby zrobić długi wywiad z Donaldem Tuskiem, bo widzi, jak bardzo się zmienił, i ma przeczucie, że czegoś się obawia. Wyznała również, że chciałaby, by jej książka o Smoleńsku weszła do historii. Poniżej cały wywiad udzielony Remigiuszowi Grzeli i opublikowany 8 grudnia 2012 r. przez “Dziennik Opinii” – prawdopodobnie ostatni, jakiego udzieliła Teresa Torańska. Przez całe życie to ona pytała.

Remigiusz Grzela: Który z tematów, jakie dotąd podejmowałaś w swoich tekstach, jest najważniejszy?

Teresa Torańska: Na pewno najważniejszym byli komuniści, czyli książka “Oni”. Naprawdę wiele nauczyłam się o życiu i o historii. Przede wszystkim nauczyłam się, czego nie wolno robić.

Trochę smutne, kiedy mówisz, że najważniejszą książkę napisałaś 30 lat temu.

Teresa Torańska

- Po “Onych” nie byłam w stanie nic napisać, przez wiele lat, ta książka mnie paraliżowała. Po pierwsze, spoczęłam na laurach, po drugie, strasznie dużo się działo, a po trzecie, miałam strach, że już nie napiszę czegoś tak dobrego. A teraz już mi nie zależy, żeby napisać coś lepszego. Staram się jak mogę i chyba piszę teraz lepiej, niż pisałam wtedy, ale trudno, żeby cokolwiek wygrało z tamtym tematem.

W naszej poprzedniej rozmowie mówiłaś, że napisałaś tę książkę, bo chciałaś spojrzeć komunistom w oczy. Dzisiaj komu chciałabyś spojrzeć w oczy?

- Oj, wielu osobom. Bardzo bym chciała spojrzeć w oczy Tuskowi. Patrzę na niego i widzę, jak się zmienia. Tusk to był fantastyczny chłopak, wesoły, dowcipny, to był taki facet obok polityki, w dżinsach. Nawet, kiedy był wicemarszałkiem Senatu, chodził w dżinsach. Miał coś jasnego w sobie, patrzył prosto w oczy. Od dwóch, trzech lat widzę, jak zaczyna patrzeć spode łba, z niepokojem, czy coś nie spadnie mu na głowę. Ma w sobie coś czujnego, i z taką czujnością spogląda na świat, jak gdyby się go bał. Takie mam przeczucie. Bardzo chciałabym zrobić z nim długą rozmowę.

Jak reagowało twoje środowisko, kiedy zaczynałaś rozmawiać z komunistami, kiedy pracowałaś nad “Onymi”?

- Różnie. Mówiono: dziwne, że rozmawia z komunistami, może ubeczka. Pamiętaj, że był jeszcze stan wojenny, a ja latam po komunistach i im zadaję pytania. A ja byłam jak w amoku, mnie to strasznie ciekawiło, bo w moim domu nikt nie należał do partii, w ogóle nie miałam takich przekazów, relacji z zebrań partyjnych.

Krytykowali cię za to dziennikarze?

- Tak, moi koledzy. Często nie wiedzieli, że to do mnie dociera. Jedni pytali, czy jestem córką komunistów, a tak zwanych prawdziwych Polaków dziwiło, że mogę rozmawiać z komunistami. Jedni mieli pretensje, że wchodzę w nie swoje dziedzictwo, a drudzy, że dając głos komunistom, pozwalając im mówić – usprawiedliwiam ich.

Nikt nie myślał o twojej intuicji? Że to się okaże wielkim tematem?

- Nie. Mój ówczesny naczelny Dominik Horodyński nawet czytać tego nie chciał. Po co mu był ten kłopot?

Za teksty o Smoleńsku, za to, z kim rozmawiasz, też jesteś krytykowana od prawa do lewa, jakby znów nikt nie rozpoznał twojej intuicji.

- I znów usłyszałam od jednego z kolegów: “Ja ich nawet czytać nie chcę”. Poczułam się tak, jakbym zatoczyła koło. Pomyślałam, że jednak mam rację, że miałam ją już drugiego dnia po katastrofie, decydując się na ten temat. Zadzwoniłam do wydawnictwa i powiedziałam: “Paweł, patrz, co się dzieje, będzie budowanie mitu, już widzę, jak rośnie”.

Powiedziałaś, że chciałabyś, aby twoja książka o katastrofie pod Smoleńskiem weszła do historii.

- No tak, bo inaczej nie ma sensu. Chciałabym ją napisać tak dobrze, żeby po latach była czytana z równymi emocjami, żeby była rzetelna, żeby nie było w niej żadnych pomyłek. Ta katastrofa zostanie w historii.

Co zaskoczyło cię najbardziej w tych rozmowach?

- Banalność, kumulacja bylejakości. Katastrofa się wydarzyła, ponieważ wszystko było byle jakie.

Kiedy to zrozumiałaś?

- Kiedy zaczęłam czytać, jak organizowany był wyjazd Lecha Kaczyńskiego do Smoleńska trzy lata wcześniej, czyli 17 września 2007 roku. W archiwum są te materiały. Tę wizytę organizowała Kancelaria Prezydenta. Zobaczyłam, jakie to wszystko było byle jakie. Nie mówię, że było nieodpowiedzialne, w ogóle nikt nie myślał o odpowiedzialności, to słowo straciło znaczenie. Bylejakość polegała na przykład na tym, że prezydent jechał na kilka godzin, Polonia chciała z nim porozmawiać, ale miał na to pół godziny, więc właściwie nad niczym się nie pochylił.

Nie traciłaś wiary w tę książkę o Smoleńsku?

- Tak, oczywiście, przy każdym tekście traciłam. Dla mnie było szokujące, że kiedy zrobiłam rozmowę z Jerzym Bahrem, byłym ambasadorem w Rosji, i pokazałam ten tekst Marcinowi Wojciechowskiemu, który jest korespondentem z Rosji, powiedział: “Słuchaj, to jest superciekawe”.

Na co dziennikarz musi uważać, podejmując tak trudny temat?

- Przede wszystkim nie można zakładać z góry żadnej tezy. Trzeba mieć czujność. Nie można być związanym emocjonalnie z jakąkolwiek stroną konfliktu, trzeba po prostu otworzyć się na wszystkie racje, które są przedstawiane i stale je drążyć, pytać wszystkich o to samo. Interesujące jest, że każdy widzi co innego. Zebrałam wiele relacji z 10 kwietnia, z wyjazdu Jarosława Kaczyńskiego do Smoleńska. Ludzie widzieli co innego. To uświadamia, jak emocje zakłócają obraz. Longina Putka, konsul w Moskwie, która nie była z nikim związana emocjonalnie, widziała to, czego inni nie widzieli – stosy worków, siatkę do przesiewania ziemi.

Robiąc taką rozmowę, zadajesz bardzo dużo takich konkretnych pytań?

- Pytam o szczegóły, których dowiaduję się od innych, sprawdzam, czy tak mogło być. Dla mnie niesamowite jest to, że przy takim zainteresowaniu tematem, przy wielości tekstów, raptem wypływa sprawa dowodu osobistego Tomasza Merty, wiceministra kultury. Ten dowód był podpalony, widać było, że był w ogniu. Co się okazuje? – W Moskwie zostały worki z rzeczami ofiar. Jeden z worków w końcu przerzucono pocztą dyplomatyczną do Warszawy, do MSZ. Ociekał, bano się, że są tam zarazki, więc ten worek przewieziono do miejsca, w którym spala się niepotrzebne i zainfekowane rzeczy i wrzucono go do ognia. Ktoś się zorientował, że tam mogą być rzeczy smoleńskie, więc szybko go wyciągnięto. Ten dowód był już podpalony. Ale nie, nie przyznali się, że palili – wszyscy się boją. Dla mnie zdumiewające jest, że wszyscy mają coś na sumieniu, nie winę, ale niedopatrzenie, bylejakość, niestaranność, i chcą to ukryć.

Piszesz, kiedy masz już zebrany materiał i rozumiesz, czy piszesz po to, żeby zrozumieć?

- Piszę, żeby zrozumieć. Mało tego, kiedy już siadam i piszę, to dopiero zaczynam widzieć, ile jest niespójności.

Czego ci jeszcze brakuje do skończenia tej książki?

- Tak, jak ci mówiłam, bardzo by się przydała długa rozmowa z Tuskiem. Nie wiem, czy będzie miał ochotę.

Mówiłaś, że to będzie książka o bylejakości, interesujące jest dla mnie, że przy okazji, przy tekstach, jakie powstają na ten temat, odsłoniła się też bylejakość mediów. Awantura wokół tej książki nie wywołała debaty, jakiej się spodziewałem.

- Paradoksalnie tak się stało. Awantura wokół mojej książki zaczęła się od oświadczenia Adama Bielana, który zarzucił mi nierzetelność, to, że ponoć nie uzgodniłam z nim, gdzie ukaże się wywiad, że publikacja nastąpi wbrew jego zgodzie.

Straszył cię też sądem. Chyba po raz pierwszy ktoś chciał cię pozwać?

- Tak, nigdy wcześniej nikt mnie nie pozwał. Wiesz, nie pozwolę siebie tak traktować, uraziło mnie to, jak się wobec mnie zachował.

Nazwał twoje metody pracy gangsterskimi.

- To już mnie zabolało. Grałam z nim w otwarte karty. Chyba nie myślisz, że nie powiedziałam mu, gdzie chcę tę rozmowę z nim wydrukować? To śmieszne. Po co miałabym ukrywać, gdzie ją wydrukuję? Jeżeli cokolwiek ukryłam, to fakt, że nikt go nie chciał w “Gazecie Wyborczej”. Uważałam, że nie wolno się zachowywać tak jak on – od razu zaczął mnie straszyć prokuratorem.

Julia Mincowa z “Onych” tylko pieskiem cię straszyła.

- Poszczuła mnie Dziuńką, bo wszystkie psy tak nazywała, po żonie Romana Werfla, która miała romans z Mincem.

Krótko po Bielanie odezwał się Jarosław Kaczyński, też chciał cię pozwać za rzekomy brak autoryzacji.

- Nie pozwał. Zwłaszcza że ujawnione zostało nagranie filmowe, na którym razem wybieramy zdjęcia do tego wywiadu. Więc za co miał mnie pozywać? Za to, że autoryzował? A Bielan gdzieś przepadł. Przecież Bielanowi zależało na tym tekście, chciał i bał się równocześnie. Bał się oczywiście Kaczyńskiego, bo widocznie uznał, że za dużo powiedział. Po prostu wpadł w panikę.

Zaskoczył mnie brak wsparcia środowiska dziennikarskiego.

- W ogóle mnie to nie zaskoczyło. Jestem singlem, gram na siebie, a jeżeli pracuję na siebie, to nie oczekuję niczyjego wsparcia. Reakcje były, Helsińska Fundacja Praw Człowieka zadeklarowała pomoc, gdyby doszło do procesu. Maile przychodziły bez przerwy.

Jak jest z etyką dziennikarską?

- Dziennikarstwo stało się byle jakie, więc i etyka jest naciągana. Celem tego dziennikarstwa jest sprzedanie się. Dziennikarze zostali pozbawieni pamięci. Mówię ci, dziennikarze nie mają pamięci.Poza tym zaczynam wątpić w prasę drukowaną. Woda się leje z tekstów. Spróbuj wycisnąć jakikolwiek tekst z gazety codziennej przez sitko. Jakieś drobiazgi na nim zostaną. Resztki po faktach, po informacjach. Wodolejstwo. Byle odwalić robotę i sprzedać. Już się najwidoczniej popracować nie chce.

Co jest dla ciebie najważniejsze w zawodzie?

- To, że się ciągle muszę czegoś uczyć, że grzebię w tych życiorysach, a każdy życiorys niesie jakąś zagadkę. Ciągle odkrywam, że historia jest niedopowiedziana, więc zbieram te fragmenty, które zostały, i próbuję je sklejać. Dziennikarstwo to moja potrzeba życia, moja grupa krwi. Codziennie mnie pobudza. Od nowa.

Powyższy wywiad to fragment książki Remigiusza Grzeli “Wolne”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Jego rozmówczyniami oprócz Teresy Torańskiej były: Krystyna Chiger, Julia Hartwig, Agnieszka Holland, Hanna Krall, Henryka Krzywonos, Magdalena Łazarkiewicz, Teresa Nawrot, Zofia Posmysz, Irena Rybczyńska-Holland, Alina Świdowska, Wanda Wiłkomirska.

Całość: http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/kraj/20130102/teresa-toranska-nie-zyje

02-01-2013, 21:24

“Jeśli ktoś umiał robić wywiady, to właśnie ona”  »

Gazeta Wyborcza
mint
02-01-2013

Genialna, profesjonalna, empatyczna – tak dziennikarze i publicyści wspominają Teresę Torańską. Dziennikarka, autorka pamiętnych wywiadów, zmarła 2 stycznia po walce z chorobą nowotworową.

Teresa Torańska

- Formalnie byłem niby szefem Teresy, ale formuła “szef Teresy” jest w swej istocie z założenia kuriozalna, bo Teresa z jej talentem, wielkim kunsztem mogła mieć tylko jednego szefa, samą siebie – wspomina w swoim blogu w portalu NaTemat.pl Tomasz Lis, redaktor naczelny tygodnika “Newsweek”, na łamach którego ukazywały się ostatnio teksty Torańskiej. Według Lisa dla jednego, a może dwóch pokoleń dziennikarzy była przyjaciółką, ale i mistrzynią.

O jej wywiadach pisze: “To są po prostu arcydzieła, słowo w tym wypadku absolutnie nie na wyrost”. I dodaje, że to spotkanie z największym dziennikarstwem, w którym najważniejszy jest nie news, ale prawda o człowieku, z którego wydobywa się to, co najważniejsze. “Tak umiała to robić tylko ona” – podsumowuje Lis.

Talent, odwaga, urok

Rozmówcy Torańskiej wspominają ją jako osobę niezwykle życzliwą. – Chyba właśnie ta życzliwość wobec ludzi, wobec świata popchnęła ją w stronę takiego dziennikarstwa, które w Polsce ona, jako jedyna, reprezentowała, to znaczy ogromnej empatii przy przeprowadzaniu wywiadów z bardzo różnymi ludźmi, dotyczących bardzo różnych sytuacji – wspomina były premier Tadeusz Mazowiecki w rozmowie z PAP.

Na ciepłe, pozbawione agresji podejście Torańskiej do swoich rozmówców zwraca uwagę także gen. Wojciech Jaruzelski. – Jeśli nawet w czymś żeśmy się nie zgadzali, to było w takiej formie, która nie kaleczyła rozmówcy – mówi PAP. – Widziałem chęć dogłębnego sięgnięcia do motywacji, do intencji rozmówcy. To jest niezwykle ważne.

Wspomina rozmowę, jaką odbyli przed kilkoma miesiącami. Jaruzelski opowiada o jej talencie publicystycznym, odwadze i uroku osobistym. – Połączenie tych trzech elementów dawało szczególne możliwości, ażeby dotrzeć do głębi i istoty w tej rozmowie, którą prowadziła – dodaje.

Umiała słuchać

- Była fantastyczną reporterką, umiała słuchać, pisała wspaniałe wywiady, do których zawsze była świetnie przygotowana. To była jej absolutnie wyjątkowa i unikalna cecha – zaznacza w rozmowie z PAP Paweł Smoleński, reporter i pisarz. Sam wspomina Torańską jako koleżankę, ale i nauczycielkę. – Ona mnie tego zawodu uczyła, może w sposób nieco brutalny, bo czytała tekst napisany jeszcze na maszynie do pisania i mówiła: “Rzeczywiście, udało ci się”. Po czym tę kartkę międliła w ręku i mówiła: “To teraz jeszcze raz napiszesz lepiej”.

Według dziennikarza i publicysty Mariusza Ziomeckiego Torańska miała ogromne umiejętności interpersonalne i inteligencję emocjonalną, co sprawiało, że ludzie zwyczajnie chcieli z nią rozmawiać. W latach 70. w podobnym czasie dołączyli do redakcji warszawskiej “Kultury”. W rozmowie z PAP Ziomecki wspomina, że była cicha, nieśmiała, rzadko odzywała się na kolegiach. – I nagle “wybuchła” książką “Oni”. Dokonała rzeczy absolutnie genialnej, miała doskonałą intuicję i pokazała, że z komunistami można przeprowadzić prawdziwy wywiad. To było niesamowite. Wszyscy zazdrościliśmy jej tego pomysłu – podkreśla.

- “Oni” to jedna z najważniejszych i najmocniejszych książek, jakie przeczytałam w życiu – pisze w swoim blogu na NaTemat.pl Karolina Korwin Piotrowska, dziennikarka i redaktor naczelna “Żurnala”: ” Jeśli ktoś umiał robić wywiady, to była właśnie ona. Jej przygotowanie do pracy, etyka, styl pracy i poczucie humoru połączone z dystansem do świata i jego bezbłędną oceną były legendarne”.

 

Całość: http://wyborcza.pl/1,76842,13134720,_Jesli_ktos_umial_robic_wywiady__to_wlasnie_ona___WSPOMNIENIA.html#ixzz3PjVoIeKl