Dzisiaj nad ranem zmarł nagle Michał Smolorz, znakomity śląski publicysta. Informację Dziennik Zachodni otrzymał od syna Tomasza Smolorza.

Michał Smolorz
Michał Smolorz był wybitnym publicystą, znawcą Śląska, długoletnim felietonistą Dziennika Zachodniego.
To ogromna strata dla Śląska i śląskiego dziennikarstwa.
Michale, zawsze będziesz z nami.
Miejsca po Michale Smolorzu nie da się zapełnić.
Pewnie prychnąłby na te słowa, obruszył, napisał dowcipnego esemesa.
To straszne, że musimy układać nekrologi ludziom, którzy powinni żyć. Trudno sobie wyobrazić dyskusję o śląskich sprawach bez jego przenikliwego spojrzenia, którym dostrzegał to, czego inni nie widzieli.
Kochał Śląsk, ale potrafił patrzeć na Ślązaków obiektywnie, bez zadęcia.
Jasne – naraził się wielu osobom i instytucjom, a jednocześnie wydobywał na światło dzienne słabostki i małostki. Poza wszystkim był mistrzem słowa, autorem wybitnych tekstów publikowanych w Dzienniku Zachodnim, Polityce, Gazecie Wyborczej i wielu innych pismach.
Na jego felietony czekali czytelnicy i politycy. Wywoływały wielkie emocje i gorące dyskusje. Nikt już tak nie wkurzy głupców, nikt nie sprawi, że poczują się choć trochę zawstydzeni.
Absolwent Politechniki Śląskiej, doktor kulturoznawstwa Uniwersytetu Śląskiego. Od 1978 w Telewizji Polskiej, w stanie wojennym zwolniony po negatywnej weryfikacji politycznej. Pracował w wielu zawodach, m.in. jako kierowca autobusu, jednocześnie publikując w wydawnictwach podziemnych. W 1987 pod pseudonimem Stefan Szulecki wydał książkę pt. Cysorz, wspomnienia kamerdynera opisującą rządy I sekretarza KW PZPR w Katowicach Zdzisława Grudnia. Do TVP wrócił w 1989, był sekretarzem ds. programu, zastępcą redaktora naczelnego i dyrektorem ds. ekonomicznych.
W 1991 razem z Wojciechem Sarnowiczem założył prywatne studio “Antena Górnośląska”. Wyprodukował ponad 200 filmów i widowisk telewizyjnych, w tym serię programów pt. “Wesoło, czyli smutno. Kazimierza Kutza rozmowy o Górnym Śląsku” poświęconych górnośląskiej tożsamości. W 2002 założył Komitet Wyborczy Wyborców Michała Smolorza i z jego listy bezskutecznie kandydował na prezydenta Katowic. Publikował m.in. w Dzienniku Zachodnim, Gazecie Wyborczej, Polityce.
W 2012 wydał książkę pt. “Śląsk wymyślony”.
________________________
Michał Smolorz: Takiego go pamiętamy
Michał Smolorz nie żyje. Ale w naszej pamięci pozostanie na zawsze. Związał się z Dziennikiem Zachodnim i razem z nami uczestniczył w wielu nietuzinkowych wydarzeniach.
Nieoczekiwanie, z wielkim smutkiem, żegnamy dziś Michała Smolorza, wieloletniego felietonistę Dziennika Zachodniego, pisarza, publicystę, osobistość, bez której trudno byłoby zrozumieć Śląsk i Ślązaków.
Michał Smolorz urodził się w roku 1955 w Szopienicach. Zmarł w czwartek nad ranem. Nagle. Na zawał serca.
Michał Smolorz ukończył Politechnikę Śląską w Gliwicach, ale od początku wiedział, że nie nadaje się, by objąć jakąś spokojną posadkę. Jego przeznaczeniem było dziennikarstwo.
Zaczął pracę w Telewizji Polskiej, z której w czasie stanu wojennego został zwolniony, bo negatywnie przeszedł tzw.weryfikację.
W czasach, gdy trzeba było się opowiedzieć wybrał właściwie i odważnie. Na życie zaczął zarabiać jako… kierowca autokaru, wożąc pasażerów do Niemiec.
Zaczął publikować w podziemnych wydawnictwach. Jego wielkim sukcesem okazał się “Cysorz”, czyli opowieść o Zdzisławie Grudniu, znienawidzonym I sekretarzu Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Wydał ją pod pseudonimem.
Po przełomie 1989 roku wrócił do Telewizji Katowice. Był m.in. sekretarzem programowym oraz zastępcą dyrektora ds. finansowych. Wkrótce wspólnie ze swoim przyjacielem Wojciechem Sarnowiczem założył studio “Antena Górnośląska”, które wyprodukowało kilkaset programów: wywiadów, filmów.
Hitem okazał się m.in. cykl ponad dwudziestu rozmów przeprowadzonych przez Kazimierza Kutza z wybitnymi Ślązakami lub osobami związanymi z regionem pod wspólnym tytułem “Wesoło, czyli smutno”.
Jedenaście lat temu Michał Smolorz kandydował w wyborach na prezydenta Katowic. Był świetnie przygotowany, miał dobry program, bo do sprawy podszedł poważnie, ale przegrał z Piotrem Uszokiem. Po tej przygodzie wolał opisywać polityków niż wejść do ich świata.
Rok 2012 był dla Michała Smolorza bardzo udany. Wydał świetną, dyskutowaną książkę pt. “Śląsk wymyślony” i obronił pracę doktorską. Miał jeszcze tak wiele do zrobienia…
Pogrzeb Michała Smolorza odbędzie się w poniedziałek 14 stycznia, o godzinie 12 w kościele pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej w Katowicach-Podlesiu.
x x x
Twaróg wspomina Smolorza: Redaktorze, Pan dziś na poważnie?
Panie Michale, redaktorze, Pan dziś na poważnie? Pan się dziś nie śmieje? Nie siedzi u mnie na fotelu i nie gawędzi o ukochanym Śląsku? Nie popija kawy i nie spogląda dobrotliwie, gdy śmiem się z Panem nie zgodzić?
Nie zżyma się na tych, którzy nas nie rozumieją, nie krytykuje urzędów, nie pochwali młodych historyków, nie zwróci uwagi na obiecujące pióra w śląskich gazetach? Nie powspomina czasów telewizji, nie przypomni wielkich widowisk, które Pan robił, nie wróci do starych tekstów, w których Pan przestrzegał, że będzie tak jak jest? Nie powie z dumą o tym, jak radzą sobie Pana dzieci?
Redaktorze, gdy zadzwoniłem do Pana rano i odebrał syn, stało się jasne, że już Pan nie żartuje.
Miał Pan brać udział w debacie o Śląsku, pamięta Pan? Mieliśmy razem jechać do prezydenta Komorowskiego, by zrozumieć jego sposób myślenia o Śląsku. Mieliśmy rozmawiać o formule piątkowych “Scenek…”, którymi rozśmieszał Pan Czytelników.
Ostatnio częściej był Pan poważny, bo nie było Panu do śmiechu, gdy widział sytuację na Śląsku. Bał się Pan, że znowu zagonią nas do kąta, że jest zły klimat dla śląskości. Irytowało Pana, że nie potakuję, gdy używał Pan bardzo ostrych słów. Wątpiłem, czy naprawdę jest tak źle. Młodyś redaktorze, a ja już wiele w tym grajdołku przeżyłem, mówił Pan. I opowiadał o Katowicach, wracał do tych wszystkich mitów, które opisał w “Śląsku wymyślonym”.
Wie Pan, przypomina mi się teraz, jak bardzo dbał Pan, byśmy nigdy w DZ nie zapomnieli o wielkich twórcach z tej ziemi. Pamięta Pan naszą rozmowę o Bieniaszu, którego tak bardzo chciał Pan uhonorować? O Pańskim filmie o nim, o kłopotach, jakie Pan miał? Ta pamięć o wielkich ludziach to jedna z rzeczy, których nas Pan uczył.
O Panu nigdy w Dzienniku Zachodnim nie zapomnimy. Redaktorze, nauczył nas Pan tak wiele.
Marek Twaróg
redaktor naczelny Dziennika Zachodniego
x x x
Kutz o Smolorzu: Straciliśmy wybitnego Ślązaka. To straszny dzień
To straszny dzień. Potworny. Straciliśmy wybitnego Ślązaka. Umarł ktoś bardzo niezwykły. Wyjątkowa postać w przestrzeni życia obywatelskiego współczesnego Śląska. Nie można się z tym pogodzić – mówi Kazimierz Kutz, senator i reżyser filmowy.
Michał Smolorz był sumieniem dzisiejszych Ślązaków. Instytucją pedagogiki społecznej.
Nauczycielem, przewodnikiem wszystkich tych, którzy domagali się uznania naszej regionalnej inności. Był wojownikiem w tej sprawie. Wojownikiem obdarzonym wielką odwagą cywilną, którą w obecnych czasach, gdy psieje wszystko, można uznać za cnotę społecznie najważniejszą.
Podziwiałem go za hart ducha, gdy samotnie rozpoczynał kolejną krucjatę przeciwko hipokryzji, kłamstwu, absurdom, niesprawiedliwości w różnych dziedzinach naszego życia. Podziwiałem go za ogromną wiedzę, za logiczne myślenie, niebywałe zdolności polemiczne. Niestety, Michał nie zdążył wychować swojego następcy.
Byliśmy przykładem wyjątkowego dialogu i sporu. Tworzyliśmy razem pewien klimat ożywienia obywatelskiego, refleksji nad śląskim losem. Czasem godzinami dyskutowaliśmy swobodnie o rzeczach, o których nie wypadało mówić publicznie. Czasem sprzeczaliśmy się w ostrych słowach, czasem kpiliśmy z siebie i dogryzaliśmy sobie w swoich tekstach. Ale to wszystko jako przyjaciele, partnerzy.
Nie mogę uwierzyć, że odchodzi tak młody człowiek. Będzie mi go bardzo brakowało. Jestem w wielkiej żałobie.
x x x
Jerzy Gorzelik, lider Ruchu Autonomii Śląska: Michał Smolorz był człowiekiem na wskroś autentycznym
Dwa dni temu otrzymałem pocztą zaproszenie na benefis, który Michał Smolorz organizował swemu przyjacielowi Wojciechowi Sarnowiczowi.
Pomyślałem, że dawno nie mieliśmy okazji usiąść przy piwie i porozmawiać o śląskich sprawach.
To zawsze były dobre rozmowy. Jak to między ludźmi, którzy nie muszą sobie tłumaczyć spraw podstawowych. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy zapytać Michała Smolorza: “Dlaczego Pan to robi?”. Wiedziałem.
Bo w Michale Smolorzu nie było cienia fałszu czy zblazowanej letniości. To był człowiek na wskroś autentyczny. Przejawiało się to w jego gorzkich diagnozach, ale też w nadziei, że coś na Śląsku i w Ślązakach się budzi. Taki jego obraz zachowam.
x x x
Potr Semka, publicysta: Michał Smolorz był adwersarzem niezwykle rycerskim
Zawsze będę pamiętał o bardzo rycerskim pojedynku, jaki przeprowadziłem z Michałem Smolorzem na temat tożsamości śląskiej. Pojedynek z takim mistrzem publicystycznej swady był dla mnie ogromnym zaszczytem.
Nie jest żadną tajemnicą, że różniliśmy się w wielu sprawach na temat właśnie tej tożsamości śląskiej, ale był adwersarzem niezwykle rycerskim i człowiekiem o bardzo dużym uroku osobistym.
Dlatego pojedynek z takim mistrzem publicystycznej swady i publicystycznej sprawności był dla mnie ogromnym zaszczytem.
Michała Smolorza poznałem pośrednio, gdy pracowałem w gdańskim piśmie Refleks, redagowanym przez Macieja Łopińskiego i Andrzeja Liberadzkiego. Michał Smolorz publikował na jego łamach fragmenty swojej książki “Cysorz” o Zdzisławie Grudniu, która była wówczas prawdziwym wydarzeniem na rynku drugiego obiegu.
Michał Smolorz był człowiekiem, który prezentował ogromny smak, ogromną swadę i był niepowtarzalną osobowością. Wiadomość o jego śmierci przyjąłem z najgłębszym smutkiem.
x x x
Kamil Durczok, naczelny Faktów TVN: Smolorz wkurzał, zmuszał do myślenia. Nie da się go zastąpić
Mówi się, że nie ma ludzi nie do zastąpienia.To oczywista bzdura.
Fałsz w obliczu tej śmierci. Michała Smolorza nie da się po prostu zastąpić. To wyrwa, której nie da się zapełnić.
Wraz z jego śmiercią tracimy wybitnego dziennikarza, zażartego, inteligentnego polemistę, autora dowcipnych ripost, człowieka, który łamał stereotypy i walczył z mitami, także tymi śląskimi, co było bolesne, ale konieczne.
Ale mogliśmy mu wierzyć, bo on jak chyba nikt inny, naprawdę myślał po śląsku. I jeśli tak łajał, to robił to często z miłości. Bo kochał Śląsk i Ślązaków.
Na pewno niektórych wkurzał, irytował, złościł, niektórych swoich pisaniem obrażał, wystawiał na publiczną chłostę, ale jak często obnażał słabości, głupoty, jak często spoglądał w głąb śląskiej duszy bez taryfy ulgowej? Myślał odważnie, przenikliwie i inspirował. Miał odwagę w wyrażaniu swoich myśli. To bezcenne.
Z jego różnych wojen i wojenek wyłaniała się dyskusja o sprawach naprawdę istotnych. Ilu Czytelników właśnie od niego zaczynało lekturę gazet? Ilu dla niego kupowało czasopisma?
Tracimy myśliciela, których tak mało. Tracimy człowieka wybitnego pióra.
————————————————
Dziennikarze DZ wspominają:
Adam Daszewski: Śmierć i Michał do siebie nie pasują
Michał nie żyje. Pierwsza myśl: nie, to niemożliwe, no jasne, znowu jakaś przekorna gra, szalony plan, koncept, którego puentę poznamy jutro. Zadzwoni i powie: – Chciałem się dowiedzieć co naprawdę o mnie myślicie.
Tak. Śmierć i Michał do siebie nie pasują.Więc uwierzyć trudno.
I pisać trudno. Że strata, niepowetowana, dla Polski (a tak), Śląska, dla Tych, którzy Go kochali. Że nie do zastąpienia. Słowa. Cóż znaczą teraz słowa?
Więc może inaczej? Znaliśmy się niemal ćwierć wieku i zwykle się nie zgadzaliśmy. Ba, nawet ostro kłóciliśmy. Ale zawsze cudownie złośliwy i błyskotliwy szanował przeciwnika i nie uważał za wroga. Takim Go zapamiętam.
Pisał wspaniale. Felietonistą, polemistą, komentatorem życia się jest, albo nie jest. On BYŁ. Kochał prowokować, ale były to prowokacje mądre. Nie wywoływał burz w szklance wody. Chciał, żeby po wojnie piór oraz głosów coś pozostało i służyło. Nawet jeśli wnioski nie były po Jego myśli.
Znakomity organizator i menedżer. Zawsze pełno pomysłów, pełno planów. Realizowanych. To Go z pewnością wyróżniało w naszej krainie słomianego ognia. A jednocześnie profesjonalny smakosz życia. Ileż tego było… Więc może żył za szybko? Ale przecież nie potrafi tego ocenić sam zainteresowany… Ja wiem, że żył jak lubił.
Szerokiej drogi Michale! Gdzieś tam szykują dla Ciebie białego triumpha. Ale jeśli cokolwiek o Tobie wiem, to zaraz przemalujesz go na czarno…Jak mówić o Śląsku bez niego?
————————————————
Jak mówić o Śląsku bez niego?
Agata Pustułka dziennikarka DZ
Nikt poza redaktorem Michałem Smolorzem nie miał tak wielkiej wiedzy o Śląsku, niewielu tak intensywnie jak on rozumiało Ślązaków, a praktycznie nikt nie pisał o Śląsku tak dobrym językiem, z wartkością, lotnością, prezentując wybitny warsztat dziennikarski. Słowa układały się w piękne zdania, a ze zdań wydobywały się mądre myśli. Niełatwa to sztuka.
Opinie Michała Smolorza, wypowiadane często w sposób bezpośredni, ostry, brawurowy były zaskakująco trafne. Można się było z nimi nie zgadzać, ale nie można było przejść wobec nich obojętnie. Lubił burze z piorunami. Polemika to był jego żywioł.
Reagował błyskawicznie na nowe idee, zjawiska, nadejście innych przeczuwał. Starał się wytłumaczyć Czytelnikom świat widziany z okien wypucowanych familoków. Dla ludzi z zewnątrz świat niezrozumiały, zbyt skomplikowany, przesadnie czasem zadufany w sobie, ale też wielokrotnie skrzywdzony. Poza wszystkim był w tym co robi solistą. Jeśli wybierać dyscyplinę sportu to maratończykiem, który wie, że droga przed nim długa i wyboista, a meta gdzieś w nieokreśloności. Narażał się na tej drodze wielu konkurentom. Niewielu podejmowało rywalizację, bo była z góry skazana na klęskę.
Uwielbiał osobiste wycieczki, docinki, dowcipy, ironiczny żart. Jak się mu ktoś naraził to nie daj Boże. Raz był lwem salonowym, a raz taranem. Nigdy potulnym kotkiem. Kotki są do głaskania, a Smolorz głaskał zwykle pod włos… Teraz, gdy odszedł każda opinia wydaje się nie na miejscu. Powiem, co dla mnie i pewnie dla bardzo wielu, jest ważne. Głos Michała Smolorza w śląskich sprawach był słyszany i słuchany, bo stało za nim nie tylko osobiste doświadczenie, ale też pasja, która tak jest potrzebna w życiu. Był punktem odniesienia, autorytetem, lekturą obowiązkową. Maratończykiem słowa. Właśnie dobiegł do mety.
————————————————
Daruj, ten list już nie zdąży…
Jadwiga Jenczelewska dziennikarka DZ
W gronie dziennikarzy DZ, którzy pracują tu “od zawsze”, zastanawialiśmy się wczoraj, ile lat pojawiały się w naszej gazecie teksty Michała Smolorza. Nie potrafiliśmy tego ustalić od razu, bo On też był tu z nami niezmiennie od lat – dosłownie prawie w każdy świątek i piątek. Dopiero dzięki archiwalnym wydaniom DZ policzyliśmy, że publikował swoje teksty na naszych łamach od 20 lat.
Do mnie trafiały wszystkie Jego magazynowe felietony, które co tydzień redagowałam. Pierwsza wiedziałam, kto się na niego obrazi, kto będzie na niego przeklinał, a kto ucieszy się Jego opinią. Zapamiętam Go też jako purystę językowego – bo tak o sobie czasem mówił. Nic dziwnego, pisał świetnie, lecz spieraliśmy się o różne detale, o każdy przecinek, cudzysłów, o małą lub dużą literę. Ale najczęściej o tytuły, bo bardzo nie lubił, gdy zauważył w nich jakąkolwiek zmianę. Lecz szczególnie zapamiętam taki incydent.
Obok felietonów Smolorza pojawia się często rubryka “Listy do DZ”. Któregoś dnia dostaję od Niego e-maila mniej więcej takiej treści: “Zacna Pani Redaktor (choć znaliśmy się wiele lat, on mnie tak tytułował, a ja do niego pisałam Szanowny Panie Redaktorze). Czy musiał się dwa razy ukazać ten sam bardzo krytyczny list na mój temat?
Rozumiem, że radość z odkucia się na Smolorzu jest wielka i przemożna, ale zapewniam, że przyjąłem krytykę już za pierwszym razem, a nawet wziąłem ją sobie do serca”.
Odpisałam Mu od razu.
“Witam, posypując głowę popiołem. To ja jestem główną winowajczynią, która bezwstydnie dopuściła do powtórnej publikacji listu, jaki – niestety – zawierał krytykę Pana tekstu. Na swoją obronę mam tylko to, że – w przeciwieństwie do autora – podzielam Pana stanowisko nie tylko zawarte w tym tekście, ale w wielu innych też. Nie wykluczam jednak, że dla Pana to marne pocieszenie. Dlatego jeśli tylko nadejdzie do redakcji list, który będzie apoteozą Pana myśli, poglądów, stylu pisarskiego i spojrzenia na rzeczywistość, postaram się, żeby też był dwa razy w gazecie. To pewnie będzie najlepsza rehabilitacja, a jednocześnie zadośćuczynienie mojej winy. Musi Pan tylko uzbroić się w cierpliwość – o co pokornie proszę i jeszcze raz przepraszam. Miłośniczka (to wcale nie żart), a zarazem redaktorka Pana tekstów.
Dziś przepraszam jeszcze raz – ten list już nie zdąży się ukazać…
————————————————
Lubiłam jego celne riposty
Teresa Semik dziennikarka DZ
Często miałam wrażenie, że Michał postrzega świat wyłącznie w dwóch kolorach – białym lub czarnym. Podczas ostatniego naszego spotkania przed tygodniem wspominał, jak przed laty, po otrzymaniu zaproszenia na “galę” wybrał się na nią w smokingu. “Jak gala, to gala, ale okazało się, że tylko ja byłem tak elegancko ubrany i wyglądałem jak idiota” – przypominał z przyganą, jakby wciąż nie pozbył się tamtej irytacji.
Wobec siebie był równie krytyczny, co wobec innych. Któż miałby śmiałość napisać tak, jak on pisał o sobie: “W promieniu 100 kilometrów od Katowic trudno znaleźć większego mitomana i megalomana”. Uważał, już całkiem serio, że zasługuje, by zajmować miejsce śląskiego mentora, że Jemu wypada pisać o wszystkich i o wszystkim – pisać dobrze, choć najczęściej źle. Nie uznawał stanów pośrednich.
Różniłam się z Michałem w postrzeganiu śląskości i w ocenie aspiracji Ślązaków. On nie przebierał w słowach, by mnie rozjechać swoją krytyką na drobne kawałki. Bez empatii, jak tylko on potrafił. Po tym wszystkim pisał do mnie: “Zacna Tereso, przy całej różnicy poglądów zachowuję dla ciebie nieustanny szacunek. Także dlatego podejmuję i będę podejmował polemiki, również ostre i surowe. Takie jak twoje o Śląsku pisanie”.
Lubiłam jego błyskotliwe riposty. Zaraz po spektaklu potrafił powiedzieć na cały głos: Henryk Konwiński jest wielkim choreografem i zasługuje na to, żeby tancerze nogi podnosili równo.
————————————————
Mnie? Mnie w roli tetryka?!
Marcin Zasada dziennikarz DZ
Czcigodny Panie Marcinie, toś mnie Pan obsadził w roli tetryka
Kutza to jeszcze rozumiem, ale żeby mnie? – to wiadomość od Michała Smolorza po tym, jak w śląskiej wersji Muppetów zrobiłem z niego Waldorfa z loży szyderców.
Kazimierz Kutz był oczywiście Statlerem.
Dystans to jedno, drugie to hipsterska niemal ornamentyka grzecznościowa, groteskowa w korespondencji mejlowej. Czcigodny, wielmożny… Pan Michał często emanował taką dawną uprzejmością, czym onieśmielał młodszych rozmówców. Pamiętam przyjęcie u Jego syna, po których żartował, że goszczący u Smolorzów młodzieńcy starali się sprostać wymaganiom Czcigodnego Gospodarza w dziedzinie kindersztuby czy dyskusyjnej swady: “Drogi Panie, jeśli Pan pozwoli: jak Pan wielmożny znajduje aurę?”. Pan Michał w mig łapał konwencję i jak pastisz prowadził te dworskie dialogi.
Jeśli człowieka definiuje wiedza, humor i język, jakim włada, Michał Smolorz był pięknym przypadkiem. Nawet jeśli sam pod nosem określał się mianem “starego satyra”. Niedawno Redaktor Smolorz w swoim stylu kpił w DZ ze spraw ostatecznych. Fragment Jego autorstwa: “I teraz mi Stwórca nakaże: wynocha! Idź precz w piekła ogień jak ta czarna owca! Więc ślubuję na tamtym świecie pokochać każdego człowieka z Sosnowca”. I jeszcze: “Bo mnie osobiście pragnienie porywa, by było tam śmiesznie jak w wierszach Fredry. Dlatego w niebieskiej otchłani chcę bywać w solarium z proboszczem katedry”.
Bywaj, Czcigodny Panie.
————————————————
Michał w teatrze bywał zawsze!
H. Wach-Malicka dziennikarka DZ
Wiadomość o śmierci Michała dopadła mnie rankiem, kiedy zadzwonił nasz wspólny przyjaciel. Nie zrozumiałam, o kim mówi. A jak zrozumiałam, nie uwierzyłam. Rzuciłam na szalę argument, jak sądziłam, absolutnie przekonujący – Wczoraj do mnie dzwonił, w piątek spotkaliśmy się w Teatrze Zagłębia na premierze; siedzieliśmy obok siebie, krzesło w krzesło! To jak mógł umrzeć…?!
Znaliśmy się z Michałem Smolorzem od lat, ale spotykaliśmy się głównie w teatrze. Doskonale orientował się w literaturze dramatycznej, bywał z żoną na każdej premierze, a jak nie mógł, oglądał pierwszy możliwy spektakl. Znałam jego gust, wiele razy dyskutowaliśmy. Lubił teatr w najlepszym rozumieniu tradycyjny, cenił spektakle zrealizowane z poszanowaniem reguł rzemiosła. Nie znosił epatowania okrucieństwem, nagością i pustą formą. A ponieważ zwykle siedzieliśmy obok siebie, to wiem, że potrafił wyjść w połowie spektaklu, jeśli ze sceny lał się bełkot, a reżyser dokonywał gwałtu na tekście. I choć różniliśmy się w szczegółach, na ogół podobało nam się to samo.
Raz jednak pokłóciliśmy się tak, że nasza dyskusja przeniosła się na łamy DZ. Chodziło o “Oczyszczonych” wg Sarah Kane, w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Michał uważał za niedopuszczalną tak potężną dawkę brudu emocjonalnego, jaką zobaczyliśmy, ja – że to katharsis dla widza. Przysłał mi potem SMS: “A możemy się pięknie różnić?” Pewnie, że mogliśmy!
To nie znaczy, że nie doceniał scenicznej odwagi. To znaczy, że uwielbiał dobry teatr, więc upominał się o szacunek dla słowa. I zaufanie reżysera wobec widza, któremu – uważał – nie trzeba wszystkiego łopatologicznie wykładać. Z drugiej strony upominał się też o szacunek dla… teatru. Irytował się, gdy publiczność lekceważyła aktorów niestosownym zachowaniem czy ubraniem. O tym była zresztą moja ostatnia z Michałem rozmowa. Ta, sprzed kilkudziesięciu godzin…
_______________________________
Michał Smolorz nie żyje. Dziennikarz zmarł w wieku 57 lat
Kochał Śląsk i nie szczędził krytyki tym, którzy Śląsk psuli. W Katowicach w czwartek rano zmarł publicysta Michał Smolorz. Miał dopiero 57 lat.
Skończył studia na Wydziale Górnictwa Politechniki Śląskiej w Gliwicach, ale zamiast na kopalnię poszedł pracować do telewizji. Od 1978 roku przeszedł tu wszystkie szczeble – od dziennikarza, przez sekretarza programu do (już po 1989 roku) zastępcy redaktora naczelnego i dyrektora ekonomicznego ośrodka telewizyjnego w Katowicach. Wcześniej jednak, w stanie wojennym, nie przeszedł politycznej weryfikacji i został wyrzucony na bruk. Zarabiał na chleb jako kierowca autobusu. Woził ludzi emigrujących do Niemiec, a gdy za kierownicą zastępował go zmiennik, rozmawiał z nimi o powodach wyjazdu. I to te właśnie podróże były jego drugim uniwersytetem, dzięki któremu obudził w sobie ciekawość Śląska.
W drugim obiegu pod pseudonimem wydał książkę o Zdzisławie Grudniu, wszechwładnym sekretarzu komitetu wojewódzkiego PZPR w Katowicach.
Do telewizji wrócił w 1989 roku, ale długo w niej miejsca nie zagrzał, założył własne studio producenckie (w ostatnich latach pomagali mu już synowie) i pisywał jako wolny strzelec.
Ludzie liczyli się z jego opiniami
W cotygodniowych felietonach w Gazecie Wyborczej śmiał się z polityków, urzędników i ludzi Kościoła. Piętnował tych, którzy biorą się za rzeczy, do których nie dorośli. A także tych, którzy wymądrzają się na każdy temat, nie mając czasami pojęcia o niczym.
Z jego opiniami liczyli się nawet ci, którzy zarzekali się, że go nie czytują. W jednym z ostatnich swoich artykułów, po blamażu zawiązanej przez samorząd wojewódzki spółki kolejowej, domagał się ustąpienia marszałka województwa śląskiego i… jeszcze tego samego dnia marszałek podał się do dymisji.
Wielu innych jednak na niego się obrażało. Przypisywali mu związki z różnymi siłami politycznymi i podejrzewali o nieszczere intencje, bo nie byli w stanie pojąć, że Smolorz w gruncie rzeczy kieruje się interesem swej małej śląskiej ojczyzny.
Kochał Śląsk i Ślązaków
Urodzony w Szopienicach, z których pochodzi również starszy od niego o pokolenie Kazimierz Kutz, był po śląsku porządny i akuratny.
Nie znosił brakoróbstwa, bylejakości i czczej gadaniny.
Kochał Śląsk i Ślązaków, ale nie idealizował i wyśmiewał u swoich pobratymców skłonność do mitologizowania własnej historii.
Rok temu zebrał różne śląskie mity w jednej książce (“Śląsk wymyślony”) i na jej podstawie obronił doktorat na Uniwersytecie Śląskim.
Miał wiele planów.
Po jego śmierci niektóre osoby zapewne odetchną z ulgą, bo nikt ich już nie będzie smagać swym piórem tak, jak to czynił Smolorz.
Nam będzie go brakowało. Jego wiedzy, poczucia humoru i pracowitości, która udzielała się otoczeniu.
Panie Michale, Pan Bóg widać tworzy jakąś nową redakcję u siebie, skoro upomniał się o Ciebie.
x x x
Śląsk bez Pana Michała
Michał Smolorz nie żyje. Jeszcze do nas nie dociera, że już Go z nami nie ma, bo przecież jeszcze we wtorek przysłał do redakcji cotygodniowy felieton (zawsze dotrzymywał terminu), potem prosił o dokonanie w nim poprawek (dbał o to, żeby tekst był perfekcyjny), anonsował kolejne tematy, którymi koniecznie musi się zająć.
Był dla nas Panem Michałem: Dzwonił Pan Michał, Pan Michał nie zgadza się z naszą interpretacją, zapytajmy Pana Michała… Zabawnie to brzmiało w gazecie, w której wszyscy jesteśmy po imieniu. Ale on sam dbał o pielęgnowanie konwenansów. “Wielce Szanowni Redaktorzy”, “Zacny Nadredaktorze” – tytułował swoje maile do nas. A kończył dopiskiem “Sługa Uniżony”. Nigdy nikomu nie pozwolił na zbytnie spoufalenie się. Szanowaliśmy to.
Był dla nas ważny. Wulkan pomysłów, mentor, skarbnica wiedzy i bon-motów, drogowskaz. Uparty, nieprzejednany, często nieznośny. Najczęściej wtedy, gdy chodziło o Górny Śląsk i jego sprawy. Miał pióro ostre i bezlitosne. Ile razy chłostał nas w swoich felietonach, wytykał błędy, przekonywał do swoich racji. Często się z nim zgadzaliśmy i równie często spieraliśmy. Ale zawsze były to spory ożywcze i wiele wnosiły do debaty o Śląsku.
Był dziennikarzem odważnym i bezkompromisowym. Marzył, by naszym regionem rządzili mądrzy, godni ludzie, byśmy mogli się czuć tutaj u siebie, żeby śląska godka została uznana za język, by można było otwarcie dyskutować o śląskiej tożsamości, żeby nie powielać mitów.
Trudno wyobrazić sobie Górny Śląsk bez Niego. Chciałoby się napisać: Żegnaj, przyjacielu. Ale pewnie by się skrzywił na taką poufałość. Niech więc będzie jak zwykle: Wielce Szanowny Panie Michale, naprawdę nie rozumiemy, dlaczego postanowił nam Pan to zrobić. Nagle i bez ostrzeżenia. Bardzo to nie w porządku!
Ale skoro już Pan trafił do śląskiego nieba, proszę się rozejrzeć za tematami do opisania, sprawami do załatwienia. I niech Pan w swoich felietonach za bardzo nie ruga aniołów. Cóż one wiedzą o Śląsku…
Słudzy Uniżeni
x x x
Kazimierz Kutz o Michale Smolorzu: Odszedł publiczny wojownik
- Wiadomość o tej śmierci mnie poraziła, jestem w szoku. To coś okropnego, to nie powinno się teraz wydarzyć – mówi “Gazecie” Kazimierz Kutz, reżyser i senator.
- Umarł ktoś niesłychanie ważny dla Górnego Śląska. To publiczny wojownik, o wielkiej odwadze cywilnej i sile. Nie znosił obłudy, kłamstwa, urzędasów. Aktywny, zawsze na pierwszej linii. Nie ma drugiej osoby, która by go w tym zastąpiła. Nikt nie przejmie jego schedy. Był stuprocentowym Ślązakiem. Dla niego Śląsk był najważniejszy – mówi Kazimierz Kutz.
___________________________________
Syn o Michale Smolorzu: Wszystko, co robił, miało pokrycie w prawdzie. Szukał jej
Ojciec żył tak mocno swoją “małą ojczyzną”, że odszedł jak górnośląski “starzik” – niespodziewanie, nagle, bez cierpienia, a przy tym nie zostawiając po sobie bałaganu. Prawie jak w scenariuszu, który sam by sobie napisał – pisze Paweł Smolorz, syn zmarłego Michała Smolorza.
Zawsze w moich oczach był prawdziwym górnośląskim “chopem”: twardym, męskim, nie do złamania. Nie patrzył wstecz. Kiedy mówił “A”, nie mogło zabraknąć “B”.
Pamiętam, gdy zabrano Mu możliwość pracy w telewizji, po prostu siadł za kierownicą miejskiego autobusu.
Miał prawo czuć się zażenowany. Ale nie dał po sobie tego poznać. Przynosiłem Mu śniadanie, sadzał mnie na desce rozdzielczej i pozwalał otwierać drzwi pasażerom. Byłem z Niego dumny. Dla Niego był to trudny czas. Dowiedziałem się o tym, gdy byłem już dorosłym człowiekiem. Późno, bo prawdziwy Górnoślązak daje rodzinie poczucie bezpieczeństwa. I w tym był mistrzem.
Nic jednak nie ma za darmo. Bo od innych wymagał tyle samo, co sam dawał, i – co jasne – nie wszyscy potrafili temu sprostać. Ale nigdy o to nie miał żalu. Żal miał dopiero, gdy nie robiło się nic, bo w Jego słowniku nie było słowa “nic”. Dlatego nie cierpiał bezczynności, nie cierpiał lenistwa. Zawsze z przesadną skromnością mówił: “Ja nie mam talentu” i z przesadną szczerością dodawał: “Ty też nie masz talentu, dlatego bądź dobrym rzemieślnikiem, bo tylko dzięki ciężkiej pracy możesz te braki nadrobić”. Nie docierał więc do Niego banał. Banał był dla Niego zerowym wysiłkiem intelektualnym.
Dlatego, gdy dostawało się od Niego prezent, ten był zawsze przemyślany, zawsze z drugim dnem – czasami złośliwym, czasami dowcipnym, czasami poważnym, tak jakby coś chciał przez to powiedzieć. Uwielbiał też takie dostawać. Nie śmiałbym dać Mu na urodziny “stówy” w kopercie.

W rodzinnym archiwum znajduje się zdjęcie przedstawiające Michała Smolorza składającego ślubne życzenia synowi Pawłowi i jego wybrance
Uwielbiał rozmawiać. Dyskutowaliśmy przy każdej okazji. Najczęściej w rodzinnym gronie, co zazwyczaj stawało się kaźnią dla innych gości. W rezultacie burzliwych dyskusji zostawaliśmy sami przy stole, nie zauważając, że może innych w tym dniu nie interesują sprawy Śląska, Kościoła, mediów, polityki… Siadała obok moja żona, kopała mnie pod stołem – to był zawsze znak, że pora kończyć, bowiem stabilność imprezy jest mocno zagrożona. Kończyliśmy, oczywiście, dopiero wtedy, gdy Ojciec miał poczucie zwycięstwa. Bo On nigdy nie mógł czuć się przegrany. To byłaby słabość, a słabość to coś nie w Jego stylu.
Może dlatego kreował się na człowieka mocno oszczędnego w wyrażaniu uczuć. Może dlatego nigdy nie widziałem, by płakał. Od tego miał ludzi. Do “emisji” uczuć namaścił więc Matkę. Kobietę, którą mocno… kochał. Ponieważ Ojciec właściwie był nieprzerwanie w pracy, Matka została Jego “pełnomocnikiem do spraw kontroli nad potomstwem”. Ingerował? Tak, ale tylko na Jej wyraźne polecenie. Ten “ostry” podział obowiązków rodził nieraz zabawne scenki. W dzień obrony mojej pracy magisterskiej wczesnym rankiem odwiedziłem Rodziców, ponieważ chciałem, by życzyli mi powodzenia. Otworzył mi Ojciec.
“A ty coś taki elegancki?” – spytał. Oznajmiłem Mu więc stan faktyczny. “Już? Dzisiaj? Kurde, ale ten czas leci… No… to powodzenia!” – dodał.
W całym naszym procesie edukacji Ojciec miał jedno zajęcie – wywiadówki. Nie wzbraniał się przed nimi. Gdy wracał, i tak nic nie wiedział. Potem dowiedzieliśmy się od innych rodziców, że siadał w ostatniej ławce i drzemał. No cóż, “chop” musi czasem odpocząć.
Kłóciliśmy się. Miałem do Niego wiele pretensji. O to, że wiecznie wszystko krytykuje i nie da się Go niczym zadowolić. O to, że jest wybuchowy i konfliktowy. O tę przesadną szczerość. O bezgraniczną upartość, przesadny pedantyzm. O nadmierny konserwatyzm…
Dopiero, gdy sam założyłem rodzinę i nauczyłem się patrzeć na Niego z boku, zobaczyłem, że te Jego wady to także moje wady. I dopiero wtedy zrozumiałem, że wszystko, co robił, miało pokrycie w prawdzie, której szukał. Wszystko było wypadkową czegoś, bo będąc człowiekiem takiej wiary w to, co się robi, nie można być innym. Udało mi się Mu to wszystko powiedzieć.
To pewne, że Ojciec sam pisał treść swojego życia, bo przecież nikt nie mógł Mu czegoś kazać. Tylko jeden wątek nie pasuje w tym scenariuszu. Tylko to ktoś błędnie dopisał. Umarł jak – a nie jako “starzik”. Z tym nigdy nie będę mógł się pogodzić.
Paweł Smolorz
syn Michała Smolorza
Misjonarz
To bardzo smutna sprawa. Odszedł człowiek i już nigdy do nas nie wróci. Nieraz jeszcze zadawać będziemy pytanie: kim był Michał Smolorz? Był wielką, bardzo niekonwencjonalną osobowością, wyjątkowym przykładem połączenia tradycji i nowoczesności.
To był bardzo oryginalny Górnoślązak. Można go przyrównywać do wielu mocarnych postaci z przeszłości, a nawet do nadmiernie pracującej maszyny parowej, bo miał w sobie staroświecką nadenergię dziewiętnastowiecznych działaczy pracy organicznej. A jednocześnie był osobą swobodnie posługującą się najnowocześniejszymi technikami elektronicznymi. U niego kontrast “starego” i “nowego” był spójny i większy niż u kogokolwiek. Karol Miarka, by podołać swojemu posłannictwu, założył wydawnictwo w Mikołowie, w którym wydawał czasopisma, książki i dwujęzyczne modlitewniki, z których modlili się jego dziadkowie; ona z niemieckiego, a on z polskiego. Smolorz był z nich. Podobnie jak Karol Miarka, Michał Smolorz założył swoją Antenę Górnośląską, nowoczesną firmę do produkcji filmów wszelakich gatunków. Był jej właścicielem, producentem, scenarzystą, montażystą i archiwistą, i co tam jeszcze. Działał.
Jego dawni protoplaści byli misjonarzami duchowości górnośląskiej; posługiwali się słowem i papierem, co stało się realne, bo państwo niemieckie zafundowało Ślązakom przymusowy ośmioklasowy system edukacyjny. Wynalazek Gutenberga mógł wejść pod każdą strzechę. Pan Michał robił to samo za pomocą zapisu magnetycznego w TV, laptopach czy iPadach. Wchodził w każdy śląski dom. Karol Miarka korespondował z Józefem Kraszewskim, a Michał Smolorz pisywał do “Polityki”. Nigdy nie wychodził poza problematykę Górnego Śląska – w mediach chodził pierwszy w śląskim zaprzęgu i był duchem opiekuńczym Silesii. Miażdżył wszelkimi sposobami ignorancję na temat swej ziemi, gdziekolwiek się pojawiała. Szedł przez życie jak czołg.
Moim zdaniem Michał Smolorz był współczesnym misjonarzem Górnego Śląska, żywiołowym publicystą, który poza słowem swobodnie posługiwał się najnowocześniejszymi technikami przekazu elektronicznego, którymi sam dysponował. Był gorącym krzewicielem prawdy o Górnym Śląsku – jego historii i teraźniejszości. Wedle najprostszej interpretacji kościelnej misjonarz to głosiciel prawdy płynącej z Ewangelii. A prawda była pasją Michała Smolorza; do jej szerzenia miał właściwe przygotowanie i predyspozycje charakterologiczne. Wymiar jego osobowości pojąłem dopiero na jego pożegnalnej mszy w Podlesiu. Dział się arcyśląski obrzęd, który mnie zaskoczył. Michał Smolorz był bowiem wzorowym parafianinem, chodził co niedzielę z całą liczną rodziną na mszę i żywo uczestniczył w życiu parafii. Był wybranym członkiem Rady Parafialnej. Po prostu pan Michał to wzorowy katolik, który swoją wiarą pryncypialnie mierzył świat. I co najważniejsze: Jego duchowość osadzona była głęboko w Ewangelii. Mam przypuszczenie, że w tzw. aglomeracji śląskiej był jedynym człowiekiem, który Ewangelię przeczytał, zrozumiał i przestrzegał jej w życiu. I za pomocą której walczył! Ewangelia stała się źródłem jego radykalizmu i bezkompromisowości na drodze ku śląskiej prawdzie. Dlatego mógł jawnie podważać wszystko dookoła, nawet polityczne poczynania kleru, niezależnie od pozycji w hierarchii. Był w moralnym prawie.
W Podlesiu, w jego parafialnym kościele, usłyszałem niezwykłe pożegnalne kazanie starego proboszcza. Zdawało się mi, że śnię lub jestem w kinie, bo kazanie tak się zaczynało: “Panie Michale, larum grają! Ojczyzna w potrzebie! A ty śpisz!? Bezduszność, pycha i prywata panoszą się, kłótnie i swary! Prawa boskie za nic mają! A ty śpisz!? Spuścizna ojców niszczeje, przekonań swoich się zapierają! A ty śpisz!? Za pióro nie chwytasz, językiem ciętym jak szabla do boju nie wzywasz!?”. Nie słyszałem jeszcze takiej inwokacji proboszcza do parafianina. W Podlesiu żegnano swojskiego misjonarza.
A w internecie “broneknotgeld” napisał taki wiersz:
Smolorzowi szpaska
Żol kej pochowali
Trza leźć Jego sztrasom
Trza ciś kara dali
Ślonzoka wystraszom?
Toż po daremnicy byś żył, pomar tako
Kej ślonskość rozkwito ni co ktosik krako
Żol co Cie już niy ma
Dyć pamiyńć łostanie
Szymro ślonsko ziemia
- Lepszy czas nastanie
Niy Klimtom już prawie – zdo się co raduja
Ty “Hexo” w galotach – Ci szpaska zrymuja
Kazimierz Kutz