Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

10-01-2013, 13:22

Z drugiej strony prawdy. Nowa, prawicowa telewizja  »

Newsweek.pl
Cezary Łazarewicz, Aleksandra Pawlicka
10-01-2013

W trzecią rocznicę katastrofy smoleńskiej ruszy prawicowa Telewizja Republika. Chce być polskim odpowiednikiem amerykańskiej Fox News. Jej twórców łączy przekonanie, że z łamania zasad dziennikarskich można uczynić cnotę.

Piotr Barełkowski

W hollywoodzkiej komedii “Wielka heca Bowfingera” tytułowy bohater – podupadły reżyser Bob Bowfinger – chce nakręcić filmowy hit, ale nie ma pieniędzy, więc zatrudnia najgorszych i najtańszych aktorów. Polskim Bowfingerem nazywano kiedyś Piotra Barełkowskiego. Było to w czasach, gdy pracował dla Polsatu. Mówiono, że z niczego potrafi zrobić program. Niekoniecznie świetny.

Dziś jest prezesem spółki akcyjnej Telewizja Niezależna. Firma buduje nową prawicową telewizję – TV Republika. 42-letni Barełkowski angażuje do niej najbardziej kontrowersyjnych prawicowych dziennikarzy, choć dotąd był dość odległy od tego grona.

– On nie jest z sekty smoleńskiej – mówi o Barełkowskim Bogusław Chrabota, były dyrektor programowy Polsatu, dziś naczelny „Rzeczpospolitej”. – To cwany poznaniak, który ma wyczucie interesu, ale tym razem pakuje się w obszar, na którym ryzyko graniczy z szaleństwem.
Barełkowski (dla przyjaciół „Baryła”) powtarza, że gdyby nie wierzył w sukces nowej telewizji, toby się tego nie podjął.

Ja nie mam nic, ty nie masz nic, razem…

– To ja dzwoniłem między innymi do Bronisława Wildsteina, bo z różnych stron dochodziły do mnie sygnały, że prawicowi dziennikarze bezskutecznie szukają sposobu na zaistnienie w ogólnokrajowej telewizji – opowiada Barełkowski.

Tomasz Sakiewicz

– I bardzo szybko doszliśmy do porozumienia, że taką telewizję warto robić – uzupełnia Wildstein, przyszły dyrektor programowy stacji.
Barełkowski i Wildstein doprosili naczelnego “Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza (ma być wiceprezesem Telewizji Niezależnej ds. marketingu i rynku abonenckiego) i przez pół roku dopieszczali szczegóły umowy. Spółkę (w trakcie rejestracji) założyło jedenaście osób, które wpłaciły 100 tys. zł na kapitał założycielski. Kolejne 3 mln zł mają trafić do firmy w lutym ze sprzedaży akcji. Nie licząc prezesa Barełkowskiego w grupie założycielskiej zrównoważyły się siły dawnego “Uważam Rze” (Bronisław Wildstain, Cezary Gmyz, Paweł Lisicki, Rafał Ziemkiewicz, Tomasz Terlikowski) oraz “Gazety Polskiej” (Tomasz Sakiewicz, Ewa Stankiewicz, Anita Gargas, Katarzyna Hejke, Piotr Lisiewicz).

Mocnym punktem nowej telewizji mają być filmy powstające na potrzeby “Gazety Polskiej” i innych prawicowych pism, sprzedawane wraz z nimi lub wyświetlane na spotkaniach klubowych. Hitami Telewizji Republika będą produkcje smoleńskie: “Solidarni 2010” i “Krzyż” Stankiewicz, “10.04.10” Gargas czy “Mgła” i “Pogarda” Lichockiej. Niepokornymi filmami nie zapełni się jednak 24-godzinnego programu. Przez większość czasu zabawiać widza będą “gadające głowy” w programach założycieli telewizji i innych prawicowych publicystów, takich jak Dorota Kania. Co kwadrans pojawią się flesze serwisu informacyjnego, tworzonego na podstawie doniesień agencyjnych. O wozach transmisyjnych, relacjach na żywo czy korespondencjach z kraju i ze świata na razie niepokorni Niezależni mogą tylko pomarzyć.

Stacja ma ruszyć 10 kwietnia, w trzecią rocznicę katastrofy smoleńskiej. Na razie Telewizja Niezależna finalizuje umowy z operatorami kablówek. Program będzie można oglądać w kablówkowych pakietach albo płacąc osobno 3-5 złotych miesięcznego abonamentu. Twórcy nowego kanału liczą na kilkaset tysięcy, a może nawet milion widzów.

Mistrz pierwszego wrażenia

Kim jest twórca nowej telewizji?
Pod koniec lat 80. Barełkowski działał w młodzieżówce KPN, wydawał podziemną prasę, a potem próbował studiować historię. – Ludzie bardziej go znali z poczucia humoru niż poglądów politycznych, bo chyba ich nie miał – mówi była szefowa Tok FM Ewa Wanat, która współpracowała z nim w latach 90. (Po rozmowie z “Newsweekiem” Wanat przysyła jeszcze SMS: “Patrzę na jego facebookowe wpisy. Ma konsekwentnie pisowskie poglądy. Może zawsze był prawicowy, tylko nie zwracaliśmy na to uwagi, bo był sympatyczny?”).

Przygodę z telewizją Barełkowski zaczął na początku lat 90., gdy został poznańskim korespondentem polsatowskich “Wydarzeń”. “Był przebojowy, wszystkich znał i miał wszędzie dojścia” – wspomina go ówczesny szef programowy Polsatu, Bogusław Chrabota. Powoli wkręca się w szeroko rozumianą produkcję filmowo-telewizyjną. Jest asystentem Filipa Bajona przy filmie o poznańskim czerwcu 1956. Ma tam nawet niewielką rólkę aktywisty partyjnego, który wskakuje na dach samochodu i wzywa tłum do rozejścia się. Już w latach 90. prowadzi małą firmę producencką przygotowująca programy dla Polsatu, TVP i Wielkopolskiej Telewizji Kablowej (WTK). – Nic wielkiego – mówi Leon Bielewicz z WTK – jakiś program motoryzacyjny, jakieś produkcje lifestylowe i reklamowe.

– Jest mistrzem pierwszego wrażenia i ma doskonałe pomysły – mówi Chrabota. – Tylko że gdy przychodziło do ich realizacji, to zwykle wychodziło tandetnie.

Przełomem w biznesie Barełkowskiego okazuje się podróż do Ameryki. W 2003 roku jedzie do Ohio, by kręcić reportaż o mieszkającym w Cincinnati światowej sławie biochemiku i milionerze Piotrze Chomczyńskim. Namawia go, by wyłożył kilka milionów na budowę pierwszego biznesowego kanału telewizyjnego w Polsce. Tak w 2004 roku powstaje ogólnopolska TV Biznes z siedzibą w Poznaniu, która wkrótce za pośrednictwem satelity i kablówek dociera do 3,5 mln potencjalnych odbiorców (w rzeczywistości nie miała nigdy więcej niż kilkadziesiąt tysięcy widzów).

Pytany o Barełkowskiego, profesor Chomczyński pisze: “Współpraca układała się dobrze”. Spółka przez trzy lata przynosiła milionowe straty, ale od finansowej porażki uchroniła ją sprzedaż w 2007 roku Polsatowi. Zygmunt Solorz uznał, że lepiej wydać 10 mln zł i udoskonalić produkt, niż tworzyć coś od podstaw.

– To był genialny pomysł – wspomina Chrabota. – Wykreować telewizyjny byt ze sznurka, świeczki i nożyczek, wpuścić do sieci, nadmuchać wartość i sprzedać, jak się nadarzy okazja. Mam wrażenie, że Piotr będzie próbował powtórzyć ten manewr z Telewizją Republika. Tylko – dodaje Chrabota – nie wyobrażam sobie koncernu mediowego, poza Lux Veritatis, który chciałby mieć w swoim portfolio taki kanał.

Bez Murdocha

Prezes Barełkowski daje stacji dwa lata na rozwinięcie skrzydeł. Marzy mu się ogólnopolska telewizja informacyjna. – Mamy ambicje być polskim Fox News – deklaruje w rozmowie z “Newsweekiem”.

Wildstein jest ostrożniejszy: – Chcielibyśmy być Foxem. Tylko proszę dać nam Murdocha. Rupert Murdoch to kontrowersyjny magnat medialny, który w 1996 roku założył Fox News. To dziś najchętniej oglądana stacja informacyjna w USA. Swoją potęgę zbudowała na konserwatywnych poglądach, wspieraniu republikanów i ostrej krytyce demokratów.

Czy telewizja Wildsteina i Sakiewicza powtórzy american dream Murdocha?
– Nie sądzę – mówi Tomasz Płudowski, amerykanista i medioznawca. – To są inne czasy. Młodzi nie oglądają telewizji, trudno więc będzie ich przyciągnąć, pozostanie przekonywanie do swoich racji już przekonanych.

Innego zdania jest Leon Bielewicz (kolega Barełkowskiego): – Jest szansa na stworzenie czegoś na prawo od TVN i na lewo od Rydzyka. Taka spokojniejsza demagogia może chwycić.

Medioznawca Karol Jakubowicz mówi, że media polityczne na ogół słabo się sprzedają i szybko padają: – To będzie byt marginalny – przewiduje.

Twórcy TV Republika zapewniają, że chcą robić telewizję obiektywną, będącą alternatywą dla istniejących mediów.
Wildstein: – Nie chcemy być telewizją ideologiczną, ale ideową. Nas interesuje dojście z prawdą do obywatela.
Barełkowski: – Chcemy dać ujście dziennikarstwu niepokornemu, dla którego nie ma miejsca w dzisiejszych mediach. Pokażemy prawdę z innego punktu widzenia.

W przypadku Fox News to „pokazywanie prawdy z innego punktu widzenia” oznacza permanentne łamanie standardów uczciwości dziennikarskiej. Sami dziennikarze Fox News swoje sztandarowe hasło “Fair and Balanced”, czyli “Uczciwa i zrównoważona”, trawestują dziś na “Milcz i oglądaj!”.

Zresztą od początku Rupert Murdoch wychodził z założenia, że sukcesu Fox News nie zbuduje mówienie o faktach, ale ich interpretowanie. Dokładnie to samo od lat robią dzisiejsi twórcy TV Republika. W “Gazecie Polskiej”, w “Uważam Rze” czy w “Misji specjalnej” Anity Gargas fakty są tylko trampoliną do budowania piętrowych hipotez o spiskach.

PiS wita Republikę

TV Republika rusza na rok przed wyborami do europarlamentu i dwa lata przed wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi. – Nie sądzę, by była w stanie wykreować nową siłę polityczną, mającą większe szanse niż PiS – mówi Płudowski.

Partia Jarosława Kaczyńskiego z nadzieją przygląda się poczynaniom Wildsteina i jego kolegów. – Nasi politycy albo bojkotują obecne telewizje, albo mają zakaz występowania w nich – mówi jeden z posłów PiS. – Do mediów ojca Rydzyka też nie wszyscy mają wstęp, więc telewizję Wildsteina powitają z otwartymi ramionami.

Podstawowe pytanie nie dotyczy jednak ani polityków (tych raduje każde nowe szklane okienko, w którym mogą się pojawić), ani widzów (klientela prawicowa jest, co pokazał sukces “Uważam Rze”), tylko pieniędzy. Skąd mają się wziąć?

Duzi reklamodawcy trzymają się z dala od ideologicznych mediów. SKOK-i płacą już na kilka medialnych przedsięwzięć prawicy – od “Gazety Polskiej Codziennie” po portal Wpolityce.pl. Czy będzie ich stać na jeszcze jeden wydatek?

Powiązana z PiS spółka Srebrna związała się finansowo z mediami Tomasza Sakiewicza. Być może będzie teraz wspierać telewizję, w którą dziennikarz jest zaangażowany?

Problemem nie jest bowiem uruchomienie kanału, ale jego utrzymanie. Wie o tym dobrze prezes Barełkowski. Jego superoszczędna i kieszonkowa TV Biznes przynosiła same straty (po półtora roku wynosiły prawie 5 mln zł). – Piotrek nie jest idiotą, by nie wiedzieć, że ideologiczna telewizja skazana jest na finansową klęskę – uważa Chrabota i próbuje znaleźć odpowiedź, po co Barełkowski angażuje się w to przedsięwzięcie: – Skorzystają ci, którzy to organizują i będą szefami. Tak samo było przed laty z prawicową Telewizją Puls. Straciły na niej publiczne spółki, a pampersi, którzy to organizowali, całkiem nieźle na tym wyszli.

I może o to w tym biznesie chodzi?

Całość: http://polska.newsweek.pl/z-drugiej-strony-prawdy--nowa--prawicowa-telewizja,100169,1,1.html

10-01-2013, 12:17

Szkolenie blogerów już za nami  »

Lokalny monitoring wolności mediów
10-01-2013

W weekend 1-2 grudnia 2012 r. w siedzibie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka odbyło się szkolenie dla uczestników platformy “Lokalny monitoring wolności mediów”. 13 przyszłych blogerów zostało wybranych w ramach rekrutacji, którą HFPC prowadziła w listopadzie (docelowo ma ich być 16, po jednym na każde województwo). Wielu z nich to dziennikarze obywatelscy i lokalni działacze społeczni.

Szkolenie miało na celu merytoryczne przygotowanie uczestników projektu do pełnienia nowej funkcji, która polegać będzie przede wszystkim na monitorowaniu incydentów zagrażających wolności słowa na poziomie lokalnym i raportowaniu o nich na poszczególnych blogach.

Blogerów powitał dr Adam Bodnar, wiceprezes HFPC, który opowiedział o roli blogów we współczesnych społeczeństwie demokratycznym. Podczas szkoleń prawniczki “Obserwatorium Wolności Mediów w Polsce” HFPC Dominika Bychawska – Siniarska oraz Dorota Głowacka dzieliły się swoim doświadczeniem z monitoringu zagrożeń dla wolnych mediów. Przyszli blogerzy mieli okazję zapoznać się ze specyfiką prawnych aspektów funkcjonowania mediów, a także ze standardami międzynarodowymi w tym zakresie. Szkolenia dotyczyły m. in. relacjonowania incydentów zagrażających swobodzie wypowiedzi, zasad monitoringu postępowań sądowych oraz działań władz lokalnych związanych z kwestią swobody wypowiedzi.

Obok zespołu “Obserwatorium” szkolenia poprowadzili Bogdan Wróblewski z Gazety Wyborczej, który opowiedział  o warsztacie dziennikarza zajmującego się sprawozdawczością sądową, Tomasz Kowalski z portalu “Wiadomości24”, który opowiadał o zasadach konstruowania treści na blogu i jego promocji. Wystąpiła ponadto Katarzyna Batko z Stowarzyszenia Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich, która szkoliła z dostępu do informacji publicznej, Marcin Wolny (HFPC), który opowiedział o monitoringu postępowań sądowych i Ewa Barlik ze Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, która przedstawiła uczestnikom specyfikę działania prasy lokalnej. O funkcjonowaniu samej platformy opowiedział jej twórca –  Łukasz Sobiecki.

Blogerzy lokalnego monitoringu wolności mediów. Nasi blogerzy od lewej, górny rząd: Krzysztof Łuksza (zachodnio-pomorskie), Adam Podgórski (śląskie), Eliza Jastrzębska (lubelskie), Aleksandra Pałka (mazowieckie), Lidia Błażejczyk (kujawsko-pomorskie), Ewa Łosińska (małopolskie), Robert Szyryngo (podlaskie), Mateusz Urbaniak (podkarpackie), Katarzyna Kowalewska (pomorskie), Łukasz Wolski (dolnośląskie); dolny rząd: Zbigniew Jelinek (lubuskie), Dominika Bychawska – Siniarska (HFPC), Bartłomiej Machnik (opolskie), Mariusz Michalski (łódzkie), Dorota Głowacka (HFPC).

 

Całość: http://wolnoscmediow.org/szkolenie-blogerow-juz-za-nami/

10-01-2013, 10:30

Michał Smolorz nie żyje  »

Dziennik Zachodni, Gazeta Wyborcza Katowice
AGA, Marek Twaróg, Józef Krzyk, Dariusz Kortko
10-01-2013

Dzisiaj nad ranem zmarł nagle Michał Smolorz, znakomity śląski publicysta. Informację Dziennik Zachodni otrzymał od syna Tomasza Smolorza.

Michał Smolorz

Michał Smolorz był wybitnym publicystą, znawcą Śląska, długoletnim felietonistą Dziennika Zachodniego.

To ogromna strata dla Śląska i śląskiego dziennikarstwa.

Michale, zawsze będziesz z nami.

Miejsca po Michale Smolorzu nie da się zapełnić.

Pewnie prychnąłby na te słowa, obruszył, napisał dowcipnego esemesa.

To straszne, że musimy układać nekrologi ludziom, którzy powinni żyć. Trudno sobie wyobrazić dyskusję o śląskich sprawach bez jego przenikliwego spojrzenia, którym dostrzegał to, czego inni nie widzieli.

Kochał Śląsk, ale potrafił patrzeć na Ślązaków obiektywnie, bez zadęcia.

Jasne – naraził się wielu osobom i instytucjom, a jednocześnie wydobywał na światło dzienne słabostki i małostki. Poza wszystkim był mistrzem słowa, autorem wybitnych tekstów publikowanych w Dzienniku Zachodnim, Polityce, Gazecie Wyborczej i wielu innych pismach.

Na jego felietony czekali czytelnicy i politycy. Wywoływały wielkie emocje i gorące dyskusje. Nikt już tak nie wkurzy głupców, nikt nie sprawi, że poczują się choć trochę zawstydzeni.

Absolwent Politechniki Śląskiej, doktor kulturoznawstwa Uniwersytetu Śląskiego. Od 1978 w Telewizji Polskiej, w stanie wojennym zwolniony po negatywnej weryfikacji politycznej. Pracował w wielu zawodach, m.in. jako kierowca autobusu, jednocześnie publikując w wydawnictwach podziemnych. W 1987 pod pseudonimem Stefan Szulecki wydał książkę pt. Cysorz, wspomnienia kamerdynera opisującą rządy I sekretarza KW PZPR w Katowicach Zdzisława Grudnia. Do TVP wrócił w 1989, był sekretarzem ds. programu, zastępcą redaktora naczelnego i dyrektorem ds. ekonomicznych.

W 1991 razem z Wojciechem Sarnowiczem założył prywatne studio “Antena Górnośląska”. Wyprodukował ponad 200 filmów i widowisk telewizyjnych, w tym serię programów pt. “Wesoło, czyli smutno. Kazimierza Kutza rozmowy o Górnym Śląsku” poświęconych górnośląskiej tożsamości. W 2002 założył Komitet Wyborczy Wyborców Michała Smolorza i z jego listy bezskutecznie kandydował na prezydenta Katowic. Publikował m.in. w Dzienniku Zachodnim, Gazecie Wyborczej, Polityce.

W 2012 wydał książkę pt. “Śląsk wymyślony”.

________________________

Michał Smolorz: Takiego go pamiętamy

Michał Smolorz nie żyje. Ale w naszej pamięci pozostanie na zawsze. Związał się z Dziennikiem Zachodnim i razem z nami uczestniczył w wielu nietuzinkowych wydarzeniach.

Nieoczekiwanie, z wielkim smutkiem, żegnamy dziś Michała Smolorza, wieloletniego felietonistę Dziennika Zachodniego, pisarza, publicystę, osobistość, bez której trudno byłoby zrozumieć Śląsk i Ślązaków.

Michał Smolorz urodził się w roku 1955 w Szopienicach. Zmarł w czwartek nad ranem. Nagle. Na zawał serca.

Michał Smolorz ukończył Politechnikę Śląską w Gliwicach, ale od początku wiedział, że nie nadaje się, by objąć jakąś spokojną posadkę. Jego przeznaczeniem było dziennikarstwo.

Zaczął pracę w Telewizji Polskiej, z której w czasie stanu wojennego został zwolniony, bo negatywnie przeszedł tzw.weryfikację.

W czasach, gdy trzeba było się opowiedzieć wybrał właściwie i odważnie. Na życie zaczął zarabiać jako… kierowca autokaru, wożąc pasażerów do Niemiec.

Zaczął publikować w podziemnych wydawnictwach. Jego wielkim sukcesem okazał się “Cysorz”, czyli opowieść o Zdzisławie Grudniu, znienawidzonym I sekretarzu Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Wydał ją pod pseudonimem.

Po przełomie 1989 roku wrócił do Telewizji Katowice. Był m.in. sekretarzem programowym oraz zastępcą dyrektora ds. finansowych. Wkrótce wspólnie ze swoim przyjacielem Wojciechem Sarnowiczem założył studio “Antena Górnośląska”, które wyprodukowało kilkaset programów: wywiadów, filmów.

Hitem okazał się m.in. cykl ponad dwudziestu rozmów przeprowadzonych przez Kazimierza Kutza z wybitnymi Ślązakami lub osobami związanymi z regionem pod wspólnym tytułem “Wesoło, czyli smutno”.

Jedenaście lat temu Michał Smolorz kandydował w wyborach na prezydenta Katowic. Był świetnie przygotowany, miał dobry program, bo do sprawy podszedł poważnie, ale przegrał z Piotrem Uszokiem. Po tej przygodzie wolał opisywać polityków niż wejść do ich świata.

Rok 2012 był dla Michała Smolorza bardzo udany. Wydał świetną, dyskutowaną książkę pt. “Śląsk wymyślony” i obronił pracę doktorską. Miał jeszcze tak wiele do zrobienia…

Pogrzeb Michała Smolorza odbędzie się w poniedziałek 14 stycznia, o godzinie 12 w kościele pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej w Katowicach-Podlesiu.

x     x     x

Twaróg wspomina Smolorza: Redaktorze, Pan dziś na poważnie?

Panie Michale, redaktorze, Pan dziś na poważnie? Pan się dziś nie śmieje? Nie siedzi u mnie na fotelu i nie gawędzi o ukochanym Śląsku? Nie popija kawy i nie spogląda dobrotliwie, gdy śmiem się z Panem nie zgodzić?

Nie zżyma się na tych, którzy nas nie rozumieją, nie krytykuje urzędów, nie pochwali młodych historyków, nie zwróci uwagi na obiecujące pióra w śląskich gazetach? Nie powspomina czasów telewizji, nie przypomni wielkich widowisk, które Pan robił, nie wróci do starych tekstów, w których Pan przestrzegał, że będzie tak jak jest? Nie powie z dumą o tym, jak radzą sobie Pana dzieci?

Redaktorze, gdy zadzwoniłem do Pana rano i odebrał syn, stało się jasne, że już Pan nie żartuje.

Miał Pan brać udział w debacie o Śląsku, pamięta Pan? Mieliśmy razem jechać do prezydenta Komorowskiego, by zrozumieć jego sposób myślenia o Śląsku. Mieliśmy rozmawiać o formule piątkowych “Scenek…”, którymi rozśmieszał Pan Czytelników.

Ostatnio częściej był Pan poważny, bo nie było Panu do śmiechu, gdy widział sytuację na Śląsku. Bał się Pan, że znowu zagonią nas do kąta, że jest zły klimat dla śląskości. Irytowało Pana, że nie potakuję, gdy używał Pan bardzo ostrych słów. Wątpiłem, czy naprawdę jest tak źle. Młodyś redaktorze, a ja już wiele w tym grajdołku przeżyłem, mówił Pan. I opowiadał o Katowicach, wracał do tych wszystkich mitów, które opisał w “Śląsku wymyślonym”.

Wie Pan, przypomina mi się teraz, jak bardzo dbał Pan, byśmy nigdy w DZ nie zapomnieli o wielkich twórcach z tej ziemi. Pamięta Pan naszą rozmowę o Bieniaszu, którego tak bardzo chciał Pan uhonorować? O Pańskim filmie o nim, o kłopotach, jakie Pan miał? Ta pamięć o wielkich ludziach to jedna z rzeczy, których nas Pan uczył.

O Panu nigdy w Dzienniku Zachodnim nie zapomnimy. Redaktorze, nauczył nas Pan tak wiele.

Marek Twaróg
redaktor naczelny Dziennika Zachodniego

x     x     x

Kutz o Smolorzu: Straciliśmy wybitnego Ślązaka. To straszny dzień

To straszny dzień. Potworny. Straciliśmy wybitnego Ślązaka. Umarł ktoś bardzo niezwykły. Wyjątkowa postać w przestrzeni życia obywatelskiego współczesnego Śląska. Nie można się z tym pogodzić – mówi Kazimierz Kutz, senator i reżyser filmowy.

Michał Smolorz był sumieniem dzisiejszych Ślązaków. Instytucją pedagogiki społecznej.

Nauczycielem, przewodnikiem wszystkich tych, którzy domagali się uznania naszej regionalnej inności. Był wojownikiem w tej sprawie. Wojownikiem obdarzonym wielką odwagą cywilną, którą w obecnych czasach, gdy psieje wszystko, można uznać za cnotę społecznie najważniejszą.

Podziwiałem go za hart ducha, gdy samotnie rozpoczynał kolejną krucjatę przeciwko hipokryzji, kłamstwu, absurdom, niesprawiedliwości w różnych dziedzinach naszego życia. Podziwiałem go za ogromną wiedzę, za logiczne myślenie, niebywałe zdolności polemiczne. Niestety, Michał nie zdążył wychować swojego następcy.

Byliśmy przykładem wyjątkowego dialogu i sporu. Tworzyliśmy razem pewien klimat ożywienia obywatelskiego, refleksji nad śląskim losem. Czasem godzinami dyskutowaliśmy swobodnie o rzeczach, o których nie wypadało mówić publicznie. Czasem sprzeczaliśmy się w ostrych słowach, czasem kpiliśmy z siebie i dogryzaliśmy sobie w swoich tekstach. Ale to wszystko jako przyjaciele, partnerzy.

Nie mogę uwierzyć, że odchodzi tak młody człowiek. Będzie mi go bardzo brakowało. Jestem w wielkiej żałobie.

x     x     x

Jerzy Gorzelik, lider Ruchu Autonomii Śląska: Michał Smolorz był człowiekiem na wskroś autentycznym

Dwa dni temu otrzymałem pocztą zaproszenie na benefis, który Michał Smolorz organizował swemu przyjacielowi Wojciechowi Sarnowiczowi.

Pomyślałem, że dawno nie mieliśmy okazji usiąść przy piwie i porozmawiać o śląskich sprawach.

To zawsze były dobre rozmowy. Jak to między ludźmi, którzy nie muszą sobie tłumaczyć spraw podstawowych. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy zapytać Michała Smolorza: “Dlaczego Pan to robi?”. Wiedziałem.

Bo w Michale Smolorzu nie było cienia fałszu czy zblazowanej letniości. To był człowiek na wskroś autentyczny. Przejawiało się to w jego gorzkich diagnozach, ale też w nadziei, że coś na Śląsku i w Ślązakach się budzi. Taki jego obraz zachowam.

x     x     x

Potr Semka, publicysta: Michał Smolorz był adwersarzem niezwykle rycerskim

Zawsze będę pamiętał o bardzo rycerskim pojedynku, jaki przeprowadziłem z Michałem Smolorzem na temat tożsamości śląskiej. Pojedynek z takim mistrzem publicystycznej swady był dla mnie ogromnym zaszczytem.

Nie jest żadną tajemnicą, że różniliśmy się w wielu sprawach na temat właśnie tej tożsamości śląskiej, ale był adwersarzem niezwykle rycerskim i człowiekiem o bardzo dużym uroku osobistym.

Dlatego pojedynek z takim mistrzem publicystycznej swady i publicystycznej sprawności był dla mnie ogromnym zaszczytem.

Michała Smolorza poznałem pośrednio, gdy pracowałem w gdańskim piśmie Refleks, redagowanym przez Macieja Łopińskiego i Andrzeja Liberadzkiego. Michał Smolorz publikował na jego łamach fragmenty swojej książki “Cysorz” o Zdzisławie Grudniu, która była wówczas prawdziwym wydarzeniem na rynku drugiego obiegu.

Michał Smolorz był człowiekiem, który prezentował ogromny smak, ogromną swadę i był niepowtarzalną osobowością. Wiadomość o jego śmierci przyjąłem z najgłębszym smutkiem.

x     x     x

Kamil Durczok, naczelny Faktów TVN: Smolorz wkurzał, zmuszał do myślenia. Nie da się go zastąpić

Mówi się, że nie ma ludzi nie do zastąpienia.To oczywista bzdura.

Fałsz w obliczu tej śmierci. Michała Smolorza nie da się po prostu zastąpić. To wyrwa, której nie da się zapełnić.

Wraz z jego śmiercią tracimy wybitnego dziennikarza, zażartego, inteligentnego polemistę, autora dowcipnych ripost, człowieka, który łamał stereotypy i walczył z mitami, także tymi śląskimi, co było bolesne, ale konieczne.

Ale mogliśmy mu wierzyć, bo on jak chyba nikt inny, naprawdę myślał po śląsku. I jeśli tak łajał, to robił to często z miłości. Bo kochał Śląsk i Ślązaków.

Na pewno niektórych wkurzał, irytował, złościł, niektórych swoich pisaniem obrażał, wystawiał na publiczną chłostę, ale jak często obnażał słabości, głupoty, jak często spoglądał w głąb śląskiej duszy bez taryfy ulgowej? Myślał odważnie, przenikliwie i inspirował. Miał odwagę w wyrażaniu swoich myśli. To bezcenne.

Z jego różnych wojen i wojenek wyłaniała się dyskusja o sprawach naprawdę istotnych. Ilu Czytelników właśnie od niego zaczynało lekturę gazet? Ilu dla niego kupowało czasopisma?

Tracimy myśliciela, których tak mało. Tracimy człowieka wybitnego pióra.

————————————————

Dziennikarze DZ wspominają:

Adam Daszewski: Śmierć i Michał do siebie nie pasują

Michał nie żyje. Pierwsza myśl: nie, to niemożliwe, no jasne, znowu jakaś przekorna gra, szalony plan, koncept, którego puentę poznamy jutro. Zadzwoni i powie: – Chciałem się dowiedzieć co naprawdę o mnie myślicie.

Tak. Śmierć i Michał do siebie nie pasują.Więc uwierzyć trudno.

I pisać trudno. Że strata, niepowetowana, dla Polski (a tak), Śląska, dla Tych, którzy Go kochali. Że nie do zastąpienia. Słowa. Cóż znaczą teraz słowa?

Więc może inaczej? Znaliśmy się niemal ćwierć wieku i zwykle się nie zgadzaliśmy. Ba, nawet ostro kłóciliśmy. Ale zawsze cudownie złośliwy i błyskotliwy szanował przeciwnika i nie uważał za wroga. Takim Go zapamiętam.

Pisał wspaniale. Felietonistą, polemistą, komentatorem życia się jest, albo nie jest. On BYŁ. Kochał prowokować, ale były to prowokacje mądre. Nie wywoływał burz w szklance wody. Chciał, żeby po wojnie piór oraz głosów coś pozostało i służyło. Nawet jeśli wnioski nie były po Jego myśli.

Znakomity organizator i menedżer. Zawsze pełno pomysłów, pełno planów. Realizowanych. To Go z pewnością wyróżniało w naszej krainie słomianego ognia. A jednocześnie profesjonalny smakosz życia. Ileż tego było… Więc może żył za szybko? Ale przecież nie potrafi tego ocenić sam zainteresowany… Ja wiem, że żył jak lubił.

Szerokiej drogi Michale! Gdzieś tam szykują dla Ciebie białego triumpha. Ale jeśli cokolwiek o Tobie wiem, to zaraz przemalujesz go na czarno…Jak mówić o Śląsku bez niego?

————————————————

Jak mówić o Śląsku bez niego?

Agata Pustułka dziennikarka DZ

Nikt poza redaktorem Michałem Smolorzem nie miał tak wielkiej wiedzy o Śląsku, niewielu tak intensywnie jak on rozumiało Ślązaków, a praktycznie nikt nie pisał o Śląsku tak dobrym językiem, z wartkością, lotnością, prezentując wybitny warsztat dziennikarski. Słowa układały się w piękne zdania, a ze zdań wydobywały się mądre myśli. Niełatwa to sztuka.

Opinie Michała Smolorza, wypowiadane często w sposób bezpośredni, ostry, brawurowy były zaskakująco trafne. Można się było z nimi nie zgadzać, ale nie można było przejść wobec nich obojętnie. Lubił burze z piorunami. Polemika to był jego żywioł.

Reagował błyskawicznie na nowe idee, zjawiska, nadejście innych przeczuwał. Starał się wytłumaczyć Czytelnikom świat widziany z okien wypucowanych familoków. Dla ludzi z zewnątrz świat niezrozumiały, zbyt skomplikowany, przesadnie czasem zadufany w sobie, ale też wielokrotnie skrzywdzony. Poza wszystkim był w tym co robi solistą. Jeśli wybierać dyscyplinę sportu to maratończykiem, który wie, że droga przed nim długa i wyboista, a meta gdzieś w nieokreśloności. Narażał się na tej drodze wielu konkurentom. Niewielu podejmowało rywalizację, bo była z góry skazana na klęskę.

Uwielbiał osobiste wycieczki, docinki, dowcipy, ironiczny żart. Jak się mu ktoś naraził to nie daj Boże. Raz był lwem salonowym, a raz taranem. Nigdy potulnym kotkiem. Kotki są do głaskania, a Smolorz głaskał zwykle pod włos… Teraz, gdy odszedł każda opinia wydaje się nie na miejscu. Powiem, co dla mnie i pewnie dla bardzo wielu, jest ważne. Głos Michała Smolorza w śląskich sprawach był słyszany i słuchany, bo stało za nim nie tylko osobiste doświadczenie, ale też pasja, która tak jest potrzebna w życiu. Był punktem odniesienia, autorytetem, lekturą obowiązkową. Maratończykiem słowa. Właśnie dobiegł do mety.

————————————————

Daruj, ten list już nie zdąży…

Jadwiga Jenczelewska dziennikarka DZ

W gronie dziennikarzy DZ, którzy pracują tu “od zawsze”, zastanawialiśmy się wczoraj, ile lat pojawiały się w naszej gazecie teksty Michała Smolorza. Nie potrafiliśmy tego ustalić od razu, bo On też był tu z nami niezmiennie od lat – dosłownie prawie w każdy świątek i piątek. Dopiero dzięki archiwalnym wydaniom DZ policzyliśmy, że publikował swoje teksty na naszych łamach od 20 lat.

Do mnie trafiały wszystkie Jego magazynowe felietony, które co tydzień redagowałam. Pierwsza wiedziałam, kto się na niego obrazi, kto będzie na niego przeklinał, a kto ucieszy się Jego opinią. Zapamiętam Go też jako purystę językowego – bo tak o sobie czasem mówił. Nic dziwnego, pisał świetnie, lecz spieraliśmy się o różne detale, o każdy przecinek, cudzysłów, o małą lub dużą literę. Ale najczęściej o tytuły, bo bardzo nie lubił, gdy zauważył w nich jakąkolwiek zmianę. Lecz szczególnie zapamiętam taki incydent.

Obok felietonów Smolorza pojawia się często rubryka “Listy do DZ”. Któregoś dnia dostaję od Niego e-maila mniej więcej takiej treści: “Zacna Pani Redaktor (choć znaliśmy się wiele lat, on mnie tak tytułował, a ja do niego pisałam Szanowny Panie Redaktorze). Czy musiał się dwa razy ukazać ten sam bardzo krytyczny list na mój temat?

Rozumiem, że radość z odkucia się na Smolorzu jest wielka i przemożna, ale zapewniam, że przyjąłem krytykę już za pierwszym razem, a nawet wziąłem ją sobie do serca”.

Odpisałam Mu od razu.

“Witam, posypując głowę popiołem. To ja jestem główną winowajczynią, która bezwstydnie dopuściła do powtórnej publikacji listu, jaki – niestety – zawierał krytykę Pana tekstu. Na swoją obronę mam tylko to, że – w przeciwieństwie do autora – podzielam Pana stanowisko nie tylko zawarte w tym tekście, ale w wielu innych też. Nie wykluczam jednak, że dla Pana to marne pocieszenie. Dlatego jeśli tylko nadejdzie do redakcji list, który będzie apoteozą Pana myśli, poglądów, stylu pisarskiego i spojrzenia na rzeczywistość, postaram się, żeby też był dwa razy w gazecie. To pewnie będzie najlepsza rehabilitacja, a jednocześnie zadośćuczynienie mojej winy. Musi Pan tylko uzbroić się w cierpliwość – o co pokornie proszę i jeszcze raz przepraszam. Miłośniczka (to wcale nie żart), a zarazem redaktorka Pana tekstów.

Dziś przepraszam jeszcze raz – ten list już nie zdąży się ukazać…

————————————————

Lubiłam jego celne riposty

Teresa Semik dziennikarka DZ

Często miałam wrażenie, że Michał postrzega świat wyłącznie w dwóch kolorach – białym lub czarnym. Podczas ostatniego naszego spotkania przed tygodniem wspominał, jak przed laty, po otrzymaniu zaproszenia na “galę” wybrał się na nią w smokingu. “Jak gala, to gala, ale okazało się, że tylko ja byłem tak elegancko ubrany i wyglądałem jak idiota” – przypominał z przyganą, jakby wciąż nie pozbył się tamtej irytacji.

Wobec siebie był równie krytyczny, co wobec innych. Któż miałby śmiałość napisać tak, jak on pisał o sobie: “W promieniu 100 kilometrów od Katowic trudno znaleźć większego mitomana i megalomana”. Uważał, już całkiem serio, że zasługuje, by zajmować miejsce śląskiego mentora, że Jemu wypada pisać o wszystkich i o wszystkim – pisać dobrze, choć najczęściej źle. Nie uznawał stanów pośrednich.

Różniłam się z Michałem w postrzeganiu śląskości i w ocenie aspiracji Ślązaków. On nie przebierał w słowach, by mnie rozjechać swoją krytyką na drobne kawałki. Bez empatii, jak tylko on potrafił. Po tym wszystkim pisał do mnie: “Zacna Tereso, przy całej różnicy poglądów zachowuję dla ciebie nieustanny szacunek. Także dlatego podejmuję i będę podejmował polemiki, również ostre i surowe. Takie jak twoje o Śląsku pisanie”.

Lubiłam jego błyskotliwe riposty. Zaraz po spektaklu potrafił powiedzieć na cały głos: Henryk Konwiński jest wielkim choreografem i zasługuje na to, żeby tancerze nogi podnosili równo.

————————————————

Mnie? Mnie w roli tetryka?!

Marcin Zasada dziennikarz DZ

Czcigodny Panie Marcinie, toś mnie Pan obsadził w roli tetryka

Kutza to jeszcze rozumiem, ale żeby mnie? – to wiadomość od Michała Smolorza po tym, jak w śląskiej wersji Muppetów zrobiłem z niego Waldorfa z loży szyderców.

Kazimierz Kutz był oczywiście Statlerem.

Dystans to jedno, drugie to hipsterska niemal ornamentyka grzecznościowa, groteskowa w korespondencji mejlowej. Czcigodny, wielmożny… Pan Michał często emanował taką dawną uprzejmością, czym onieśmielał młodszych rozmówców. Pamiętam przyjęcie u Jego syna, po których żartował, że goszczący u Smolorzów młodzieńcy starali się sprostać wymaganiom Czcigodnego Gospodarza w dziedzinie kindersztuby czy dyskusyjnej swady: “Drogi Panie, jeśli Pan pozwoli: jak Pan wielmożny znajduje aurę?”. Pan Michał w mig łapał konwencję i jak pastisz prowadził te dworskie dialogi.

Jeśli człowieka definiuje wiedza, humor i język, jakim włada, Michał Smolorz był pięknym przypadkiem. Nawet jeśli sam pod nosem określał się mianem “starego satyra”. Niedawno Redaktor Smolorz w swoim stylu kpił w DZ ze spraw ostatecznych. Fragment Jego autorstwa: “I teraz mi Stwórca nakaże: wynocha! Idź precz w piekła ogień jak ta czarna owca! Więc ślubuję na tamtym świecie pokochać każdego człowieka z Sosnowca”. I jeszcze: “Bo mnie osobiście pragnienie porywa, by było tam śmiesznie jak w wierszach Fredry. Dlatego w niebieskiej otchłani chcę bywać w solarium z proboszczem katedry”.
Bywaj, Czcigodny Panie.

————————————————

Michał w teatrze bywał zawsze!

H. Wach-Malicka dziennikarka DZ

Wiadomość o śmierci Michała dopadła mnie rankiem, kiedy zadzwonił nasz wspólny przyjaciel. Nie zrozumiałam, o kim mówi. A jak zrozumiałam, nie uwierzyłam. Rzuciłam na szalę argument, jak sądziłam, absolutnie przekonujący – Wczoraj do mnie dzwonił, w piątek spotkaliśmy się w Teatrze Zagłębia na premierze; siedzieliśmy obok siebie, krzesło w krzesło! To jak mógł umrzeć…?!

Znaliśmy się z Michałem Smolorzem od lat, ale spotykaliśmy się głównie w teatrze. Doskonale orientował się w literaturze dramatycznej, bywał z żoną na każdej premierze, a jak nie mógł, oglądał pierwszy możliwy spektakl. Znałam jego gust, wiele razy dyskutowaliśmy. Lubił teatr w najlepszym rozumieniu tradycyjny, cenił spektakle zrealizowane z poszanowaniem reguł rzemiosła. Nie znosił epatowania okrucieństwem, nagością i pustą formą. A ponieważ zwykle siedzieliśmy obok siebie, to wiem, że potrafił wyjść w połowie spektaklu, jeśli ze sceny lał się bełkot, a reżyser dokonywał gwałtu na tekście. I choć różniliśmy się w szczegółach, na ogół podobało nam się to samo.

Raz jednak pokłóciliśmy się tak, że nasza dyskusja przeniosła się na łamy DZ. Chodziło o “Oczyszczonych” wg Sarah Kane, w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Michał uważał za niedopuszczalną tak potężną dawkę brudu emocjonalnego, jaką zobaczyliśmy, ja – że to katharsis dla widza. Przysłał mi potem SMS: “A możemy się pięknie różnić?” Pewnie, że mogliśmy!

To nie znaczy, że nie doceniał scenicznej odwagi. To znaczy, że uwielbiał dobry teatr, więc upominał się o szacunek dla słowa. I zaufanie reżysera wobec widza, któremu – uważał – nie trzeba wszystkiego łopatologicznie wykładać. Z drugiej strony upominał się też o szacunek dla… teatru. Irytował się, gdy publiczność lekceważyła aktorów niestosownym zachowaniem czy ubraniem. O tym była zresztą moja ostatnia z Michałem rozmowa. Ta, sprzed kilkudziesięciu godzin…

_______________________________

Michał Smolorz nie żyje. Dziennikarz zmarł w wieku 57 lat

Kochał Śląsk i nie szczędził krytyki tym, którzy Śląsk psuli. W Katowicach w czwartek rano zmarł publicysta Michał Smolorz. Miał dopiero 57 lat.

Skończył studia na Wydziale Górnictwa Politechniki Śląskiej w Gliwicach, ale zamiast na kopalnię poszedł pracować do telewizji. Od 1978 roku przeszedł tu wszystkie szczeble – od dziennikarza, przez sekretarza programu do (już po 1989 roku) zastępcy redaktora naczelnego i dyrektora ekonomicznego ośrodka telewizyjnego w Katowicach. Wcześniej jednak, w stanie wojennym, nie przeszedł politycznej weryfikacji i został wyrzucony na bruk. Zarabiał na chleb jako kierowca autobusu. Woził ludzi emigrujących do Niemiec, a gdy za kierownicą zastępował go zmiennik, rozmawiał z nimi o powodach wyjazdu. I to te właśnie podróże były jego drugim uniwersytetem, dzięki któremu obudził w sobie ciekawość Śląska.

W drugim obiegu pod pseudonimem wydał książkę o Zdzisławie Grudniu, wszechwładnym sekretarzu komitetu wojewódzkiego PZPR w Katowicach.

Do telewizji wrócił w 1989 roku, ale długo w niej miejsca nie zagrzał, założył własne studio producenckie (w ostatnich latach pomagali mu już synowie) i pisywał jako wolny strzelec.

Ludzie liczyli się z jego opiniami

W cotygodniowych felietonach w Gazecie Wyborczej śmiał się z polityków, urzędników i ludzi Kościoła. Piętnował tych, którzy biorą się za rzeczy, do których nie dorośli. A także tych, którzy wymądrzają się na każdy temat, nie mając czasami pojęcia o niczym.

Z jego opiniami liczyli się nawet ci, którzy zarzekali się, że go nie czytują. W jednym z ostatnich swoich artykułów, po blamażu zawiązanej przez samorząd wojewódzki spółki kolejowej, domagał się ustąpienia marszałka województwa śląskiego i… jeszcze tego samego dnia marszałek podał się do dymisji.

Wielu innych jednak na niego się obrażało. Przypisywali mu związki z różnymi siłami politycznymi i podejrzewali o nieszczere intencje, bo nie byli w stanie pojąć, że Smolorz w gruncie rzeczy kieruje się interesem swej małej śląskiej ojczyzny.

Kochał Śląsk i Ślązaków

Urodzony w Szopienicach, z których pochodzi również starszy od niego o pokolenie Kazimierz Kutz, był po śląsku porządny i akuratny.

Nie znosił brakoróbstwa, bylejakości i czczej gadaniny.

Kochał Śląsk i Ślązaków, ale nie idealizował i wyśmiewał u swoich pobratymców skłonność do mitologizowania własnej historii.

Rok temu zebrał różne śląskie mity w jednej książce (“Śląsk wymyślony”) i na jej podstawie obronił doktorat na Uniwersytecie Śląskim.

Miał wiele planów.

Po jego śmierci niektóre osoby zapewne odetchną z ulgą, bo nikt ich już nie będzie smagać swym piórem tak, jak to czynił Smolorz.

Nam będzie go brakowało. Jego wiedzy, poczucia humoru i pracowitości, która udzielała się otoczeniu.

Panie Michale, Pan Bóg widać tworzy jakąś nową redakcję u siebie, skoro upomniał się o Ciebie.

x     x     x

Śląsk bez Pana Michała

Michał Smolorz nie żyje. Jeszcze do nas nie dociera, że już Go z nami nie ma, bo przecież jeszcze we wtorek przysłał do redakcji cotygodniowy felieton (zawsze dotrzymywał terminu), potem prosił o dokonanie w nim poprawek (dbał o to, żeby tekst był perfekcyjny), anonsował kolejne tematy, którymi koniecznie musi się zająć.

Był dla nas Panem Michałem: Dzwonił Pan Michał, Pan Michał nie zgadza się z naszą interpretacją, zapytajmy Pana Michała… Zabawnie to brzmiało w gazecie, w której wszyscy jesteśmy po imieniu. Ale on sam dbał o pielęgnowanie konwenansów. “Wielce Szanowni Redaktorzy”, “Zacny Nadredaktorze” – tytułował swoje maile do nas. A kończył dopiskiem “Sługa Uniżony”. Nigdy nikomu nie pozwolił na zbytnie spoufalenie się. Szanowaliśmy to.

Był dla nas ważny. Wulkan pomysłów, mentor, skarbnica wiedzy i bon-motów, drogowskaz. Uparty, nieprzejednany, często nieznośny. Najczęściej wtedy, gdy chodziło o Górny Śląsk i jego sprawy. Miał pióro ostre i bezlitosne. Ile razy chłostał nas w swoich felietonach, wytykał błędy, przekonywał do swoich racji. Często się z nim zgadzaliśmy i równie często spieraliśmy. Ale zawsze były to spory ożywcze i wiele wnosiły do debaty o Śląsku.

Był dziennikarzem odważnym i bezkompromisowym. Marzył, by naszym regionem rządzili mądrzy, godni ludzie, byśmy mogli się czuć tutaj u siebie, żeby śląska godka została uznana za język, by można było otwarcie dyskutować o śląskiej tożsamości, żeby nie powielać mitów.

Trudno wyobrazić sobie Górny Śląsk bez Niego. Chciałoby się napisać: Żegnaj, przyjacielu. Ale pewnie by się skrzywił na taką poufałość. Niech więc będzie jak zwykle: Wielce Szanowny Panie Michale, naprawdę nie rozumiemy, dlaczego postanowił nam Pan to zrobić. Nagle i bez ostrzeżenia. Bardzo to nie w porządku!

Ale skoro już Pan trafił do śląskiego nieba, proszę się rozejrzeć za tematami do opisania, sprawami do załatwienia. I niech Pan w swoich felietonach za bardzo nie ruga aniołów. Cóż one wiedzą o Śląsku…

Słudzy Uniżeni

x     x     x

Kazimierz Kutz o Michale Smolorzu: Odszedł publiczny wojownik

- Wiadomość o tej śmierci mnie poraziła, jestem w szoku. To coś okropnego, to nie powinno się teraz wydarzyć – mówi “Gazecie” Kazimierz Kutz, reżyser i senator.

- Umarł ktoś niesłychanie ważny dla Górnego Śląska. To publiczny wojownik, o wielkiej odwadze cywilnej i sile. Nie znosił obłudy, kłamstwa, urzędasów. Aktywny, zawsze na pierwszej linii. Nie ma drugiej osoby, która by go w tym zastąpiła. Nikt nie przejmie jego schedy. Był stuprocentowym Ślązakiem. Dla niego Śląsk był najważniejszy – mówi Kazimierz Kutz.

___________________________________

Syn o Michale Smolorzu: Wszystko, co robił, miało pokrycie w prawdzie. Szukał jej

Ojciec żył tak mocno swoją “małą ojczyzną”, że odszedł jak górnośląski “starzik” – niespodziewanie, nagle, bez cierpienia, a przy tym nie zostawiając po sobie bałaganu. Prawie jak w scenariuszu, który sam by sobie napisał – pisze Paweł Smolorz, syn zmarłego Michała Smolorza.

Zawsze w moich oczach był prawdziwym górnośląskim “chopem”: twardym, męskim, nie do złamania. Nie patrzył wstecz. Kiedy mówił “A”, nie mogło zabraknąć “B”.

Pamiętam, gdy zabrano Mu możliwość pracy w telewizji, po prostu siadł za kierownicą miejskiego autobusu.

Miał prawo czuć się zażenowany. Ale nie dał po sobie tego poznać. Przynosiłem Mu śniadanie, sadzał mnie na desce rozdzielczej i pozwalał otwierać drzwi pasażerom. Byłem z Niego dumny. Dla Niego był to trudny czas. Dowiedziałem się o tym, gdy byłem już dorosłym człowiekiem. Późno, bo prawdziwy Górnoślązak daje rodzinie poczucie bezpieczeństwa. I w tym był mistrzem.

Nic jednak nie ma za darmo. Bo od innych wymagał tyle samo, co sam dawał, i – co jasne – nie wszyscy potrafili temu sprostać. Ale nigdy o to nie miał żalu. Żal miał dopiero, gdy nie robiło się nic, bo w Jego słowniku nie było słowa “nic”. Dlatego nie cierpiał bezczynności, nie cierpiał lenistwa. Zawsze z przesadną skromnością mówił: “Ja nie mam talentu” i z przesadną szczerością dodawał: “Ty też nie masz talentu, dlatego bądź dobrym rzemieślnikiem, bo tylko dzięki ciężkiej pracy możesz te braki nadrobić”. Nie docierał więc do Niego banał. Banał był dla Niego zerowym wysiłkiem intelektualnym.

Dlatego, gdy dostawało się od Niego prezent, ten był zawsze przemyślany, zawsze z drugim dnem – czasami złośliwym, czasami dowcipnym, czasami poważnym, tak jakby coś chciał przez to powiedzieć. Uwielbiał też takie dostawać. Nie śmiałbym dać Mu na urodziny “stówy” w kopercie.

W rodzinnym archiwum znajduje się zdjęcie przedstawiające Michała Smolorza składającego ślubne życzenia synowi Pawłowi i jego wybrance

Uwielbiał rozmawiać. Dyskutowaliśmy przy każdej okazji. Najczęściej w rodzinnym gronie, co zazwyczaj stawało się kaźnią dla innych gości. W rezultacie burzliwych dyskusji zostawaliśmy sami przy stole, nie zauważając, że może innych w tym dniu nie interesują sprawy Śląska, Kościoła, mediów, polityki… Siadała obok moja żona, kopała mnie pod stołem – to był zawsze znak, że pora kończyć, bowiem stabilność imprezy jest mocno zagrożona. Kończyliśmy, oczywiście, dopiero wtedy, gdy Ojciec miał poczucie zwycięstwa. Bo On nigdy nie mógł czuć się przegrany. To byłaby słabość, a słabość to coś nie w Jego stylu.

Może dlatego kreował się na człowieka mocno oszczędnego w wyrażaniu uczuć. Może dlatego nigdy nie widziałem, by płakał. Od tego miał ludzi. Do “emisji” uczuć namaścił więc Matkę. Kobietę, którą mocno… kochał. Ponieważ Ojciec właściwie był nieprzerwanie w pracy, Matka została Jego “pełnomocnikiem do spraw kontroli nad potomstwem”. Ingerował? Tak, ale tylko na Jej wyraźne polecenie. Ten “ostry” podział obowiązków rodził nieraz zabawne scenki. W dzień obrony mojej pracy magisterskiej wczesnym rankiem odwiedziłem Rodziców, ponieważ chciałem, by życzyli mi powodzenia. Otworzył mi Ojciec.

“A ty coś taki elegancki?” – spytał. Oznajmiłem Mu więc stan faktyczny. “Już? Dzisiaj? Kurde, ale ten czas leci… No… to powodzenia!” – dodał.

W całym naszym procesie edukacji Ojciec miał jedno zajęcie – wywiadówki. Nie wzbraniał się przed nimi. Gdy wracał, i tak nic nie wiedział. Potem dowiedzieliśmy się od innych rodziców, że siadał w ostatniej ławce i drzemał. No cóż, “chop” musi czasem odpocząć.

Kłóciliśmy się. Miałem do Niego wiele pretensji. O to, że wiecznie wszystko krytykuje i nie da się Go niczym zadowolić. O to, że jest wybuchowy i konfliktowy. O tę przesadną szczerość. O bezgraniczną upartość, przesadny pedantyzm. O nadmierny konserwatyzm…

Dopiero, gdy sam założyłem rodzinę i nauczyłem się patrzeć na Niego z boku, zobaczyłem, że te Jego wady to także moje wady. I dopiero wtedy zrozumiałem, że wszystko, co robił, miało pokrycie w prawdzie, której szukał. Wszystko było wypadkową czegoś, bo będąc człowiekiem takiej wiary w to, co się robi, nie można być innym. Udało mi się Mu to wszystko powiedzieć.

To pewne, że Ojciec sam pisał treść swojego życia, bo przecież nikt nie mógł Mu czegoś kazać. Tylko jeden wątek nie pasuje w tym scenariuszu. Tylko to ktoś błędnie dopisał. Umarł jak – a nie jako “starzik”. Z tym nigdy nie będę mógł się pogodzić.

Paweł Smolorz
syn Michała Smolorza

 

Misjonarz

To bardzo smutna sprawa. Odszedł człowiek i już nigdy do nas nie wróci. Nieraz jeszcze zadawać będziemy pytanie: kim był Michał Smolorz? Był wielką, bardzo niekonwencjonalną osobowością, wyjątkowym przykładem połączenia tradycji i nowoczesności.

To był bardzo oryginalny Górnoślązak. Można go przyrównywać do wielu mocarnych postaci z przeszłości, a nawet do nadmiernie pracującej maszyny parowej, bo miał w sobie staroświecką nadenergię dziewiętnastowiecznych działaczy pracy organicznej. A jednocześnie był osobą swobodnie posługującą się najnowocześniejszymi technikami elektronicznymi. U niego kontrast “starego” i “nowego” był spójny i większy niż u kogokolwiek. Karol Miarka, by podołać swojemu posłannictwu, założył wydawnictwo w Mikołowie, w którym wydawał czasopisma, książki i dwujęzyczne modlitewniki, z których modlili się jego dziadkowie; ona z niemieckiego, a on z polskiego. Smolorz był z nich. Podobnie jak Karol Miarka, Michał Smolorz założył swoją Antenę Górnośląską, nowoczesną firmę do produkcji filmów wszelakich gatunków. Był jej właścicielem, producentem, scenarzystą, montażystą i archiwistą, i co tam jeszcze. Działał.

Jego dawni protoplaści byli misjonarzami duchowości górnośląskiej; posługiwali się słowem i papierem, co stało się realne, bo państwo niemieckie zafundowało Ślązakom przymusowy ośmioklasowy system edukacyjny. Wynalazek Gutenberga mógł wejść pod każdą strzechę. Pan Michał robił to samo za pomocą zapisu magnetycznego w TV, laptopach czy iPadach. Wchodził w każdy śląski dom. Karol Miarka korespondował z Józefem Kraszewskim, a Michał Smolorz pisywał do “Polityki”. Nigdy nie wychodził poza problematykę Górnego Śląska – w mediach chodził pierwszy w śląskim zaprzęgu i był duchem opiekuńczym Silesii. Miażdżył wszelkimi sposobami ignorancję na temat swej ziemi, gdziekolwiek się pojawiała. Szedł przez życie jak czołg.

Moim zdaniem Michał Smolorz był współczesnym misjonarzem Górnego Śląska, żywiołowym publicystą, który poza słowem swobodnie posługiwał się najnowocześniejszymi technikami przekazu elektronicznego, którymi sam dysponował. Był gorącym krzewicielem prawdy o Górnym Śląsku – jego historii i teraźniejszości. Wedle najprostszej interpretacji kościelnej misjonarz to głosiciel prawdy płynącej z Ewangelii. A prawda była pasją Michała Smolorza; do jej szerzenia miał właściwe przygotowanie i predyspozycje charakterologiczne. Wymiar jego osobowości pojąłem dopiero na jego pożegnalnej mszy w Podlesiu. Dział się arcyśląski obrzęd, który mnie zaskoczył. Michał Smolorz był bowiem wzorowym parafianinem, chodził co niedzielę z całą liczną rodziną na mszę i żywo uczestniczył w życiu parafii. Był wybranym członkiem Rady Parafialnej. Po prostu pan Michał to wzorowy katolik, który swoją wiarą pryncypialnie mierzył świat. I co najważniejsze: Jego duchowość osadzona była głęboko w Ewangelii. Mam przypuszczenie, że w tzw. aglomeracji śląskiej był jedynym człowiekiem, który Ewangelię przeczytał, zrozumiał i przestrzegał jej w życiu. I za pomocą której walczył! Ewangelia stała się źródłem jego radykalizmu i bezkompromisowości na drodze ku śląskiej prawdzie. Dlatego mógł jawnie podważać wszystko dookoła, nawet polityczne poczynania kleru, niezależnie od pozycji w hierarchii. Był w moralnym prawie.

W Podlesiu, w jego parafialnym kościele, usłyszałem niezwykłe pożegnalne kazanie starego proboszcza. Zdawało się mi, że śnię lub jestem w kinie, bo kazanie tak się zaczynało: “Panie Michale, larum grają! Ojczyzna w potrzebie! A ty śpisz!? Bezduszność, pycha i prywata panoszą się, kłótnie i swary! Prawa boskie za nic mają! A ty śpisz!? Spuścizna ojców niszczeje, przekonań swoich się zapierają! A ty śpisz!? Za pióro nie chwytasz, językiem ciętym jak szabla do boju nie wzywasz!?”. Nie słyszałem jeszcze takiej inwokacji proboszcza do parafianina. W Podlesiu żegnano swojskiego misjonarza.

A w internecie “broneknotgeld” napisał taki wiersz:

Smolorzowi szpaska

Żol kej pochowali

Trza leźć Jego sztrasom

Trza ciś kara dali

Ślonzoka wystraszom?

Toż po daremnicy byś żył, pomar tako

Kej ślonskość rozkwito ni co ktosik krako

Żol co Cie już niy ma

Dyć pamiyńć łostanie

Szymro ślonsko ziemia

- Lepszy czas nastanie

Niy Klimtom już prawie – zdo się co raduja

Ty “Hexo” w galotach – Ci szpaska zrymuja

Kazimierz Kutz

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/736383,michal-smolorz-nie-zyje,id,t.html; http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35063,13172299,Michal_Smolorz_nie_zyje.html#ixzz2HZE6ZBnI

10-01-2013, 09:15

Śląskie abecadło: Smolorz Michał – Baron von Münchhausen  »

Dziennik Zachodni
10-01-2013

Heksa, czyli Michał Smolorz. Wiedzieliście, że kąśliwe felietony pod zbiorczym tytułem Abecadło śląskie podpisywane “Heksa” są dziełem publicysty Michała Smolorza? No to już wiecie. Nie szczędził uwag żadnej osobistości w woj. śląskim. Ale jeden felieton poświęcił sobie.

Michał Smolorz

W promieniu 100 kilometrów od Katowic trudno znaleźć większego mitomana i megalomana. Od dziesięcioleci staje na katedrach i przemawia w imieniu milionów, święcie przekonany, iż przed nim, za nim oraz obok niego stoją nieprzebrane tłumy, wiwatujące na jego cześć i gotowe w każdej chwili wziąć go na ramiona i ponieść na szczyty. Sam wkłada sobie na głowę kolejne wieńce laurowe i z hochsztaplerską misją wystawia wszystkim wokół cenzurki.

Ten jest “be”, ten jest “me”, a ów “cacy”. W atakach furii wali wręcz na oślep, czując się jak Mesjasz uprawniony do przeganiania kupców ze świątyni.

Bezkrytycznie wierzy przy tym, iż został namaszczony przez Opatrzność do ewangelicznego posłania: komu odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, komu zatrzymacie, są im zatrzymane. Podszeptów zdrowego rozsądku słucha rzadko, zresztą coraz mniej jest wokół niego ludzi na tyle życzliwych, by mu jeszcze coś mądrego doradzili – większość zraził sobie ostatecznie i nieodwracalnie. A przy tym z tajemnym masochizmem zdaje się czerpać z tego przyjemność: im ktoś bardziej nań złorzeczy, tym większą sprawia mu rozkosz.

W pewnym momencie doszedł do wniosku, że cieszy się już tak powszechnym uwielbieniem, że wystarczy tylko skinąć ręką, by sięgnąć po władzę. Wypalił więc z armaty, ale – niczym Lügerbaron von Münchhausen – spostrzegł, że zamiast spodziewanych milionów stoi za nim ledwie kilka tajemnych kreatur, zrodzonych w jego chorej wyobraźni. Frustracje topi zwykle w beczkach piwa, do których coraz bardziej się upodobania. Postanowił więc wykreować swój nowy wizerunek. Przebiera się za podstarzałego rockersa, wsiada na ciężki motocykl i kilka razy w ciągu dnia przejeżdża tam i z powrotem ulicami Katowic, pilnie zerkając wokół, jakie to robi wrażenie.

Trzeba przyznać, że te zabiegi kreacyjne dały pewien efekt – kilka znaczących dam z towarzystwa zapisało się na przejażdżki. Z całą powagą wciskają swe dojrzałe ciała w skórzane kombinezony i z duszą na ramieniu wskakują na siodełko, powierzając swój los samozwańczemu herosowi.

Ów nie przewidział jednak ubocznego skutku tego procederu. Niektóre spośród pań, które emocje wspólnej jazdy mają już za sobą, szepczą teraz po salonach, że potężne czarne motocykle to dla S. ostatnia okazja, by poczuć moc między nogami.

Heksa

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/736513,slaskie-abecadlo-smolorz-michal-baron-von-munchhausen,id,t.html

09-01-2013, 22:12

Ku rozumieniu współczesności: świat i Polska, lewica i dialog…  »

Res Humana
Wiesław Łuka i Zdzisław Słowik
09-01-2013

Z Jerzym Domańskim, prezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy RP oraz redaktorem naczelnym tygodnika “Przegląd” rozmawiają Wiesław Łuka i Zdzisław Słowik

Odgrywa Pan od wielu lat czołową i cenioną rolę w Stowarzyszeniu Dziennikarzy RP, co potwierdził jego niedawny zjazd krajowy i ponowny wybór na prezesa. Gratulujemy i pragniemy zapytać, jak Pan ocenia, mówiąc najogólniej, stan polskich mediów w perspektywie przemian w skali globalnej?

Jerzy Domański

Dziękuję za gratulacje tym milsze, że płynące od szefa pisma, które od dawna czytam i bez cienia kokieterii, plasuję po stronie mądrego i refleksyjnego dziennikarstwa. Stowarzyszenie, któremu przewodniczę, jest jednym z coraz większej palety organizacji, ale z powodów sięgających historii i liczby członków płacących składki, należy do absolutnej czołówki wśród tych, które reprezentują dziennikarzy. Chciałbym jednak od razu ze smutkiem zaznaczyć, że niestety większość polskich dziennikarzy nie identyfikuje się z żadną z istniejących organizacji. Nie widzą potrzeby takiej przynależności, bo nie mogą liczyć na pomoc prawną, szkoleniową czy materialną albo na skuteczną obronę ich praw pracowniczych. Dzieje się tak w sytuacji, gdy duża część dziennikarzy walczy w tym zawodzie o przeżycie. A bezrobocie, śmiem twierdzić – jest największe w historii naszej profesji. Zadziwiającym paradoksem jest przy tym to, że im większe jest bezrobocie, tym więcej mamy na uczelniach wydziałów i instytutów kształcących dziennikarzy. Choć trzeba przyznać, że sytuacja w mediach jest bardzo dynamiczna. Z jednej strony obserwujemy szybkie kurczenie się rynku prasowego, zaś z drugiej bardzo szybki rozwój mediów elektronicznych i internetowych. Przykład – jeszcze dwadzieścia lat temu działało kilka stacji radiowych, dziś są ich setki. A prawdziwie nieograniczone możliwości rozwoju mają te media, które działają w oparciu o internet. Mimo to, jedni wieszczą krach dziennikarstwa, inni, podobnie jak ja, jego ogromne zmiany. Dziennikarstwo ma przyszłość, bo zapotrzebowanie na nowe informacje jest wieczne. Nowe czasy wymagają jednak innego podejścia. Nigdy dotąd tak szybko nie zmieniały się formy i sposoby przekazywania informacji odbiorcom. Dziennikarze muszą zrozumieć, że forma przekazu jest dziś równie ważna jak sama informacja. Jeśli nie ważniejsza. Umiejętność nadążania za potrzebami odbiorców musi być traktowana tak samo poważnie jak zdobywanie informacji.

Zadaliście panowie tyle dobre, co i trudne pytanie: jak oceniać perspektywy polskich mediów? Nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. Zależy ona bowiem głównie od punktu widzenia – inaczej na nią spojrzy dziennikarz – celebryta, zarabiający kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, a inaczej młodzi, zdolni, wchodzący do zawodu, zarabiający półtora tysiąca złotych, czy mniej. A między tymi biegunami jest cała armia pracowników mediów, którzy choć mają już spory staż zawodowy i znaczne umiejętności to nieustannie muszą walczyć o przeżycie. Bo nieustannie wisi nad nimi niebezpieczeństwo zwolnienia z pracy. To bicz, który powoduje, że wielu dziennikarzy decyduje się na różnego typu kompromisy. Byle tylko utrzymać się w zawodzie. Dziennikarze stają się w coraz mniejszym stopniu twórcami. Ważniejsi dla wydawców są ci, którzy realizują funkcje piarowsko-reklamowe. Teksty dziennikarskie coraz częściej tylko uzupełniają reklamy, ogłoszenia czy towarzyszą kampaniom promocyjnym. Na margines schodzi rzetelne, obiektywne i opiniotwórcze dziennikarstwo. Coraz mniej jest instytucji chcących i mogących solidnie płacić za takie dziennikarstwo. Ambitne dzieło zawsze jest pracochłonne i musi przecież kosztować. Stale tnący koszty właściciele mediów na miejsce droższych, bo kompetentnych dziennikarzy zatrudniają tańszych, choć znacznie gorszych zawodowo, a jak to nie wystarcza to sięgają po studentów. Produkt jaki wtedy powstaje każdy widzi. Efekty? Coraz mniej ludzi chce go w tej formie czytać i kupować.

Do różnych nierówności, jakie znamy z historii, dochodzi na naszych oczach nowa: nierówność w dostępie do informacji. To kolejny paradoks, bo nigdy informacje nie dochodziły do odbiorców tak szybko i do miliardowych rzesz na całym świecie prawie równocześnie jak dziś. Niestety są to informacje merytorycznie drugo- czy trzeciorzędne. Natomiast przepływ informacji pogłębionej, czyli opartej na wielu źródłach i gruntowej wiedzy nie jest już tak szybki i powszechny. A w dodatku staje się coraz bardziej kosztowny. Już niedługo trzeba będzie obowiązkowo płacić również za wartościową wiedzę prezentowaną w internecie.

Pana cotygodniowe komentarze w “Przeglądzie” dają wyrazisty obraz naszej współczesności i zachęcają do pytania o jej rozwój w kontekście bieżących wydarzeń i dłuższej perspektywy procesów zachodzących w Polsce i na świecie: jakie to wydarzenia i jakie procesy?

Oszczędźmy sobie wymieniania wszystkich procesów i wydarzeń, bo najważniejsze jest to, że problemy, z jakimi borykają się świat, Europa i Polska stały się problemami globalnymi. A skoro tak, to także ich rozwiązanie musi mieć charakter ponadpaństwowy. Jestem przekonany, że jeśli gatunek ludzki ma przetrwać, a nasza planeta się rozwijać, to musimy pozostawić naszym następcom ponadnarodowe instytucje i dać im skuteczne narzędzia, którymi społeczeństwa będą się mogły posługiwać w skali globalnej. Z tego punktu widzenia najciekawszym przeżyciem, jakie jeszcze niedawno było trudne do wyobrażenia w najśmielszych snach, jest integracja europejska. Zaledwie sześćdziesiąt lat temu za marzyciela, a może nawet za szaleńca uważany byłby ktoś, kto by narysował mapę Europy bez granic, z jedną walutą, wspólnymi instytucjami, prawodawstwem itd. Z przekonania jestem entuzjastą takich działań, które mogą pomóc w pokonywaniu kolejnych barier. Droga ku pogłębianiu integracji i współpracy europejskiej to bardzo ambitny i inspirujący cel. To droga dla wizjonerów i marzycieli. A w tych procesach najważniejsze, a zarazem najtrudniejsze do osiągnięcia będą zmiany w naszej świadomości. Zmiany tego co mamy w naszych głowach. I wyzwalanie się z naturalnego egoizmu tak typowego dla ludzi. Ale wtedy każdy musiałby sam sobie zadać pytanie: a co ja mógłbym wnieść nowego i twórczego w ten gigantyczny projekt integracyjny. Projekt, którego chyba nigdy nie będzie można uznać za zamknięty? W tym jest zresztą szansa na takie układanie świata, w którym zmniejszą się nierówności, a nasze życie będzie łatwiejsze i sensowniejsze.

A co Pan myśli o tych, którzy chyba coraz śmielej klaszczą w dłonie z radości, gdy słyszą o niełatwych i aktualnie obserwowanych problemach integracyjnych, o kryzysie? Którzy oczekują rychłego końca Unii?

Wielu ludziom trudno uwierzyć, że świat może być sensowniej poukładany i że od zarania trapiące ludzkość problemy można wreszcie rozwiązać. Zwłaszcza u nas tej wiary mamy jak na lekarstwo. Widzimy przecież jak dużo jest przysłowiowej polskiej zawiści i nieufności. Nie lubimy siebie, swoich współpracowników i sąsiadów. Nie lubimy też państw, z którymi graniczymy. U nas przypuszczenie, że ktoś może się kierować ideami i etyką jest uważane za naiwność. Teorie spiskowe i przekonanie o ciągłych zagrożeniach ze strony otaczających nas zewsząd wrogów są budowane w Polsce od setek lat. Takie myślenie przekłada się także na nasz stosunek do Unii Europejskiej. Wyznawcy tych teorii mają teraz dla siebie dobry czas – czas kryzysu. Winnych najchętniej szukają na zewnątrz. W Brukseli. Tam mają być ci, którzy są winni naszych kłopotów. Bo przecież nam się należy lepsze traktowanie, bo to my jesteśmy narodem wybranym. Stworzonym do przewodzenia, a nie do żmudnej, niewdzięcznej pracy. Nawet Grecy, którzy muszą płacić rachunki za lata beztroskiego wydawania pieniędzy, nie krzyczą podczas protestów, że nadszedł czas porzucenia Unii. Większość Greków chce w niej zostać. Widać, że jest granica, której nawet przeciwnicy integracji nie są w stanie przekroczyć. Co światlejsi ludzie i coraz więcej grup społecznych, doskonale wie, że świat musi być ponadregionalny. Musi się jednoczyć, bo podzielony i skłócony będzie słaby i biedny. Siła i premia za jedność jest po stronie tych, którzy stawiają na kooperację. Prawica co innego zresztą mówi o Unii, a co innego robi, gdy w grę wchodzą jej osobiste interesy. Zauważmy, że w Polsce najzagorzalsi przeciwnicy Unii z zapałem startowali w wyborach do Parlamentu Europejskiego i słychać, że już przygotowują się do startu w następnych wyborach. Niestety obawy o negatywne skutki cynicznych działań przeciwników Unii są uzasadnione. W kryzysie rośnie bowiem podatność na demagogię i szukanie winnych według starych, dobrze już znanych wzorów. Przeciwnicy Unii stali się w ostatnich latach dużo silniejsi – wydają nowe pisma, są coraz aktywniejsi medialnie, biorą udział w licznych debatach, zakładają nowe stowarzyszenia i fundacje. Środowiska prawicowo-kościelne ciężko pracują nad zmianą, świadomości Polaków. Gromadzą ekspertów. Widać wśród nich nowe twarze, także ludzi młodych. Zaś proeuropejska lewica i liberałowie zamykają się w swoich środowiskach, wycofują się i oddają pole przeciwnikom w przekonaniu, że sprawy przynależności do Unii zostały już definitywnie rozstrzygnięte. To wielki błąd.

Jak pan ocenia obecną polską scenę polityczną, co charakteryzuje jej swoistość, a także jej trwałość w najbliższych latach? Czy może się na niej pojawić coś istotnie nowego?

Z racji swoich poglądów najbardziej martwię się tym, że lewica jest tak słabo reprezentowana w parlamencie i tym, że niewiele wskazuje na możliwość zmiany tej sytuacji w najbliższych latach. Paradoksem naszej sceny politycznej jest nadreprezentacja jednej, prawicowej części wyborców. Rządząca Platforma Obywatelska jest typem partii trudnej do zdefiniowania. Skupia w swoich szeregach ludzi o wykluczających się w światopoglądach. A to przekłada się także na ich poglądy polityczne. Trudno o spójność w ugrupowaniu, gdy z jednej strony jest Bartosz Arłukowicz, a z drugiej Jarosław Gowin. Dopóki Platforma będzie miała władzę, dopóty może utrzymać się tak szeroki front. Gdy jednak większość wyborców odmówi PO poparcia, to partia może się rozpaść na skutek wewnętrznych konfliktów. Realna władza jest silnym spoiwem, ale tylko do czasu gdy się ją sprawuje. W polityce ważne są bowiem również ambicje ludzi i konflikty interesów. A to może być przyczyną kryzysu w PO, skrócenia kadencji Sejmu i wcześniejszych wyborów parlamentarnych. Jest to tym bardziej możliwe, że wyraźnie czujemy, że nadchodzi kryzys. A kto pretenduje do przejęcia władzy? – Prawo i Sprawiedliwość, któremu coraz większa liczba wyborców zapomina nieudolność i antydemokratyczny styl rządów w latach 2005–2007. Chyba, że obudzi się centrolewica, która gdyby potrafiła się zorganizować i zmobilizować mogłaby stać się realną alternatywą wobec rządów prawicy.

Społeczeństwu nie pomagają w ocenie sytuacji media, hołdujące “zasadzie”, że dobrą wiadomością jest tylko zła wiadomość.

Prawo i Sprawiedliwość twierdzi, że media je gnębią i nie dopuszczają do głównego nurtu debat. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. To PiS jest nadreprezentowane we wszystkich możliwych dyskusjach. A niezależnie od tego bardzo skutecznie buduje paletę własnych mediów, tworzy wzajemne wspierające się środowiska i kluby. Spoiwem łączącym ludzi w tych środowiskach jest przekonanie, że katastrofa pod Smoleńskiem była wynikiem zamachu, za który odpowiadają polskie władze i Rosja. A głównym celem PiS i jego akolitów jest wyeliminowanie PO i powrót do władzy.

Czy Kościół katolicki nie mógłby odgrywać na tej scenie roli tonującej?

Polski Kościół jest ze swej natury instytucją konserwatywną, hierarchiczną i skutecznie zabiegającą o własne interesy. Trudno więc mieć pretensje do Kościoła, że jest właśnie taki, jaki jest. Bo jest taki, jaka jest duża część polskiego społeczeństwa. Kapłanów polskich nikt tu nie przywozi. To są synowie naszej ziemi: pochodzą głównie ze wsi i z małych miasteczek. Przenoszą więc mentalność rodzinnych środowisk do Kościoła. Kościół ich kształtował jako dzieci i młodych ludzi, a teraz oni kontynuują tę misję.

To, co Kościół mówi w sprawach na przykład aborcji, czy in vitro jest głosem, do którego ma prawo. I nie to jest problemem co mówi i robi strona kościelna. Problemem jest to co mówi i robi druga strona, a raczej to czego nie robi i nie mówi. A co mogło by być realną opozycją intelektualną, światopoglądową i duchową wobec głosu Kościoła. Gdyby przeciwnicy doktryny kościelnej potrafili wystąpić z mocnymi intelektualnie i zrozumiałymi przez ludzi argumentami, społeczeństwo miałoby realną możliwość wyboru. I jestem pewien, że wówczas Kościół nie miałby tak silnej pozycji, jaką ma w tej chwili. Widać przecież, że z wielu powodów, choćby z uwagi na ruchy migracyjne czy swobodny przepływ idei, ale i z uwagi na kryzys i afery w samym Kościele refleksja ludzi nad tym co mówi Kościół jest o wiele bardziej krytyczna niż kiedyś. Polacy są w tym dyskursie zagubieni. Elity intelektualne oraz liderzy polityczni powinni poprzez własne projekty programowe i argumenty brać aktywniejszy udział w tych debatach. Próbuje to robić Ruch Palikota, ale jego głos jest dla większości ludzi zbyt antyklerykalny. W polskich warunkach taki agresywny antyklerykalizm długo jeszcze będzie na marginesie opinii. Zbyt często Ruch Palikota w swojej radykalnej retoryce niewiele różni się od wypowiedzi fundamentalistów kościelnych. Lewica mogłaby mieć większe poparcie, gdyby nie potępiała Kościoła w czambuł i za wszystko, ale potrafiła sprawiedliwie go oceniać. Krytykować, bo jest wiele powodów ku temu, ale również dostrzegać w nim to co wartościowe, choćby jego zaangażowanie charytatywne. Kto wielu takich działań nie widzi, ten ma problemy ze wzrokiem. Warto tu wspomnieć o drodze życiowej i dorobku Kazimierza Morawskiego, wielkiego łącznika między światem religii i lewicą.

Niestety, inteligencja liberalna nie potrafi skutecznie porozumiewać się w Kościołem w takich sprawach jak aborcja, czy in vitro. Zmarnowano wiele lat na powtarzanie starych argumentów i formułek, które już nie są akceptowane przez ludzi. To Kościołowi i prawicy udało się zepchnąć sprawy aborcji do podziemia i na dodatek nazwać je kompromisem aborcyjnym. Lewica przespała tu ostatnie lata. A monopol kilku pań na stałe wypowiadanie się w tych sprawach bardziej szkodzi niż pomaga. Aby ten sprzyjający prawicy trend odwrócić trzeba dopuścić do głosu młodsze pokolenie. Trzeba świeżego języka i nowych argumentów.

Co z polską lewicą, która od 2004 roku – zepchnięta na margines wspólnymi jeszcze wówczas siłami prawicy – wciąż nie potrafi odzyskać siły zdolnej do odgrywania znaczącej roli politycznej?

Polska lewica nie ma wciąż atrakcyjnej dla ludzi oferty politycznej. Trwa, bo po prostu jest na scenie. Tylko co pozytywnego wynika z tego trwania? To jest gremium zamknięte na świat zewnętrzny, a najbardziej na pozapartyjne środowiska lewicowe. Nie bardzo widać tam chęć współpracy z innymi lewicowymi organizacjami, fundacjami i mediami. Jakaś część wyborców będzie jeszcze głosować na SLD, czy na Ruch Palikota, ale te ugrupowania razem czy osobno ciągle nie stanowią wartości, która natchnie ludzi większą wiarą i da nadzieję rzeszy wyborców o poglądach centrolewicowych, że możliwy jest w Polsce głębszy zwrot. Problemem jest także to, że czołowi działacze lewicy okazują wobec siebie nieufność, kopią się po kostkach. Co dalej? Czasy mamy takie, że jeśli czegoś chcemy to musimy liczyć na siebie i sobie sami to zorganizować. Jeśli jakieś grupy społeczne chcą lewicy na miarę swoich aspiracji to muszą ją sobie zbudować. Bez tego będziemy żyć w stanie apatii i wzajemnych pretensji. Sądzę, że powinien powstać ruch konsolidujący wszystkie środowiska lewicowe mające ambicje odmienienia tej obecnie sytuacji. Silna lewica polska może się odbudować tylko wtedy, kiedy znów stanie się wielobarwna i otwarta na różne strony. Wiem o tym m.in. z setek listów od czytelników naszego pisma, którzy mają do nas pretensje, że jesteśmy w tej sprawie zbyt pasywni.

Chcielibyśmy Panu pogratulować tego, co w “Przeglądzie”, wydaje się nam najciekawsze i najcenniejsze: krzewienia ładu myślenia, opartego na mądrym rozumieniu etosu lewicy. Pytamy: czy łatwo tak działać w niesprzyjających warunkach, które Pan zdiagnozował?

Powiem wprost – funkcjonujemy jako pismo opinii na wariackich papierach. Jesteśmy zaprzeczeniem reguł wolnego rynku i zaprzeczeniem reguł w oparciu o które działa nasza konkurencja. Robimy “Przegląd”, bo ludzie chcą go czytać, więc go kupują, a wielu naszych autorów chce pisać za psi grosz lub bez honorarium. To pokazuje, jaki jest potencjał po stronie lewicy i jaki piękny kwiat mógłby z tego wyrosnąć, gdybyśmy poczuli wsparcie sojuszników i byli razem w większej grupie. Szczerze mówiąc to pismo ukazuje się tylko dlatego, że ma wiernych czytelników i to oni nadają sens naszej pracy. Potencjał intelektualny naszych komentatorów na czele z prof. Łagowskim, prof. Widackim i prof. Żukiem oraz naszych czołowych publicystów to cenna wartość na polskim rynku wydawniczym. Swoimi artykułami prowokują do myślenia i łamią stereotypy. A o to przecież chodzi w tygodniku opinii. U progu Nowego Roku składam serdeczne życzenia wszystkim czytelnikom i sympatykom “Res Humana”.

Dziękujemy za rozmowę i odwzajemniamy się najlepszymi życzeniami dla “Przeglądu” i Pana osobiście.

Całość: http://www.kulturaswiecka.pl/node/676

09-01-2013, 20:14

Sądy powszechne a dostęp do informacji publicznej  »

Lokalny Monitoring Wolności Mediów
Adam K. Podgórski
09-01-2013

Dzisiaj nie o wolności słowa, ani o wolności mediów, ale o wolności dostępu do informacji publicznej. Zupełnie á propos. W grudniu wykonałem żmudną robotę, jako wolontariusz – bloger, rozsyłając do sądów w województwie śląskim wnioski o udostępnienie informacji publicznej, o tym, czy w danym sądzie, w 2012 roku toczyły się sprawy z art. 212 ustawy Kodeks karny, o zniesławienie w mediach lokalnych lub w Internecie albo sprawy z powództwa cywilnego o ochronę dóbr osobistych. Jeśli tak, to prosiłem o podanie sygnatur spraw.

Było tego wysyłania sporo, ponieważ na liście adresowej widniały: 1 sąd apelacyjny, 4 sądy okręgowe i 29 sądów rejonowych. Wysyłanie wiadomości do sądów droga mejlową, w XXI wieku, w Polsce, która jawi się nam krajem nowoczesnym i skomputeryzowanym, w którym działa Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, nie powinno być niczym nadzwyczajnym, a tym bardziej powodem do chluby. Tymczasem jest pewnego rodzaju wyczynem, gdyż na prostym, wydawałoby się, zajęciu strawiłem kilka godzin. Przysłowiowy sęk tkwi w tym, że sądy wcale nie są zainteresowane w otrzymywaniu wiadomości elektronicznych od obywateli.

Pierwszy problem pojawia się już po wejściu na strony internetowe konkretnych sądów. Dane teleadresowe umieszczane są tam, gdzie projektantowi strony czy administratorowi wpadnie do głowy. Na stronie głównej, w miejscu widocznym na pierwszy rzut oka, albo przeciwnie, gdzieś zupełnie na samym dole, w kącie, w jakieś zakładce. Najczęściej w tych danych teleadresowych nie ma adresu poczty w elektronicznej, a jeżeli już jest, to nie wiadomo o jaką komórkę organizacyjną sądu chodzi (sekretariat prezesa, wydział administracyjny, biuro podawcze, czy jakiekolwiek inne), bo widać są w mniemaniu sądowych informatyków, informacje dla obywatela zupełnie nieistotne. O adresach internetowych do wydziałów można sobie jedynie pomarzyć, a i do prezesów lub ich zastępców, trzeba poczynienia usilnych “wykopalisk” w biuletynach informacji publicznej, choć i tu niekiedy, tego co szukamy nie ma.

Nierzadko się zdarza, że podane adresy są nieaktywne on-line, to znaczy trzeba ja przekopiowywać do pola adresowego wysyłanej poczty. Są oczywiście sądy, jak chociażby SR w Gliwicach, gdzie w danych teleadresowych, widocznych natychmiast po wejściu na stronę zauważany jest i adres pocztowy, i numery telefonów, i adres strony www, i adres poczty internetowej. Często natomiast sądy żądają wypełnienia tzw. formularzy kontaktowych. Nic dziwnego, bo urzędnicy, zwłaszcza o biurokratycznym zacięciu, a takich pewnie w sądach nie brakuje, uwielbiają formularze. Trzeba w nich podawać własne personalia oraz adres mejlowy. Szczęściem, nikt nie żąda numeru dowodu osobistego albo paszportu, NIP-u, REGON-u, PESEL-u, a przecież mógłby. W Polsce bez “wylegitymowania się” nie jest możliwe uzyskanie informacji od sądu, nawet w prostej sprawie.

Wysłanie mejli to jedna sprawa. O uzyskaniu potwierdzenia odebrania poczty przez adresata, lepiej nawet nie myśleć. Chlubnym wyjątkiem jest SA w Katowicach. Z Sądu Rejonowego w Zabrzu uzyskałem automatyczną informację zwrotną: Delivery to the following recipient failed permanently: informacja@zabrze.sr.gov.pl

Powrócimy jednak do kwestii najistotniejszej w niniejszym wywodzie. Do dostępu do informacji publicznej. W niewielu sądach na stronach internetowych lub w BIP-ach są wydzielone odpowiednie zakładki, a w nich informacje o trybie dostępie do IP. Bywa i tak jak w SR w Zabrzu, gdzie czytamy: Dostęp do pozostałych informacji publicznych Strona informacyjna na temat zasad uzyskiwania dostęp do pozostałych informacji publicznych (nie publikowanych w BIP). Strona obowiązkowa w każdym BIP. I nie ma nic!!! Często za to na tych stronach widnieją formularze obowiązkowych wniosków o udostępnienie IP, choć żaden przepis prawa nie wymaga takich formularzy. Na domiar ustawa o DIP nie wymaga od osoby żądającej udostępnienia IP podawania danych osobowych, ani nawet podpisywania się. Czego natomiast żąda Sąd Okręgowy w Częstochowie, ot, wzięty pod lupę zupełnie przypadkowo. Otóż dopomina się podania: imienia i nazwiska wnioskodawcy, nazwy firmy, adresu, miejscowości, i telefonu. Numeru buta, chwała Bogu, nie! Pod wnioskiem ma być, zgadliście Państwo! – podpis wnioskodawcy.

Spotkałem, także – nie pomnę w jakim sądzie, a nie mam ochoty tracić kilku godzin na ponownie przeglądanie – jakiś wniosek monstrum, opracowany jak głosiła informacja, w samym ministerstwie. A wydawałoby się, że sądy stoją na straży prawa i prawa przestrzegają. Skąd więc się biorą bezprawne formularze? Co na to wszystko minister sprawiedliwości oraz minister administracji i cyfryzacji? Czy w Polsce wszystko, czego dotkną się biurokracji – przepraszam, powinienem powiedzieć kreatywni urzędnicy – musi się wyradzać?…

Tyle moich rozmyślań na temat kontaktowania się obywatela z polskimi sądami.

Niewiele, prawda?…

Całość: http://wolnoscmediow.org/slaskie/sady-powszechne-a-dostep-do-informacji-publicznej/