Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

31-01-2013, 10:12

Andrzej Morozowski: Mój ojciec Mordechaj Mozes  »

Newsweek.pl
Marcin Meller
31-01-2013

Życiorysy rodziców Bronisława Wildsteina są podobne do życiorysów moich starych. A redaktor Wildstein ma poglądy diametralnie różne od moich. Więc rodzice mają raczej ograniczony wpływ na wybór drogi życiowej dzieci – mówi Andrzej Morozowski, dziennikarz TVN24.

Newsweek: Twój ojciec Mieczysław Morozowski wcześniej nazywał się Jodek Mordka. Był działaczem młodzieżówki Komunistycznej Partii Polski, w czasie wojny był w ZSRR, potem trafił do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. To wyjawiła w “Gazecie Polskiej” Dorota Kania. Jej zdaniem salon tak nienawidzi idei IV RP, bo czołowi dziennikarze to dzieci komunistycznych bonzów. Jak ty.
Andrzej Morozowski: Od razu ktoś na Twitterze napisał, że już teraz wiadomo, dlaczego w TVN jest zamordyzm… (śmiech).

Newsweek: Zaatakowałeś Zbigniewa Romaszewskiego, któremu sąd przyznał odszkodowanie za represje z czasów PRL, cechuje cię niechęć do IV RP i PiS, a wynika to z twojego wychowania i tradycji rodzinnych. Zastanawiam się, jak powinienem zacząć tę rozmowę. W jidysz? Intonując Międzynarodówkę? A może wołając: „Mordko ty moja!”?
Andrzej Morozowski:
Jeśli idzie o Mordkę, to Kania wszystko pokręciła. Mój ojciec rzeczywiście był Żydem, tylko nazywał się Mordechaj Mozes.

Okładka "Newsweeka" nr 5/2013

Newsweek: Mordką był dla kumpli?
Andrzej Morozowski:
Dla rodziców. Drugie przekręcenie, które jest najlepszym dowodem, że ona chce mi tylko przyłożyć – nieważne jak, choćby żydowskim ojcem – to sprawa odszkodowania dla Romaszewskiego. Zrobiłem o tym program i przyjąłem stanowisko, że jako obywatel nie ponoszę uszczerbku, jeśli część moich podatków idzie na taki cel. Nie mam pretensji do Romaszewskiego. Więc Romaszewski dla Kani to tylko pretekst. A wiesz, dlaczego Kania mnie tak nienawidzi?

Newsweek: Za Dochnala?
Andrzej Morozowski: No właśnie. Marek Dochnal w programie “Teraz My” wyjął teczkę i pokazał, że Kania wzięła pożyczkę – blisko 300 tysięcy – od jego teściowej, kiedy siedział w więzieniu. I opowiedział, jak Kania przychodziła i zapewniała, że ma wejścia u Ziobry, wówczas ministra sprawiedliwości, i że ta pożyczka była tak naprawdę zapłatą za to, że Dochnal wyjdzie. Po programie prokuratura wszczęła śledztwo. W styczniu 2009 r. Kani postawiono korupcyjny zarzut „powoływania się na wpływy w instytucji państwowej”. I to jest powód, dla którego ona mnie dołączyła do tego doborowego towarzystwa, z czego skądinąd jestem bardzo dumny.

Newsweek: A ten Jodek skąd?
Andrzej Morozowski:
Mój dziadek był Juda, dla kumpli Judka, więc Kania chyba połączyła mojego dziadka z ojcem w poprzekręcanych wersjach, ale ja to rozumiem, bo ona pewnie w hebrajskim mocna nie jest. A poza tym dochodzenie, kto jest kim, nie ma dla niej większego znaczenia, bo musiałaby napisać, dlaczego mój ojciec znalazł się w ZSRR. A uciekł tam po klęsce kampanii wrześniowej 1939 r., w której walczył. I jedyne miejsce, gdzie – jak mu się wydawało – jako Żyd i komunista będzie bezpieczny, to był Związek Radziecki. To mu zresztą uratowało życie, bo cała dziewięcioosobowa rodzina zginęła w Polsce w Holokauście. Czyli to był chyba dobry wybór.

Newsweek: Zatrudnił się w NKWD?
Andrzej Morozowski: Nie. Pracował na Kubaniu w kopalni jako górnik, o czym pani Kania nie wspomina, bo nie pasuje to jej do obrazu. Tak jak i to, że wyszedł z Rosji z armią Andersa i służył w niej aż do demobilizacji. Do dzisiaj mam portfel, który kupił za pieniądze z demobilizacji.

Newsweek: A gdzie był demobilizowany?
Andrzej Morozowski:  W Palestynie.

Newsweek: No proszę. Natury nie oszukasz.
Andrzej Morozowski:
Ale wracał przez Londyn, o ile pamiętam.

Newsweek: Do Polski?
Andrzej Morozowski:
Tak. A wracał, bo mu się wydawało, że znajdzie tu jedynego ocalałego brata. Miał starszego brata, jak na tamte czasy dobrze wykształconego komunistę, który walczył w brygadzie międzynarodowej w Hiszpanii. To był idol mojego ojca, pod jego wpływem wstąpił przed wojną do
młodzieżówki komunistycznej.

Newsweek: Czyli ojciec wraca do Polski, dowiaduje się, że nikt z rodziny nie przeżył, i co?
Andrzej Morozowski:
Pracuje w kopalni, jest górnikiem. Tego się nauczył na Wschodzie, a nie miał żadnego wykształcenia. Był z bardzo biednej żydowskiej rodziny z Mińska Mazowieckiego, zimą pod ubranie wkładał gazety. Jego ojciec, mój dziadek, czyli wspomniany Juda, dzierżawił w Mińsku Mazowieckim piekarnię. Ojciec opowiadał różne ciekawe historie o Himilsbachu, którego matka pracowała jako posługaczka w burdelu żydowskim, który prowadziła z kolei matka przyjaciela mojego ojca z podstawówki.

Newsweek: A to bardzo ładne.
Andrzej Morozowski: Mińsk Mazowiecki to mała miejscowość. Stąd i inna piękna historia. Jest rok chyba 1960 r., przeprowadzamy się do nowego mieszkania przy placu Bankowym. Mój ojciec zachwycony wychodzi na balkon, patrzy, a tam na balkonie naprzeciwko też jakiś facet wychodzi zachwycony, po czym obaj szybko się chowają. Tata wleciał do mieszkania i krzyczy: “Psiakrew, to ten stary endek z Mińska Mazowieckiego”. A tamten pewnie wleciał do mieszkania i krzyknął: “O Matko Boska, to ten żydek z Mińska Mazowieckiego!”. (śmiech)

Newsweek: Więc zaraz po wojnie ojciec pracuje na Śląsku jako górnik.
Andrzej Morozowski: I wtedy go odnajduje kolega brata sprzed wojny o nazwisku czy pseudonimie Okręt, który był szefem archiwum Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. I proponuje mu pracę w tym archiwum. Ojciec tam pracuje do 1956 r. Opowiadał, dlaczego zrezygnował z pracy. Jest 1956 rok, wypadki w Poznaniu, i w pewnym momencie nawet takich jak on, czyli pracujących w archiwum, wsadzili w mundury polowe, dali po automacie, zawieźli na lotnisko i powiedzieli, że zaraz będą ich przerzucać do Poznania. No i mój stary stwierdził, że wtedy zwątpił we władzę ludową. Wiedział, że w tym Poznaniu są prawdziwi robotnicy, a strzelać do robotników nie chce i nie będzie. Na szczęście ich nie posłali, nie musiał strzelać do nikogo, ale wtedy wyszedł z ministerstwa, bo uznał, że władza ludowa może to zrobić raz jeszcze.

Newsweek: Sprawdzałeś ojca w IPN?
Andrzej Morozowski
: Nigdy mnie nie ciągnęło, żeby to dokładniej sprawdzić. Żeby było śmieszniej, pani Kania nie jest pierwsza, która mnie zlustrowała. Wcześniej zrobiło to “NIE” Urbana. Po programie “Teraz My” z Jaruzelskim wielu ludzi – z Jaruzelskim na czele – miało pretensje do mnie i Tomka Sekielskiego, żeśmy go za mocno boksowali. “NIE” napisało, że nie powinienem się tak boksować z generałem, bo przecież tatuś w wiadomych służbach pracował.

Newsweek: A co robił ojciec między 1956 a 1968 rokiem?
Andrzej Morozowski: Był magazynierem w zakładzie produkującym elektronikę wojskową. Maturę zrobił już po wojnie, pracując w MBP. Próbował też pracować jako ślusarz, ale mu nie wyszło. Był taki zwyczaj, że się szło po pracy na piwko, a mój ojciec miał słabą wątrobę i jakoś szybko musiał zrezygnować z tej pracy.

Newsweek: A mama co robiła?
Andrzej Morozowski:
Była nauczycielką języka polskiego. Najpierw w liceum, ale w 1968 r. ją wyrzucili za ojca. Była ideową komunistką, ale żeby było śmieszniej, pochodziła z rodziny endeckiej.

Newsweek: Miałeś dziadka endeka? Takiego prawdziwego?
Andrzej Morozowski: I to jak! Startował w Pątnowie z listy Chjeno-Piasta do Sejmu II RP.

Newsweek: Znałeś tego dziadka?
Andrzej Morozowski:
Tak. W czasie wojny trafił do Mauthausen, miał bardzo niski numer, pokazywał go, ale nie chciał opowiadać o obozie. Po wojnie miał kłopoty z powodu tego kandydowania i dziadek zażądał od mojego ojca pracującego w tym archiwum ministerstwa, żeby zlikwidował wszystkie jego wyborcze plakaty, jakie się zachowały sprzed wojny. Co – jak się domyślasz – nie było możliwe, przynajmniej nie na szczeblu mojego starego. (śmiech)

Newsweek: A jak dziadek endek na to, że córka…
Andrzej Morozowski: Strasznie źle to znosił, dopóki nie było wnuków. Jak na świecie pojawiła się siostra i ja, to się zmieniło. Wiesz, jacy są dziadkowie. Zakochują się we wnukach. Ale z ojcem nie dogadywali się najlepiej.

Newsweek: Jak myślisz, dlaczego Dorota Kania i jej podobni zakładają, że żywioł komunistyczno-żydowski jest silniejszy niż żywioł chrześcijańsko-narodowy?
Andrzej Morozowski: To jej po prostu pasuje to tezy. Życiorysy rodziców Bronisława Wildsteina są przecież podobne do życiorysów moich starych. A redaktor Wildstein – jak wiadomo – ma diametralnie różne poglądy od moich. Stąd wniosek, że rodzice mają raczej ograniczony wpływ na wybór drogi życiowej dzieci. Ale ta żydo-komunistyczno-polska mieszanka tak samo dobrze was konserwuje. Ty masz 56 lat, on skończył 60. Pozazdrościć.

Newsweek: A co z religią w szkole?
Andrzej Morozowski: Jestem ateistą, moja starsza o dwa lata siostra miała okres olbrzymiej religijności, wzięła ślub kościelny.

Newsweek: Jak wszyscy chodzili po lekcjach na religię, nie zastanawiałeś się, co z tobą jest nie tak?
Andrzej Morozowski:
Miałem takiego najbliższego przyjaciela przez całą podstawówkę, który wyemigrował do Kanady, niedawno się spotkaliśmy. Jakoś niedługo przed maturą mu się przyznałem, że jestem Żydem. Na co on szeroko otworzył oczy: “O czym ty opowiadasz?! Przecież to wszyscy wiedzą!”. To tak, jakby nagle beznogi wyznał, że jest kulawy. (śmiech)

Newsweek: I przychodzi Marzec ‘68.
Andrzej Morozowski:
I mój stary jako ten nieszczęsny magazynier zostaje oskarżony o kradzież jakiejś pompy.

Newsweek: Pompy? Nie mogli wymyślić czegoś lepszego?
Andrzej Morozowski: No, pompy… Szybko się okazało, że pompa nie zniknęła i działa, więc ojciec wyszedł. Ale matka traci pracę w liceum za męża. Zaczynają się jej kłopoty zdrowotne i straszne awantury w domu, ponieważ wszyscy znajomi pochodzenia żydowskiego wyjeżdżają z Polski. Pamiętam Dworzec Gdański, z którego odjeżdżali ci bez prawa powrotu. Mam 11 lat i pamiętam, że byłem niezwykle podekscytowany, ponieważ pierwszy raz w życiu mogę wejść do pulmana, zobaczyć go od środka. W czasach komunizmu pulman pachniał luksusem i dalekimi podróżami. Poza tym dostaję od dzieciaka znajomych klaser ze znaczkami, bo nie wolno wywozić znaczków. Jakieś zabawki po innych dzieciach, pamiętam śliczny komplet cyrkli… Więc dla mnie, jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało, to nie było jednoznacznie złe przeżycie.

Newsweek: Ale pamiętam też, że nastoletni syn przyjaciół mojego ojca jest tak rozdarty – jechać, nie jechać – że popełnia samobójstwo.Siostra mojego ojca w 1968 roku przedawkowała leki. Najprawdopodobniej popełniła samobójstwo pod wpływem tego całego syfu, który spadł na rodzinę. Miała 24 lata.
Andrzej Morozowski:
No widzisz. A więc są awantury w domu, ponieważ ojciec jednak chce wyjechać, matka nie chce. W końcu jest taki pomysł, że tata pojedzie sam, a potem nas ściągnie. Ale on się na to nie decyduje i zostaje w Polsce. Już nie jest kierownikiem magazynu, tylko zwykłym pracownikiem. I tak właściwie do emerytury. Mama natomiast przechodzi do pracy w świetlicy w podstawówce.

Newsweek: Czego dowiadujesz się o sobie w 1968 r.?
Andrzej Morozowski:
To się stało jeszcze wcześniej. Podobno każde dziecko ma taki okres, że zaczyna podejrzewać, iż jest podrzutkiem. Ja w każdym razie miałem. Wiedziałem, gdzie rodzice trzymają wszystkie ważne papiery. Jak ich nie było w domu, wlazłem na krzesło, wyjąłem tę ceratową torbę i zacząłem grzebać. I dogrzebałem się dziadka Judy i babci Maszy. Uspokoiłem się, że jestem synem swoich rodziców, ale co to za imiona? W życiu takich nie słyszałem. No i po kąpieli wieczorem mówię: “Tato, a twoja mama miała na imię Masza?”. Widzę, jak patrzy na matkę, bo on nigdy nie podejmował z nami żadnych rozmów uświadamiających ani żadnych innych, dopóki się z nią nie naradził. Widzę tę panikę w jego oczach, ale wybrnął jakoś: “Tak, ona była pochodzenia rosyjskiego”. No dobra, a twój tata był Juda? Już jest trudno, ale też tata jedzie w pochodzenie rosyjskie. Ale wtedy miałem już rosyjski w szkole, w życiu czegoś takiego nie słyszałem. No i wtedy matka zaczyna nam przy stole tłumaczyć, że ojciec jest pochodzenia żydowskiego. Straszliwy wstrząs. Bo jak się chciało koledze dopiec, mówiło się do niego “ty Żydzie” i to było normalne. “Ty Żydzie nie chcesz czegoś tam pożyczyć” albo “idziemy do tego Żyda”, bo to był prywatny sklepik… To zawsze było pejoratywne. Więc dla mnie to jest potworny szok, trauma. Jest rok 1967 i rodzice nam mówią, że mamy się z tym nie afiszować, bo atmosfera jest już mocno antysemicka. Co zresztą nas nie ochrania przed tym, że wszyscy dookoła wiedzą, a na drzwiach mieszkania nam piszą “Wyjedźcie!”. Ktoś pisze, a rano łapiemy sąsiadkę, która to ściera szmatą, bo nie chce, żebyśmy to zobaczyli i żeby było nam przykro.

Newsweek: Jak rzuciłem, że chcę z tobą porozmawiać po tym tekście Kani, to ktoś ze znajomych powiedział, że Andrzej pewnie nie będzie chciał gadać, bo dla niego to jest bolesne.
Andrzej Morozowski: Nigdy tego nie ukrywałem, poza tym miałem dosyć fałszywych sytuacji, które się bardzo często zdarzały, że jacyś ludzie zaczynali przy mnie opowiadać antysemickie dowcipy czy w ogóle nieprzyjemne rzeczy o Żydach. Doszedłem więc do wniosku, że zrobię taki ruch, żeby nikt już tego przy mnie nie robił, bo po co mam tego słuchać. I rzeczywiście to się po jakimś czasie skończyło. Zresztą w którymś momencie podchodzi do mnie nieznany mi poseł i mówi: “Ale pan jest odważny, ja też jestem pochodzenia żydowskiego, ale w życiu bym się nie przyznał, boby mnie nie wybrali”.

Newsweek: To był Antoni Macierewicz?
Andrzej Morozowski:
Nie, to jest tak nieznany człowiek, że do dzisiaj nie wiem, kto to był. A teraz wracając do tego, jaką część światopoglądu odziedziczyłem po rodzicach. Na pewno to, że jestem niewierzący. Ale – jak mawiał Tewje Mleczarz – z drugiej strony, moja matka bardzo dbała o zwyczaj chodzenia na groby, bo za komuny groby były aluzyjne przed Wielkanocą. Żeby zobaczyć, który kościół jak przywalił komunie. I tego pilnowała moja niewierząca, kiedyś komunistyczna matka z endeckiej rodziny. Ale tego pani Kania nigdy nie zrozumie. Więc pewnie jakiś tam światopogląd się wynosi, tylko że ja dostałem od moich rodziców w spadku bardzo negatywny stosunek do komuny.

Newsweek: Jak się zapatrujesz na sam termin “żydokomuna”?
Andrzej Morozowski:
To mnie tak przestało obchodzić, że przestałem zwracać na to uwagę. Nie czytam tego chłamu – Sekielski mi to przysłał, inaczej bym się nawet nie dowiedział. No oczywiście, jak już wiem, to sięgam, czytam i jestem dumny, bo w dobrym towarzystwie się znalazłem, z Tomaszem Lisem… (śmiech), którego ojciec był tak dobrze ustawiony, że aż został szefem stacji hodowli zwierząt w Zielonej Górze. To mnie najbardziej ucieszyło, bo zwierzęta, które hodował, do dzisiaj są komunistami i ich życiorysy weźmie w najbliższym czasie pod lupę “Gazeta Polska”.

Całość: http://spoleczenstwo.newsweek.pl/andrzej-morozowski--moj-ojciec-mordechaj-mozes,100797,1,1.html

31-01-2013, 10:07

Warakomska: Etos dziennikarski zanika, ale można inaczej. Trzeba mieć kręgosłup  »

Gazeta.pl
Dorota Warakomska, not. sia
31-01-2013

- Kiedyś chodziło o prestiż, a dziś liczą się tylko pieniądze. Kiedyś była misja, a dziś jest kariera i sensacja. Mówię to z dużą przykrością, bo po prostu wiem, że można inaczej. Tylko trzeba mieć kręgosłup. Młodzi ludzie świetnie potrafią pracować, ale muszą mieć wzorce i wiedzieć, jakie obowiązują zasady – pisze w komentarzu dla TOK FM Dorota Warakomska.

Co jakiś czas przez media przetacza się fala krytyki… mediów. Zapytaliśmy ekspertów, jak oceniają stan dziennikarstwa w Polsce i jak widzą media idealne. Poniżej przedstawiamy głos Doroty Warakomskiej.

Obniżenie standardów

Dorota Warakomska

Kilka wzajemnie na siebie wpływających czynników przyczynia się do tego, że kondycja polskiego dziennikarstwa nie jest najlepsza. Po pierwsze – nastąpiło powszechne obniżenie standardów. Liczy się sensacja, szybka, a niekoniecznie sprawdzona informacja. Chodzi o to, kto poda ją pierwszy, a nie o to, by przedstawić ją w rzetelny sposób.

Ten proces zaczął się rozwijać, gdy na naszym rynku umocniły się drapieżne tabloidy. Dziennikarze “Wiadomości”, które wtedy nadzorowałam, pytali, dlaczego nie możemy podać nazwiska oskarżonego, skoro brukowce już to zrobiły? A to było po prostu łamanie zasad. Gdy nastąpi to po raz pierwszy, standardy już stale będą się obniżać.

Teraz mniej dbają o standardy także telewizyjne stacje informacyjne. Priorytetem jest dla nich szybkość, a więc bywa, że emitują niesprawdzone materiały. Poza tym wpuszczają na wizję dzieciaki, świeżo upieczonych dziennikarzy, którzy nie kojarzą faktów, nie mają wiedzy historycznej. Albo też wybierają najprostsze rozwiązanie, zapraszając polityków, żeby się ze sobą pokłócili i podgrzali atmosferę.

Dziennikarzy i “dziennikarzy” jest za dużo

Kolejnym problemem jest nadprodukcja dziennikarzy. Mamy teraz dosłownie zalew młodych ludzi, którzy myślą, że są dziennikarzami, bo skończyli kierunki związane z mediami. Wiele prywatnych uczelni, tych bardzo dobrych i tych powiedzmy oględnie “takich sobie” mają wydziały dziennikarskie, na których teoretycznie przygotowują do zawodu. Tylko że ci młodzi ludzie kompletnie nic nie wiedzą o życiu i świecie! Co z tego, że zdają sobie sprawę z tego, czym się różni notatka od felietonu, jeśli nie potrafią zapełnić jej treścią?

Nie uważam, że studia dziennikarskie jako takie są bez sensu. Powinny to być jednak studia podyplomowe.

Dewaluacja zawodu

Z “nadprodukcją dziennikarzy” wiąże się dewaluacja tego zawodu. Bo dziś każdy jest dziennikarzem – począwszy od absolwentów związanych z mediami kierunków studiów, a skończywszy na blogerach.

Czytelnicy nie są w stanie odróżnić, co jest informacją, tekstem dziennikarskim spełniającym pewne standardy, a co prywatną opinią prywatnego człowieka. To wprowadza zamęt.

Google nie wie wszystkiego

Kolejna rzecz – dla większości młodych ludzi wyrocznią jest braciszek Google. A informacje w internecie nie zawsze są prawdziwe. Nie obowiązuje już żelazna reguła weryfikowania faktów w co najmniej dwóch źródłach. To, co znalezione jest w Google, traktuje się jak prawdę objawioną. Bez sprawdzenia. To też jest element obniżania standardów.

Redaktorzy nie wymagają

Brak wymagań ze strony redakcji to następny kłopot. Nawet w dużych, poważnych redakcjach przestaje się zwracać uwagę na szczegóły, a to przecież właśnie ze szczegółów składa się nasza rzeczywistość. To oczywiście wynika też z ograniczeń finansowych.

Gdy byłam początkującą reporterką, pracowałam (podobnie jak dzisiejsi młodzi dziennikarze) jak wyrobnik – na honorariach, produkując kolejne materiały na akord. Ale zdarzało się, że z jednym tekstem przychodziłam do wydawcy nawet kilkanaście razy.

Za każdym razem byłam odsyłana, bo czegoś nie sprawdziłam, albo nie byłam w stanie odpowiedzieć na jakieś pytanie. Dziś wszyscy się spieszą. Redaktorzy nie pracują z i nad młodszymi kolegami. Teksty i materiały przyjmuje się “jak leci”.

Gwiazdki mówią nam jak żyć

Odnoszę się tu do wszystkich mediów – prasy, radia, internetu i telewizji. Szczególnie tam widoczny jest jeszcze jeden problem – zachłyśnięcia się formą, a zapominanie o treści. Najważniejsze są kolorowe obrazki, pomysłowe wykresy, wirtualne wymyślne studia, podczas gdy program jest miałki. Nawet najpoważniejsi, wydawać by się mogło, dziennikarze zapraszają do studia gwiazdki show-biznesu, które mówią, jak żyć, jakie są recepty dla Polski. To zakrawa na absurd.

Zwłaszcza od telewizji publicznej wymagałabym prezentowania poglądów autorytetów moralnych, etycznych – ludzi, którzy naprawdę mają coś do powiedzenia.

Znika etos dziennikarski

Z tym wszystkim związany jest zanik etosu dziennikarskiego. Kiedyś chodziło o prestiż, a dziś liczą się tylko pieniądze. Kiedyś była misja, a dziś jest kariera i sensacja. Mówię to z dużą przykrością, bo po prostu wiem, że można inaczej. Tylko trzeba mieć kręgosłup. Młodzi ludzie świetnie potrafią pracować, ale muszą mieć wzorce i wiedzieć, jakie obowiązują zasady.

“Da się”

Jak powinno być? Podam przykład ze Stanów Zjednoczonych, gdzie telewizja jest wszechpotężna. Niewiele osób wie, publiczna stacja telewizyjna PBS (Public Broadcasting Service) powstała dopiero w 1970 roku. To nie jest telewizja jak nasza wielka TVP. To sieć niedużych, głównie uniwersyteckich stacji, które połączone tworzą organizację non profit. Nie emitowane są tam żadne reklamy poza kampaniami społecznymi. Są za to świetne informacje, poważne programy kulturalne i edukacyjne. I to wszystko finansowane jest z dobrowolnych datków widzów.

Drugi przykład to C-SPAN (Cable-Satellite Public Affairs Network), prywatna sieć założona przez różne telewizje kablowe i satelitarne w 1979 roku. Powstała, żeby nadawać transmisje z obrad Izby Reprezentantów i Senatu. Tam w ogóle nie pracują dziennikarze. Stacja pokazuje materiały pozbawione komentarza.

C-SPAN utrzymuje się z kilkucentowych opłat stacji członkowskich. W tej chwili istnieją trzy kanały, które docierają do 100 mln gospodarstw domowych. Ludzie chcą to oglądać: obrady, przemówienia, konferencje, dyskusje, wykłady – wszystko bez cięć i komentarza.

Ale także wielki stacje, które zarabiają na reklamach, takie jak ABC, NBC czy CBS pokazują, że można robić dobre programy informacyjne. Wystarczy starannie rozdzielić to, co lokalne od tego, co ogólne, informacje od komentarza, a także być rzetelnym – wszystko sprawdzać w co najmniej dwóch źródłach. Stare dobre zasady.

Zadaniem dziennikarzy jest otwieranie oczu

To nie jest przypadek, że takie telewizje jak C-SPAN i PBS rozwijają się właśnie w Stanach, ojczyźnie komercji. Sukces tych stacji pokazuje, że widzowie potrzebują czegoś innego.

Czy to dziennikarze gonią za sensacją, czy domagają się jej widzowie? Ludzie chętniej sięgają w kiosku po gazety, które mają na okładce szokujące doniesienia – to oczywiste, taka jest nasza natura. Gdyby jednak dziennikarze o sensacjach nie mówili, to odbiorcy by o nich nie czytali.

Zadaniem dziennikarzy jest też edukować ludzi, a nie tylko dostarczać im rozrywki. Pokazywać im alternatywę, że można inaczej. Przemycać w tekstach głębsze treści, cytować mądre osoby, prezentować inne wzorce, poruszać tematy, które są nie tylko ciekawe, ale też umacniają pewne wartości. Po prostu otwierają oczy.

Dorota Warakomska przez ponad 20 lat była związana z TVP. Była reporterką, prezenterką, korespondentką w Stanach Zjednoczonych, zastępcą dyrektora TVP 1. Od 2011 jest rzeczniczką prasową Kongresu Kobiet.

Całość: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114963,13260722,Warakomska__Etos_dziennikarski_zanika__ale_mozna_inaczej_.html

31-01-2013, 09:10

Jubileuszowy konkurs Śląska Fotografia Prasowa  »

Polskie Radio Katowice
31-01-2013

"Śląska Fotografia Prasowa"

Biblioteka Śląska i Syndykat Dziennikarzy Województwa Morawsko-Śląskiego i Ołomunieckiego organizują dziesiąty konkurs Śląska Fotografia Prasowa.

Mogą w nim wziąć udział profesjonalni fotograficy, “wolni strzelcy” i amatorzy współpracujący ze śląskimi gazetami i portalami internetowymi zamieszkali na Śląsku, w województwie śląskim, dolnośląskim, opolskim oraz w województwie morawsko-śląskim w Republice Czeskiej. W konkursie oceniane będą zarówno prace publikowane, jak i niepublikowane, wykonane od 1 stycznia do 31 grudnia 2012 roku. Termin składania prac upływa 4 lutego.

Więcej szczegółów na temat konkursu znaleźć można na stronie Biblioteki Śląskiej www.bs.katowice.pl

Całość: http://www.radio.katowice.pl/index.php?id=117&tx_ttnews[tt_news]=31749&tx_ttnews[backPid]=13&cHash=d8fa482f44

30-01-2013, 12:35

Duże zainteresowanie konkursem o Polsko-Niemiecką Nagrodę Dziennikarską 2013: 183 zgłoszone prace  »

Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej
Barbara Owsiak
30-01-2013

Polsko-Niemiecka Nagroda Dziennikarska 2013

(Warszawa/Drezno, 30 stycznia br.) XVI edycja konkursu o Polsko-Niemiecką Nagrodę Dziennikarską spotkała się z dużym zainteresowaniem mediów w obu krajach. Do biur w Dreźnie i Warszawie nadesłano 183 prace. Redakcje i dziennikarze z Niemiec zgłosili 101 materiałów, w Polsce wpłynęły 82 zgłoszenia.

W najbliższych tygodniach polskie i niemieckie jury wybierze do finału konkursu po trzy prace w każdej kategorii, a następnie spośród 18 finalistów – zwycięzców tegorocznej edycji. Ogłoszenie nazwisk laureatów konkursu nastąpi 7 czerwca 2013 r. podczas uroczystej gali w Operze Wrocławskiej.Polsko-Niemiecka Nagroda Dziennikarska przyznawana jest w kategoriach: prasa, radio, telewizja. Wysokość nagrody w każdej kategorii wynosi 5 000 euro.

Fundatorami Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej są Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej, Fundacja Roberta Boscha i sześć regionów partnerskich – województwa zachodniopomorskie, lubuskie, dolnośląskie oraz niemieckie kraje związkowe: Brandenburgia, Meklemburgia-Pomorze Przednie i Wolne Państwo Saksonia. Gospodarzem tegorocznej edycji jest województwo dolnośląskie. Marszałek Województwa, Rafał Jurkowlaniec, ufundował z tej okazji nagrodę specjalną. Wyróżnienie trafi do dziennikarza reprezentującego redakcję z Dolnego Śląska, który na co dzień porusza tematy polsko-niemieckie. Wysokość tej nagrody to również 5 000 euro.

Więcej informacji na stronach: www.dnimediow.org i www.polsk0-niemiecka-nagroda-dziennikarska.pl

Kontakt:
Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej
Barbara Owsiak
ul. Zielna 37, 00-108 Warszawa
tel.: + 48 22 338 67 54 I faks: + 48 22 338 62 01
e-mail: barbara.owsiak@fwpn.org.pl

Całość: www.polsko-niemiecka-nagroda-dziennikarska.pl

30-01-2013, 11:06

Skworz o mediach: Lisowi brakuje 50 cm, żeby chwycić za gardło ministra? Nie lubię  »

TokFM.pl
Andrzej Skworz
30-01-2013

- Czy znacie drugi zawód, który stale spiera się o swoje standardy, analizuje własne wpadki i jeszcze się z nimi obnosi? Permanentnie krytykują sami siebie i to właśnie stanowi o sile tego zawodu, która pozwala się dziennikarstwu odradzać – pisze dla TOK FM Andrzej Skworz, redaktor naczelny “Press”. I krytykuje: Lisa, Olejnik, Wojciechowską, Skowrońskiego…

Andrzej Skworz

Krytykowanie mediów to zajęcie łatwe i przyjemne. Wiem to dobrze, bo od 17 lat z tego żyję. Dlatego nie zaskakuje mnie, gdy Mariusz Max Kolonko (kiedyś w TVP) i Grzegorz Miecugow (kiedyś w “Big Brother”), którzy niegdyś sami do obniżenia poziomu polskiego dziennikarstwa przyłożyli rękę, dziś szukają winnych tego upadku – a to w samych mediach, a to w ich odbiorcach.

Są sytuacje, których pojąć nie mogę…

Lecz są sytuacje, których nawet ja nie mogę pojąć.

Patrzę, jak Tomasz Lis zsuwa się już prawie z fotela, do chwycenia za gardło ministra transportu brakuje mu tylko 50 centymetrów. Nie daje gościowi dojść do głosu, pokrzykuje, bo ten nie mówi o fotoradarach tego, co dziennikarz chciałby usłyszeć. Usłyszeć? Lis nie po to zapraszał ministra, by go słuchać, tylko by wykładać, co on sam o fotoradarach sądzi. Nie lubię.

Nowa kampania reklamowa z udziałem Martyny Wojciechowskiej. Kolejny dziennikarz zamienia w reklamie wiarygodność na brzęczącą walutę. Nie lubię.

Krzysztof Skowroński jako prezes SDP prowadzi konferencję partii politycznej, bo – jak wyjaśnia – jest gospodarzem budynku, w którym polityczna popisówka się odbywa. Nie lubię.

Pierwsza strona pisma dla kobiet, a na niej Monika Olejnik, w środku zaś fotograficzna sesja modowa z jej udziałem. I nie wiem, czy jest celebrytką, czy dziennikarką, bo tematyka rozmowy odległa od jej zawodu, jak ziemia od słońca. Nie lubię.

Złote czasy dziennikarstwa to mit

Jak podaje CBOS (grudzień 2012 r.), społeczne zaufanie do dziennikarzy wciąż spada. Z trudem pracowaliśmy na swój zły wizerunek. A ponieważ w dodatku przyszedł kryzys finansowy, nie ma tygodnia, bym nie rozmawiał z kimś, kto dziennikarstwo porzuca bądź kogo ono samo wypluło. Idą do PR lub reklamy, zostają tłumaczami, kierowcami, jeden pilotem liniowym, inny trenerem pilates. I wszyscy deklarują, że takiego dziennikarstwa jak teraz to oni już nie mogliby uprawiać. Że dawniej było lepiej.

Kiedy? – pytam. W komunizmie, pod butem cenzury? Czy może we wczesnych latach 90., gdy popełnialiśmy wszystkie możliwe zawodowe błędy? A może przed aferą Rywina, gdy byliśmy szatańsko jednomyślni lub zaraz po niej, gdy tak się podzieliliśmy, że dziś nawet na jednym Balu Dziennikarza wspólnie napić się już nie sposób?

Złote czasy dziennikarstwa to mit. Legendarny Ed “Good Night, and Good Luck” Murrow wcale się nie cieszył, przechodząc w latach 50. minionego wieku z radia do telewizji – bo jego zdaniem najlepsze w mediach już było. Autorzy jego biografii twierdzą z kolei, że gwoździem do trumny dobrego dziennikarstwa stała się w USA telewizja CNN. Ta sama, która dla ludzi mojego pokolenia była przykładem znakomitego dziennikarstwa.

Zresztą dlaczego nie sięgnąć do Rzymian z początku wieków. Podobno jedną z sentencji łacińskich przetłumaczyć można jako: “Dziennikarze nieprzekupni kosztują, lecz kosztują więcej”.

Dziennikarze permanentnie krytykują sami siebie. I to jest siła

Dziennikarze permanentnie krytykują sami siebie, zawsze są z siebie niezadowoleni. I to właśnie stanowi o sile tego zawodu, która pozwala się dziennikarstwu odradzać.

Czy znacie drugi zawód, który stale spiera się o swoje standardy, analizuje własne wpadki i jeszcze się z nimi obnosi? Czy lekarze, prawnicy, prokuratorzy, aktorzy albo naukowcy co dzień publicznie oceniają kolegów? W wielu profesjach poziom jest beznadziejny, lecz znakomita większość profesji o tym milczy. Dziennikarze wywlekają swoje brudy na światło dzienne, stąd publiczne przekonanie, że z ich kondycją jest najgorzej.

Zresztą, nawet jeśli marzenie reżysera Brauna spełniłoby się w dwójnasób i wybito by nie tylko dziennikarzy TVN i “Gazety Wyborczej”, ale wszystkich pozostałych, to zaraz ktoś i tak zajmie ich miejsce. Zacznie weryfikować, czy ci, którzy publicznie głoszą cnotę, naprawdę ją pielęgnują.

Dlatego końca dziennikarstwa nie będzie. Najwyżej zmienią się nośniki.

W zawodzie jest wielu dobrych. Nawet jeśli nie ma ich w TV

Nie umiem wskazać idealnej redakcji, ale wiem, że media przyszłości będą robić tacy ludzie jak ci, których autorzy “Rankingu” w “Press” wskazują co miesiąc jako najlepszych.

Pasjonaci, wciąż ciekawi świata – jak Jacek Balkan i Sławek Paruszewski z Tok FM czy Adam Wajrak z “Gazety Wyborczej”.

Bezkompromisowi, walczący ze złem wokół siebie – jak Jerzy Jurecki z “Tygodnika Podhalańskiego” czy Janusz Ansion z “Kuriera Słupeckiego”. Erudyci, wciąż pogłębiający wiedzę - jak Wawrzyniec Smoczyński z “Polityki” czy Ewa Siedlecka z “Gazety Wyborczej”.

Prawdziwi śledczy – jak Tomasz Patora z TVN czy Michał Majewski i Paweł Reszka z “Wprost”.

Znawcy świata – jak Grzegorz Dobiecki z Polsatu News czy Maciej Wierzyński z TVN 24.

Prawdziwi słuchacze – jak Grzegorz Chlasta z Tok FM czy Dariusz Bugalski z Trójki.

Kpiarze z dystansem do siebie i ludzi - jak Robert Mazurek z “W Sieci” czy Marek Raczkowski z “Przekroju”.

Mógłbym tak jeszcze wymieniać, bo dobrych w naszym zawodzie są setki. Nawet jeśli nie widzicie ich w telewizji.

Z mediów trzeba umieć skorzystać

Bo nie jest prawdą, że media ogłupiają. Ale trzeba umieć z nich korzystać. Jeśli Twoim głównym medium są plotki i pudelki, nie licz, że poznasz tam nazwisko premiera Izraela.

Media są dla wybranych. Dokładniej: dla tych, którzy je wybierają. A każdy wybór przynosi skutki. To, na co patrzysz, czego słuchasz, co czytasz, buduje Ciebie, Twój intelekt i serce. Nie można zażerać się fast foodami i liczyć na dobre zdrowie. Dietę medialną też trzeba sobie skomponować.

Andrzej Skworz jest założycielem i redaktorem naczelnym branżowego miesięcznika “Press”.

Całość: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,13259300,Skworz_o_mediach__Lisowi_brakuje_50_cm__zeby_chwycic.html

29-01-2013, 15:06

TVP pokaże dwa filmy o katastrofie smoleńskiej  »

TokFM.pl
apa
29-01-2013

Telewizja Polska planuje pokazać dwa dokumenty o katastrofie smoleńskiej – informuje Presserwis. Jednym z nich będzie “Anatomia upadku” Anity Gargas, drugim – “Śmierć prezydenta”, film wyemitowany w ostatnią niedzielę przez kanał National Geographic.

- Od paru tygodni prowadzimy rozmowy z producentem filmu “Śmierć prezydenta”. Sytuacja z drugim dokumentem jest jasna, ale jeszcze za wcześnie na podawanie daty emisji – mówi w rozmowie z Presserwis rzeczniczka prasowa TVP Joanna Stempień-Rogalińska.

Niech widzowie wyrobią sobie własną opinię

O emisję w TVP “Anatomii upadku” producenci filmu zabiegają od pewnego czasu. O pokazanie go w telewizji apelowało też Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Wygląda na to, że się udało.

- Katastrofa smoleńska budzi zainteresowanie społeczne i jest przedmiotem gorącej debaty w przestrzeni publicznej. Trudno, żeby nadawca publiczny udawał, że nie ma tematu – wyjaśnia rzecznika TVP. – Zamierzamy zaprezentować oba filmy, żeby przedstawić różne punkty widzenia na sprawę i dać widzom możliwość wyrobienia sobie własnej opinii – dodaje.

“A jeśli ktoś nakręci dokument, że Ziemia jest płaska…”

Odmiennego zdania jest medioznawca Maciej Mrozowski. – Jeśli dokument jest nierzetelny, nie należy go emitować, niezależnie od czyichkolwiek żądań – mówi. – Nie można emitować wszystkiego jak leci. Telewizja publiczna powinna trzymać się pewnych standardów. Inaczej puszczałaby też filmy dowodzące, że Ziemia jest płaska, bo i taki dokument można nakręcić – uważa.

Całość: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103087,13312990,TVP_pokaze_dwa_filmy_o_katastrofie_smolenskiej.html