Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

14-02-2013, 12:16

Mariusz Szczygieł: Nie róbmy z internautów Boga dziennikarzy obywatelskich  »

Wiadomości24.pl
Katarzyna Olczak
14-02-2013

O młodych zdolnych, którzy marzą, aby zawodowo zająć się reportażem. O tym, jak pisać i kogo warto podpatrywać. I wreszcie o korzyściach, jakie może przynieść publikowanie tekstów w serwisach dziennikarstwa obywatelskiego. Młodym reporterom W24 rad udzielił Mariusz Szczygieł.

Katarzyna Olczak: W głowie młodego człowieka kiełkują myśli, żeby spróbować swoich sił, powołać do życia nową, własną formę. Pragnie zostać reporterem. Znajduje temat, tworzy tekst. Wysyła go do jakiegoś serwisu dziennikarstwa obywatelskiego, publikuje – i koniec. Ktoś skomentuje, ktoś poleci na Facebooku. Trochę wysiłku i człowiek już może uważać się za reportera. No właśnie – może?

Mariusz Szczygieł: W redakcji medium nieobywatelskiego jest identycznie. Jeśli pisze się reportaż i ma się stałe zlecenie redakcji, jest się reporterem. A czy dobrym, czy profesjonalnym, to okaże się po czasie. Zweryfikują to czytelnicy, redakcja i bohaterowie (jeśli nie będą przysyłać sprostowań).

Nie zawsze jest ktoś, kto obiektywnie oceni wartość tego materiału. Kto wskaże błędy, powie, co wykreślić, co wyrzucić. Co się do niczego nie nadaje. Nie ma nikogo, kto nauczy oszczędności stylu. Kto wytłumaczy, jak prowadzić narrację, aby tonować emocje. Kto zwróci uwagę na rolę szczegółu. Nie ma mistrza, od którego można się uczyć, jak więc tu mówić o rozwoju?

Mariusz Szczygieł

Utalentowany młody autor sam umie podejrzeć jak piszą inni. Ja zawsze czytałem cudze reportaże aktywnie. To znaczy podpatrywałem, czym ten wybitny autor zaczyna tekst, czym kończy. Jak charakteryzuje swoich bohaterów. Jak opisuje wydarzenia i zachowania. Czy pisze “był zdenerwowany” czy “walił pięścią w stół”. Czy pisze “pojazd uderzył w drzewo”, czy “Toyota roztrzaskała się o dąb”. Wreszcie, czy wybitny autor ocenia bohaterów, czy komentuje ich zachowanie. Czy ich rozumie, czy raczej jest wobec nich złośliwy. Czy zaskakuje mnie po każdym akapicie, czy jest nudziarzem. I tak dalej. Każdy zdolny umie to wyczytać z cudzych dobrych tekstów. A jak nie umie, to może akurat nie ma talentu do reportażu. Ja zacząłem pisać sam. Pracowałem już pięć lat jako reporter, nim spotkałem Hannę Krall, a potem Małgorzatę Szejnert.

Kiedyś ktoś, kto miał smykałkę do klejenia słów, talent i trochę szczęścia, mógł trafić pod skrzydła mistrza i pobierać najcenniejsze lekcje pisania. Teraz młodzi nie mają takiej możliwości. Kapuścińskiego nie ma, Krall zamknęła się w swoim domku nad Narwią i pisze książki, Szejnert się wycofała i również tworzy. Od kogo mają uczyć się młodzi?

Wymieniła Pani autorki, które należą do starszego pokolenia i nie pracują w redakcjach.

Tak, nazwiska z najwyższej półki.

Niech młodzi spróbują pisać do gazet profesjonalnych. Przecież tam są reporterzy, którzy mają doświadczenie. Ale podpowiem też inny myk. Żeby nie wysyłać tekstów do Szczygła, ponieważ nie konsultuję tekstów. Jestem na urlopie bezpłatnym z redakcji, gdzie ostatnich osiem lat zajmowałem się redagowaniem cudzych tekstów. Każdego dnia dostawałem wiele tekstów z redakcji, ale jeszcze więcej spoza, po kilka na prywatny adres mailowy. Niestety, nie mogę większości dnia czytać tekstów młodych, bo muszę zarabiać na życie i samemu pisać. Wracając do myku. Niech sobie młody autor znajdzie ulubionego starszego autora, poza Szczygłem i Tochmanem, w jakiejś gazecie lokalnej nawet i poprosi go o konsultację. Jestem przekonany, że wielu dziennikarzy będzie uszczęśliwionych, bo taka prośba to komplement dla ich pracy.

Najlepsi reporterzy z tzw. “szkoły GW” nie pomagają. Podróżują. Tochman jeszcze niedawno siedział na Filipinach, Hugo-Bader w Rosji, Smoleński w Izraelu itd. Pan pisze o Czechach. Każdy wybrał sobie kawałek świata, wziął tę cząstkę pod lupę i zamknął się w swoim mikroświecie. A co z Polską? Kto pokaże młodym, że warto o niej pisać?

Większość ich uczy w naszej Polskiej Szkole Reportażu, którą powołała Fundacja Instytut Reportażu. Skończyło ją już ok. 60 dziennikarzy. Z tego co najmniej 20 pisze regularnie reportaże o Polsce do “Gazety Wyborczej”. O Polsce piszą też: Katarzyna Surmiak-Domańska, Małgorzata Kolińska, Marcin Kącki, Lidia Ostałowska, Paweł P. Reszka, Tomasz Kwaśniewski, Wojciech Staszewski – wszyscy z “Gazety Wyborczej”, a także: Barbara Pietkiewicz, Ewa Winnicka, Edyta Gietka, Marcin Kołodziejczyk - ci z “Polityki”. Kącki, Kołodziejczyk, Surmiak – wydali niedawno lub wydadzą za chwilę książki o Polsce.

Wróćmy jednak do tematu. Po opublikowaniu jednego materiału w internecie, reporter obywatelski nabiera apetytu i tworzy kolejne. Niekoniecznie dobre. Czy ta łatwość publikacji i brak kontroli mogą stanowić zagrożenie dla reportażu jako gatunku? Zdewaluować go?

Nie, nie mogą. Mogą być zagrożeniem dla tego autora, ale nie dla gatunku. Disco polo nie zdewaluowało piosenki aktorskiej i poezji śpiewanej. Muzyka ludowa nie zdewaluowała opery. A zapewniam Panią, że i w disco polo znajdzie się talent z operowym głosem, a wśród wykonawców ludowych znajdzie się skrzypek na miarę filharmonii.

To może przeciwnie: młodzi, zdolni, którzy publikują w internecie, mogą wyprzeć zawodowców. Mają pasję, chcą, żeby ich zauważono. Czuje Pan oddech konkurencji na plecach?

Nie, nie czuję żadnej konkurencji, bo ja się z nikim nie ścigam. Ale i tak wiem, że jeśli chodzi o zabawy z formą, eksperymentowanie z tekstem, pomysły formalne, którymi zarzucam samego siebie, ale i koleżanki, i kolegów, jestem najbardziej w Polsce do przodu. Bardziej niż autorzy ode mnie o dwadzieścia lat młodsi.

Aby odnieść sukces, trzeba znaleźć sobie niszę. Takie wnioski można wyciągnąć, patrząc na Pana i na innym reporterów ze “szkoły GW”.

Nisza tematyczna pomaga w tym, żeby autor był zauważony przez wielbicieli danego regionu świata. Ale, aby odnieść sukces w dziedzinie reportażu, trzeba wiedzieć jak zajmować czytelnikowi czas. A jak powiedziała jedna prosta kobieta, którą cytuję od dwudziestu lat: Pisanie – to nie takie proste ludziom czas zajmować.

Co zatem trzeba mieć, aby zostać reporterem?

Talent do zauważania tego, czego nie widzą inni. Talent do rozmowy z ludźmi (nie mylić z umiejętnością przeprowadzania wywiadów). Talent do pisania. No a przede wszystkim trzeba mieć determinację i chęć, bo na zarobek  nie ma co liczyć. Przetrwają tylko ci, którzy mają potrzebę opisywania i rozumienia świata, ale nie łączą jej z potrzebą zarabiania kokosów.

Nasi młodzi zdolni, o których rozmawiamy, piszący do danego serwisu, mogą otrzymać legitymację prasową. Ktoś, kto ma legitymację, ma łatwiej niż ten, który jej nie ma? Stworzy lepszy tekst, dotrze głębiej?

Nigdy jako reporter nie użyłem legitymacji prasowej. O, przepraszam, w sądach żądają, przy dostępie do akt. Ale nie ma ona nic wspólnego z jakością tekstu.

Sądzę, że w pisaniu ważna jest systematyczność. Nie wolno rezygnować z powodu czystej kartki, trzeba wpaść w rytm. Rozpisać się. Serwisy dziennikarstwa obywatelskiego mogą w tym pomóc?

Publikowanie w tych serwisach może stanowić rozgrzewkę do nauczenia się przyjmowania ciosów od czytelników. Ja uwielbiam kontakt z czytelnikami, często jak mój tekst ukazywał się nie tylko w “Gazecie Wyborczej”, ale i na gazeta.pl, to wchodziłem w kontakt z czytelnikami i odpowiadałem na ich posty pod tekstem. Bardzo to lubię.

Publikowanie materiałów może stanowić rozgrzewkę przed pracą w zawodzie? Czy to jest tak, jak mówią instruktorzy prawa jazdy: ciężko wyplenić złe nawyki z osób, które próbowały uczyć się prowadzenia pojazdów na własną rękę. Jak to wygląda z punktu widzenia zawodowca?

Osąd internautów czasem może być pomocny i mądry, ale przestrzegałbym przed bezkrytycznym przyjmowaniem jakichś uwag warsztatowych. Uwagi warsztatowe mogą robić zawodowcy. Czy internauci mogą dawać uwagi warsztatowe piosenkarce czy aktorowi? Dlaczego mieliby dawać dziennikarzowi? Często czytelnik nie ma nawet pojęcia, jakiego gatunku tekst czyta. O mojej książce “Gottland” czytam na przykład, że to zbiór felietonów albo wywiadów, a to jest zbiór reportaży, zaś o mojej książce “Laska nebeska”, która jest zbiorem felietonów, czytam, że to zbiór reportaży. Gdzieś przeczytałem w internecie, że Szczygieł robi ciekawe wywiady, a przecież ja w ogóle nie przeprowadzam i nie drukuję wywiadów. Więc często odbiorcom się myli wszystko ze wszystkim. I to nie jest problem, ma prawo im się mylić. Tylko nie róbmy z internautów Boga dziennikarzy obywatelskich.

Czy reportaż prasowy w ogóle jeszcze istnieje? Teksty, które oferują czytelnikom znane nazwiska, to literackie hybrydy, korzystające z osiągnięć prozy. To literatura. A może nie?

Oczywiście, że istnieje, patrz wyżej wymienione nazwiska. Katarzyna Surmiak-Domańska nie pisze prozy, ale najlepszej jakości reportaż. Tak samo Ewa Winnicka w swojej rewelacyjnej książce “Londyńczycy” uprawia reportaż taki, jaki przez dziesięciolecia ukazywał się w polskiej prasie: na najwyższym poziomie reportaż literacki. Łączymy fakty i piękno. I każda mądra redakcja chce coś takiego drukować.

Całość: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/mariusz_szczygiel_nie_robmy_z_internautow_boga_dziennikarzy_obywatelskich_260495.html

14-02-2013, 11:12

PRESS EFS czyli mieszkańcy Śląskiego o Europejskim Funduszu Społecznym  »

http://efs.slaskie.pl/
14-02-2013

Rusza Konkurs dziennikarski

PRESS EFS

Już wkrótce dowiemy się jak Europejski Fundusz Społeczny zmienia życie mieszkańców naszego regionu. 14 lutego 2013 r. rusza  Konkurs Dziennikarski PRESS EFS, którego uczestnicy za pomocą pióra opowiedzą historie osób realizujących i biorących udział w projektach dofinansowanych ze środków unijnych.

Konkurs skierowany jest do wszystkich mieszkańców województwa śląskiego w tym również beneficjentów projektów, którzy otrzymali w latach 2008-2012 dofinansowanie z Europejskiego Funduszu Społecznego.

Startować mogą zarówno profesjonaliści, jak i dziennikarze-amatorzy w dwóch kategoriach wiekowych: młodzież (od 14 do 18 roku życia) i dorośli (powyżej 18 roku życia). Ich zadaniem będzie opisanie w formie artykułu prasowego lub publikacji internetowej historii uczestników projektów realizowanych w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Do konkursu mogą być zgłoszone prace, które nie zostały wcześniej sfinansowane ze środków EFS.

Aby wziąć udział w konkursie należy dostarczyć osobiście do Kancelarii Ogólnej Urzędu Marszałkowskiego lub przesłać pocztą formularz zgłoszeniowy wraz z artykułem prasowym lub publikacją internetową na adres:

Wydział Europejskiego Funduszu Społecznego
Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego
ul. Ligonia 46, 40-037 Katowice
z dopiskiem:
“PRESS EFS – Konkurs Dziennikarski”

lub wersje elektroniczne wymienionych dokumentów na adres e-mail: mblaszczyk@slaskie.pl

Termin nadsyłania zgłoszeń upływa 24 maja 2013 r.

Jury będzie zwracać uwagę na zgodność pracy z celem i tematyką konkursu, jakość merytoryczną, zawartość treści edukacyjnych i informacyjnych oraz nowatorskie i twórcze ujęcie tematu.

Finał Konkursu oraz uroczyste wręczenie nagród nastąpi w Katowicach w dniu 14 czerwca 2013 r.

Fundatorem nagrody głównej -  wizyty studyjnej w Brukseli dla laureatów I miejsca w obydwu kategoriach wiekowych jest Poseł do Parlamentu Europejskiego – dr Jan Olbrycht. Objął on również patronat honorowy nad wydarzeniem. Na pozostałych finalistów czekają publikacje i emisje prac w lokalnych mediach oraz nagrody rzeczowe.

Wydarzenie ma na celu promocję dobrych praktyk Europejskiego Funduszu Społecznego w województwie śląskim. Prace mają inspirować czytelników do działania, realizacji swoich planów oraz wskazywać różne możliwości wykorzystywania funduszy europejskich.

Organizatorem wydarzenia jest Wydział Europejskiego Funduszu Społecznego Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego we współpracy z Regionalnymi Ośrodkami Europejskiego Funduszu Społecznego w Bielsku-Białej, Częstochowie, Katowicach i Rybniku.

Patronat nad PRESS EFS objęła Gazeta Wyborcza.

Konkurs współfinansowany jest ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego.

Szczegółowe informacje dot. PRESS EFS można uzyskać pod nr tel. 327 74 04 31.

Regulamin Press EFS

Formularz zgłoszeniowy Press EFS

Całość: http://efs.slaskie.pl/?grupa=2&art1=1360850863

14-02-2013, 08:14

Nadawca Telewizji Republika złożył wniosek o koncesję  »

Press
(KOZ)
14-02-2013

Telewizja Niezależna SA z opóźnieniem wystąpiła o koncesję satelitarną na nadawanie Telewizji Republika tworzonej przez prawicowych dziennikarzy.

Wniosek w sprawie Republiki do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji trafił wczoraj. Wcześniej nadawca deklarował jego złożenie na początku stycznia br. Piotr Barełkowski, prezes Telewizji Niezależnej, wyjaśniał, że opóźnienie jest spowodowane uzupełnieniem jednego z załączników technicznych.

Według zapowiedzi twórców stacji, Telewizja Republika rozpocznie nadawanie w kwietniu br.

Całość: http://www.press.pl/newsy/telewizja/pokaz/40961,Nadawca-Telewizji-Republika-zlozyl-wniosek-o-koncesje

13-02-2013, 21:06

“Tygodnik Podhalański” Gazetą Lokalną Roku w konkursie Local Press 2012  »

Press
MW
13-02-2013

Stowarzyszenie Gazet Lokalnych

“TygodnikPodhalański” (Zakopiańskie Towarzystwo Gospodarcze) zdobył tytuł Gazety Lokalnej Roku w dorocznym konkursie Stowarzyszenia Gazet Lokalnych Local Press 2012. Zdaniem jury “TP” opublikował w ubiegłym roku najlepsze teksty, zdjęcia i materiały filmowe.W piątej edycji Local Press wzięło udział 40 lokalnych tytułów prasowych. Tytułem Gazety Roku uhonorowano “Tygodnik Podhalański”.

W konkursie Local Press przyznano 10 nagród po 5 tys. każda. Jerzy Jurecki, współzałożyciel, wydawca i dziennikarz “TP” zwyciężył w kategorii Dziennikarstwo śledcze i interwencyjne za tekst “Daliśmy łapówkę na Hołdymasie”. Przebrany za Chewbaccę, postać z filmu “Gwiezdne Wojny”, Jurecki ujawnił, że szef gminnej placówki kultury w Czarnym Dunajcu pobierał na dożynkach haracz od handlarzy. 

Nagroda w kategorii Ekonomia przypadła Tadeuszowi Jachnickiemu z “Przełomu. Tygodnika Ziemi Chrzanowskiej” za cykl artykułów o problemach chrzanowskiej fabryki Fablok. 

Dziennikarz tego samego tygodnika Maciej Kozicki został nagrodzony w kategorii Edukacja za cykl tekstów o lokalnym przedszkolu, w którym dzieci muszą wybierać między śniadaniem, a obiadem, bo drugiego posiłku nie można dokupić. 

Najlepszy tekst z kategorii Rolnictwo, wieś i ekologia napisała Sylwia Wysocka z tygodnika “Pałuki”. Dziennikarka w cyklu tekstów opisała w jaki sposób firma skupująca bydło oszukuje rolników zaniżając wagę zwierząt. 

W kategorii Zdrowie zwyciężył Roman Wolek z tygodnika “Pałuki i Ziemia Mogileńska”, za teksty “Sprzedaje eliksir na raka i chce dostać nagrodę Nobla” oraz “Oszukiwanie chorych” o “cudotwórcy”, który w majestacie prawa wyłudzał pieniądze od chorych na raka oferując im jako lekarstwo rozcieńczony sok. 

Małgorzata Lichecka z “Nowin Gliwickich” została nagrodzona w kategorii Publicystyka historyczna za tekst “Nu Poldziu, ty fest pomagier”. Autorka przypomniała historię kanalarza, bohatera filmu “W ciemności” Agnieszki Holland, który podczas wojny pomagał Żydom ukrytym we lwowskich kanałach, a po wojnie zamieszkał w Gliwicach. 

W kategorii Społeczeństwo najlepsza okazała się Beata Zalot, redaktor naczelna “Tygodnika Podhalańskiego”. Zdobyła nagrodę za tekst “Eurosieroty” o dzieciach porzucanych przez rodziców emigrujących za granicę. Jury uznało też, że fotoreporter tego tygodnika Bartłomiej Jurecki zrobił najlepsze zdjęcie roku (przedstawia kibiców jadących dorożką na zawody w skokach narciarskich). Nagrodzone zostało też Zakopiańskie Towarzystwo Gospodarcze, wydawca “TP” za najlepszy filmowy materiał dziennikarski. 

Wśród wyróżnionych znalazły się również teksty Renaty Botor, Zdzisława Barszewicza, Jarosława Jędrysika “Dymy nad Tychami” z Górnośląskiego Tygodnika Regionalne Echo z kategorii Rolnictwo, wieś i ekologia oraz “Dorobek życia do rozbiórki” i ”Samowolka uchylona”  Jarosława Jędrysika   z kategorii Społeczeństwo także z tego tygodnia.

Za najlepszą stronę internetową jury uznało Przelom.pl, witrynę “Przełom Tygodnika Ziemi Chrzanowskiej”.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/40957,Tygodnik-Podhalanski-Gazeta-Lokalna-Roku-w-konkursie-Local-Press-2012

13-02-2013, 20:04

Z pasji do radia. W Światowy Dzień Radia podglądamy radiowców w pracy  »

Telewizja Silesia
Adam Szaja
13-02-2013

Są codziennie w naszych kuchniach, samochodach, czy miejscu pracy. I mimo że często nie wiemy jak wyglądają, to głos rozpoznajemy bez problemu. Dziś nasi koledzy i koleżanki z rozgłośni radiowych obchodzą swoje święto. Światowy Dzień Radia to dobry czas, by przyjrzeć się ich pracy i zobaczyć, jak wygląda radiowe dziennikarstwo w mniejszych i większych rozgłośniach radiowych. Różni je wiele, ale łączy jedno: pasja do radia.

W studenckim Radiu Egida, kariery dopiero się budzą. Obecnie z rozgłośnią współpracuje ponad osiemdziesiąt osób. W większości studentów. - Na razie traktuję to jako rozrywkę, dobrze spędzony czas. Poznałem wielu świetnych ludzi i wydaje mi się, że na razie nie ma co jakiś dalej idących wniosków wysuwać. Poczekamy, zobaczymy - stwierdza Marek Rokicki, prezenter Radia Egida.

W Egidzie pretendenci do zawodu dziennikarza mogą posmakować pracy w mediach. Są tu audycje kulturalne, sportowe oraz dużo muzyki. Dlatego chętnych do pracy z i za mikrofonem, nie brakuje. - Robimy taki mikrotest ogólnej wiedzy o świecie, potem sprawdzamy dykcję, sprawdzamy jak ktoś reaguje w sytuacjach stresowych, czyli musi przeprowadzić wywiad, taki fikcyjny - mówi Krzysztof Chmielewski, Radio Egida.

Dorota Stabik

O ile studenci mówią, że w radiu na razie się bawią, to tutaj jest już całkiem poważnie. W światowym dniu radia, praca toczy się tu zupełnie normalnie. A jego pracownicy zarówno ci starsi jak i młodsi, przekonują, że w całej branży medialnej praca w radiu, jest pracą wyjątkową. - Radio daje pewną intymność, pewną kameralność, łącznie z tym, że ja wcale nie muszę zakładać garnituru, że mogę być nieco luźniej ubrany, bo w radiu nie widać. W radiu właśnie słychać - mówi Henryk Grzonka, prezes Polskiego Radia Katowice. - Radio to taki teatr wyobraźni. Przekazując informacje słuchaczom, musimy sprawić, żeby oni sobie wyobrazili to, o czym mówimy. Nie możemy tak jak wy pokazać obrazka, pokazać tego, co chcemy przekazać. Musimy zbudować to dźwiękiem – dodaje Dorota Stabik, reporterka Polskiego Radia Katowice. Radio Katowice ma już osiemdziesięciopięcioletnią tradycję i ciągle słychać je całkiem dobrze, mimo rosnącej konkurencji.

W studiu uczelnianego radia Wyższej Szkoły Technicznej dziennikarzami będą starannie wyselekcjonowani studenci. – Ma to być nowoczesna platforma, która będzie przede wszystkim narzędziem edukacyjnym, a z czasem też przerodzi się w liczący się podmiot nadawczy. Na razie tylko w Internecie, ale zobaczymy, co przyniesie przyszłość - mówi Artur Ragan, wykładowca Wyższej Szkoły Technicznej.

Innej niż radiowa przyszłość, nie widzą dla siebie niektóre reporterki, które w zawodzie pracują kilkanaście lat. Większość nigdy nie zamieniłaby magnetofonu na kamerę. - Ja sobie nie wyobrażam pracy siedząc gdzieś za biurkiem. Zawsze jestem w terenie, zawsze jestem w biegu, zawsze za kimś biegam. Dla mnie jest to spełnienie moich marzeń o pracy - stwierdza Katarzyna Ziółkowska, Radio Eska. Jednak za nim popłynie się pełną prędkością na fali eteru, początki bywają trudne.

Całość: http://www.tvs.pl/43251,z_pasji_do_radia_w_swiatowy_dzien_radia_podgladamy_radiowcow_w_pracy.html

13-02-2013, 18:34

Fotoreporter wojenny Krzysztof Miller: Głowoodporność  »

Newsweek.pl
Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska
13-02-2013

Najpierw śnili mu się bohaterowie jego zdjęć: głodne dzieci z Zairu, zabity iracki tłumacz, prezydent Czeczenii. Potem nadeszła bezsenność. W końcu przestał wychodzić z domu. Fotoreporter Krzysztof Miller napisał właśnie książkę o swoich wojnach.

Trudno się do niego dodzwonić. Tłumaczy, że nowej komórki nie potrafi jeszcze obsługiwać, a stara, która się zgubiła, właśnie nieoczekiwanie się odnalazła. Poza tym z zasady nie odbiera nieznanych numerów.

Krzysztof Miller uśmiecha się na powitanie. Przygarbiony, niespokojny, może nawet trochę zdenerwowany. Wysoki, choć raczej kruchy. Właśnie wrócił ze zlecenia dla “Gazety Stołecznej”, z budowy stacji metra przy Nowym Świecie. – Przez te wszystkie wojny straciłem zdjęcia przemian w Warszawie – zapala się i opowiada o nowym projekcie warszawskim: fotografiach kamienic ze śladami kul z II wojny światowej, jeszcze nieprzykrytych nowym tynkiem. O swoim Mokotowie i ukochanej drużynie piłkarskiej.
W marcu w wydawnictwie Znak ukaże się jego książka “13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego”. – Zapytaj, dlaczego 13 – i sam odpowiada: – Trzynaście to nieszczęśliwa liczba.

Lista wojen

Notki biograficzne nie wyliczają wszystkich państw, z których Krzysztof Miller przysyłał zdjęcia wojen, rewolucji, powstań, rzezi, głodu. Jest tego dużo. Na początek rewolucje – 1989: aksamitna w Czechosłowacji i krwawa w Rumunii (wcześniej Okrągły Stół).

Potem wojny 1991 roku: Bałkany, Gruzja. W 1992 r. wyjechał do Górnego Karabachu, Bośni, Chorwacji, Tadżykistanu i Afganistanu. 1993 rok: Chorwacja, Kambodża, turecki Kurdystan, Abchazja i znów Górny Karabach. Za drugim razem w Karabachu zniknął dziennikarzowi, z którym wyjechał, bo Ormianie zaprosili go na front w charakterze prezentu dla dowódcy. Z wojskiem się zabrał, żeby być bliżej – wiedział, że redakcji nie wystarczy zdjęcie z podniesionym karabinem. Musi być wylatująca łuska, dym z lufy.

Rok 1994: Chorwacja, RPA, Afganistan. 1995 – znów Bośnia, Czeczenia oraz Rwanda, Burundi, Zair. 1996 – Czeczenia, Afganistan. 1997 – znów Zair i Czeczenia. Nawet jak miejsce to samo, to często już inna wojna. Rok 1999: Kosowo, Czeczenia. 2000, 2001 i 2002 – Afganistan, w którym – jak z grubsza liczy – był 11 razy. 2003 – Czeczenia, Kongo, Irak. Bo wybuchła wojna w Iraku. W 2005 roku był w Iraku. W 2006 – Kongo, Uganda, Sudan Południowy.
2008 – Kenia.

Pomijamy kraje, w których fotografował, a wojen i rozruchów tam nie było.

– Jego dorobek pokazuje, że przełom XX i XXI w. to żaden czas pokoju – mówi Paweł Smoleński, publicysta i reporter “Gazety Wyborczej”. Był razem z Millerem w Iraku, Czarnogórze, Kosowie.

Krzysztof Miller i jego wstrząsające zdjęcie głodujących dzieci

Na początku najwięcej jeździł z Marią Wiernikowską, a potem z Wojciechem Jagielskim. Ale towarzyszył też wielu innym dziennikarzom. Na zdjęciach uchwycił czołgi na ulicach, modlących się na froncie talibów, zagłodzone dzieci z napuchniętymi brzuszkami. Dziewczynkę z Burundi z krzyżem w ręku siedzącą nad martwą matką. Kobietę z dzieckiem przy piersi przy zwłokach męża. Kobietę krzyczącą nad dwoma rozerwanymi granatem ciałami mężczyzn i inną, która już nie krzyczy.

– Ma ten obyczaj, że podchodzi bardzo blisko. Jak nie oprze ręki, to nie ma zdjęcia – opowiada Smoleński. W Bagdadzie umówili się, że nie będą kowbojować: – I nagle chłopcy zaczęli strzelać z kałasza. Ludzie uciekają, a ten w drugą stronę, tam, skąd słychać strzały. Paweł Smoleński ma do Millera stuprocentowe zaufanie. Uważa, że ma wyczucie, gdzie jest bezpiecznie, a skąd trzeba się wynosić. Nie chojraczy.

Fotoreporter Jerzy Gumowski: – Byliśmy razem w Jarocinie. Robiłem mu zdjęcia, jak go ochroniarz pałował, i jedno trzeba mu przyznać: nawet jak leżał na ziemi i dostawał pałą, to naciskał migawkę. Nie było lęku, kalkulacji, że może stracić sprzęt. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle o tym nie myślał, tylko wchodził w główny nurt wydarzeń.

Smoleński przypomina sobie również, jak Miller aparat odłożył. To było na granicy Kosowa i Czarnogóry, gdzie w ponurym magazynie zbierali się albańscy uchodźcy, którzy na piechotę starali się dotrzeć przez góry do Czarnogóry. Wtedy aparat odłożył i kombiakiem woził ich na stronę czarnogórską. Zdjęcia zabitych, czasem chwilę wcześniej, robił wielokrotnie. Te bardziej makabryczne lądowały w raportach organizacji humanitarnych i rządowych, nie w gazetach. Miller jeździł dalej. Nie rozpamiętywał historii. Kolejne tragedie ustępowały nowym, bardziej aktualnym.

Sprawdzić się

Kiedy w 1989 r. zaczynał pracę w “Gazecie Wyborczej”, niewiele wiedział o fotografii: jak się wywołuje zdjęcia, jak ustawia czas, przesłonę. Jego atutem była minolta 7000 i fotografie, które wcześniej robił dla podziemnych wydawnictw. – Na samym początku “Gazety” był lansowany – twierdzi fotoreporter Jerzy Gumowski, wielu kolegów fotografów go poprze. Miller zawsze powtarzał, że się sprawdził i tyle. Ostatnio stracił okazję, by zyskać sympatię kolegów. Kiedy fotografowie “Gazety” odmówili podpisania niekorzystnych dla nich umów, on, nie oglądając się na nich, po rozmowie z prawnikiem podpisał umowę.

Ciemna kuchnia

Na zdjęciach Millera są emocje bohaterów: zmęczenie, rezygnacja, godność, szczęście, strach. Nie ma jego własnego strachu. Nie ma zdjęcia, na którym widać, jak w Czeczenii wkopuje się pod Wojciecha Jagielskiego w dziurze metr na metr, bo w ich kierunku lecą pociski z moździerza. Nie ma zdjęcia irackiej ulicy zalanej kałużami krwi jak po deszczu. Nie czuć zapachu tej krwi ani zapachu kostnicy, do której przyniesiono 200 ciał po samobójczej detonacji. Nie ma wyprutych wnętrzności, jelit, oderwanych rąk czy palców.

Ze stresem Miller radzi sobie doraźnie. Ruska wódka, koniak gruziński, łyhol, głęboki grzdyl, browar za browarem, a dopłucnie pochodne konopi indyjskich.
Koledzy fotoreporterzy poznani na wojnach i rewolucjach ginęli, tracili kończyny, popełniali samobójstwa. On w 2004 r. mówił magazynowi “Playboy”: – Nie narzekam, jestem optymistą, a po takim Zairze problemy w Polsce nie są dla mnie żadnymi problemami. Podróżując, zyskuję dystans do mojego życia.

Ku zdumieniu kolegów zaczął studiować fotografię w łódzkiej filmówce, w konsternację wprowadzając też wykładowców. Chciał się nauczyć pokory wobec fotografii. Symboliki kolorów, kompozycji. – Już wtedy nie wyjeżdżałem – mówi. Był tylko na mundialu w RPA, w Ugandzie i irackim Kurdystanie.

Sny zaczęły go dręczyć znacznie szybciej, niż się spodziewał, po trzech latach od tej optymistycznej wypowiedzi dla „Playboya”. Po powrocie z Konga, Ugandy i Sudanu Południowego, po przeżyciu malarii mózgowej. Śniło mu się, że dusi się piaskiem w czeczeńskim okopie. Że ktoś mu przykłada lufę pistoletu do potylicy jak w Bośni. Że lufę czuje przy skroni jak w Kambodży. Że zaraz, za chwilę stanie się coś strasznego.

Śnili mu się bohaterowie jego własnych zdjęć: głodne dzieci z Zairu, zabity iracki tłumacz Dżamal Salman, prezydent Czeczenii Asłan Maschadow i komendant Szamil Basajew. Dopiero teraz mu się śnili, bo przecież kiedy był w Burundi, nie mógł się zastanawiać, co się stało z żołnierzami z Karabachu. A fotografując człowieka bez nóg w Kurdystanie, nie myślał, jak się ma Gruzin Kondor.

Ale tamten kościół, sam się temu dziwił, kościół z Ruandy, nigdy mu się nie śnił. Kościół, który spalono razem z ludźmi w środku. Zostały tylko okopcone ściany i stopiony kielich mszalny. Potem nadeszła bezsenność. Aż w końcu Krzysztof Miller przestał wychodzić z domu. We wrześniu 2010 r. siedział w ciemnej kuchni i bujał się w fotelu na biegunach. Napisze potem: “Nie wychodziłem na ulice, żeby ostrzał rosyjskiego moździerza mnie nie dopadł. Nie kupowałem jedzenia, żeby głodni Hutu z Konga mi go nie zabrali”.

– Byłem arogancki względem przewidywania przyszłości – mówi. – Arogancki względem głowoodporności.
Szesnastokrotny mistrz Polski w skokach do wody z trampoliny i wieży (do 1986 r.) nie zakładał, że może nie mieć absolutnej kontroli nad ciałem. W Klinice Psychiatrii i Stresu Bojowego leczył się sześć miesięcy, w tym dwa tygodnie
na oddziale zamkniętym.

Robotnik fotografii

O szpitalu nie chce już mówić. O sprawach osobistych też. Chociaż właściwie o dzieciach to chętnie. Starsze do Stanów Zjednoczonych przeprowadziły się z matką. Córka z armią amerykańską była dwa razy w Afganistanie. – Byłem przerażony, jak miała skakać ze spadochronu z 60-kilogramowym plecakiem i karabinem – opowiada. – Ja na bungee boję się skoczyć. Ale ją wspierał. Żeby się nie zawahała. Teraz córka studiuje w amerykańskiej akademii policyjnej. Syn uczy się w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej. Najmłodszy syn, z drugiego małżeństwa, trenuje piłkę w warszawskiej szkółce FC Barcelony.

Krzysztof Miller napisze w książce: “Bujałem się pod wpływem różnych stabilizatorów emocjonalnych. Tych naturalnych i tych syntetycznych. Tych z głowy i tych, które podawałem sobie doustnie w formie płynów różnej maści, różnej ilości, ale zawsze z pewną ilością procentów. Tych, które wdychałem, ale zawsze z pewną ilością nikotyny lub THC”. – Alkohol, używki – to wszystko funkcjonuje – przyznaje.

Mniej teraz jeździ po świecie, nie dlatego, że nie chce. Gazety nie mają pieniędzy, żeby wysyłać reporterów, mają coraz mniej miejsca na publikowanie fotoreportaży. Ma więc mniej pracy, a mniej pracy to więcej myślenia.

– Wszelkie drobne problemy stają się dużymi problemami – mówi. – Na spacerze z psami chodzę jedną drogą, bo inaczej nie lubię. To fobie znane mi wcześniej z filmów.

Ale o nich też nie chce mówić. – Nie chcę się skarżyć, robić z siebie cierpiętnika. Mam nadzieję, że to już poza mną. Gorzej się poczułem, teraz czuję się lepiej. W pół roku po wyjściu z psychiatryka obroniłem licencjat na ocenę celującą. Ale znajomi – i ci bliżsi, i ci dalsi – martwią się o niego.

On mówi: – Takie jest moje życie od 24 lat i nie chcę tego zmieniać.
W książce pisze: “Nie jestem artystą fotografikiem. Jestem robotnikiem fotografii zapierdalającym fizycznie, z ciężką torbą po ulicy”.

Korzystałam z tekstu Wojciecha Jagielskiego “Bractwo Pif-Paf” z “Dużego Formatu” “Gazety Wyborczej”. Zbieżność nazwisk autorki i fotoreportera Jerzego Gumowskiego jest przypadkowa.

Całość: http://spoleczenstwo.newsweek.pl/fotoreporter-wojenny-krzysztof-miller--glowoodpornosc,101289,1,1.html