Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

03-02-2014, 19:51

Człowiek, który powiesił Breżniewa  »

Życie Bytomskie
Marcin Hałaś
03-02-2014

Osiemdziesiąt lat Edwarda Tomenki. W ubiegłym tygodniu 80. urodziny obchodził Edward Tomenko – bytomianin, satyryk, człowiek, który pobił wiele rekordów. I wciąż pozostaje w pełni sił twórczych.

Edward Tomenko

Edward Tomenko urodził się w Czortkowie nad Seretem w województwie tarnopolskim (obecnie znajdującym się na terytorium Ukrainy). Po roku 1945 trafił jak wielu wysiedleńców z ziem wschodnich na Śląsk – początkowo na Dolny. Zaraz po wojnie ukończył we Wrocławiu trzyletnią Szkołę Sztuk Plastycznych, mieszkał w Kluczborku. Jak jednak widać – nie do końca odpowiadał mu tamtejszy klimat, bo w 1956 roku przeprowadził się do Bytomia. To był dla niego nader pomyślny rok, bo w tymże 1956 zadebiutował jako rysownik-satyryk w wydawanym wówczas Katowicach czasopiśmie zatytułowanym “Kocynder”. Od tamtego czasu pozostaje wciąż aktywny w tej dziedzinie – opublikował już kilkanaście tysięcy rysunków. I tutaj właśnie zaczyna się pasmo jego rekordów. Tomenko ma za sobą 58 lat nieprzerwanej pracy twórczej. W tym okresie jego rysunki były publikowane na łamach ponad 180 gazet w Polsce oraz innych krajach. W okresie PRL-u był stałym współpracownikiem znanych wówczas ogólnopolskich tygodników satyrycznych – “Karuzeli” i “Szpilek”. Jego rysunki były wystawiane i nagradzane na konkursach w kilkunastu krajach – także w Japonii. W czasach socjalizmu otrzymał propozycję opublikowania serii rysunków z prestiżowym piśmie wychodzącym w Republice Federalnej Niemiec. Takie to były czasy, że nie mógł ich wysłać za granicę osobiście – musiał to zrobić “oficjalnym kanałem”, czyli za pośrednictwem redakcji polskiego czasopisma. W ostatniej chwili do akcji wkroczyła cenzura i nie zezwoliła na taki transfer. Urzędnicy i cenzorzy uznali bowiem, że rysunki Tomenki są zbyt frywolne, aby mogły reprezentować w zachodnioniemieckiej prasie socjalistyczną Polskę.

W tymże okresie PRL-u artysta musiał posiadać etat. Tomenko zatrudniony był więc w przedsiębiorstwie handlowym Centrala Rybna jako dekorator sklepów. – Taki układ bardzo mi odpowiadał, bo moim zadaniem była praca “w terenie”, czyli musiałem jeździć po sklepach i dbać o ich wystrój – wspomina pan Edward. – Miałem więc czas, aby w czasie pracy jeździć także do śląskich redakcji, z którymi współpracowałem. Któregoś dnia na moim dekoratorskim biurku w Centrali Rybnej znalazłem kartę opatrzoną podpisem i pieczątką dyrektora. Widniały na niej słowa: “Panie Tomenko, jak Pan będzie miał wreszcie chwilę czasu, proszę przyjść do pracy.”

Z okresem pracy Tomenki w charakterze dekoratora wiąże się anegdota. Tak naprawdę prawdziwy “zapieprz” dekoratorzy mieli tylko w okolicach komunistycznych świąt – 1 maja, 22 lipca oraz rocznicy Rewolucji Październikowej, kiedy musieli na wystawach sklepowych umieścić propagandowe materiały. Kiedyś przy okazji rocznicy Rewolucji Październikowej wybuchł skandal – Tomenko powiesił bowiem Breżniewa. Właściwie nie tyle Breżniewa, co jego portret. Tyle tylko, że miejskie czynniki partyjne doszły do wniosku, że Breżniew zawisł w bardzo nieodpowiednim miejscu – na stoisku monopolowym, nad regałem z butelkami czystej wódki. Uznano, że to prowokacja. – Jakoś się wybroniłem, mówiłem że przecież w Rosji wszyscy piją, więc towarzysze radzieccy pewnie się nie obrażą na taką lokalizację portretu przywódcy ZSRR. Tłumaczenia przyjęto, jednak Breżniewa polecono mi przewiesić w bardziej odpowiednie miejsce. Zatem rozzuchwaliłem się i na koniec powiedziałem: O co chodzi? Przecież nie powiesiłem go na szubienicy.

Osobną sprawą w życiu Edwarda Tomenki jest jego związek z “Życiem Bytomskim”. Nasz tygodnik jest bowiem jedynym tytułem prasowym, z którym Tomenko współpracuje nieprzerwanie od chwili swojego debiutu – czyli już 58 lat. W tym czasie umieścił na naszych łamach tysiące rysunków, a z jego dowcipu śmiało się już kilka pokoleń mieszkańców Bytomia i Radzionkowa. – Poczucia humoru nie można się nauczyć w żadnej szkole, na żadnych studiach – twierdzi satyryk. – Trzeba się z tym urodzić, otrzymać go w darze od Boga.

Wciąż pracuje tradycyjnie – tuszem i piórkiem. Nie używa komputera, skanera, Internetu. Edward Tomenko mieszka na Osiedlu na Sójczym Wzgórzu. Ze swoją śp. żoną Alicję przeżył w związku małżeńskim 55 lat. Ma córkę Grażynę, wnuczkę Andżelikę oraz prawnuczki Jessicę i Patrycję. Zapowiada, że nadal będzie Czytelników raczył co tydzień swoim dowcipem. – Boję się tylko, żeby Donald Tusk nie wykorzystał mnie w kampanii wyborczej – mówi Edward Tomenko. – Jeszcze kiedyś premier ogłosi: krytykujecie mnie za podwyższenie wieku emerytalnego do 67 lat, a taki Tomenko ma już 80 i ciągle pracuje. I wtedy wszystko będzie na mnie.

 

Całość: http://zyciebytomskie.pl/index.php/ZB/arch_art/czowiek-ktory-powiesi-breniewa

03-02-2014, 17:06

“Newsweek” odpowiada: Wojewódzki zwodził nas w sprawie okładki  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
tw
03-02-2014
Redakcja “Newsweeka Polska” wyjaśnia, jak z jej perspektywy przebiegało przygotowywanie okładki nowego numeru, na której znalazł się Kuba Wojewódzki. Zdaniem dziennikarzy Wojewódzki sam nie wiedział do końca, którą wersję okładki akceptuje.

W niedzielę wieczorem Kuba Wojewódzki na swoim facebookowym fanapge’u zarzucił redakcji “Newsweeka Polska”, że wbrew ustaleniom na okładce nowego numeru zamieściła zdjęcie pokazujące tylko jego, a nie także rozmawiającego z nim na łamach pisma Mikołaja Lizuta. W emocjonalnym wpisie Wojewódzki zawarł wiele gorzkich słów pod adresem Tomasza Lisa. – Pogwałciłeś standardy nie tylko dziennikarskie, ale po prostu koleżeńskie. Dla mnie przestałeś być redaktorem naczelnym, a stałeś się handlarzem. Małym handlarzem - stwierdził.

W odpowiedzi redakcja “Newsweeka” w poniedziałek w południe przesłała portalowi Wirtualnemedia.pl stanowisko, w którym stwierdza, że wpis Wojewódzkiego jest pełen nieścisłości, a następnie opisuje, jak przebiegało przygotowywanie nowej okładki. Poniżej pełna treść tego oświadczenia.

Sesja fotograficzna Mikołaja Lizuta i Kuby Wojewódzkiego, podczas której miały powstać zdjęcia do ich tekstu dla “Newsweeka”, została umówiona z autorami na piątek na godzinę 10. Poprzedzającego wieczora do redakcji dotarła informacja, że pan Wojewódzki nie pojawi się na sesji. W trakcie realizacji zdjęć z p. Lizutem dostaliśmy wiadomość, że p. Wojewódzki jest gotów przyjść na sesję na godzinę 15. Redakcja dostosowała się do nowego terminu. O godz. 15 pojawili się: p. Lizut oraz p. Wojewódzki i jego stylista fryzur.

Po zakończeniu sesji p. Wojewódzki wybrał dwa zdjęcia do obróbki graficznej i do dalszej akceptacji. Dodatkowo wskazał zdjęcie portretowe innego fotografa jako alternatywne rozwiązanie. W czasie sesji zdjęciowej nie padło zapewnienie, że na okładce tygodnika pojawią się obaj panowie. Już wcześniej redaktor naczelny “Newsweeka” poinformował obu autorów, że na okładkę planujemy jedynie zdjęcie p. Wojewódzkiego. Żaden z panów nie wyraził wtedy obiekcji.

W piątek o godzinie 19 ostateczna wersja okładki, na której znalazło się jedno z dwóch wskazanych przez p. Wojewódzkiego zdjęć, została wysłana do niego do akceptacji. Dwie godziny później redakcja otrzymała pytanie od p. Wojewódzkiego, czy są jeszcze inne wersje. Redakcja odpowiedziała, że w tej chwili nie ma innych wersji. W ciągu kolejnych dwóch godzin p. Wojewódzki nie przesłał więcej uwag ani nie wyraził żadnych obiekcji w kwestii otrzymanej okładki. Redakcja uznała to za akceptację. Okładka została wysłana do drukarni.

W sobotę o godzinie 10 redakcja otrzymała od p. Wojewódzkiego informację, że nie wyraża zgody na propozycję okładki. Mimo że tygodnik został już w całości wysłany do drukarni, redakcja przygotowała nową wersję okładki z innym zdjęciem, również zaakceptowanym uprzednio przez p. Wojewódzkiego. Stara okładka była już wydrukowana, ale byliśmy gotowi wydrukować jeszcze raz pismo z nową wersją okładki. Redaktor naczelny wielokrotnie kontaktował się z p. Wojewódzkim, chcąc wyjaśnić sytuację. Pytał, na czym polega problem z okładką i jakiej zmiany oczekiwałby p. Wojewódzki. Nie otrzymał żadnej konkretnej odpowiedzi. W tej sytuacji redakcja pozostała przy pierwotnym projekcie okładki, na którym było jedno ze zdjęć wybranych przez p. Wojewódzkiego.

Jak widać próbowaliśmy wyjść na przeciw oczekiwaniom naszego autora. Wyrażamy ubolewanie, że pomimo naszych wysiłków p. Wojewódzki nie jest zadowolony ze zdjęcia na okładce.

Według danych ZKDP, w listopadzie ub.r. średnia sprzedaż ogółem “Newsweeka Polska” wynosiła 114 713 egz., o 11,5 proc. mniej niż rok wcześniej.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/newsweek-odpowiada-wojewodzki-zwodzil-nas-w-sprawie-okladki

03-02-2014, 09:58

Wojewódzki do Lisa: cynicznie zmanipulowałeś mnie w “Newsweeku”, jesteś małym handlarzem  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
tw
03-02-2014

Kuba Wojewódzki jest oburzony tym, jak wygląda okładka nowego numeru “Newsweeka Polska” z jego wizerunkiem. – Pogwałciłeś standardy nie tylko dziennikarskie, ale po prostu koleżeńskie. Dla mnie przestałeś być redaktorem naczelnym, a stałeś się handlarzem. Małym handlarzem – pisze w liście otwartym do Tomasza Lisa.

Okładka "Newsweeka" z Kubą Wojewódzkim

Tematem okładkowym w nowym numerze “Newsweeka Polska” (Ringier Axel Springer Polska) jest rozmowa Mikołaja Lizuta z Kubą Wojewódzkim na temat chamstwa w polskich mediach. Przy czym na okładce tygodnika znalazł się tylko Wojewódzki, z tytułem “Moja bardzo wielka wina”.

Kuba Wojewódzki w niedzielę wieczorem na swoim facebookowym fanpage’u zamieścił list otwarty do Tomasza Lisa, w którym wyjaśnia, że zgodnie z ustaleniami okładka powinna wyglądać inaczej – miał być na niej wspólnie z Lizutem. Gwiazdor TVN podkreśla, że sama sesja fotograficzna do okładki nie była zorganizowana odpowiednio. – Sesja miała charakter chaotyczny i nieprofesjonalny, a kreatywność Twoich ludzi polegała głównie na pokazywaniu nam okładek innych pism amerykańskich, które chcieliście skopiować. NIE zgodziliśmy się - opisuje. – Kiedy ja poprosiłem Ciebie oraz Twoich współpracowników o niewykorzystywanie zrobionych zdjęć, ze względu na ich ewidentnie słaby poziom, zlekceważyłeś to. Gdy opuszczałem studio fotograficzne, Twoi współpracownicy obiecali mi, że na okładce będziemy razem z Mikołajem, co dla nas miało istotne znaczenie, ze względu na start naszej wspólnej audycji w Rock Radiu. Okłamaliście nas – podkreśla.

Przypomnijmy, że w Rock Radiu (do niedawna działającym pod nazwą Radio Roxy) Wojewódzki z Lizutem, a także Michałem Migałą, od środy będą prowadzić program „Książę i żebrak” nadawany codziennie w godz. 12-14.

Kuba Wojewódzki w liście do Tomasza Lisa relacjonuje, jak bezskutecznie starał się zablokować publikację nieodpowiadającej mu okładki. – Kiedy próbowaliśmy się do Was dodzwonić, NIE odbieraliście telefonów. Kiedy napisałem do Was, że NIE zgadzam się na wykorzystanie zrobionej sesji. Zlekceważyliście to. Kiedy zobaczyłem projekt okładki, zdecydowanie się na nią nie zgodziłem. Zlekceważyłeś to - wylicza. Na samym końcu zaznacza, że współodpowiedzialne w tej sytuacji są też zastępczyni redaktora naczelnego “Newsweeka” Aleksandra Karasińska oraz fotoedytorka Agnieszka Fok.

Jednak Wojewódzki nie szczędzi gorzkich słów przede wszystkim Lisowi. – Potwierdziłeś wszystkie negatywne opinie na swój temat, które docierają do mnie od lat. Pogwałciłeś standardy nie tylko dziennikarskie ale po prostu koleżeńskie. Zwykłe, ludzkie. Fajnie Ci z tym? – pyta. – Już kilkukrotnie wykorzystywałeś mój wizerunek na okładce “Newsweeka”, cynicznie i w sposób jawnie manipulatorski, na co zresztą zwracałem Ci uwagę publicznie. Dla mnie przestałeś być redaktorem naczelnym a stałeś się handlarzem. Małym handlarzem – ocenia.

W czerwcu ub.r. Wojewódzki znalazł się na okładce tygodnika wspólnie z Jerzym Owsiakiem jako osoba, której – w przeciwieństwie do Owsiaka – Polacy nie chcieliby w polityce. - ”Newsweek” po raz kolejny handluje (bo to nie jest już dziennikarstwo, tylko handel) moją podobizną, wizerunkiem, gębą, facjatą, nazwiskiem - skomentował wtedy gwiazdor TVN .

Jednocześnie Wojewódzki ocenia, że obecna okładka ma zdecydowanie tabloidowy charakter.

- Artykuł o chamstwie w mediach zyskał dodatkowy epilog oraz nowego bohatera. Ja, pisząc o medialnych chamach, zacząłem od siebie. Może teraz czas na Ciebie? Czy w pogoni za sprzedażą naprawdę warto dymać starych kolegów? – pyta retorycznie. – Nie wiem, jak daleko w budynku wydawnictwa Ringier Axel Springer jest od redakcji “Newsweeka” do redakcji „Faktu”, ale odnoszę wrażenie, że coraz bliżej. Gratuluje prezentu, jaki swoim postępowaniem, podarowałeś osobiście braciom Karnowskim - dodaje z przekąsem.

Na samym końcu Kuba Wojewódzki podkreśla, że wyjątkowo nie pozdrawia Tomasza Lisa i zaznacza: “To nie jest moje ostatnie zdane w tej sprawie”.

Według danych ZKDP, w listopadzie ub.r. średnia sprzedaż ogółem “Newsweeka Polska” wynosiła 114 713 egz., o 11,5 proc. mniej niż rok wcześniej.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/wojewodzki-do-lisa-cynicznie-zmanipulowales-mnie-w-newsweeku-jestes-malym-handlarzem

02-02-2014, 09:55

O Mieczysławie, który wziął ślub z telewizją  »

Dziennik Zachodni
Teresa Semik
02-02-2014

Był na parapetówce u Marka Kondrata, filmował Cyrankiewicza uciekającego przed żonami górników. Mieczysław Chudzik, operator filmowy. Tę pracę mógł przypłacić życiem.

Mieczysław Chudzik

Pan dziś bez kamery – zdziwił się Edward Gierek, już polityczny emeryt, gdy spotkał Mieczysława Chudzika na ulicy Katowic. Nic dziwnego, operatora filmowego rozpoznaje kilka pokoleń polityków, twórców, przedsiębiorców. W tym roku mija 50 lat, odkąd nim został. Był blisko wszystkich ważnych wydarzeń w regionie i nie tylko tutaj.

Zaczynał w Telewizji Katowice miesiąc po jej debiucie, ale najpierw przy wywoływaniu filmów. Potem z kamerą objechał świat. Dotarł, na przykład, do Indii i filmował wywiad, jaki udzieliła polskiej ekipie premier Indira Gandhi. A to, że zaraz po przylocie do Delhi trafił najpierw do aresztu, bo filmował nie te miejsca, które wolno, no cóż. Taka praca.

Mirosław Słomczyński, kolega Mieczysława Chudzika z Telewizji Katowice, napisał o nim książkę pt. “Kamerzysta”, bo jego życiorys pęka od nieprawdopodobnych i zabawnych historii. Nade wszystko za Chudzikiem ciągnie się pasmo zawodowych sukcesów. I pomyśleć, że gdy próbował dostać się do łódzkiej filmówki zaraz po przyjeździe z Kresów, usłyszał: – Proszę przyjść za rok. No i niech się pan nauczy do tego czasu języka polskiego!

Mieciu, ratuj!

Smaku jego życiu dodają ludzie, których spotykał na swojej drodze, a z racji pracy spotykał ich codziennie dużo.

Poznał bliżej Jana Himilsbacha na planie serialu Albina Siekierskiego, w reżyserii Zbigniewa Chmielewskiego, pt. “Ślad na ziemi”.

Serial z lat 70. opowiadał o budowie Huty Katowice, zaś popularny aktor, pisarz, z zawodu kamieniarz, grał w nim brygadzistę i również w Chudziku znalazł fundatora wódeczek. A picie wódki, jak przekonywał Himilsbach, to “wprowadzanie elementu baśniowego do rzeczywistości”. Po długich wieczorach spóźniał się na zdjęcia tłumacząc, że do nocy pisze książkę i potem rano trudno mu “wskrzesić organizm”. Raz posłano po niego asystentkę reżysera. Himilsbach otworzył jej drzwi nagusieńki. Widząc zmieszanie gościa, przemówił jak zawsze chrypiącym głosem: – No co, nagiego pisarza nie widziałaś?

To właśnie na terenie budowy Huty Katowice spotkał Chudzik Marylę Rodowicz, która przyjechała z koncertem dla załogi, a wtedy w wielkich walonkach podziwiała rozmach inwestycji. – Mieciu, ratuj! Już nie mogę chodzić w tych buciorach – zawołała w stronę znajomego operatora. Chudzik padł piosenkarce do nóg, zdjął te buciory i opatrzył bąble na skórze. Potem prawidłowo założył jej onuce.

- Tak zostałem “onucowym” Maryli – snuje wspomnienia kamerzysta, a Mirosław Słomczyński je zapisuje. Czasem dokłada co nieco od siebie. Drogi obu panów często się krzyżowały. W1967 roku otrzymali propozycję wyjazdu do okręgu donieckiego i na Krym, by przygotować reportaże. Obu zależało na tej dziennikarskiej wyprawie, ale akurat termin zbiegł się z podróżą poślubną do Rumunii państwa Chudzików. Młoda żona pojechała z koleżanką. Żartowała już zawsze, że Mieczysław, zanim ją poznał, wziął ślub z telewizją.

Kamera widzi więcej

Książka Mirosława Słomczyńskiego to nie jest tylko zapis życia Chudzika, ale także ważnych wizyt w regionie. Kamera widzi więcej niż ludzkie oko.

Filmując wiwatujący tłum na cześć prezydenta Francji, Charlesa de Gaulle’a, który w 1967 roku gościł na Śląsku, Chudzik zauważył, że de Gaulle ściska wyciągnięte do niego dłonie, ale nie są to ręce tłumu, tylko jego ochroniarzy. Panowie przemieszczali się wzdłuż szpaleru i chronili VJP-a.

Nie pytam, za ile, a najwyżej - jak długo nie będzie mnie w domu - mówi operator filmowy Mieczysław Chudzik

Słomczyński przypomina, że w tym czasie nasza ekipa telewizyjna miała już obiektywy szerokokątne, co w ogóle umożliwiało pokazywanie w jednym kadrze wysokiego prezydenta Francji razem z dużo niższymi od niego polskimi dostojnikami.

Dlaczego przywódca radziecki Leonid Breżniew szedł chwiejnym krokiem, gdy pojawił się w Katowicach w 1972 roku? Bo za dużo wypił. Towarzyszył mu w czasie tej wizyty Edward Gierek, wówczas I sekretarz partii, który wolał francuskie wina od wódki. W pewnym momencie wysiadł z auta, którym jechał Breżniew, i przesiadł się do innego. Zdziwionemu kamerzyście ochrona Gierka tłumaczyła: “Szef musiał zrobić podmianę. Rozumiecie – jego wątroba nie wytrzymuje”. Obok Breżniewa usiadł Jan Szydlak, sekretarz KC, który przypłacił to towarzystwo rozbiciem głowy. Podczas obiadu na terenie śląskiego parku uderzył nią w kamerę Chudzika.

- Edward Gierek lubił kamerę, kiedyś nawet zgodził się powtórzyć fragment swojego wystąpienia, gdy się okazało, że są kłopoty z taśmą – przypomina Mieczysław Chudzik. – Inaczej niż jego poprzednik, Władysław Gomułka. Gdy podniósł głowę znad mównicy, prysnął śliną w stronę telewizyjnego reflektora i lampa pękła z hukiem. Ochroniarze zakazali nam dalszych zdjęć.

W 2004 r. Chudzik pojechał z reportażystką Dagmarą Drzazgą do Ślązaków w Teksasie. 150 lat wcześniej grupa pierwszych osadników zakładała tam polskie wsie, za namową ks. Leopolda Moczygemby, ale początki były trudne. Prezydent Lech Wałęsa, obecny na rocznicowym święcie, przywołał ks. Moczygembę, ale przekręcił jego nazwisko: – Wiem, że nie bardzo dobrze wspominacie tu księdza Moczymordę…

Kamera Chudzika jest bezlitosna, wszystko zarejestrowała. Zapisała też paniczną ucieczkę premiera Józefa Cyrankiewicza w 1969 roku przed żonami górników, które czekały na 82 uwięzionych mężów i synów w kopalni „Generał Zawadzki”. Gdy Cyrankiewicz zobaczył tłum rozkrzyczanych kobiet zmierzający w jego stronę, czmychnął w stronę służbowych aut, a za nim biegł Gierek. Ochrona Cyrankiewicza zażądała od Chudzika oddania taśmy. Gdzieś w archiwach może jest, ale jak do niej dotrzeć? Jaki jest dziś los wielu filmów odłożonych w tamtych latach na półkę?

- Wraca do nich Telewizja Katowice, dopowiadając współczesne losy tamtych bohaterów – mówi Mieczysław Chudzik. – Niedawno trafiłem w telewizji na film “Maria Springer… – to ja!”, który zrealizowałem z Hanną Kramarczuk, o agentce polskiego wywiadu w czasie II wojny.

Wiele filmów jest już w zapisie elektronicznym, wiele trafiło z Katowic do Warszawy. Inne zniszczono pod pozorem braku miejsca. Z książki Słomczyńskiego widać, jak wielkim mecenasem kultury była kiedyś telewizja publiczna.

Mieczysław Chudzik urodził się miesiąc przed drugą wojną w miejscowości Mścibów na ziemi grodzieńskiej (dzisiejsza Białoruś), choć w urzędzie wpisali „Montowty”.

Urodził się w Polsce, a 17 dni później stał się obywatelem ZSRR, wkrótce był poddanym III Rzeszy. Ojca wcielili do radzieckiego wojska. Na przepustkę przyjechał w mundurze Armii Czerwonej, ale po zdobyciu Berlina wrócił w mundurze polskim. Pisał już z frontu, że zabierze rodzinę na ziemie zajęte przez Polskę. Dostanie dom i zostanie zawodowo w wojsku.

- Mama się uparła, że na cudzą krzywdę nie pójdzie. Sama przeżyła wypędzenie z domu i czuła, że coś w tej przeprowadzce jest nie w porządku – mówi Chudzik.

Jedziemy do Polski

Potem trzeba było uciekać, bo ojcem zainteresowała się radziecka bezpieka. Mietek był już po rosyjskiej maturze, także z niemieckiego, pisał w gotyku. Został pomocnikiem geodety, usamodzielnił się, kupił motocykl i cudem dostał odroczenie do armii radzieckiej. Był rok 1957 i nagle mama oznajmiła: – Pakuj się na ciężarówkę, jedziemy do Polski.

- Jak to?! A koledzy, praca, motor? – próbował się bronić, ale matka zawyrokowała: – Motocykl też ładuj na ciężarówkę.

Ojciec nigdy nie przestał myśleć o przeprowadzce do Polski. Są w życiu chwile, w których trzeba podjąć ryzyko, a nawet dać się ponieść szaleństwu.

Do telewizji Mieczysław Chudzik trafił przez Amatorski Klub Filmowy “Śląsk”. Już w trakcie pracy skończył łódzką filmówkę. Dziś ma na koncie także współpracę z austriackimi producentami, którzy m.in. przygotowywali film o Adamie Michniku.

Był na parapetówce u Marka Kondrata, gdy aktor na początku swojej kariery zamieszkał w Katowicach i dostał angaż w Teatrze Śląskim. TYP zleciło reportaż o małżeństwie Kondratów. Zrobienie zdjęć zaproponowano Chudzikowi. – Nie pytam, za ile, najwyżej jak długo nie będzie mnie w domu – mówi. – Zobaczyłem kawał świata. Nie zawsze to było wygodne i bezpieczne, ale zawsze ciekawe.

Odnaleziono go nieprzytomnego po zatruciu chemikaliami, gdy wywoływał filmy. Do dziś ma bliznę na twarzy po upadku w czasie układania świateł. Że nie wypadł podczas filmowania z helikoptera, to też cud. Gdy doszło do puczu w Moskwie w 1991 roku, ruszył tam z Adamem Sojką. Dotarli z kamerą do czołgu, z którego przemawiał do tłumu Borys Jelcyn.

W książce Mirosława Słomczyńskiego odnajdziemy to wszystko i więcej.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/3316428,mieczyslaw-chudzik-operator-ktory-wzial-slub-z-telewizja,1,2,id,t,sm,sg.html#galeria-material

01-02-2014, 13:27

Związkowcy z TVP grożą, że protest może się nie skończyć na wiecu  »

Press
(RUT)
01-02-2014

Siedziba Telewizji Polskiej

Działający w Telewizji Polskiej związek zawodowy Wizja planuje wiec, ale nie wyklucza eskalacji protestu, z groźbą przerwania emisji programu włącznie.

Strajk zapowiadany jest na piątek 7 lutego. Akcja zacznie się o 12 i potrwa godzinę. Związkowcy planują wiece: w głównej siedzibie TVP przy ul. Woronicza w Warszawie, w siedzibie programów informacyjnych przy placu Powstańców Warszawy oraz w oddziałach regionalnych. – Jest jednak obawa, że na wiecowaniu się nie skończy i strajkujący zagrożą ciągłości emisji programu, a 7 lutego zaczynają się przecież igrzyska – mówi pracownik TVP. Telewizja Polska ma bowiem prawa do Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Soczi (odbędą się w dniach 7-23 lutego) i zaplanowała transmisje tej imprezy na pięciu antenach, w tym TVP 1 i TVP 2.

- 7 lutego na godzinę odstąpimy od pracy. Sytuacja jest jednak dynamiczna i kolejne decyzje będą podejmowane na bieżąco – mówi Barbara Markowska, przewodnicząca Wizji. Czy w grę wchodzi także przerwanie emisji programu? – Nie jest to wykluczone – odpowiada.

- Wyłączenie programu nie jest takie proste, nie da się tego zrobić przez przełożenie wajchy. Nie dopuszczamy też myśli, że Wizja, która zapowiedziała tylko wiec, mogłaby się zachować tak nieodpowiedzialnie – stwierdza Jacek Rakowiecki, rzecznik prasowy TVP. – Jesteśmy jednak przygotowani na każdą ewentualność – dodaje.

O strajku zdecydowało referendum, przeprowadzone jeszcze w ub.r. Wizja domaga się m.in. odstąpienia od outsourcingu, w ramach którego ok. 550 pracowników TVP, głównie dziennikarzy, ma przejść do firmy zewnętrznej (trwa przetarg na tę firmę); zaprzestania korzystania z firm zewnętrznych w dostarczaniu usług w zawodach twórczych i technicznych; etatowego zatrudnienia dla tych zawodów i zaprzestania zwolnień. Związek wysuwa też żądania płacowe (m.in. powrotu do do wypłacania premii motywacyjnej, podniesienia najniższych wynagrodzeń w spółce, zaprzestania obniżania honorariów i premii zadaniowych) oraz organizacyjne, w tym powrotu do koncepcji powołania redakcji tematycznych.

Całość: http://www.press.pl/newsy/telewizja/pokaz/44203,Zwiazkowcy-z-TVP-groza_-ze-protest-moze-sie-nie-skonczyc-na-wiecu

01-02-2014, 10:50

Mariusz Max Kolonko: władze TVP mają w d… wszystko i wszystkich  »

Onet.pl
Grzegorz Krawczyk
01-02-2014

- Władze TVP mają w d… wszystko i wszystkich. To mi się nie mieści w głowie, taka arogancja ludzi bez wyniku – mówi nam Mariusz Max Kolonko. Dziennikarz, który kilka miesięcy temu wezwał do likwidacji TVP Polonia, teraz może się cieszyć – Ministerstwo Spraw Zagranicznych ogłosiło niedawno, że chce radykalnych zmian w tym kanale. – TVP Polonia jest skończona. Finished. Tego trupa nie da się reanimować, a psy szczekają przy pustej zagrodzie – mówi w rozmowie z Onetem.

Z Mariuszem Max Kolonko rozmawia Grzegorz Krawczyk.

Grzegorz Krawczyk: MSZ chce zmian w TVP Polonia. To pana sukces?

Mariusz Max Kolonko

Mariusz Max Kolonko: To nie jest mój sukces, a widzów MaxTV. Pod petycją “STOP TVPolonia” podpisało się łącznie ponad 50 tysięcy ludzi, którzy następnie zbombardowali MSZ mailami w tej sprawie.

To też sukces Onetu, bo pisaliście o tym na portalu bez problemu, i tych wszystkich, którzy uprawiając politykę, widzą w niej zwykłego człowieka, a nie tylko labirynt politycznych interesów. Okazało się, że “Mówię jak jest” to nie tylko popularny kanał na Youtube, ale także ruch społeczny ludzi, którzy mają dość siedzenia z założonymi rękami i oglądania niekompetencji szerzącej się dokoła.

W sprawie TVP Polonia, również po naszych publikacjach, pojawiło się wiele sprzecznych informacji. Dowiedziałem się m.in., że przez kilka ostatnich miesięcy mocno mediował Pan w MSZ, żeby resort zrobił coś w sprawie TVP Polonia. Czy to prawda?

Niczego nie mediowałem, a gdyby nawet – nie opowiedziałbym tu o tym. Faktem jest, że zgłaszałem w ubiegłym roku projekt TVP Polonia pod auspicjami ministerstwa, w wyniku którego, korzyści miałaby też Telewizja Publiczna. TVP dostałaby swoją dotację, ale nie w formie kasy do roztrwonienia, a jedynie produktu do zarządzania.

Kompromis polegałby na tym, że dyrektorzy zachowaliby stołki, ale odpuścili pole produkcji, czyli kontent. Tym kontentem byłby program robiony przez Polonię dla Polonii z nieodpłatną dystrybucją przez internet, który dociera dziś wszędzie.

A więc Polacy na Ukrainie czy w Australii robią programy za pieniądze MSZ i oddają gotowy produkt TVP, która zarządza programem. Są jak zawiadowca stacji kolejowej – kierują ruchem pociągów, ale ich nie budują, bo na tym się nie znają.

A MSZ się zna?

Jak się nie zna, to się pozna. Minister Radosław Sikorski wie, czym w Stanach Zjednoczonych była USIA (United States Information Agency – red.), bo pamiętam, że rozmawialiśmy o tym kiedyś na dużej przerwie w ogólniaku. Amerykański MSZ, czyli Departament Stanu stworzył przecież “Głos Ameryki”, którego każdy z nas za komuny słuchał w nocy z uchem przyciśniętym do radia marki Bolero. Dziś nadają w 43 językach świata przez 1500 godzin programu tygodniowo dla 123 milionów ludzi. Dlaczego polski MSZ nie miałby robić tego samego w wersji wideo? Za 25 mln złotych można zrobić superprodukcje.

Pozostaje tylko kwestia: kto miałby to robić?

Ja uważam, że powinna to robić Polonia dla Polonii, ale MSZ chce mieć kontrolę nad produktem, bo się boją, że ktoś odpali jakąś antypolską propagandę za ich pieniądze, więc im się to średnio podoba i chcą to robić z Warszawy. TVP z kolei chce, żeby było, jak było, bo ma tłum swoich ludzi podstawiający swoje słoiki pod te pieniądze z ministerstwa i taką dziurę w budżecie, że się można przez nią przywitać. Tu się rozmowy “zawiesiły”.

TVP liczy na to, że dociągnie do kwietnia, kiedy umowy zmuszą MSZ do decyzji, czyli kolejnej dotacji. Ja mówię: dajcie im jednego symbolicznego dolara z napisem “have a nice day” (“miłego dnia” – red.). Jak minister Sikorski da znowu wysoką dotację, to nie gwarantuje reakcji ze strony 350 tys. fanów MaxTV. Lepiej niech wstawią sobie od razu mocne serwery.

To jest groźba?

To jest rzeczywistość. Jeśli MSZ chce znowu opłacać prywatny biznes w Kanadzie pieniędzmi podatników, to powinien się liczyć z protestem społecznym i ja nie mam tu nic do gadania. Wystarczy poczytać komentarze w MaxTV. To jest lepsze niz Facebook, bo mądrzejsze. Tam jest żywioł, nad którym nikt już nie panuje. Ludzie organizują się sami, czują swoją siłę i wiedzą już, że razem mogą zmieniać rzeczywistość i ja nie mam nad nimi kontroli. Dziecko dorosło, uczy się szybko i samo chodzi. Widzi, jak jest, mówi, jak jest i zaczyna tupać nogami coraz głośniej.

Czy w obecnej sytuacji jest szansa na to, aby TVP Polska (tak brzmi roboczy tytuł kanału) zrobił zewnętrzny podmiot?

To jest słaba nazwa. Nazwałbym to na wzór “Głosu Ameryki”. “Voices of Poland” brzmi znacznie lepiej

Są tacy, którzy mówią, że ten zewnętrzny podmiot, który chciałby zastąpić TVP Polonia to telewizja MaxTV…

To się już stało dawno temu. Sama petycja “Stop TVPolonia” ma 10 razy więcej lajków na Facebooku, niż ma ich TVP Polonia. MaxTV będzie się rozwijać, ale nie w tę stronę. MaxTV mogłoby pewnie być jakimś komponentem “Voices of Poland” jako głos z Ameryki. Cały czas nadajemy “closed captioned” (z napisami – red.) w angielskim, a teraz startujemy z rosyjskim i niemieckim. 27 milionów odsłon i ponad 350 tys. stałych subskrybentów na całym świecie dostępne za darmo w sieci. MaxTV oglądają nawet na Grenlandii. Robimy to w trzy osoby – dziewczyna z Los Angeles, która zajmuje się pocztą i kontaktem z ludźmi, obrotny chłopak ze Śląska, który trzyma 260-tysięczny fanpage na Facebooku i ja, który trzymam kamerę skierowaną na siebie.

Minister Radosław Sikorski wie, czym w Stanach Zjednoczonych była USIA, bo pamiętam, że rozmawialiśmy o tym kiedyś na dużej przerwie w ogólniaku

Mariusz Max Kolonko

Gadająca głowa i dwie osoby na różnych półkulach świata w jeden rok stworzyły najpopularniejszy kanał opiniotwórczy na Youtube w języku polskim bijący w liczbie “subów” TVN24 i TVP Info wzięte razem.

Nikt nie musi wysyłać za widzami komornika z pałą, żeby ściągać abonament. Ludzie płacą sami, choć nie muszą. Płacą, bo lubią to, co widzą. Youtube chce, żebyśmy zmienili to na płatny kanał, więc obcinają nam reklamy, żeby nas do tego zmusić i żeby mogli na nas więcej zarabiać. Nie narzekam, bo to jest gospodarz, ale walczymy o każdego dolara i każdą złotówkę.

Tymczasem czytam, że pani Fabisiak z Rady Programowej TVP Polonia mówi, trala-lala, żeby na TVP Polonia “wrzucić 2 miliony złotych w programy, żeby nasze dzieci polonijne uczyły się polskiego”. Sorry, ale o czym ta kobieta opowiada? Dwa miliony złotych to kupa kasy wyciągnięta przecież od przysłowiowego Kowalskiego, który z trudem wiąże koniec z końcem, by kupić podręcznik szkolny dla swoich dzieci. To nie są pieniądze pani Fabisiak. To są nasze pieniądze. Tak samo, jak nasze są polonijne dzieci, których wychowanie niech pani Fabisiak zostawi nam – Polonii. Sama niech lepiej zajmie się swoim resortowym dzieckiem szczególnej troski.

Dwa miliony złotych! Im to wydawanie cudzych pieniędzy przychodzi łatwo, bo nie zarobili na tej całej TVP Polonia ani jednego centa. Nawet umowę ze Spanskim w Kanadzie tak położyli, że teraz nie mogą z tego wyjść! Niech pan napisze, że się śmieję i że mi ręce opadają…

A co na to Polonia w USA? Interesują się jeszcze tym tematem czy sprawa już upadła?

Przestałem się interesować producentami amerykańskiej Polonii. Producenci pochowali głowy w piasek jak strusie – czekają, aż kurz opadnie i wtedy pójdą po pieniążki MSZ jak na grzybobranie do lasu. Forget them.

Słyszałem jednak, że ma pan własny pomysł na stworzenie polonijnego kanału. Może pan go już przedstawić?

Nie, nie mogę. Nie wiem, skąd pan to ma, ale tak – pomysł jest i się realizuje. Jak się zrealizuje, to się pan dowie.

Ok. W takim razie inaczej – wystartuje pan w konkursie MSZ? Czy za osiem mln zł, które TVP obecnie daje MSZ, można stworzyć kanał “na poziomie”?

Nie startuję w konkursach. Dwa: konkursy organizują dyletanci. Trzy: tam jest 25 mln budżetu, a nie osiem. Dobry menadżer, jak ma takie pieniądze, wie od razu co z tym zrobić i kto ma to robić, żeby były dobre wyniki.

Gdybym miał coś robić z MSZ, to pewnie poszedłbym po pieniądze na międzynarodowy serial telewizyjny, który zrobi dla Polski więcej niż 10 lat wydatków na promocję Polski na świecie. Jak zaproponowałem to Telewizji Publicznej, to nawet nie odpisali. Tak dbają o misję. Maja w d… wszystko i wszystkich. To mi się nie mieści w głowie, taka arogancja ludzi bez wyniku.

Przykład: na Wyspach jest właśnie dyskusja w Parlamencie, bo stacji BBC nie wyszła inwestycja. W Polsce TVP produkuje flopy za flopami i nic się nie dzieje. Swoją drogą, po co ma się dziać? Jeśli ten, który ma 200 milionów na plus w spółce skarbu państwa, dostaje w nagrodę przejęcie zysku, to dlaczego prezes TVP ma się starać, żeby zamiast 200 mln na minusie mieć 200 na plusie, jeśli spotka go to samo? Dopiero po ruchu rządu z Lasami Państwowymi zrozumiałem, że prezes Juliusz Braun robi to, co menadżer spółki skarbu państwa robić powinien: być stale na minusie i prosić o pieniądze.

Panie prezesie Braun, jak w piosence “Amazing Grace”, (“I was blind but now I see”) byłem ślepy, ale teraz widzę.

Ale może to jednak członkowie Rady Programowej TVP Polonia mają rację i kanał da się reaktywować przez zwiększenie nakładów finansowych?

TVP Polonia jest skończona. Finished. Tego trupa nie da się reanimować, a psy szczekają przy pustej zagrodzie. MSZ powinno zostawić ich sobie samym i tak jak mówiłem stworzyć swoją telewizję “Voices of Poland”. Potem ściągnąć niezależną firmę zewnętrzną z zagranicy zajmującą się zawodowym zarządzaniem medialnym przedsiębiorstwem.

Następne, co by się działo, to masowa emigracja dziennikarzy z TVP do telewizji MSZ. TVP upada w rankingach oglądalności do końca. Staje się amerykańskim PBS – nadaje “Bolka i Lolka” i “Wiadomości”, których nikt nie ogląda. Rachunki nieopłacone. W pewnym momencie światło w studiu gaśnie. Słychać pukanie. “Kto tam?” Komornik! Rząd wprowadza społeczeństwu obowiązkowe ściąganie abonamentu pod groźbą zesłania na przymusowe oglądanie obrad Sejmu. Na mównicy w Sejmie pojawia się Bob Spanski w czarnych okularach i świeżą opalenizną od leżenia plackiem na plaży w Monako i mówi: “no cześć chłopaki” – tak rysuje się scenariusz do filmu “Chłopcy z Woro”. Wkrótce na ekranach kin w całym kraju.

Wyjaśnię, że firma Boba Spańskiego z Kanady podpisała wieloletnią umową z TVP na wyłączność emisji TVP Polonia w Ameryce Północnej. Ma pan jakiś kontakt ze Spanskim?

Znam Boba, ale nie mam z nim kontaktu. Nie mam nic do niego. Uważam, że powinien dostać nagrodę ministra edukacji za 25-letnie warsztaty szkoleniowe dla menedżerów TVP pt. jak robić biznes. Żeby przez dwie dekady kiwać tych ludzi, to trzeba mieć talent. Powinni go zrobić doradcą w TVP, czy coś.

Skandaliczną umowę między nim a TVP, bo przecież o to chodzi, w części znam – cudów tam nie ma, nic czego już nie wiemy w zasadzie. Oni nie chcą tego ujawnić, bo widnieją tam nazwiska kolegów, wiec nie chcą ich sypać i ja to rozumiem. Pewnie powiem o tym kiedyś w MaxTV, ale tu nie chodzi o to, żeby kogoś rozliczać. Zamiast niszczyć i rozliczać zacznijmy tworzyć i budować. Destrukcja ludzi to nasza polska specjalność – jedna z cech naszego polskiego syndromu, o którym mówiłem w MaxTV. Złapmy się za ręce i róbmy coś wreszcie z myślą o ludziach, a nie o sobie.

———————————————–

Mariusz Max Kolonko w przeszłości był korespondentem TVP w Stanach Zjednoczonych. Kilka miesięcy temu stworzył najpopularniejszy polski kanał opiniotwórczy na Youtube, MaxTV – Mówię Jak Jest. Ma już ponad 350 tys. subskrybentów, a jego filmy przekroczyły 27 milionów odsłon w ciągu jednego roku.

Ostatni komentarz “Putin czlowiekiem Roku” w MaxTV obejrzało ponad pół miliona ludzi. Rekordowy jest jednak film “Atak w Londynie”, który zanotował ponad półtora miliona odsłon. MaxTV zrealizowała już ponad 100 filmów w cyklu jedno lub dwutygodniowym.

Całość: http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/mariusz-max-kolonko-wladze-tvp-maja-w-d-wszystko-i-wszystkich/pshjf