22-04-2014, 09:03
Najważniejsze jest patrzenie »
Agnieszka Sikora
22-04-2014
5 lutego 2014 roku w Bibliotece Śląskiej w Katowicach odbyła się promocja książki autorstwa Mirosława Słomczyńskiego pt. Kamerzysta. Telewizyjne epizody i historyczne zdrapki. W spotkaniu, oprócz autora, wziął udział bohater książki – Mieczysław Chudzik.
Książka Mirosława Słomczyńskiego to zbeletryzowana opowieść, osnuta na wspomnieniach Mieczysława Chudzika, operatora obrazu, związanego z katowickim ośrodkiem telewizyjnym od początku jego działalności, autora zdjęć do wielu programów TYP, reportaży, filmów dokumentalnych i fabularnych, realizowanych w kraju i za granicą, wyróżnianych i nagradzanych na krajowych i zagranicznych festiwalach filmowych. Pojawienie się na rynku czytelniczym książki Słomczyńskiego stało się okazją do rozmowy z jej głównym bohaterem.
- Urodził się pan na terenie przedwojennych Kresów Wschodnich, gdzie spędził pan dzieciństwo i wczesną młodość. Wraz z ostatnią falą repatriacji, w latach 50. XX wieku, przyjechał pan do Polski. Wiele osób, pochodzących stamtąd, wspominało po latach, że Śląsk przyjął ich z otwartymi rękami. Mimo wielu różnic kulturalnych czy językowych zostali tu dobrze przyjęci i szybko się zaaklimatyzowali. Tak wspominał między innymi Wojciech Kilar. A jaki był Śląsk z tych najwcześniejszych pana wspomnień?
- Moja droga na Śląsk wiodła przez Zachodniopomorskie, gdyż na ogół ludzi z Wileńszczyzny oraz zachodniej czy północnej Białorusi kierowano na Wybrzeże. Po pobycie w obozach przesiedleńczych i po przejściu wielu różnych i długotrwałych formalności wraz z rodziną w 1957 roku pojawiliśmy się na Śląsku. Dlaczego na Śląsku? Ponieważ tutaj była praca. Mój ojciec przed wojną był zatrudniony na kolei, a dokładniej – w łączności kolejowej. Po wojnie wszystko się zmieniło, ale kolej wciąż była gwarantem stabilnej pracy. Po przybyciu na Śląsk znalazł zajęcie na kolei i po przeszkoleniu został kierownikiem pociągu. Taki zawód dawał mu satysfakcję, bo miał naturę podróżnika, która chyba była w naszych genach, boja również, mimo zupełnie innej profesji, ją odziedziczyłem. Śląsk był wówczas najbardziej uprzemysłowionym regionem w Polsce i to był dla mnie szok, jak dla każdego, kto pochodził z terenów Wileńszczyzny czy Grodzieńszczyzny, gdzie przemysł był znikomy, były za to piękne krajobrazy: jeziora, rzeki, wzgórza, lasy itd. Z tak wielkim i ciężkim przemysłem zetknęliśmy dopiero tutaj. Moja mama zawsze narzekała i wspominała, że u nas było pięknie i czysto, a tu musi firanki prać raz w tygodniu. Szokowało ją również to, że w tym przemysłowym krajobrazie, wśród dymiących kominów okna są wypucowane i wiszą w nich czyste firaneczki. To jej się podobało. Czy dobrze się tu czuła? Nie wiem, ale pewnie, gdyby tak nie było, próbowałaby gdzieś się przenieść. Myślę, że się w końcu zaaklimatyzowała, no i dożyła sędziwego wieku, 10 dni jej zabrakło do ukończenia 107 lat. Widać, to śląskie powietrze jej służyło.
- Jak zaczęła się przygoda z filmem i fotografią? Czy to był przypadek, że został pan filmowcem?
- To nie był przypadek, że wybrałem taki styl życia. Gdy chodziłem do szkoły w Wołkowysku, to wraz z kolegami tworzyliśmy grupę łobuziaków. Ja byłem jedynym Polakiem, pozostali to byli Rosjanie, Białorusini, Uzbecy, ktoś z Kaukazu… Niezwykła mieszanina. Językiem rosyjskim władałem bardzo dobrze, trochę mówiłem po białorusku, a polskiego właściwie w ogóle nie znałem. Mieliśmy bardzo fajnego dyrektora – młodego, ambitnego, wykształconego, który żeby nas odciągnąć od łobuzerki, chciał nas czymś zainteresować. Założył więc kółko teatralne, zainspirował nas, żebyśmy wydawali miesięcznik, a także założył kółko fotograficzno-filmowe. I od tego się zaczęło, od 8 klasy. Oczywiście, wcześniej w domu u ojca był aparat fotograficzny i usiłowałem coś tam robić, ale dopiero szkoła pozwoliła mi się rozwinąć. Jeszcze jeden epizod jest wart wspomnienia. Otóż, w czasie przerw wakacyjnych pracowałem, żeby zarobić na książki. Znalazłem się w firmie, gdzie byłem pomocnikiem geodety, który nauczył mnie czytać plany, mierzyć ziemię, kołkować place budów, a przy okazji trzeba było fotografować. To była firma cywilna, która była przykrywką firmy wojskowej z siedzibą w Murmańsku. Nie miała nazwy, tylko numer, wtedy nie rozumiałem o co chodzi, ale teraz wiem, że jak się podaje numer firmy czy miasta, to chodzi o tajne sprawy.
- Skoro nie znał pan języka polskiego, to jak pan sobie poradził na początku?
- Rzeczywiście, gdy znalazłem się w Katowicach, to miałem problemy językowe. Ale bardzo pomogli mi studenci-wolontariusze z Akademii Sztuk Plastycznych. Był taki akademik na ulicy Kasprzaka, na Koszutce. Tam chodziłem codziennie na pogaduszki, podczas których koledzy mnie poprawiali, tłumaczyli, jak należy dane słowo poprawnie powiedzieć. W tym samym czasie Urząd Wojewódzki szukał ludzi chętnych do wyjazdu na kurs do Warszawy, który miał przygotować ich do pracy w powstającym w Katowicach ośrodku telewizyjnym. Namawiano mnie, abym się zgłosił, ale się nie zdecydowałem – po prostu się bałem. Przede wszystkim wciąż jeszcze miałem problemy językowe, trudno mi było wszystko zrozumieć. Najpierw musiałem sobie to przetłumaczyć na rosyjski, a dopiero potem na polski. Poza tym odstawałem od rówieśników wyglądem, moje ubranie było inne, fryzura inna, oczy inne, ludzie się oglądali w tramwaju. Byłem dla nich obcy. Potem przeczytałem w “Panoramie” artykuł, że w Katowicach bardzo prężnie działa Amatorski Klub Filmowy “Śląsk”. Bardzo mnie to zainteresowało, więc zacząłem go szukać. Znalazłem, siedziba mieściła się przy ul. Francuskiej. Dwa razy podchodziłem, bo nie miałem odwagi, żeby wejść. Aż w końcu wszedłem i spotkałem pana, bardzo miłego, sympatycznego, uśmiechniętego, potem okazało się, że to sekretarz klubu Bolesław Zieliński. Zaprosił mnie na herbatę, porozmawialiśmy i tak się zaczęło, ja się do tego klubu niejako przykleiłem i czułem się tam bardzo dobrze. Jak się okazało, że bardzo dużo potrafię zrobić, to zostałem chłopakiem do wszystkiego. Pierwszym moim wzorem do naśladowania, mistrzem, był prezes klubu Norbert Boronowski, zawodowy fotoreporter w “Panoramie”. Wywoływaliśmy taśmy filmowe, wszystko było robione ręcznie, ale technologię miałem opanowaną, a ponieważ posiadałem bardzo dużo wolnego czasu, to byłem na każde gwizdnięcie. Dostawaliśmy filmy, które robili członkowie klubu, ale wkrótce również zaczęły przychodzić materiały z telewizji. Interesujące i trudne w realizacji filmy robili Danuta i Jan Maćkowowie. Pamiętam również, jak Edward Poloczek, znany fotografik śląski, pojechał z ekipą na Spitsbergen i tam robił mnóstwo filmów i zdjęć. Trzeba było to wszystko obrobić, a my baliśmy się strasznie, żeby czegoś nie zepsuć. Jak wspomniałem, gdy powstała telewizja, to materiały filmowe, które były potrzebne do programów, były obrabiane w klubie filmowym przy ul. Francuskiej. Potem trzeba było biegać na ulicę Ligonia 37, gdzie obecnie stoi tzw. Decebmer, a wtedy stała willa, w której mieściła się pierwsza siedziba TYP Katowice. Po jakimś czasie powstało tam laboratorium, do którego się przeniosłem, a moim szefem został Jerzy Badura.
- Takich szefów-nauczycieli, mistrzów było chyba znacznie więcej w ciągu tych wszystkich lat?
- Tak, oczywiście. Zresztą w ogóle w życiu miałem szczęście do nauczycieli. Dużo by wymieniać, ale wspomnę choć kilka nazwisk. Opiekunem mojego roku był najpierw Andrzej Ancuta, a potem Adolf Forbert, współzałożyciel Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi, a następnie znacznie młodsi: Mieczysław Jahoda, Jerzy Wójcik, Witold Sobociński. Ponad dwa lata byłem szwenkierem u Mikołaja Sprudina, u którego przeszedłem niezła szkołę zawodu. Miałem szczęście również pracować z Zygmuntem Samosiukiem, znacznie młodszym człowiekiem, który miał zupełnie inne, nowatorskie podejście do kamery. To patrzenie na innych, lepszych, jak oni robią film było szalenie ważne. Szkoła szkołą, człowiek się oczywiście nauczy techniki, ale najważniejsze jest patrzenie, co robi mistrz, bycie z nim i podglądanie go.
- Jak doszło do współpracy z Poltelem?
- Niemal od samego początku w telewizji była redakcja filmowa, a jej szefem był Tadeusz Koper, z wykształcenia reżyser po szkole filmowej. Bardzo do niego przylgnąłem. Traktował mnie może nie jak syna, ale młodszego brata i wziął pod swoje skrzydła. Redakcja funkcjonowała około 2 lat, a potem, w 1960 roku, w Warszawie podjęto decyzję, że produkcja filmowa zostanie wydzielona i w ten sposób powstała nowa jednostka. Przenieśli nas z dnia na dzień. I było to dziwne, bo pracowaliśmy w telewizji, robiliśmy wszystko dla telewizji, ale byłyśmy jakby w innym zakładzie – w Zakładzie Produkcji Filmów Telewizyjnych w Warszawie z oddziałem w Katowicach. Jego szefem został Jan Maćków. Zakład zaczął się dość szybko i intensywnie rozwijać. Powstało nowoczesne laboratorium z bardzo dobrymi maszynami. W 1972 roku szefem Komitetu ds. Radia i Telewizji został Maciej Szczepański, który postanowił zrobić z telewizji nowoczesne narzędzie propagandy. Poszliśmy w kolor, w technikę najnowszej generacji, a przy tym Szczepański rządził żelazną ręką. Gdy moi koledzy przyjeżdżali z Zachodu, to się dziwili, że mamy taki sprzęt, jakiego nawet oni za dużo nie mieli. Szczepański postanowił zrobić własną wytwórnię filmową, która miałaby samodzielność decyzyjną i finansową. Wtedy powołał do życia Centralną Wytwórnię Programów i Filmów Telewizyjnych Poltel z odziałem w Katowicach. Tu był potężny przemysł, tu odbywały się wszystkie najważniejsze masówki, więc telewizja potrzebowała własnych programów, a produkcja filmów w zespołach filmowych była kosztowna i nie zawsze chciano realizować tematy, którymi była zainteresowana telewizja.
- Jak dziś można ocenić działalność Poltelu?
- Uważam, że bardzo dobrze. Szkoda, że to wszystko upadło, że doprowadzono do likwidacji tego majątku. Był rok 1991. Z dnia na dzień zapadła decyzja o likwidacji Poltelu i wszystkie archiwa dosłownie wyrzucono na śmietnik. Myśmy nawet żartowali, że taśmy poszły na grzebienie. Laboratorium zostało zniszczone, maszyny wyrzucone przez okno na podwórko. Były także budynki, które Poltel wcześniej przejął po Ośrodku Postępu Technicznego. Znajdowały się w nich: magazyny, stolarnie, świetna hala, administracja, montażownie, sala dźwiękowa – bardzo dobra, synchronizacyjna ze stołem trickowym, gdzie można było robić różne napisy czy wkopiowania. Były też kostiumy, rekwizyty, które Poltel wyprodukował przez lata swojej działalności. Ale cóż… przyszły takie czasy, że wszystko zostało sprasowane bez oglądania się na to, czy to jest potrzebne, czy nie. Zmarnowano pracę i zaangażowanie wielu ludzi, zniszczono materiały, które są nie do odtworzenia. A przecież w Poltelu wyprodukowano mnóstwo filmów dokumentalnych – więcej niż w Warszawie, również na potrzeby telewizji były robione filmy fabularne. Ponadto bardzo rozwinęły się usługi dla ekip zagranicznych. Kręcono na Śląsku sporo tytułów i Poltel zarabiał na tym dosyć dobrze. Już nie mówię, że mieliśmy mnóstwo wybitnych specjalistów w zawodach pomocniczo-twórczych, ludzi z ogromnym doświadczeniem. Tego nie da się nauczyć w żadnej szkole i oni też zostali straceni: stolarze, dekoratorzy, kostiumolodzy, charakteryzatorzy, garderobiane… A przecież bez nich film nie istnieje. Ludzie jednego dnia znaleźli się na bruku, bez szans na znalezienie pracy w zawodzie. A byli to entuzjaści, którzy kochali film, pracowali dla niego, nie dla pieniędzy. To wszystko mity, że myśmy tu zarabiali złote góry. To bzdury. Moim zdaniem, stolicy zależało na tym, żeby w Katowicach wszystko sprasować. To była swego rodzaju zemsta za to, że za czasów Gierka podobno nam się tutaj żyło jak w Szwajcarii, że Śląsk to rzekomo była kraina miodem i mlekiem płynąca.
- Jest w Katowicach na Uniwersytecie Śląskim Wydział Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego. Rozwija się, młodzi ludzie zdobywają mnóstwo nagród…
-Ale Katowice z tego nic nie mają – w sensie tego środowiska, bo nie ma tutaj bazy produkcyjnej. Telewizja w ogóle przestała współpracować z Wydziałem. Więc ci młodzi ludzie uciekają do Warszawy. Nawet gdy kręcą etiudy operatorskie czy reżyserskie, to jadą do stolicy, a mogliby je robić w Katowicach, bo są tutaj dobrze wyposażone firmy. Presja warszawska jest jednak tak wielka, że uważają, że jeśli nie zrobią czegoś w Warszawie, to ich nie ma. Być może tak jest. Ale to jest kolejna konsekwencja likwidacji Poltelu i Zespołu Filmowego Silesia Kazimierza Kutza.
- Wspominał pan, że odziedziczył w genach zamiłowanie do podróży, że były czasy, gdy nie było pana pół roku w domu. Czy były jakieś wyjazdy, które szczególnie zapadły panu w pamięci, niebezpieczne przygody?
- Faktycznie, znaleźliśmy się parę razy z kolegami w sytuacjach dosyć niebezpiecznych. Był taki moment w historii, podobny do tego, co się obecnie dzieje na Ukrainie. Mam na myśli pucz Janajewa w Moskwie (nieudaną próbę przejęcia władzy w ZSRR w sierpniu 1991 roku). Wraz z kolegą Adamem Sojką wybraliśmy się jak idioci, samochodem, za własne pieniądze i znaleźliśmy się w środku konfliktu. Gdy to czasami wspominamy, to uzmysławiamy sobie, że przecież mogli nas zabić. Wykazaliśmy się wyjątkową bezmyślnością. Dziś nie byłbym już takim wariatem. Podobna sytuacja miała miejsce w Wilnie, gdzie oficer OMON-u zarepetował broń i powiedział mi, że mam trzy sekundy, aby odejść, w przeciwnym razie mnie zastrzeli.
Jakie ma pan plany na przyszłość?
Z moimi młodszym kolegami, a muszę zaznaczyć, że nie była to moja inicjatywa, w grudniu 2013 roku złożyliśmy Stowarzyszenie Filmowców Śląskich. Zostało już nie tylko zarejestrowane, ale nawet mamy honorowego członka, którym został Lech Majewski. Głównym założeniem Stowarzyszenia jest “rewitalizacja” środowiska filmowego na Śląsku, aby filmowcy śląscy mieli możliwość poznania siebie nawzajem i swoich prac. Chcemy stworzyć grupę, która będzie mówiła jednym, silnym głosem o rzeczach, które nas wszystkich denerwują, a może dzięki temu damy wspólnie radę naprawić to i owo. Chciałbym, żeby władze wojewódzkie życzliwiej spojrzały na lokalne ambicje filmowców. Trudno, żeby się to środowisko błyskawicznie odrodziło i działało, jak onegdaj, ale może powoli, gdy w centrum Katowic zostanie wzniesiony nowy budynek Wydziału Radia i Telewizji, powstanie rzeczywiście porządna firma produkcyjna – oczywiście teraz prywatna, może spółka… Mam nadzieję, że jeszcze w swoim życiu będę miał satysfakcję, że na Śląsku działalność filmowa – w szerokim znaczeniu – będzie widoczna.
Całość: www.alfa.com.pl/slask



