Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

30-05-2014, 07:01

Pióra Wolności od PAP za relacjonowanie polskiej transformacji  »

Press
(PAP, MAL)
30-05-2014

Dziennikarze Renate Marsch-Potocka, Krzysztof Bobiński i Reinhold Vetter i fotoreporter Czarek Sokołowski otrzymali nagrody Polskiej Agencji Prasowej Pióra Wolności. Wręczone one zostały za relacjonowanie w mediach zagranicznych transformacji ustrojowej w Polsce.

Krzysztofa Bobińskiego uhonorowano m.in. za relacjonowanie dla “The Financial Times” strajku w Stoczni Gdańskiej w latach 80. Bobiński pracował też dla BBC i “The Washington Post”. W 1989 roku relacjonował obrady okrągłego stołu. Reinhold Vetter jako korespondent niemieckiego radia ARD nawiązał kontakt z Niezależnymi Wolnymi Związkami Zawodowymi w Trójmieście, relacjonował powstanie i działalność NZSS “Solidarność”.

Renate Marsch-Potocka otrzymała nagrodę za relacjonowanie obrad okrągłego stołu. Dziennikarka była wieloletnią korespondentką DPA w Polsce.

Czarek Sokołowski odebrał nagrodę za fotografowanie dla agencji Associated Press, m.in. działalności “Solidarności”, wprowadzenia stanu wojennego i strajków w 1988 roku.

Wręczenie nagród odbyło się wczoraj w Centrum Prasowym PAP w Warszawie. Laureatów wybierała redakcja PAP spośród kilkunastu korespondentów zagranicznych mediów, którzy relacjonowali polską transformację ustrojową.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/45435,Piora-Wolnosci-od-PAP-za-relacjonowanie-polskiej-transformacji

29-05-2014, 08:51

20 lat “Trybuny Górniczej  »

Portal górniczy nettg.pl
Krystian Krawczyk, Witold Gałązka, Andrzej Bęben
29-05-2014

20 lat "Trybuny Górniczej"

Z okazji 20-lecie “Trybuny Górniczej”, specjalne wydanie tygodnika otwiera artykuł wstępny redaktora naczelnego Krystiana Krawczyka:

Drodzy Czytelnicy!

Dostajecie dzisiaj do rąk trochę nietypową Trybunę Górniczą. Regułą bowiem jest, że to Wy i Wasze sprawy są tematem materiałów zamieszczonych na tych łamach. To jest, że zacytuję klasyka – “oczywista oczywistość”. Tym razem jest inaczej. Zajęliśmy w naszym tygodniku trochę miejsca, pisząc o sobie. Chcemy bowiem, żebyście poznali bliżej ludzi, którzy co tydzień tworzą teksty, robią zdjęcia, przygotowują gazetę dla Was, a także dbają o otoczkę potrzebną dla funkcjonowania wydawnictwa.

Okoliczność ku temu jest szczególna, bo przedjubileuszowa. Za 12 dni, 9 czerwca, Trybuna Górnicza będzie świętowała 20. rocznicę ukazania się pierwszego jej numeru. Jest to szmat czasu, w którym gazeta towarzyszy przemysłowi wydobywczemu w jego trudnych i dobrych momentach, w tragicznych i radosnych. Staramy się być wszędzie tam, gdzie coś istotnego dzieje się dla górnictwa i górników. A potem Was o tym poinformować. Cenicie to sobie. Wiemy z Waszych telefonów, listów, a ostatnimi laty e-maili.

W dzisiejszym numerze o tym, jak rodziła się idea powołania górniczej gazety, opowiada red. Ryszard Fedorowski, pomysłodawca, twórca i jej pierwszy naczelny redaktor. Jerzy Chromik, dziennikarz, którego pierwszy tekst w Trybunie Górniczej można znaleźć w inauguracyjnym numerze tygodnika, wspomina swoje wieloletnie związki z kopalniami i ich pracownikami. Prof. Marian Gierula mówi o tym, jak ważna jest dla środowiska zawodowego gazeta branżowa. No i my, dziennikarze i pracownicy Wydawnictwa Górniczego, przedstawiamy się, wspominamy, chwalimy.

Przyjmujemy też życzenia od ludzi gazecie życzliwych, chociaż mających do niej stosunek krytyczny. Dziękujemy za każde dobre słowo i rzeczową krytykę. Do lektury całości materiałów zachęcamy na wirtualnym przedłużeniu Trybuny Górniczej – w portalu górniczym nettg.pl. Towarzyszy on gazecie już ponad 6 lat i dawno swoim zasięgiem ją zdystansował. Czytają go bowiem w ponad 100 krajach świata. W Polsce najwięcej wielbicieli ma w Katowicach, a potem w… Warszawie i Krakowie. A poza tym jest znany w prawie 1900 miejscowościach.

Trybuna Górnicza powstała w najtrudniejszych czasach dla polskiego górnictwa węgla kamiennego. Dziś przychodzi jej świętować swój jubileusz, gdy nad branżą zebrały się ciemne chmury. I wtedy, i dziś gazeta i redakcja ze wszystkich sił będą wspierać branżę w wybijaniu się na normalność. Nazwa Trybuna Górnicza zobowiązuje.

Krystian Krawczyk

Redaktor Naczelny

—————————————————————————-

POCZĄTKI PORTALU GÓRNICZEGO NETTG.PL

Na początku trudno było mi zapamiętać adres www.nettg.pl. Gdy latem 2008 roku Barbara Warpechowska (doświadczona dziennikarka gospodarcza i redaktorka, z którą wcześniej pracowałem w Gazecie Wyborczej) zadzwoniła z propozycją, bym pomagał jej w prowadzeniu nowego, górniczego portalu w internecie, musiałem sięgać po notes, żeby wstukać prawidłowe litery. Żadna z wyszukiwarek nie chciała podpowiedzieć adresu, bo na stronę w owym czasie wchodziło raptem kilkaset osób. Szczyt odsłon przypadał na biurowe godziny pracy, co sugerowało, że portal czytany jest w kopalnianych administracjach.

Nie wiedziałem, ile warte jest internetowe przedsięwzięcie Wydawnictwa Górniczego. Czy ma to być tylko modny elektroniczny gadżet-ozdoba dla papierowej Trybuny? Czy wolno w ogóle marzyć o rozwoju branżowego portalu informacyjnego, którego “newsroomem” jest maleńki pokoik z rwącą się kilka razy na dzień siecią LAN i jedno-dwuosobową obsługą dziennikarzy?

Którejś nocy radio wyrwało mnie z półsnu o 3 nad ranem informacją, że w jednej z kopalń na Śląsku doszło do wypadku, zginął górnik. Z przekory usiadłem do komputera, niemal pewien, że nettg.pl nieprędko się dowie o tragedii (co miało mi dawać argument na bezsensowność konkurowania w branży z Polską Agencją Prasową i bogatymi redakcjami mediów). Klik, a na portalu górniczym… od ponad godziny najważniejszym newsem jest wiadomość, którą właśnie usłyszałem w radio, jest opis akcji, wypowiedź dyspozytora.

Zrozumiałem, że taki portal musi się udać, bo ma ludzi najbliższych górnictwu, którzy – mimo technicznej mizerii środków – samym zapałem, poświęceniem i fachową znajomością branży przeniosą góry i pokonają najbogatszą konkurencję!

CMS-y, czyli systemy, pozwalające na zarządzanie stroną internetową, zmieniały się w portalu górniczym dwu lub trzykrotnie. Gdy kończyliśmy uczyć się obsługi, wydajność “nowego” systemu pękała pod naporem wejść i odwiedzin, których przybywało lawinowo. Najważniejsza była zawsze podzielność uwagi i szybkość pisania na klawiaturze. Miało to krytyczne znaczenie wtedy, gdy wstawienie do internetu najzwyklejszego obrazka, ramki albo tabelki wymagało, by ręcznie “nakarmić” edytor odpowiednim kodem html, który pisało się oczywiście “z głowy”. Próby automatyzacji najczęściej powodowały, że wywracał się cały system.

W dniu tragedii w kopalni Wujek w 2009 r. dziennikarze Trybuny Górniczej pojechali na miejsce a w redakcji odbieraliśmy ich telefony, wpisując jednocześnie wiadomość do internetu. Około południa nieświadomi zagrożenia szefowie postanowili usunąć ze strony głównej barwy i nadać jej żałobną tonację. I nagle za ścianą w redakcji poczerniały ekrany edytorów. Białe pola do wpisywania zawartości newsów stały się zupełnie czarne. Przez resztę dnia wiadomości pisaliśmy po omacku – czarnymi czcionkami na czarnym tle, przełączając się co akapit na portal, żeby sprawdzić, czy wyświetla się prawidłowo…

Na najbardziej rozpalone pytania dziennikarzy o awarie systemu, jeden z naszych pierwszych informatyków miał zwyczajową odpowiedź: “A u mnie działa…”. Nie wiedzieliśmy, czy śmiać się z tego, czy płakać.

—————————————————————————-

BLIŻSZE SERCU PAPIEROWE WYDANIE

Rozmowa z red. RYSZARDEM FEDOROWSKIM, pomysłodawcą, założycielem i pierwszym redaktorem naczelnym Trybuny Górniczej

Powiedz Czytelnikom, jak to się stało, że w czasach najtrudniejszych dla górnictwa zrodził się pomysł stworzenia gazety branżowej i nawet więcej — zyskał przychylność tych, którzy mieli wydać na ten pomysł pieniądze?

Ryszard Fedorowski

Żeby odpowiedzieć na te oba pytania, trzeba chociaż w skrócie przypomnieć realia, jakie w 1993 i 1994 r. panowały w polskim górnictwie węgla kamiennego. W połowie 1993 r. powstało 7 spółek węglowych. Próbowały one ogarnąć branżę pod względem wydobycia, ale przede wszystkim sprzedaży. Było wtedy 71 kopalń, które zatrudniały ponad 400 tys. ludzi. Wydobywano 170-180 mln t węgla, na połowę którego nie było zbytu. Powstały pierwsze programy restrukturyzacyjne. To było za czasów rządu pana premiera Waldemara Pawlaka. Wówczas sekretarzem stanu, który zajmował się górnictwem, był pan Eugeniusz Morawski.
Co to ma wspólnego z pomysłem na gazetę?

Wyzwania były ogromne. Ogromna też była trudność z dotarciem do środowiska górniczego z pomysłami na funkcjonowanie branży i przedstawienie głównych założeń pierwszego programu restrukturyzacyjnego. A to dlatego, że nie było właściwie instrumentu do komunikowania się z górnikami. Natomiast w prasie, zarówno regionalnej, jak i ogólnopolskiej, publikowano ogromną ilość materiałów, które jak w bęben waliły w górnictwo, odsądzając je od czci i wiary. Branża była bezbronna, bo nie miała gdzie kontrargumentować, pokazywać swoich racji. Byłem wówczas rzecznikiem prasowym Państwowej Agencji Węgla Kamiennego (PAWK). Rozgrywały się przed tą Agencją dantejskie sceny. Nie było miesiąca, aby nie było demonstracji. Nierzadkie były okupacje siedziby Agencji, bo górnicy nie wiedzieli, co ich czeka, jaki jest ich przyszły los, ponieważ co miesiąc powstawał problem — skąd wziąć pieniądze na wypłaty, jak opanować żądania i zaspokoić przywileje górnicze, wynikające z układów zbiorowych pracy i porozumień jastrzębskich. Zacząłem więc kombinować, jakie dać instrumentarium górnictwu, żeby mogło komunikować się ze sobą, czyli krótko mówiąc: aby można było docierać z informacją o tym, co się dzieje, jakie pomysły ma rząd, a jakie poszczególne spółki, żeby załogi mogły się dowiedzieć, co je czeka. Z drugiej strony chodziło również o to, aby w takich drastycznych przypadkach, kiedy łamano wszelkie zasady przyzwoitości dziennikarskiej, wypisywano okropne rzeczy na temat górnictwa, mieć łamy, na których można na takie sytuacje reagować.

Jednym słowem to potrzeba chwili zainspirowała Cię do wydawania czasopisma.

Górnictwo było jedyną branżą, która nie miała swojej gazety. Mieli ją kolejarze, transportowcy, energetycy, hutnicy, tylko nie górnicy. Gdy to sobie uświadomiłem, stworzyłem jej założenia. Chodziło o to, aby nie było to pismo samodzielne w sensie kolportażu. Oznaczałoby to bowiem, że będzie miało bardzo niski nakład i będzie rozprowadzane oraz czytane wyłącznie w kopalniach. Koniecznym wydawało mi się to, aby z problemami i poglądami środowiska górniczego przebić się do szerokiej opinii publicznej. Wpadłem na pomysł, żeby do tego celu wykorzystać wysokonakładową gazetę, jaką była wówczas Trybuna Śląska. Górnicza gazeta byłaby dodatkiem do tego dziennika, a dzięki temu jej pole oddziaływania znacznie szersze. Ten dość niecodzienny pomysł spodobał się też mojemu długoletniemu przyjacielowi Jankowi Dziadulowi, publicyście Polityki.

Miałeś założenia gazety i co z nimi zrobiłeś?

Na początku 1994 r. poszedłem z nimi do pana sekretarza stanu w Ministerstwie Przemysłu — Eugeniusza Morawskiego. Chcę podkreślić, że wówczas prezesem PAWK był pan prof. Andrzej Karbownik, który życzliwie odniósł się do tej inicjatywy. Jednak decyzja leżała po stronie właściciela, czyli resortu przemysłu. Minister stwierdził, że to świetny pomysł i dodał: “Robimy to! “. Przystąpiłem do realizacji przedsięwzięcia, czyli do powołania wydawnictwa, które będzie wydawało gazetę. I tak powstały założenia Wydawnictwa Górniczego. Poszedłem z nimi do ministra, który większość czasu spędzał w Katowicach. Także prof. Karbownik pozytywnie się do tego ustosunkował. Wszystko wyglądało na to, że za miesiąc możemy ruszyć. Pech chciał, że w marcu pana Morawskiego odwołano ze stanowiska. Sytuacja stała się trudna. Wszystko było już dogadane. Wydawnictwo miało już być zawiązane z udziałem wszystkich 7 spółek węglowych, PAWK, GIG i Węglokoksu.

No i…

Na szczęście stosunkowo szybko powołano podsekretarza stanu ds. górnictwa. Został nim pan Herbert Leopold Gabryś. W trakcie pierwszej jego wizyty w Katowicach udało mi się wcisnąć do jego pokoiku. Pokazałem mu założenia i dokumenty. Wytłumaczyłem, o co chodzi. “Robimy to, panie redaktorze” — powiedział wiceminister Gabryś. Po tych słowach doszło już do praktycznych rozstrzygnięć — kiedy wydajemy gazetę, jaki będzie miała kształt, jaki będzie skład zarządu.

Redakcja to przede wszystkim dziennikarze. Nie miałeś kłopotów z ich pozyskaniem?

Ze zgromadzeniem dziennikarzy wokół redakcji nie było wtedy problemu. Na rynku dziennikarskim było duże zamieszanie i kilku redaktorów było w odwodzie. Wspomnę o Jurku Chromiku — możliwość współpracy z nim bardzo mnie ucieszyła. Był dziennikarzem kojarzonym z górnictwem, kiedyś pracował w kopalni. Był przygotowany do podjęcia tej problematyki od razu. Z okręgu jastrzębskiego udało mi się skaptować do gazety panią Eugenię Plucik, która współredagowała tamtejsze czasopismo górnicze. Moim zastępcą został Wojtek Niedziela, który był również wiceprezesem Wydawnictwa. On nie zajmował się górnictwem, ale przez dłuższy czas był sekretarzem w gazecie skierowanej do chemików. Z przemysłem miał więc do czynienia. Istotną rolę odgrywał też mgr inż. Kazimierz Służewski, członek zarządu Wydawnictwa – niezwykle zasłużony dla górnictwa fachowiec w naszym zespole. Sekretarzem redakcji został Jasiu Czypionka, który z wykształcenia jest inżynierem, wprawdzie budownictwa, ale bardzo szybko sobie problematykę górniczą przyswoił. Przy czym jego rola na początku polegała — jak każdego sekretarza redakcji — na organizowaniu pracy redakcji, a przede wszystkim wykorzystałem jego umiejętności i znajomość komputerów. W sprawach informatyki byliśmy wtedy na początku drogi. To były lata, kiedy pracowało się na komputerach marki Optimus. Alfą i omegą świata informatycznego okazał się także Krzyś Ewicz. Miałem zamysł, żeby o górnictwie pisać nie tylko poprzez programy restrukturyzacyjne, płace, bezpieczeństwo i wydobycie, ale także na łamach gazety prezentować problemy górniczej kultury, sportu, spraw socjalnych, czyli tego wszystkiego, czym żyli pracownicy kopalń. Z czasem okazało się, że znakomicie z tego zadania wywiązywały się Ania Lubiejewska i Basia Namysł. Od początku był też z nami znany śląski fotoreporter Bogdan Kułakowski. A rolę pani Blanki Wrońskiej, kierowniczki sekretariatu, w kształtowaniu miłej i przyjaznej, sprzyjającej twórczej pracy atmosfery wprost trudno przecenić.

Czyim dziełem była winieta i szata graficzna powstającego tygodnika?

Byłem ogromnie rad, że udało mi się namówić do współpracy, a szczególnie do stworzenia layoutu i winiety powstającego tygodnika znanego grafika i rysownika Rysia Twardocha. Szata graficzna Trybuny Górniczej, ukazującej się w pierwszych latach, jest jego dziełem. Jego zasługi są nieocenione.

Firmy współpracujące z górnictwem szukały i szukają w Trybunie Górniczej informacji potrzebnych do prowadzenia biznesu. Jakie były tego początki?

Jednym z głównych założeń gazety było, aby stała się miejscem, gdzie następuje wymiana informacji handlowej spółek węglowych. Przez pewien czas, gdy już ukazywała się Trybuna Górnicza, wszystkie spółki węglowe publikowały swoje przetargi i ogłoszenia w różnych gazetach — zgodnie z ciążącym na nich prawnym obowiązkiem. Zarabiała na tym inna prasa, a nie gazeta środowiska górniczego. Moją ogromną troską było, aby zogniskować tę całą wymianę informacji handlowej w jednym miejscu, czyli na łamach Trybuny Górniczej. Aby zarówno kopalnie, jak i firmy świadczące na ich rzecz usługi miały tę informację zebraną i całościową na łamach jednej gazety, a nie w dziesiątkach tytułów. Przez dłuższy czas nie udawało mi się przekonać do tej idei decydentów. Dopiero sekretarz stanu Jerzy Markowski, mocno naciskany przez Mariana Bąka, wiceprezesa PAWK, przewodniczącego rady nadzorczej Wydawnictwa Górniczego, który odegrał nieocenioną rolę w budowę ekonomicznych podstaw naszej spółki, dostrzegł sens takiego rozwiązania i został on urzeczywistniony. Dobrze to wpłynęło na kondycję Wydawnictwa Górniczego, które jako spółka prawa handlowego musiało zarabiać.

Czy Trybuna Górnicza zyskała akceptację środowiska górniczego?

Do pomysłu udało się przekonać przedstawicieli rządu odpowiadających za przemysł — ministrów Marka Pola, Klemensa Ścierskiego, ale nie tylko, bo i prezesów 7 spółek węglowych oraz PAWK. Zresztą w Agencji mieściła się siedziba redakcji, a ja nie tylko byłem redaktorem naczelnym tygodnika, ale również prezesem Wydawnictwa, a na dodatek rzecznikiem prasowym PAWK. Dzięki połączeniu tych funkcji skuteczniej udawało się docierać do najważniejszych dla środowiska projektów, które wykuwały się w ministerstwie i Agencji. Dosyć szybko prezesi spółek zaczęli dostrzegać, że ten instrument komunikowania pomaga im w rozmowie z załogami kopalń i ze stroną społeczną.

W ilu egzemplarzach ukazywała się wtedy Trybuna Górnicza?

Nakład wynosił na samym początku ponad 70 tys. egzemplarzy.

Ministrowie i prezesi byli zadowoleni z nowej gazety, a zwykli czytelnicy?

Dochodziły do nas takie informacje, że w czwartki do kiosków Ruchu przychodzili ludzie i mówili — “Dejcie mi yno ta zielono” (TG ukazywała się wtedy na zielonym papierze — przyp. red.). Nie chcieli oni Trybuny Śląskiej, tylko nasz tygodnik, który był do niej dodatkiem. Po półtora roku ukazywania się przeprowadziliśmy wśród czytelników pierwszą ankietę. Szukaliśmy odpowiedzi na pytania: jak jest odbierana gazeta, które rubryki i którzy autorzy cieszą się największą popularnością, a co lub kto jest krytycznie oceniany? Badania wypadły dla nas nieźle. Jednak główną kwestią dla kierownictwa redakcji była sprawa, czy Trybuna Górnicza kolportowana samodzielnie miałaby szansę na rynku wydawniczym. Chodziło o koszty współpracy z Trybuną Śląską. Odpowiedzi skłaniały jednak do wniosku, że kolportażowe usamodzielnienie sprawi, że Trybuna Górnicza przestanie oddziaływać na szeroko pojętą opinię publiczną zewnętrzną. Stanie się miejscem wymiany wyłącznie informacji środowiskowej wewnątrz branży.

Jak z perspektywy tych 20 lat postrzegasz ewolucję programową tygodnika środowiska górniczego, który wymyśliłeś i założyłeś?

Podstawowym celem gazety było pokazywanie, z jakimi trudnościami boryka się górnictwo, aby móc dostosować się do wolnorynkowej rzeczywistości. Dziś Trybuna Górnicza nadal realizuje podstawową ideę, która przyświecała jej powołaniu. Przez ten czas urzeczywistniały ją kolejne kierownictwa redakcji i Wydawnictwa oraz dziennikarze. Nadal podstawowym celem jest rzetelne informowanie o tym, co gnębi, co trapi nasze górnictwo i co należy zrobić, aby mogło ono funkcjonować we współczesnych realiach. W tej chwili Trybuna Górnicza zamieszcza dużo materiałów pokazujących nasze relacje z Europą, ze światem — prezentujących na tym tle nasz przemysł wydobywczy.

A wchodzisz w internetową wersję Trybuny Górniczej, na portal górniczy nettg.pl?

Przez wiele lat jako rzecznik prasowy Katowickiego Holdingu Węglowego — nie tylko z obowiązku — regularnie śledziłem, co publikujecie w portalu górniczym nettg. pl. Śledziłem życzliwie, ale nie bezkrytycznie. Dziś łączenie gazety papierowej z jej wersją internetową ma sens. Nie ma odwrotu od nowych technologii, które umożliwiają dziennikarzom szybkie reagowanie na wydarzenia. Nie ma chyba liczącego się tytułu, który by nie miał swojego portalu. A takim tytułem jest przecież Trybuna Górnicza. Choć bliższe mojemu sercu pozostaje jej papierowe wydanie. Sądzę, że jeszcze długo będzie miało swoich czytelników.

—————————————————————————-

MOJA PRZYGODA Z GÓRNICTWEM

Pławię się w wolności emeryta. Na czym polega ów komfort? Oto naczelny zamawia – tak przynajmniej zrozumiałem obstalunek niedawnego pryncypała – osobistą retrospekcję matuzalema Trybuny Górniczej, jak zmieniało się pismo wraz z ewoluującym górnictwem. O fascynacji górnictwem, owszem, będzie, ale w części dużo wcześniejszej, zanim jeszcze powstał tygodnik. Cóż, redaktor albo zakwalifikuje do druku, albo skieruje do archiwum (czytaj: do kosza).
Na górnictwo skazał mnie bodaj los(?). Jest koniec czwartego roku studiów, semestr do dyplomu, i oto kierownik Zakładu Dziennikarstwa w Uniwersytecie Śląskim zaskakuje ofertą, że Wodzisław Śląski przymierza się do wydawania własnej gazety i zaprasza młodych dziennikarzy. Akuszerem pisma był, oczywiście, tamtejszy Komitet Miejski słusznej partii, wydawcami – cztery kopalnie: Anna, 1 Maja, Marcel i Rydułtowy. Ciekawość przygody, a też myśl o zawodowym starcie bez przebijania się przez układy w starych katowickich tytułach, były silne, toteż – ku zgryzocie personalnego w kopalni, który nie mógł pojąć, dlaczego młody człowiek odrzuca atrakcyjną finansowo posadę przodowego pod ziemią, upierając się przy nie istniejącym w jego taryfikatorze zajęciu dziennikarskiego stażysty – zostałem… pracownikiem Anny.

Jerzy Chromik w rozmowie z górnikami kopalni "Piast"

Na bodaj trzy miesiące stanąłem “na wulcu” – przeżycie samo w sobie, szczególnie w dzień wypłaty, warte odrębnego opowiadania – a następnie w kwaterze na Pszowskich Dołach opodal kopalni, wynajmowanej u emerytowanego kombajnisty Anny. Nad wieżą szybową górowała inna, pszowskiego kościoła, gdzie – to jeszcze jeden osobisty wątek – do Matki Bożej Uśmiechniętej pielgrzymowała w odpusty moja bogobojna babcia. Gospodarz z żoną byli niesłychanie poczciwymi, życzliwymi ludźmi. Dla mnie, młodego naówczas człowieka ze Śląska Cieszyńskiego – ściślej: z tzw. żabiego kraju między Jasienicą a Strumieniem – pan Roman był pierwszym nauczycielem górnictwa, ba, szerzej, tego odmiennego, zupełnie nieznanego mi Śląska. Lata harówki w kopalni, na której doszedł do – własnoręcznie zbudowanego po pracy i na urlopach- porządnego domu, a nawet, wtedy jeszcze przedmiotu luksusu, dużego fiata, okupił dwoma zawałami serca i zrujnowanym zdrowiem. Wraz z narastającą zażyłością – tego rodzaj opowieści na ogół płynęły już tylko przy wódeczce – zagłębialiśmy się w trudniejsze rejony pogmatwanych śląskich losów. Było w tych opowiadaniach i fedrowanie – po rutynowej szychcie i bez zrzuconego znaczka – na odbudowę Warszawy, był entuzjazm młodego zetempowca, płynący nie tyle z nowej wiary, co raczej z nadziei dziecka – dziś elegancko nazwalibyśmy je ze środowiska ludzi wykluczonych – na lepszą przyszłość.

Byłbym, oczywiście, dupą nie reporterem, gdybym stronił od zjazdu na dół. To szczególne przeżycie, po którym pióro staje się wyraźnie cięższe. Po raz pierwszy – za przyzwoleniem dyrektora Henryka Szymiczka – zdarzyło się to w kopalni Rydułtowy. To tam poczułem breję pod nogami, to tam łapczywie łapałem ustami stęchłe powietrze w chodniku nadścianowym, to tam jeszcze długo po wyjeździe spluwałem pyłem węglowym, to tam po raz pierwszy widziałem ścianę prowadzoną w technice strugowej. Ale ten zjazd był jeszcze jedną lekcją górnictwa i Śląska. Baczenie miał na mnie behapowiec, wielkie zwaliste chłopisko. Już na nadszybiu zainteresowała mnie taka oto wymiana zdań dwójki kolegów.

- Gdzie dziś idziesz?

- Na Stalingrad.

Na dole, w drodze do ściany – mój zasapany opiekun uznał, że trzeba chwilę dychnąć – przysiedliśmy na kulokach. Długo opierał się z wyjaśnieniem, o co chodziło z tym Stalingradem. Dopiero przyciśnięty reporterską namolnością wytłumaczył, że chłop szedł na oddział w silnie tąpiącym pokładzie. W czasie wojny praca w tym rejonie sprowadzała się dla młodego człowieka do alternatywy: albo tu, albo z Wehrmachtem na front wschodni. Prawdopodobieństwo przeżycia było, ponoć, zbliżone. Ale na kuloku odbyłem też inną, ważną lekcję dobrych obyczajów.

- Wiecie, towarzyszu redaktorze (nie wiem czemu mój opiekun z uporem tak właśnie mnie tytułował), tu na dole jest troszeczkę inaczej, niż na górze. Jeszcze trzykrotnie powtórzył tę figurę retoryczną, zanim doszedł do sedna.

- Tu na dole, spotykając górnika, pozdrawiamy się Szczęść Boże – wydusił w końcu.

Odtąd, na widok górniczej lampy w chodniku, przykładnie chwaliłem Boga. I tak mi zostało, nawet w sosnowieckiej kopalni Kazimierz-Juliusz.

Kolejną lekcję pogmatwanych śląskich losów odebrałem od babinki w Radlinie – matki pięciu synów, pracujących w kopalni Marcel. Naówczas już trójka synów-górników była przyczynkiem do szczególnych honorów w Barbórkę. Także mojej rozmówczyni coś tam zawieszono na klapie kostiumu, ale dopiero w przypływie szczerości wyznała, iż przed laty została zmuszona do zmiany ich imion. Zmuszona, bo Jorg nie mógł być Jorgiem, Ginter Ginterem, Johann Johannem, itd. Cóż, pal diabli papier, bo dla niej Ginter zawsze pozostawał w domu tym samym Ginterem.

Ten fragment retrospekcji pochodzi z czasów, kiedy w górnictwie fetyszem była tona, i nikt nie oglądał się specjalnie na rachunek. Nie było ton, górnik zostawał po szychcie i robił rolkę, nie było ton, dyrektor – komitet w każdej chwili mógł mu cofnąć tzw. rekomendację – kazał zwozić zawartość dziewiętnastowiecznej hałdy na zakład przeróbczy i sypać do wagonów. Były tony – w Barbórkę godzinami przypinano blaszki i wartościowsze już chlebowe ordery do mundurów setkom górników, karnie stojących w ordynku w wypełnionych po brzegi halach sportowych. Wydawało się, że cały ten świat runął wraz z wybuchem Solidarności. Przyznaję, idąc na pierwszy ze strajków w kopalni, byłem bardzo skonfudowany. Wreszcie, nazwijmy rzecz po imieniu: zwyczajnie wystraszony. Nastało nieznane. Ale jak było nie iść, choć zrazu jeszcze bez rachuby, że cokolwiek zostanie opublikowane. Dwa epizody szczególnie zagwoździły mi się w głowie z tamtego okresu. Pierwszy: w kopalniach strajki, ważny sekretarz w komitecie, nieogolony, z przekrwionymi ze zmęczenia oczyma. Przedtem tak maluczki pismak jak ja musiał zabiegać u niego o chwilę audiencji i łaskawe słowo. I oto, pod presją nowych wydarzeń, ten sam człowiek, zupełnie zagubiony, wymachuje przede mną mocno już nieświeżą, wczorajszą kanapką i zupełnie zdezorientowany po ludzku pyta: – Jurek, czego oni, kurwa, ode mnie chcą? Epizod drugi: w kopalni Rydułtowy, z estrady zbitej z nieheblowanych desek, przemawia do górników Jacek Kuroń. W komitecie zakładowym, schowany za firanką sekretarz, tęsknie spogląda w niebo, licząc, że lunie deszcz i rozgoni zgromadzenie. Takie czasy.

Można się zresztą zastanawiać, czy górnictwo kiedykolwiek było normalne, podporządkowane jedynie regułom biznesu, ekonomii i wartościom pracy. Przyglądając się tej branży przez grubo ponad trzydzieści lat – w tym najdłużej właśnie w roli dziennikarza “zielonej” Trybuny – zastanawiam się także, czy jej największym przekleństwem nie jest aby to, że upodobali ją sobie rozmaitych barw polityczni macherzy. W organizacyjnym i personalnym kontredansie samodzielne kopalnie lokowano w gwarectwach, spółkach, konsolidowano w wielkie molochy, itd. Od kanonizowania tony przyszło do kanonizowania rachunku. Nie zawsze z powodzeniem. Doskonale pamiętam więc okres, kiedy górnictwo nikomu nie płaciło za nic, koloryt postępowań układowych, pogrążających wielu drobniejszych zwłaszcza wierzycieli. I jedną z konferencji prasowych, na której po raz pierwszy usłyszałem o nieznanej mi przedtem kategorii ekonomicznej “zero plus”: że niby jeszcze jest kiepsko, ale lada chwila wybijemy się na wynik dodatni. Najważniejszą zaś wiadomością w jej trakcie było notabene to, że w nowej siedzibie spółki nie ma – jak niosła wieść gminna – włoskich marmurów i złotych klamek.

Pierwsza fala restrukturyzacji z czasów rządu Jerzego Buzka przyniosła niespotykaną przedtem skalę likwidacji kopalń z wyszturchiwaniem ludzi, wywianowanych w imponujące, jak się wówczas wydawało, odprawy. Dziennikarski ludek – pamiętam – zachwycił się wtedy górnikiem, który zainwestował ten pieniądz w auto oraz kowalski majdan, i doskonale urządził się na obwoźnym podkuwaniu koni w stadninach i szkółkach jeździeckich. W tym samym czasie personalny w kopalni Czeczott zabrał mnie do baru opodal zakładowej bramy, gdzie nad napełnionym w jednej trzeciej kuflem drzemał inny beneficjent odprawy, który pozostawił ją w tym przybytku, zaciągając już u byłych kolegów pożyczki na paczkę papierosów. Trudno się więc dziwić związkowej obsesji na punkcie ochrony miejsc pracy. Dynamiczne jednostki zawsze jakoś sobie radzą, acz nie każdy jest stworzony do uprawiania biznesu na własną rękę.

Jest też, oczywiście, nowe, robiące wrażenie górnictwo, które dla mnie uosabiał 24-letni strugowy w Bogdance, z naszpikowanego elektroniką wozu aparaturowego operujący sprzętem wartym 40 mln euro. W tym samym czasie zdarzyło mi się słuchać w zabrzańskiej kopalni Guido szumnie zwanej oksfordzkiej debaty niewiele starszych licealistów ze śląskich szkół, w której niektórym górnik kojarzył się z kretem, albo rylem. W mniej obciachowym wariancie – z ojcem, lub ciepłym domem.

Dość tej retrospekcji, bo już słyszę redaktorskie zgrzytanie zębów na objętość tekstu, a też – wybacz redaktorze – jego język. Skąd ja to znam! Ale o jednym nie mogę jeszcze nie napomknąć: o wielkich górniczych dramatach. W roli reportera przeżywałem – to bodaj najwłaściwsze słowo – ich przez te kilkadziesiąt lat kilka, w tym ostatni w kopalni Śląsk. I jakkolwiek zazwyczaj dopiero po tygodniach, bądź nawet miesiącach ukazywały się mądre raporty, ujawniające wołające nieraz o pomstę do nieba zaniedbania, to jedno było w takich momentach niezmienne: łzy bliskich ofiar, a też determinacja i górnicza solidarność ludzi, śpieszących z pomocą poszkodowanym. O górnictwie ciepło więc myślę w tym zwłaszcza sensie, że spotkałem w nim trudną do zliczenia grupę fascynujących ludzi. O rozmaitego autoramentu tandeciarzach na ogół szybko się zapomina.

—————————————————————————-

CZY PRASA BRANŻOWA TO PRZEŻYTEK?

- Trybuna Górnicza od początku istnienia jest rzecznikiem środowisk górniczych i ma istotny wpływ na postrzeganie spraw i problemów dotyczących branży górniczej i środowiska skupionego wokół niego lub z nim związanego; środowiska mniejszego niż lat temu dwadzieścia, ale nadal niemałego – mówi z rozmowie z Trybuną Górniczą  prasoznawca, prof. Uniwersytetu Śląskiego, dr. hab. Marian Gierula.

Trybuna Górnicza jest obecna na rynku od dwóch dekad. Zakład Dziennikarstwa Uniwersytetu Śląskiego 9 lat temu przeprowadził badania prasoznawcze. Czy wnioski płynące z tamtej pracy “Społeczny odbiór i funkcjonowanie Trybuny Górniczej” są nadal aktualne?

Marian Gierula

W znacznej mierze nie straciły na aktualności. Przypomnę, że w 2005 r. badaliśmy społeczne funkcjonowanie TG wśród – jak to się mówi naukowo – publiczności odbiorczej. Poddaliśmy analizie proces komunikowania, rozumiany jako całe wydanie pisma oraz audytorium. Wówczas wśród czytelników najwięcej było mężczyzn, prawie 68 proc. Nie sądzę, by w tej mierze zaszły jakieś większe zmiany, choćby z uwagi na to, że środowisko górnicze, nie ujmując w niczym kobietom, jest przede wszystkim środowiskiem męskim…
Takich periodyków, jakim jest TG, na rynku prasowym nie ma wiele. Czy to oznacza, że ten rodzaj prasy już się przeżył?
Zacznijmy od tego, że nawet dawno, dawno temu branżowych periodyków, najczęściej tygodników, nie było zbyt wiele. Niektóre z nich ostały się na rynku, ale mają znacznie mniejszy zasięg i oddziaływanie niż w latach tzw. świetności. Inaczej jest z TG. Nadal oddziałuje na środowisko górnicze w 2014 r. Czy ten rodzaj prasy jest przeżytkiem? Odpowiem tak: jeśli tytuł ma stałych czytelników, jeśli w ich otoczeniu istnieją potencjalnie następni, to taki periodyk nie jest przeżytkiem…
A internet, media elektroniczne, telewizja itp.?
Każda redakcja cieszy się, gdy ma duże grono stałych czytelników. To oznacza, że dociera do świadomego odbiorcy, a nie przypadkowego. Oczywiście, tendencje na krajowym rynku medialnym są takie, że tzw. media tradycyjne, głównie prasa, mają z roku na rok mniejsze nakłady. Przyczyn tego spadku sprzedaży i czytelnictwa prasy, nazwijmy ją drukowaną, jest wiele. Wpływ na ten proces ma także internet i treści w nim zamieszczane. Sądzę, że to, co ustaliliśmy w 2005 r. nadal zachowało proporcje, przypomnę, że wówczas okazało się, że tzw. odbiorca sporadyczny stanowił margines publiczności odbiorczej. Ponad 70 proc. respondentów wskazało na silny związek czytelniczy z TG.
Rolą prasy branżowej jest nie tylko informować, ale także…
Integrować środowisko – uczenie mówiąc. Z grubsza rzecz biorąc chodzi o to, że pismo określonego środowiska zawodowego, a przecież takim jest TG, promuje je, broni racji, interesów, odzwierciedla problemy i zjawiska, które dotyczą publiczności odbiorczej. Czasem jednak bywa tak, że w danym środowisku zawodowym interesy są sprzeczne, np. inny punkt widzenia na dane zjawisko może mieć pracodawca, a inny pracobiorca lub też instytucje, które go reprezentują. Poza tym TG, jako pismo adresowane do osób związanych z górnictwem, głównie węgla kamiennego, i programowo popularyzujące tę problematykę wśród ogółu społeczeństwa, ma dość precyzyjnie zakreśloną strukturę tematyczno-problemową.
Coś w rodzaju public relations dla górnictwa jako gałęzi gospodarki narodowej?
Można byłoby to i tak określić. Można również powiedzieć, że TG od początku istnienia jest rzecznikiem środowisk górniczych i ma istotny wpływ na postrzeganie spraw i problemów dotyczących branży górniczej i środowiska skupionego wokół niego lub z nim związanego; środowiska mniejszego niż lat temu dwadzieścia, ale nadal niemałego.
A współistnienie prasy drukowanej i jej odbicia w internecie?
O właśnie, tu nowość w stosunku do badań z 2005 r. Wówczas nie istniał portal górniczy nettg.pl, NET plus TG, czyli internetowa Trybuna Górnicza. Dziś, zgodnie z trendami na rynku medialnym, przedłużeniem i rozszerzeniem wersji drukowanej jest wersja internetowa. I tak też jest w przypadku TG.
Nie ma co ukrywać, że 10 lat temu TG miała większy nakład niż dziś, podobnie jak inne gazety, łącznie z tymi najbardziej znanymi. TG od początku istnienia kolportowana jest z dziennikiem, na początku była to Trybuna Śląska, stąd też przed “Górniczą” słowo “Trybuna”. Potem, gdy Śląska upadła, nasza gazeta sprzedawana jest razem z Dziennikiem Zachodnim, któremu nakład, sprzedaż i czytelnictwo spadają. Od czasu do czasu pojawiają się głosy, że nie jest źle, ale mogłoby być lepiej, gdyby rozprowadzać TG osobno…
Nie sądzę, by to był dobry pomysł. Dwukrotnie przeprowadzaliśmy badania prasoznawcze TG i dwukrotnie wyszło, że czytelnicy gotowi do kupowania TG jako samodzielnego wydawnictwa są w zdecydowanej mniejszości, stanowiącej zaledwie kilkanaście procent. Uważam, że koegzystencja obu pism, czyli Dziennika Zachodniego i TG w dzisiejszej i niełatwej sytuacji na rynku prasowym jest jak najbardziej korzystna dla obu stron.
Jaki rynek jest, widzimy. Niektórzy obawiają się, że prasa tradycyjna straci wkrótce na atrakcyjności…
To wcale nie oznacza, że zniknie. Przecież już teraz portale internetowe jako nośniki określonych treści to normalność. Powoli przebija się prasa publikowana na nośnikach elektronicznych. Świat się zmienia. Z badań prowadzonych na polskim rynku wynika, że za jakieś 10 lat prasa drukowana może przejść do historii i przeistoczyć się w nowe formy. Zatem spokojnie, nie widzę przeszkód natury technicznej, by za 5 lat drukowana na papierze TG nie mogła obchodzić ćwierćwiecza istnienia!

Całość: http://www.nettg.pl/20-lat-tg

28-05-2014, 16:08

Dwa lata więzienia grozi Jerzemu Urbanowi za wpisanie Jezusa w drogowy znak zakazu  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
pap/wm
28-05-2014

Do dwóch lat więzienia grozi Jerzemu Urbanowi, naczelnemu “Nie”, za opublikowanie tam wizerunku Jezusa Chrystusa, wpisanego w grafikę drogowego znaku zakazu. W środę ruszył proces Urbana, oskarżonego przez prokuraturę o obrazę uczuć religijnych kilku osób.

Jerzy Urban

Przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa prokurator odczytał akt oskarżenia. 81-letni Urban nie przyznał się do zarzutu. W wyjaśnieniach powiedział, że jego proces to “drastyczne ograniczenie wolności słowa i potwierdzenie, że Polska jest państwem wyznaniowym jak Arabia Saudyjska i Iran”.

Grafika ze zdziwionym Jezusem w znaku zakazu i z symbolem kultu Najświętszego Serca Jezusowego na piersiach ukazała się na pierwszej stronie “Nie” w 2012 r. Urban tłumaczył, że była ilustracją artykułu o malejącej liczbie praktykujących chrześcijan na świecie (miał on tytuł “Bóg umiera ze starości”). Były rzecznik rządu PRL dodawał, że Chrystus “jest zdziwiony, bo spada mu liczba wyznawców”.

Skargę do mokotowskiej prokuratury wniosło sześć prywatnych osób twierdzących, iż obrażono ich uczucia religijne.

Prokuratura wysłała do sądu akt oskarżenia na podstawie art. 196 Kodeksu karnego. Stanowi on, że kto obraża uczucia religijne innych osób – znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych – podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo do 2 lat więzienia. Sąd Najwyższy uznał dwa lata temu, że przestępstwo to popełnia nie tylko ten, kto chce go dokonać (działając w tzw. zamiarze bezpośrednim), ale także ten, kto przewiduje możliwość przestępstwa i godzi się na to (tzw. zamiar ewentualny).

Wizerunek Jezusa z okładki tygodnika "Nie"

Akt oskarżenia zarzuca Urbanowi, że dopuścił do opublikowania “karykaturalnego wizerunku nawiązującego do wizerunku Jezusa, z mało inteligentnym wyrazem twarzy” – czym obraził uczucia religijne sześciu osób. Według prokuratury Urban działał co najmniej z zamiarem ewentualnym.

Powołany przez prokuraturę biegły z dziedziny religioznawstwa uznał wizerunek za zniekształcony, co nadało mu “prześmiewczy, lekceważący i pogardliwy charakter”, a wizerunek Jezusa jest dla katolików przedmiotem szczególnej czci. Według biegłego mogło to obrażać uczucia religijne katolików – zarówno subiektywnie, jak i obiektywnie.

Początkowo Urban został w 2013 r. skazany za to przez mokotowski sąd w trybie nakazowym (bez wzywania na rozprawę i praktycznie bez prawa do obrony) na tysiąc zł grzywny. Tryb nakazowy stosuje się np., gdy “wina oskarżonego nie budzi wątpliwości”. Urban, który uznał wyrok za “grandę”, złożył sprzeciw, w wyniku czego sąd musiał rozpatrzeć sprawę w normalnym trybie.

Prokurator Paweł Szpringer nazwał “Nie” “jawnie antyreligijnym periodykiem” i podkreślił, że wolność wypowiedzi nie jest nieograniczona, a ekspresja artystyczna nie może być “bez powodu obraźliwa dla innych”.

Urban powiedział sądowi, że rysunek był ilustracją artykułu o złej sytuacji Kościoła katolickiego w świecie. “Dlatego patron tego Kościoła jest zdziwiony; ma prawo się dziwić” – dodał. “Znak oznacza znak postoju, zawiera sugestię, że bóstwo nie powinno obstawać przy takiej instytucji” – podkreślił. Oskarżonemu “nie przyszło mu do głowy”, że to może być dla kogoś znieważające.

“Dlaczego nie wolno przedstawiać Chrystusa zdziwionego?” – pytał Urban. Dodał, że jako ateista nigdy nie uczył się religii i nie sądzi, by “był zobowiązany do szczegółowej wiedzy nt. rozmaitych wierzeń”, a symbol serca jezusowego to “swego rodzaju logo”.

Oświadczył, że jako przeciwnik Kościoła i wszelkich wierzeń religijnych, w tym judaizmu i islamu, ma prawo wydawać pismo i wyrażać swe poglądy. Dodał zarazem, że nie jest przeciwnikiem poszczególnych wyznawców religii. “Z muzułmanów śmiać się boję, bo zabijają; gdyby katolicy w Polsce zabijali, to też bym ich nie ruszał, bo jestem tchórzem” – powiedział.

Stawił się tylko jeden z pokrzywdzonych, który występuje jako oskarżycieli posiłkowy. Proces odroczono do 22 sierpnia.

Urban zadeklarował wykształcenie średnie ogólne; zarobki rzędu od miliona zł do dwóch rocznie; 35 mln zł oszczędności. Przyznał, że był karany za znieważenie Jana Pawła II jako głowy państwa Watykan.

W Trybunale Konstytucyjnym czeka na rozpoznanie skarga konstytucyjna na art. 196 Kk – jako ograniczający wolność słowa i sumienia – złożona przez adwokata Doroty Rabczewskiej-Dody. Piosenkarka została skazana prawomocnie przez mokotowski sąd na 5 tys. zł grzywny za obrazę uczuć religijnych dwóch osób określeniem autorów Biblii jako “naprutych winem i palących jakieś zioła”.

W 2012 r. Sejm odrzucił projekt Ruchu Palikota, by w ogóle wykreślić art. 196. SLD zgłosił zaś pomysł złagodzenia – do pół roku – maksymalnego wymiaru kary. Według SLD publiczne znieważenie przedmiotu czci religijnej byłoby karalne tylko, jeśli znajdowałby się on w miejscu wykonywania obrzędów religijnych, a czyn taki byłby ścigany z oskarżenia prywatnego – nie przez prokuraturę.

W Kodeksie karnym II RP karze do pięciu lat więzienia podlegał każdy, “kto publicznie bluźnił Bogu”.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/dwa-lata-wiezienia-grozi-jerzemu-urbanowi-za-wpisanie-jezusa-w-drogowy-znak-zakazu

28-05-2014, 13:57

Nie ma takiej drugiej rozgłośni w Polsce  »

Nasze Katowice
Maciej Szczawiński
28-05-2014

Wywiad z KRZYSZTOFEM KLEPCZYŃSKIM sprawozdawcą sportowym, rozmawia Maciej Szczawiński

Maciej Szczawiński: Kiedy niedawno rozmawialiśmy, zgodziłeś się, że profesjonalizm tak, ale jednocześnie bardziej pasja i tryb życia niż wykonywanie zawodu.

Krzysztof Klepczyński: Zdecydowanie to musi być pasja. Wpada się w spiralę terminów i trzeba całe swoje życie podporządkować wydarzeniom sportowym. Przede wszystkim nie ma w życiu prywatnym pojęcia weekend, a szczególnie “długi weekend”. To właśnie wtedy musisz być w pracy, bo przecież relację przeprowadza się “na żywo”. Do tego dziś dziennikarz radiowy na imprezę jedzie sam. Sprzęt transmisyjny rozkłada, często na prowizorycznym stanowisku i obsługuje sam. Relację oczywiście przekazuje osobiście. Potem nagrania rozmówek z zawodnikami i trenerami, szybka wysyłka po montażu internetowym łączem, które nie zawsze dobrze działa i powrót, najczęściej ciemną nocą. Więc biorytm życiowy ustawiasz na popołudnia i wieczory, bo wtedy musisz mieć najwyższą sprawność umysłu. Gdybyś do tego wszystkiego nie podchodził z pasją, to nie dasz rady.

Jakie drogi wiodły Krzysztofa Klepczyńskiego do elity polskich sprawozdawców i komentatorów sportowych?

Krzysztof Klepczyński

Nie czuję się członkiem żadnej elity. Elitę poznajemy po obecności w mediach, a twoja rozmowa to może czwarty lub piąty wywiad ze mną w ciągu 29 lat pracy. Dziś komentarze radiowe nie wzbudzają takich emocji jak 50 lat temu. Króluje telewizja i dobrze. Radio wybrałem na pierwszym roku studiów. Studenckie – “Egida” w Katowicach. Była w nim dwuosobowa redakcja sportowa. Głównie mówiliśmy o sporcie akademickim. Po dwóch latach zostałem kierownikiem programowym i przez kolejnych sześć odpowiadałem za całość anteny. Mogłem ćwiczyć do woli emisję głosu, prowadzenie audycji, nagrywanie rozmów, żywe relacje, techniczną realizację programu i umiejętność montażu. Kiedy przyszedłem do Polskiego Radia w Katowicach, wiedziałem na starcie więcej od połowy etatowych dziennikarzy.

Twoja “działka” w Polskim Radiu Katowice to miejsce o pięknej i ważnej tradycji w historii polskiego dziennikarstwa. Zatem inspiracja, ale też coś zobowiązującego.

W styczniu obchodziliśmy rocznicę powstania pierwszej w historii polskiej radiofonii sportowej audycji sprawozdawczej “Z mikrofonem po boiskach”, nadawanej nieprzerwanie i pod niezmienionym tytułem na naszej antenie przez 60 lat. Szkoła sprawozdawców od Dobrowolskiego i Ciszewskiego. O inspirację trudno nie było. Komentowałem medalowe starty Małysza, Kowalczyk, Sikory czy Legienia. Mówiłem o grze reprezentacji Polski na Stadionie Śląskim oraz w ekstraklasie piłkarzy Górnika Zabrze, Ruchu Chorzów, GKS Katowice, Polonii Bytom, Szombierek Bytom, Zagłębia Sosnowiec, Sokoła Tychy, GKS Jastrzębie, Piasta Gliwice i Podbeskidzia Bielsko-Biała. Komentowałem mecze w europejskich pucharach siatkarzy AZS Częstochowa, Kazimierza Płomień Sosnowiec, Jastrzębskiego Węgla, siatkarek Płomienia Milowice, BKS Bielsko-Biała i MKS Dąbrowa Górnicza, piłkarzy ręcznych Pogoni Zabrze. Nie ma takiej drugiej rozgłośni w Polsce, gdzie mówiąc o sporcie na najwyższym poziomie, mówisz zarazem o sporcie lokalnym. Kiedy masz takie tworzywo, musisz się rozwinąć.

Czym twoim zdaniem jest dzisiaj sport dla tych milionów ludzi, którzy bez względu na narodowość, kulturę, wykształcenie czy społeczną pozycję nie wyobrażają sobie bez niego życia?

Sport to obecne “opium dla ludu”. Rozgrywany na coraz większych arenach i w obecności wielu telewizyjnych kamer, a więc dostępny też w każdym domu. Wielki biznes, w którego tryby wkręca się wciąż nowych odbiorców. Inauguracja tegorocznych MŚ siatkarzy nastąpi w Warszawie w obecności 60 tysięcy widzów. Na fazę finałową turnieju w Spodku, choć to dopiero wrzesień, już dziś nie ma biletów.

Najważniejsze dla ciebie wydarzenie w tzw. karierze zawodowej. Da się wyszczególnić?

Na pewno igrzyska olimpijskie. Pierwsze, zimowe w 1992 roku w Albertville, bez naszych sukcesów. Najlepsze miejsce Polaka – ósme w kombinacji norweskiej Staszka Ustupskiego. Letnie w tym samym roku w Barcelonie to już inna bajka. Piękne i trochę magiczne miasto, multum dyscyplin, złoty medal Waldka Legienia w judo. Duże wrażenie zrobiły na mnie też ostanie letnie igrzyska w Londynie. Część aren sportowych umieszczono w starej XIX-wiecznej wiktoriańskiej scenerii, a część w nowoczesnej, powstałej na gruzach terenów poprzemysłowych.

Jesteś bielszczaninem z urodzenia, pasji, umiłowania miejsca i niepodległego wyboru. Ale wiem, że Katowice nie były i nie są ci obojętne…

W Katowicach mieszkałem 8 lat w trakcie studiów w akademikach przy Studenckiej. Od zawsze podobała mi się architektura z lat 30. ubiegłego wieku. Dlatego dobrze się czuję w budynku na Ligonia, a kiedy idę Powstańców, PCK, Żwirki i Wigury to za każdym razem odkrywam coś ciekawego. Mam niezmienny podziw dla budynku Sejmu Śląskiego. Choć w Katowicach nie mieszkam, to właśnie w tym mieście spędziłem w życiu najwięcej czasu z racji rytmu siedmiodniowego tygodnia pracy. I widzę, jak się zmieniają. Jak wracają do życia i młodnieją.

Całość: https://www.katowice.eu/uploads/Nasze%20Katowice/68_czerwiec_2014.pdf

28-05-2014, 13:21

Obraz  »

Nasze Katowice
Maciej Szczawiński
28-05-2014

Dziennikarze to środowisko, o którym krąży multum legend, plotek, dobrze zakonserwowanych mitów i (co tu dużo mówić) mało krzepiących wieści. Tak było, jest i chyba będzie zawsze, choć rzeczywistość, zwłaszcza medialna, zmienia się w zawrotnym tempie. To swoiste grono “wybrańców” rozpłomieniało wyobraźnię również w czasach tzw. realnego socjalizmu. Oto ludzie bliżej władzy. Bliżej (ostro reglamentowanej) prawdy. Bardziej światowi i świetni niż przeciętny szarak Kowalski, wyjeżdżający za granicę, dobrze zarabiający…

"W cieniu Domu Prasy"

W takim naskórkowym oglądzie była rzecz jasna jakaś cząstka prawdy, ale jeszcze więcej naiwności, uproszczeń i resentymentu.

Ponieważ nie najgorzej pamiętam ów okres z dużym zaciekawieniem sięgnąłem po wydaną przez Śląsk książkę Czesława Ludwiczka “W cieniu Domu Prasy”. Okładka przypomina sławetny budynek na wściekle czerwonym tle, co oczywiście daje asumpt do czytania wiadomej aluzji, ale – to już w trakcie lektury – skłania też do rewizji dyżurnych schematów.

Czesław Ludwiczek, reporter, publicysta, reportażysta, redaktor katowickiego “Sportu”, “Dziennika Zachodniego” i “Wieczoru” napisał o ludziach, sytuacjach i wydarzeniach znanych mu bezpośrednio. Czyli te soczyste i barwne najczęściej obrazki nie są żadną konfabulacją, ale przekazem “od środka”.

Oto lata 60., 70., 80… Cała epoka. Można ją charakteryzować piórem polityka, socjologa, psychologa, historyka, ale dla czytelnika nie specjalisty bardziej atrakcyjna jest przecież opowieść uczestnika. Świadka. Oczywiście i tutaj kolosalną rolę odgrywa przyjęty sposób interpretowania, to jak (i dlaczego “tak”) ukazujemy rzeczywistość. Otóż Czesław Ludwiczek – i to chciałbym silnie zaakcentować – pokazał katowickich żurnalistów bez jakiejkolwiek z góry przyjętej tezy. I bez drapowania się w kostium obrońcy, oskarżyciela, demaskatora czy apologety. Otrzymujemy więc (to najważniejsza i najcenniejsza część książki) pełen wzlotów i upadków, wielkości i śmieszności, błyskotliwej inteligencji, ale i zwyczajnej ludzkiej głupoty i małości obraz pewnej grupy zawodowej, grupy, która bynajmniej nie wyłącznie z cynicznych i konformistycznych pobudek w cieniu (czasem blasku) katowickiego Domu Prasy żywot swój wiodła. Są nazwiska! Ale więcej znacznie inicjałów, czasem zmienionych imion. Bo to nie raport, nie rozliczenie, ani fotoshopowa sentymentalna widokówka z przeszłości. Raczej gogolowska w swym ostatecznym wymiarze opowieść. Kto wie? Może Czesław Ludwiczek sportretował w swej książce coś, co umknęłoby bezpowrotnie, gdyby celownik opowieści nastawiony został bardziej “naukowo” czy “literacko”? W każdym razie otrzymaliśmy publikację bardzo osobistą, a więc cenną dla najnowszych dziejów Katowic.

Całość: https://www.katowice.eu/uploads/Nasze%20Katowice/68_czerwiec_2014.pdf

28-05-2014, 07:41

Koordynatorzy w TVP będą redaktorami odpowiedzialnymi i sekretarzami redakcji  »

Press
(RUT)
28-05-2014

Około 200 dziennikarzy Telewizji Polskiej, którzy zachowają etaty w TVP, dostanie umowy na stanowisko redaktora odpowiedzialnego lub sekretarza redakcji.

1 lipca br. 414 etatowych pracowników TVP przejdzie do firmy LeasingTeam. Outsourcing obejmie wszystkich montażystów, grafików i charakteryzatorów pracujących w TVP oraz kilkuset dziennikarzy. Z tej ostatniej grupy etaty w telewizji publicznej zachowa ok. 350 osób, z czego 150 to pracownicy anten nieobjętych outsourcingiem (TVP Polonia i kanały tematyczne), natomiast ok. 200 dziennikarzy zostanie w roli tzw. koordynatorów. Wytypowano ich w trzystopniowym procesie (składał się m.in. z testów kompetencji). Ponieważ jednak w TVP nie ma stanowiska koordynatora, a związki zawodowe – przeciwne outsourcingowi – nie zgodziły się na zmianę regulaminu, biuro kadr wykorzystało stanowiska już istniejące. I tak, pozostający w TVP dziennikarze zatrudnieni w systemie czasowo-premiowym zostaną sekretarzami redakcji, a zatrudnieni w systemie czasowo-honoraryjnym – redaktorami odpowiedzialnymi. Ta ostatnia funkcja wiąże się jednak z utratą nagrody jubileuszowej, bo stanowisko “redaktora odpowiedzialnego” nie zostało ujęte w regulaminie jej przyznawania.

Całość: http://www.press.pl/newsy/telewizja/pokaz/45405,Koordynatorzy-w-TVP-beda-redaktorami-odpowiedzialnymi-i-sekretarzami-redakcji