Górnictwo było jedyną branżą, która nie miała swojej gazety. Mieli ją kolejarze, transportowcy, energetycy, hutnicy, tylko nie górnicy. Gdy to sobie uświadomiłem, stworzyłem jej założenia. Chodziło o to, aby nie było to pismo samodzielne w sensie kolportażu. Oznaczałoby to bowiem, że będzie miało bardzo niski nakład i będzie rozprowadzane oraz czytane wyłącznie w kopalniach. Koniecznym wydawało mi się to, aby z problemami i poglądami środowiska górniczego przebić się do szerokiej opinii publicznej. Wpadłem na pomysł, żeby do tego celu wykorzystać wysokonakładową gazetę, jaką była wówczas Trybuna Śląska. Górnicza gazeta byłaby dodatkiem do tego dziennika, a dzięki temu jej pole oddziaływania znacznie szersze. Ten dość niecodzienny pomysł spodobał się też mojemu długoletniemu przyjacielowi Jankowi Dziadulowi, publicyście Polityki.
Miałeś założenia gazety i co z nimi zrobiłeś?
Na początku 1994 r. poszedłem z nimi do pana sekretarza stanu w Ministerstwie Przemysłu — Eugeniusza Morawskiego. Chcę podkreślić, że wówczas prezesem PAWK był pan prof. Andrzej Karbownik, który życzliwie odniósł się do tej inicjatywy. Jednak decyzja leżała po stronie właściciela, czyli resortu przemysłu. Minister stwierdził, że to świetny pomysł i dodał: “Robimy to! “. Przystąpiłem do realizacji przedsięwzięcia, czyli do powołania wydawnictwa, które będzie wydawało gazetę. I tak powstały założenia Wydawnictwa Górniczego. Poszedłem z nimi do ministra, który większość czasu spędzał w Katowicach. Także prof. Karbownik pozytywnie się do tego ustosunkował. Wszystko wyglądało na to, że za miesiąc możemy ruszyć. Pech chciał, że w marcu pana Morawskiego odwołano ze stanowiska. Sytuacja stała się trudna. Wszystko było już dogadane. Wydawnictwo miało już być zawiązane z udziałem wszystkich 7 spółek węglowych, PAWK, GIG i Węglokoksu.
No i…
Na szczęście stosunkowo szybko powołano podsekretarza stanu ds. górnictwa. Został nim pan Herbert Leopold Gabryś. W trakcie pierwszej jego wizyty w Katowicach udało mi się wcisnąć do jego pokoiku. Pokazałem mu założenia i dokumenty. Wytłumaczyłem, o co chodzi. “Robimy to, panie redaktorze” — powiedział wiceminister Gabryś. Po tych słowach doszło już do praktycznych rozstrzygnięć — kiedy wydajemy gazetę, jaki będzie miała kształt, jaki będzie skład zarządu.
Redakcja to przede wszystkim dziennikarze. Nie miałeś kłopotów z ich pozyskaniem?
Ze zgromadzeniem dziennikarzy wokół redakcji nie było wtedy problemu. Na rynku dziennikarskim było duże zamieszanie i kilku redaktorów było w odwodzie. Wspomnę o Jurku Chromiku — możliwość współpracy z nim bardzo mnie ucieszyła. Był dziennikarzem kojarzonym z górnictwem, kiedyś pracował w kopalni. Był przygotowany do podjęcia tej problematyki od razu. Z okręgu jastrzębskiego udało mi się skaptować do gazety panią Eugenię Plucik, która współredagowała tamtejsze czasopismo górnicze. Moim zastępcą został Wojtek Niedziela, który był również wiceprezesem Wydawnictwa. On nie zajmował się górnictwem, ale przez dłuższy czas był sekretarzem w gazecie skierowanej do chemików. Z przemysłem miał więc do czynienia. Istotną rolę odgrywał też mgr inż. Kazimierz Służewski, członek zarządu Wydawnictwa – niezwykle zasłużony dla górnictwa fachowiec w naszym zespole. Sekretarzem redakcji został Jasiu Czypionka, który z wykształcenia jest inżynierem, wprawdzie budownictwa, ale bardzo szybko sobie problematykę górniczą przyswoił. Przy czym jego rola na początku polegała — jak każdego sekretarza redakcji — na organizowaniu pracy redakcji, a przede wszystkim wykorzystałem jego umiejętności i znajomość komputerów. W sprawach informatyki byliśmy wtedy na początku drogi. To były lata, kiedy pracowało się na komputerach marki Optimus. Alfą i omegą świata informatycznego okazał się także Krzyś Ewicz. Miałem zamysł, żeby o górnictwie pisać nie tylko poprzez programy restrukturyzacyjne, płace, bezpieczeństwo i wydobycie, ale także na łamach gazety prezentować problemy górniczej kultury, sportu, spraw socjalnych, czyli tego wszystkiego, czym żyli pracownicy kopalń. Z czasem okazało się, że znakomicie z tego zadania wywiązywały się Ania Lubiejewska i Basia Namysł. Od początku był też z nami znany śląski fotoreporter Bogdan Kułakowski. A rolę pani Blanki Wrońskiej, kierowniczki sekretariatu, w kształtowaniu miłej i przyjaznej, sprzyjającej twórczej pracy atmosfery wprost trudno przecenić.
Czyim dziełem była winieta i szata graficzna powstającego tygodnika?
Byłem ogromnie rad, że udało mi się namówić do współpracy, a szczególnie do stworzenia layoutu i winiety powstającego tygodnika znanego grafika i rysownika Rysia Twardocha. Szata graficzna Trybuny Górniczej, ukazującej się w pierwszych latach, jest jego dziełem. Jego zasługi są nieocenione.
Firmy współpracujące z górnictwem szukały i szukają w Trybunie Górniczej informacji potrzebnych do prowadzenia biznesu. Jakie były tego początki?
Jednym z głównych założeń gazety było, aby stała się miejscem, gdzie następuje wymiana informacji handlowej spółek węglowych. Przez pewien czas, gdy już ukazywała się Trybuna Górnicza, wszystkie spółki węglowe publikowały swoje przetargi i ogłoszenia w różnych gazetach — zgodnie z ciążącym na nich prawnym obowiązkiem. Zarabiała na tym inna prasa, a nie gazeta środowiska górniczego. Moją ogromną troską było, aby zogniskować tę całą wymianę informacji handlowej w jednym miejscu, czyli na łamach Trybuny Górniczej. Aby zarówno kopalnie, jak i firmy świadczące na ich rzecz usługi miały tę informację zebraną i całościową na łamach jednej gazety, a nie w dziesiątkach tytułów. Przez dłuższy czas nie udawało mi się przekonać do tej idei decydentów. Dopiero sekretarz stanu Jerzy Markowski, mocno naciskany przez Mariana Bąka, wiceprezesa PAWK, przewodniczącego rady nadzorczej Wydawnictwa Górniczego, który odegrał nieocenioną rolę w budowę ekonomicznych podstaw naszej spółki, dostrzegł sens takiego rozwiązania i został on urzeczywistniony. Dobrze to wpłynęło na kondycję Wydawnictwa Górniczego, które jako spółka prawa handlowego musiało zarabiać.
Czy Trybuna Górnicza zyskała akceptację środowiska górniczego?
Do pomysłu udało się przekonać przedstawicieli rządu odpowiadających za przemysł — ministrów Marka Pola, Klemensa Ścierskiego, ale nie tylko, bo i prezesów 7 spółek węglowych oraz PAWK. Zresztą w Agencji mieściła się siedziba redakcji, a ja nie tylko byłem redaktorem naczelnym tygodnika, ale również prezesem Wydawnictwa, a na dodatek rzecznikiem prasowym PAWK. Dzięki połączeniu tych funkcji skuteczniej udawało się docierać do najważniejszych dla środowiska projektów, które wykuwały się w ministerstwie i Agencji. Dosyć szybko prezesi spółek zaczęli dostrzegać, że ten instrument komunikowania pomaga im w rozmowie z załogami kopalń i ze stroną społeczną.
W ilu egzemplarzach ukazywała się wtedy Trybuna Górnicza?
Nakład wynosił na samym początku ponad 70 tys. egzemplarzy.
Ministrowie i prezesi byli zadowoleni z nowej gazety, a zwykli czytelnicy?
Dochodziły do nas takie informacje, że w czwartki do kiosków Ruchu przychodzili ludzie i mówili — “Dejcie mi yno ta zielono” (TG ukazywała się wtedy na zielonym papierze — przyp. red.). Nie chcieli oni Trybuny Śląskiej, tylko nasz tygodnik, który był do niej dodatkiem. Po półtora roku ukazywania się przeprowadziliśmy wśród czytelników pierwszą ankietę. Szukaliśmy odpowiedzi na pytania: jak jest odbierana gazeta, które rubryki i którzy autorzy cieszą się największą popularnością, a co lub kto jest krytycznie oceniany? Badania wypadły dla nas nieźle. Jednak główną kwestią dla kierownictwa redakcji była sprawa, czy Trybuna Górnicza kolportowana samodzielnie miałaby szansę na rynku wydawniczym. Chodziło o koszty współpracy z Trybuną Śląską. Odpowiedzi skłaniały jednak do wniosku, że kolportażowe usamodzielnienie sprawi, że Trybuna Górnicza przestanie oddziaływać na szeroko pojętą opinię publiczną zewnętrzną. Stanie się miejscem wymiany wyłącznie informacji środowiskowej wewnątrz branży.
Jak z perspektywy tych 20 lat postrzegasz ewolucję programową tygodnika środowiska górniczego, który wymyśliłeś i założyłeś?
Podstawowym celem gazety było pokazywanie, z jakimi trudnościami boryka się górnictwo, aby móc dostosować się do wolnorynkowej rzeczywistości. Dziś Trybuna Górnicza nadal realizuje podstawową ideę, która przyświecała jej powołaniu. Przez ten czas urzeczywistniały ją kolejne kierownictwa redakcji i Wydawnictwa oraz dziennikarze. Nadal podstawowym celem jest rzetelne informowanie o tym, co gnębi, co trapi nasze górnictwo i co należy zrobić, aby mogło ono funkcjonować we współczesnych realiach. W tej chwili Trybuna Górnicza zamieszcza dużo materiałów pokazujących nasze relacje z Europą, ze światem — prezentujących na tym tle nasz przemysł wydobywczy.
A wchodzisz w internetową wersję Trybuny Górniczej, na portal górniczy nettg.pl?
Przez wiele lat jako rzecznik prasowy Katowickiego Holdingu Węglowego — nie tylko z obowiązku — regularnie śledziłem, co publikujecie w portalu górniczym nettg. pl. Śledziłem życzliwie, ale nie bezkrytycznie. Dziś łączenie gazety papierowej z jej wersją internetową ma sens. Nie ma odwrotu od nowych technologii, które umożliwiają dziennikarzom szybkie reagowanie na wydarzenia. Nie ma chyba liczącego się tytułu, który by nie miał swojego portalu. A takim tytułem jest przecież Trybuna Górnicza. Choć bliższe mojemu sercu pozostaje jej papierowe wydanie. Sądzę, że jeszcze długo będzie miało swoich czytelników.
—————————————————————————-
MOJA PRZYGODA Z GÓRNICTWEM
Pławię się w wolności emeryta. Na czym polega ów komfort? Oto naczelny zamawia – tak przynajmniej zrozumiałem obstalunek niedawnego pryncypała – osobistą retrospekcję matuzalema Trybuny Górniczej, jak zmieniało się pismo wraz z ewoluującym górnictwem. O fascynacji górnictwem, owszem, będzie, ale w części dużo wcześniejszej, zanim jeszcze powstał tygodnik. Cóż, redaktor albo zakwalifikuje do druku, albo skieruje do archiwum (czytaj: do kosza).
Na górnictwo skazał mnie bodaj los(?). Jest koniec czwartego roku studiów, semestr do dyplomu, i oto kierownik Zakładu Dziennikarstwa w Uniwersytecie Śląskim zaskakuje ofertą, że Wodzisław Śląski przymierza się do wydawania własnej gazety i zaprasza młodych dziennikarzy. Akuszerem pisma był, oczywiście, tamtejszy Komitet Miejski słusznej partii, wydawcami – cztery kopalnie: Anna, 1 Maja, Marcel i Rydułtowy. Ciekawość przygody, a też myśl o zawodowym starcie bez przebijania się przez układy w starych katowickich tytułach, były silne, toteż – ku zgryzocie personalnego w kopalni, który nie mógł pojąć, dlaczego młody człowiek odrzuca atrakcyjną finansowo posadę przodowego pod ziemią, upierając się przy nie istniejącym w jego taryfikatorze zajęciu dziennikarskiego stażysty – zostałem… pracownikiem Anny.

Jerzy Chromik w rozmowie z górnikami kopalni "Piast"
Na bodaj trzy miesiące stanąłem “na wulcu” – przeżycie samo w sobie, szczególnie w dzień wypłaty, warte odrębnego opowiadania – a następnie w kwaterze na Pszowskich Dołach opodal kopalni, wynajmowanej u emerytowanego kombajnisty Anny. Nad wieżą szybową górowała inna, pszowskiego kościoła, gdzie – to jeszcze jeden osobisty wątek – do Matki Bożej Uśmiechniętej pielgrzymowała w odpusty moja bogobojna babcia. Gospodarz z żoną byli niesłychanie poczciwymi, życzliwymi ludźmi. Dla mnie, młodego naówczas człowieka ze Śląska Cieszyńskiego – ściślej: z tzw. żabiego kraju między Jasienicą a Strumieniem – pan Roman był pierwszym nauczycielem górnictwa, ba, szerzej, tego odmiennego, zupełnie nieznanego mi Śląska. Lata harówki w kopalni, na której doszedł do – własnoręcznie zbudowanego po pracy i na urlopach- porządnego domu, a nawet, wtedy jeszcze przedmiotu luksusu, dużego fiata, okupił dwoma zawałami serca i zrujnowanym zdrowiem. Wraz z narastającą zażyłością – tego rodzaj opowieści na ogół płynęły już tylko przy wódeczce – zagłębialiśmy się w trudniejsze rejony pogmatwanych śląskich losów. Było w tych opowiadaniach i fedrowanie – po rutynowej szychcie i bez zrzuconego znaczka – na odbudowę Warszawy, był entuzjazm młodego zetempowca, płynący nie tyle z nowej wiary, co raczej z nadziei dziecka – dziś elegancko nazwalibyśmy je ze środowiska ludzi wykluczonych – na lepszą przyszłość.
Byłbym, oczywiście, dupą nie reporterem, gdybym stronił od zjazdu na dół. To szczególne przeżycie, po którym pióro staje się wyraźnie cięższe. Po raz pierwszy – za przyzwoleniem dyrektora Henryka Szymiczka – zdarzyło się to w kopalni Rydułtowy. To tam poczułem breję pod nogami, to tam łapczywie łapałem ustami stęchłe powietrze w chodniku nadścianowym, to tam jeszcze długo po wyjeździe spluwałem pyłem węglowym, to tam po raz pierwszy widziałem ścianę prowadzoną w technice strugowej. Ale ten zjazd był jeszcze jedną lekcją górnictwa i Śląska. Baczenie miał na mnie behapowiec, wielkie zwaliste chłopisko. Już na nadszybiu zainteresowała mnie taka oto wymiana zdań dwójki kolegów.
- Gdzie dziś idziesz?
- Na Stalingrad.
Na dole, w drodze do ściany – mój zasapany opiekun uznał, że trzeba chwilę dychnąć – przysiedliśmy na kulokach. Długo opierał się z wyjaśnieniem, o co chodziło z tym Stalingradem. Dopiero przyciśnięty reporterską namolnością wytłumaczył, że chłop szedł na oddział w silnie tąpiącym pokładzie. W czasie wojny praca w tym rejonie sprowadzała się dla młodego człowieka do alternatywy: albo tu, albo z Wehrmachtem na front wschodni. Prawdopodobieństwo przeżycia było, ponoć, zbliżone. Ale na kuloku odbyłem też inną, ważną lekcję dobrych obyczajów.
- Wiecie, towarzyszu redaktorze (nie wiem czemu mój opiekun z uporem tak właśnie mnie tytułował), tu na dole jest troszeczkę inaczej, niż na górze. Jeszcze trzykrotnie powtórzył tę figurę retoryczną, zanim doszedł do sedna.
- Tu na dole, spotykając górnika, pozdrawiamy się Szczęść Boże – wydusił w końcu.
Odtąd, na widok górniczej lampy w chodniku, przykładnie chwaliłem Boga. I tak mi zostało, nawet w sosnowieckiej kopalni Kazimierz-Juliusz.
Kolejną lekcję pogmatwanych śląskich losów odebrałem od babinki w Radlinie – matki pięciu synów, pracujących w kopalni Marcel. Naówczas już trójka synów-górników była przyczynkiem do szczególnych honorów w Barbórkę. Także mojej rozmówczyni coś tam zawieszono na klapie kostiumu, ale dopiero w przypływie szczerości wyznała, iż przed laty została zmuszona do zmiany ich imion. Zmuszona, bo Jorg nie mógł być Jorgiem, Ginter Ginterem, Johann Johannem, itd. Cóż, pal diabli papier, bo dla niej Ginter zawsze pozostawał w domu tym samym Ginterem.
Ten fragment retrospekcji pochodzi z czasów, kiedy w górnictwie fetyszem była tona, i nikt nie oglądał się specjalnie na rachunek. Nie było ton, górnik zostawał po szychcie i robił rolkę, nie było ton, dyrektor – komitet w każdej chwili mógł mu cofnąć tzw. rekomendację – kazał zwozić zawartość dziewiętnastowiecznej hałdy na zakład przeróbczy i sypać do wagonów. Były tony – w Barbórkę godzinami przypinano blaszki i wartościowsze już chlebowe ordery do mundurów setkom górników, karnie stojących w ordynku w wypełnionych po brzegi halach sportowych. Wydawało się, że cały ten świat runął wraz z wybuchem Solidarności. Przyznaję, idąc na pierwszy ze strajków w kopalni, byłem bardzo skonfudowany. Wreszcie, nazwijmy rzecz po imieniu: zwyczajnie wystraszony. Nastało nieznane. Ale jak było nie iść, choć zrazu jeszcze bez rachuby, że cokolwiek zostanie opublikowane. Dwa epizody szczególnie zagwoździły mi się w głowie z tamtego okresu. Pierwszy: w kopalniach strajki, ważny sekretarz w komitecie, nieogolony, z przekrwionymi ze zmęczenia oczyma. Przedtem tak maluczki pismak jak ja musiał zabiegać u niego o chwilę audiencji i łaskawe słowo. I oto, pod presją nowych wydarzeń, ten sam człowiek, zupełnie zagubiony, wymachuje przede mną mocno już nieświeżą, wczorajszą kanapką i zupełnie zdezorientowany po ludzku pyta: – Jurek, czego oni, kurwa, ode mnie chcą? Epizod drugi: w kopalni Rydułtowy, z estrady zbitej z nieheblowanych desek, przemawia do górników Jacek Kuroń. W komitecie zakładowym, schowany za firanką sekretarz, tęsknie spogląda w niebo, licząc, że lunie deszcz i rozgoni zgromadzenie. Takie czasy.
Można się zresztą zastanawiać, czy górnictwo kiedykolwiek było normalne, podporządkowane jedynie regułom biznesu, ekonomii i wartościom pracy. Przyglądając się tej branży przez grubo ponad trzydzieści lat – w tym najdłużej właśnie w roli dziennikarza “zielonej” Trybuny – zastanawiam się także, czy jej największym przekleństwem nie jest aby to, że upodobali ją sobie rozmaitych barw polityczni macherzy. W organizacyjnym i personalnym kontredansie samodzielne kopalnie lokowano w gwarectwach, spółkach, konsolidowano w wielkie molochy, itd. Od kanonizowania tony przyszło do kanonizowania rachunku. Nie zawsze z powodzeniem. Doskonale pamiętam więc okres, kiedy górnictwo nikomu nie płaciło za nic, koloryt postępowań układowych, pogrążających wielu drobniejszych zwłaszcza wierzycieli. I jedną z konferencji prasowych, na której po raz pierwszy usłyszałem o nieznanej mi przedtem kategorii ekonomicznej “zero plus”: że niby jeszcze jest kiepsko, ale lada chwila wybijemy się na wynik dodatni. Najważniejszą zaś wiadomością w jej trakcie było notabene to, że w nowej siedzibie spółki nie ma – jak niosła wieść gminna – włoskich marmurów i złotych klamek.
Pierwsza fala restrukturyzacji z czasów rządu Jerzego Buzka przyniosła niespotykaną przedtem skalę likwidacji kopalń z wyszturchiwaniem ludzi, wywianowanych w imponujące, jak się wówczas wydawało, odprawy. Dziennikarski ludek – pamiętam – zachwycił się wtedy górnikiem, który zainwestował ten pieniądz w auto oraz kowalski majdan, i doskonale urządził się na obwoźnym podkuwaniu koni w stadninach i szkółkach jeździeckich. W tym samym czasie personalny w kopalni Czeczott zabrał mnie do baru opodal zakładowej bramy, gdzie nad napełnionym w jednej trzeciej kuflem drzemał inny beneficjent odprawy, który pozostawił ją w tym przybytku, zaciągając już u byłych kolegów pożyczki na paczkę papierosów. Trudno się więc dziwić związkowej obsesji na punkcie ochrony miejsc pracy. Dynamiczne jednostki zawsze jakoś sobie radzą, acz nie każdy jest stworzony do uprawiania biznesu na własną rękę.
Jest też, oczywiście, nowe, robiące wrażenie górnictwo, które dla mnie uosabiał 24-letni strugowy w Bogdance, z naszpikowanego elektroniką wozu aparaturowego operujący sprzętem wartym 40 mln euro. W tym samym czasie zdarzyło mi się słuchać w zabrzańskiej kopalni Guido szumnie zwanej oksfordzkiej debaty niewiele starszych licealistów ze śląskich szkół, w której niektórym górnik kojarzył się z kretem, albo rylem. W mniej obciachowym wariancie – z ojcem, lub ciepłym domem.
Dość tej retrospekcji, bo już słyszę redaktorskie zgrzytanie zębów na objętość tekstu, a też – wybacz redaktorze – jego język. Skąd ja to znam! Ale o jednym nie mogę jeszcze nie napomknąć: o wielkich górniczych dramatach. W roli reportera przeżywałem – to bodaj najwłaściwsze słowo – ich przez te kilkadziesiąt lat kilka, w tym ostatni w kopalni Śląsk. I jakkolwiek zazwyczaj dopiero po tygodniach, bądź nawet miesiącach ukazywały się mądre raporty, ujawniające wołające nieraz o pomstę do nieba zaniedbania, to jedno było w takich momentach niezmienne: łzy bliskich ofiar, a też determinacja i górnicza solidarność ludzi, śpieszących z pomocą poszkodowanym. O górnictwie ciepło więc myślę w tym zwłaszcza sensie, że spotkałem w nim trudną do zliczenia grupę fascynujących ludzi. O rozmaitego autoramentu tandeciarzach na ogół szybko się zapomina.
—————————————————————————-
CZY PRASA BRANŻOWA TO PRZEŻYTEK?
- Trybuna Górnicza od początku istnienia jest rzecznikiem środowisk górniczych i ma istotny wpływ na postrzeganie spraw i problemów dotyczących branży górniczej i środowiska skupionego wokół niego lub z nim związanego; środowiska mniejszego niż lat temu dwadzieścia, ale nadal niemałego – mówi z rozmowie z Trybuną Górniczą prasoznawca, prof. Uniwersytetu Śląskiego, dr. hab. Marian Gierula.
Trybuna Górnicza jest obecna na rynku od dwóch dekad. Zakład Dziennikarstwa Uniwersytetu Śląskiego 9 lat temu przeprowadził badania prasoznawcze. Czy wnioski płynące z tamtej pracy “Społeczny odbiór i funkcjonowanie Trybuny Górniczej” są nadal aktualne?

Marian Gierula
W znacznej mierze nie straciły na aktualności. Przypomnę, że w 2005 r. badaliśmy społeczne funkcjonowanie TG wśród – jak to się mówi naukowo – publiczności odbiorczej. Poddaliśmy analizie proces komunikowania, rozumiany jako całe wydanie pisma oraz audytorium. Wówczas wśród czytelników najwięcej było mężczyzn, prawie 68 proc. Nie sądzę, by w tej mierze zaszły jakieś większe zmiany, choćby z uwagi na to, że środowisko górnicze, nie ujmując w niczym kobietom, jest przede wszystkim środowiskiem męskim…
Takich periodyków, jakim jest TG, na rynku prasowym nie ma wiele. Czy to oznacza, że ten rodzaj prasy już się przeżył?
Zacznijmy od tego, że nawet dawno, dawno temu branżowych periodyków, najczęściej tygodników, nie było zbyt wiele. Niektóre z nich ostały się na rynku, ale mają znacznie mniejszy zasięg i oddziaływanie niż w latach tzw. świetności. Inaczej jest z TG. Nadal oddziałuje na środowisko górnicze w 2014 r. Czy ten rodzaj prasy jest przeżytkiem? Odpowiem tak: jeśli tytuł ma stałych czytelników, jeśli w ich otoczeniu istnieją potencjalnie następni, to taki periodyk nie jest przeżytkiem…
A internet, media elektroniczne, telewizja itp.?
Każda redakcja cieszy się, gdy ma duże grono stałych czytelników. To oznacza, że dociera do świadomego odbiorcy, a nie przypadkowego. Oczywiście, tendencje na krajowym rynku medialnym są takie, że tzw. media tradycyjne, głównie prasa, mają z roku na rok mniejsze nakłady. Przyczyn tego spadku sprzedaży i czytelnictwa prasy, nazwijmy ją drukowaną, jest wiele. Wpływ na ten proces ma także internet i treści w nim zamieszczane. Sądzę, że to, co ustaliliśmy w 2005 r. nadal zachowało proporcje, przypomnę, że wówczas okazało się, że tzw. odbiorca sporadyczny stanowił margines publiczności odbiorczej. Ponad 70 proc. respondentów wskazało na silny związek czytelniczy z TG.
Rolą prasy branżowej jest nie tylko informować, ale także…
Integrować środowisko – uczenie mówiąc. Z grubsza rzecz biorąc chodzi o to, że pismo określonego środowiska zawodowego, a przecież takim jest TG, promuje je, broni racji, interesów, odzwierciedla problemy i zjawiska, które dotyczą publiczności odbiorczej. Czasem jednak bywa tak, że w danym środowisku zawodowym interesy są sprzeczne, np. inny punkt widzenia na dane zjawisko może mieć pracodawca, a inny pracobiorca lub też instytucje, które go reprezentują. Poza tym TG, jako pismo adresowane do osób związanych z górnictwem, głównie węgla kamiennego, i programowo popularyzujące tę problematykę wśród ogółu społeczeństwa, ma dość precyzyjnie zakreśloną strukturę tematyczno-problemową.
Coś w rodzaju public relations dla górnictwa jako gałęzi gospodarki narodowej?
Można byłoby to i tak określić. Można również powiedzieć, że TG od początku istnienia jest rzecznikiem środowisk górniczych i ma istotny wpływ na postrzeganie spraw i problemów dotyczących branży górniczej i środowiska skupionego wokół niego lub z nim związanego; środowiska mniejszego niż lat temu dwadzieścia, ale nadal niemałego.
A współistnienie prasy drukowanej i jej odbicia w internecie?
O właśnie, tu nowość w stosunku do badań z 2005 r. Wówczas nie istniał portal górniczy nettg.pl, NET plus TG, czyli internetowa Trybuna Górnicza. Dziś, zgodnie z trendami na rynku medialnym, przedłużeniem i rozszerzeniem wersji drukowanej jest wersja internetowa. I tak też jest w przypadku TG.
Nie ma co ukrywać, że 10 lat temu TG miała większy nakład niż dziś, podobnie jak inne gazety, łącznie z tymi najbardziej znanymi. TG od początku istnienia kolportowana jest z dziennikiem, na początku była to Trybuna Śląska, stąd też przed “Górniczą” słowo “Trybuna”. Potem, gdy Śląska upadła, nasza gazeta sprzedawana jest razem z Dziennikiem Zachodnim, któremu nakład, sprzedaż i czytelnictwo spadają. Od czasu do czasu pojawiają się głosy, że nie jest źle, ale mogłoby być lepiej, gdyby rozprowadzać TG osobno…
Nie sądzę, by to był dobry pomysł. Dwukrotnie przeprowadzaliśmy badania prasoznawcze TG i dwukrotnie wyszło, że czytelnicy gotowi do kupowania TG jako samodzielnego wydawnictwa są w zdecydowanej mniejszości, stanowiącej zaledwie kilkanaście procent. Uważam, że koegzystencja obu pism, czyli Dziennika Zachodniego i TG w dzisiejszej i niełatwej sytuacji na rynku prasowym jest jak najbardziej korzystna dla obu stron.
Jaki rynek jest, widzimy. Niektórzy obawiają się, że prasa tradycyjna straci wkrótce na atrakcyjności…
To wcale nie oznacza, że zniknie. Przecież już teraz portale internetowe jako nośniki określonych treści to normalność. Powoli przebija się prasa publikowana na nośnikach elektronicznych. Świat się zmienia. Z badań prowadzonych na polskim rynku wynika, że za jakieś 10 lat prasa drukowana może przejść do historii i przeistoczyć się w nowe formy. Zatem spokojnie, nie widzę przeszkód natury technicznej, by za 5 lat drukowana na papierze TG nie mogła obchodzić ćwierćwiecza istnienia!