Dzisiaj na naszej stronie – tekst nietypowy (ukazał się w lipcowym numerze miesięcznika literackiego “Gazeta Kulturalna”). Czesław Ludwiczek zajmuje się w nim twórczością jednego z wybitniejszych ludzi pióra – Włodzimierza Paźniewskiego. Wbrew obiegowym opiniom, że red. Ludwiczek uchodzi za dziennikarza sportowego, czemu daje wyraz Jacek Sroka pochlebnie recenzując w piątkowym wydaniu, na kolumnie sportowej “Dziennika Zachodniego” jego książkę “W cieniu Domu Prasy”, prawda o rozlicznych pasjach naszego Kolegi jest zgoła odmienna. Poza tenisem, dyscypliną, o której wie prawie wszystko, interesuje się także footballem, polityką i…. literaturą. Właśnie ta dziedzina zaintrygowała go do tego stopnia, że poświęcił jej tekst o pisarstwie byłego redaktora naczelnego “Dziennika Zachodniego”. A tak na marginesie, warto chyba przypomnieć, że kiedy Paźniewski rozpoczynał swoją pracę w “DZ”, to właśnie Ludwiczek zwrócił uwagę na poczynania adepta.
* * *
Pośród moich lektur obowiązkową pozycję stanowią eseje, w tym głównie autorstwa Włodzimierza Paźniewskiego. Nie ukrywam, że wpadłem na ich trop przypadkowo trzynaście lat temu, kiedy w jednym z poważnych czasopism natknąłem się na następujący tekst Pawła Huellego:

Włodzimierz Paźniewski
«Wyznam, że lubię tę metodę pisarsko błyskotliwą, intelektualnie dojrzałą, doskonale sprawdzoną w literaturze, zwłaszcza w dzisiejszym otoczeniu – niekoniecznie debiutujących – autorów, którzy byle artykuł w gazecie skłonni są zaliczać do swego dorobku eseistycznego jak by nie było w naszej literaturze szkoły Stemplowskiego, Vincenza, Herberta, Miłosza, Herlinga-Grudzińskiego, czy właśnie, Paźniewskiego. » W tym samym pierwszym roku nowego wieku, Janusz Drzewucki pisał w «Rzeczpospolitej»: «Tym, którzy Paźniewskiego jeszcze nie czytali warto powiedzieć, że jest on wybornym stylistą, który już pierwszym zdaniem potrafi przykuć uwagę najwybredniejszego czytelnika.»
Paźniewskiego oczywiście znałem i to od dawna. Najpierw z krótkich notatek dziennikarskich, później z powieści «Krótkie dni» i z kilku zbiorów opowiadań, ba, nawet z jego tomików poetyckich, ale po eseje, które wcześniej nie plasowały się w kręgu moich zainteresowań czytelniczych sięgnąłem dopiero wówczas, gdy jego nazwisko wpisane zostało w szereg gigantów polskiej eseistyki. Odtąd śledzę twórczość tego pisarza i dochodzę do wniosku, że spośród przeszło trzydziestu książek, które dotychczas wydał, co najmniej połowę stanowią owe kompozycje wspaniałego języka, oryginalnej myśli, odważnej prowokacji intelektualnej nazywane umownie, – bo brak przecież precyzyjnej definicji tego gatunku – esejami. W literaturoznawstwie poświęca się sporo miejsca opisowi tej formy wypowiedzi i podkreśla się, że esej jest próbą, (bo to przecież wywodzi się od francuskiego essai) syntetyzowania zjawisk, tendencji, myśli a wszystko to w efektownej, żeby już nie napisać – wykwintnej formie językowej. Czy jednak na pewno? Pytanie jest o tyle uzasadnione, że bohater tego tekstu pisze m.in.: Na dobrą sprawę jedynym prawdziwym tematem esejów jest zwątpienie, a to oznacza wojnę ze stereotypami i gotowymi odpowiedziami. « Wątpiąc dochodzimy do pytań, a pytając odkrywamy prawdę ».
To ostatnie ujęte w cudzysłowy zdanie wypowiedziane zostało w odległej przeszłości przez Henryka Elzenberga, niegdysiejszego profesora Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, a już po wojnie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, wybitnego filozofa zajmującego się w swej pracy naukowej teorią wartości oraz estetyką.. Na tej samej toruńskiej uczelni studiował polonistykę Włodzimierz Paźniewski i jakkolwiek słuchał znakomitych, bo wywodzących się także z wileńskiej szkoły wykładowców o językowej specjalności, to jednak za swojego mistrza uznał filozofa. Należał zresztą do grupy jego ulubionych uczniów tworzących zamkniętą grupę i studiujących nieformalnie drugi fakultet, czyli właśnie filozofię. Wyniesione z tych spotkań intelektualne doznania, krytyczny ogląd rzeczywistości, poszukiwanie istoty rozumienia i źródeł poznania, wreszcie odkrywanie panoszących się w umysłach dewiacji, przenikają do twórczości Paźniewskiego w przetworzonej i wzbogaconej formie, chociaż nader często wskazujące ich elzenbergowską inspirację. Innymi słowy, filozof ten wywarł istotny wpływ na jego postrzeganie świata, a zatem i na jego twórczość. Nie tylko zresztą jego, bo parę lat wcześniej swoim mistrzem obwołał Elzenberga Zbigniew Herbert, oświadczając znacznie później, że z pewnością nie byłby tym człowiekiem, którym był, gdyby nie zetknął się z tym wileńsko-toruńskim filozofem. Poświęcił mu zresztą swój wiersz: «Do Marka Aurelego» z podtytułem; «Prof. Henrykowi Elzenbergowi».
- Po śmierci profesora w 1967 roku – powiada w jednym z wywiadów Paźniewski – przynajmniej raz w roku, gdzieś do lat siedemdziesiątych drukowałem o nim tekst w «Twórczości» dla przypomnienia, że taka postać w ogóle była». Od tamtego czasu po dziś dzień powołuje się na nią w swoich licznych esejach, a w zbiorze «Hotel Platon» poświęca mu oddzielny tekst zatytułowany właśnie «Czytając Elzenberga».Tam też natchniony szkołą owego filozofa osadza jakże istotne dla jego eseistycznego pisarstwa zdania: «Odsłaniać to, co ukryte, demaskować pozory i fałsze, tropić głupotę i wygodnictwo, zrywać maski, mieć odwagę głoszenia sądów osobnych, których zbiorowość nie przyjmuje do wiadomości – oto zadanie godne intelektualisty. A przy tym nigdy nie poprzestawać na tym, co się samemu wymyśliło. Kwestionować własne opinie, nigdy się do nich nie przywiązywać za nadto, bo ruch myśli, wysiłek dążenia do prawdy okazuje się równie ważny jak rezultaty końcowe.» Pod wpływem niegdysiejszych sugestii profesora, pisze, że «świat intelektu boryka się z licznymi pułapkami zastawionymi przez wygodę, przyzwyczajenia, lenistwo duchowe lub propagandę» i dodaje, że z tego powodu umysł ludzki przypomina kram z gotowymi formułkami. Paźniewski przełamuje te schematy, obala mity, druzgoce utarte opinie i sądy. Przede wszystkim jednak prowokuje i zaskakuje odmiennością prezentowanych przez siebie tez, a w konsekwencji zmusza do myślenia, do poszukiwania źródeł zastanego status quo, do sięgania po umysłowe remedium naprawcze. Wychodząc więc od filozoficznych założeń wartościujących autor stosuje wynikające z nich narzędzia do przetwarzania konstatacji, nurtów, trendów, procesów występujących w wielostronnych zjawiskach politycznych, społecznych, historycznych, literackich i w wielu innych. Bogactwo tematyczne esejów Włodzimierza Paźniewskiego jest zresztą bardzo obszerne, więc ocieram się tylko o niektóre.
Odnieśmy się na przykład do szeroko rozumianej polityki i jej najistotniejszych elementów, czyli słów: wolność, demokracja, sprawiedliwość tak chętnie recytowanych w Polsce współczesnej. Paźniewski uważa je za diabelskie sformułowanie, a co najgorsze stwierdza, że w żaden sposób nie da się ich zauważyć w naszej współczesnej polskiej rzeczywistości. Polityka w naszym wydaniu okazuje się przerażająco nieskuteczna, bałaganiarska bez jasno określonych celów i wyboru środków. Z tego względu rozdarta jest na partie, koterie, wspólnoty interesów wzajemnie się pożerające. Aby bardziej plastycznie zaprezentować ową myśl, autor posłużył się fikcyjnym wypracowaniem pisanym na egzaminie dojrzałości w roku 2032, w którym maturzysta stwierdza, że nazajutrz po zwycięstwie odniesionym pod koniec XX wieku wszyscy zaczęli walczyć ze wszystkimi niby na sejmiku szlacheckim w czasach saskich. A skoro dotknęliśmy odległej przeszłości to warto przytoczyć osąd, jaki na tle norwidowskiej, krytycznej oceny «Pana Tadeusza» sformułował Paźniewski. Społeczeństwo polskie, jakie oglądamy w mickiewiczowskim poemacie to jego zdaniem zbiorowisko kłótliwe, bezmyślne, w pełni zasługujące na to, co je spotyka. Podobny scenariusz powielany jest w różnych okresach naszej historii, więc i III Rzeczpospolita jest w znacznej mierze repliką «Pana Tadeuszowego» Soplicowa.
Co więcej, Polska współczesna, jakkolwiek niepodległa i demokratyczna coraz bardziej przypomina PRL, a w każdym razie powiela przejęte w spadku po PZPR wzorce życia społeczno-politycznego. W eseju «PRL w formalinie» zamieszczonym w «Biurze podróży metafizycznych» stara się udowodnić tę tezę kilkoma przykładami. Oto np. zachowała się kierownicza rola partii wyrażana tym razem w proporcjonalnej ordynacji wyborczej. Przywilej ten przejęty po nieboszczce PZPR pozwala na układanie przez partie list wyborczych, co sprawia, że kartka do głosowania staje się jedynie świstkiem papieru, bo i tak do wybieralnych organów wchodzą osoby umieszczone na czołowych miejscach list wyborczych. Nadal więc decydują partyjna biurokracja, układy i koterie. Inną spuścizną po PRL jest cenzura. Wprawdzie ta oficjalna, prewencyjna zniknęła po 1989 roku, ale w nowych warunkach ustrojowych szybko się odrodziła, wzorem amerykańskim, w postaci tzw. poprawności politycznej puszczanej w obieg przez politykę. W warunkach panującej demokracji poprawność polityczna potrafi – twierdzi Paźniewski – równie skutecznie reglamentować obieg informacji i kneblować usta jak niegdyś cenzura totalitarna. Wszystko to dzieje się w warunkach demokracji, w których Polską rządzą na przemian dwa establishmenty: postsolidarnościowy i postkomunistyczny. Obie te formacje pozbawione idei i pomysłowości są jednakowo przegrane i jedna warta jest drugiej. Obie też robią wszystko, aby nie powstała trzecia siłą mogąca pozbawić je przodującej roli. Wprawdzie obie wygrażają sobie pięściami i nie skąpią sobie najgorszych inwektyw, ale gdy pojawia się zalążek nowego ugrupowania potrafią zgodnie przeciwko niemu współdziałać. Najbardziej jednak obmierzłą ich cechą jest lizusostwo wobec obcych sojuszników. Kiedyś umizgiwano się do Moskwy, dziś do Stanów Zjednoczonych lub Niemiec, bo zawsze muszą mieć kogoś, komu można służyć. W swoim zaślepieniu działają przeciwko Polsce.
Wśród istotnych omawianych przez Paźniewskiego problemów dość wyraźnie jawi się jego stosunek do kultury polskiej, szczególnie do literatury przypominającej według niego dziwnie ugrzecznioną republikę, w której podstawową ideą okazuje się średniość. W figuratywny lub wręcz karykaturalny sposób przedstawia ułomności naszej prozy, która jest «tak nudna, iż jej czytanie może zastąpić narkozę w szpitalach». Pisarz o tak ogromnym talencie i tak przekornym intelekcie jak Gombrowicz zdarza się raz na półwiecze, dlatego próżno szukać – dodajmy już od siebie – dzieł polskich pisarzy współczesnych w historii literatury światowej. Podobnego zdania jest przywoływany przez autora Czesław Miłosz, który przypominając wpis Aleksandra Wata powiedział w jednym z wywiadów, że Polska nie ma literatury tak wielkiej, na jaką zasługuje jej tragiczna historia. W ocenie dzisiejszej literatury Paźniewski posługuje się też analizą obcojęzycznych badaczy, w tym niemieckiego krytyka polskiego pochodzenia Marcela Reich-Ranickiego, który doszedł do wniosku, że proza polska zatraciła umiejętność opowiadania i nawet gdyby chciała, nie potrafi opisywać rzeczywistości. Wszakże to nic wielkiego, bo przy współczesnej technice perswazji i łatwości dostępu do narzędzi komunikacji, nawet książkę telefoniczną można wypromować, jako arcydzieło literatury faktu. W jednym ze swoich tekstów zatytułowanym McDonald`s Literatury, eseista ironizuje, wykpiwa i uderza na odlew nasze współczesne pisarstwo, drwi z utartych schematów wedle, których tworzy się prozę, z sarkazmem wypowiada się o pozbawionej głębi poetyce, a w końcu przykłada i literackiej krytyce za to, że przy byle jakiej okazji podnosi głos za pomocą dwóch wykrzykników: och i ach!
Autora esejów niepokoi łatwizna, z jaką polscy pisarze współcześni naśladują obce metody i style. Uważa też, że literaturę polską zalewa retoryka podniosłych słów, która pod względem poznawczym i artystycznym nie ma większego znaczenia. Stąd m.in. brak w naszym dorobku «literatury adekwatnej odwagą i wielkością do cięgów, jakie odbieramy», a wszystko to świadczy, że tak naprawdę «nasze przeżywanie historii i własnych losów jest przygnębiająco doraźne i powierzchowne». Przy tym wszystkim dość łatwo przychodzi nam puszenie się naszą kulturą, bo zdaje się nam, że ma bardziej europejski charakter niż np. naszych wschodnich sąsiadów. Tymczasem to Rosja wydała wspaniałych filozofów i pisarzy, a w sumie jest krajem wielkiej literatury. Kartkując szkice Paźniewskiego natykamy się w różnorakim ujęciu na nazwiska Tołstoja, Dostojewskiego, Pasternaka, Bułhakowa, Sołżenicyna, Nabokova, którzy zapewnili sobie trwałe miejsce w światowej literaturze, chociaż wywodzili się z kraju niegdyś zacofanego i pogrążonego w korupcji, a później ogarniętego systemem totalitarnym. Wracając jednak do kultury polskiej Paźniewski twierdzi, że w przeciwieństwie np. do USA, brak w niej pierwszorzędnej literatury trzeciorzędnej opartej na «szatańskiej triadzie» tworzonej przez zabójstwo-złoto-seks lub odwrotnie, a to prowadzi do zaniku czytelnictwa. To ostatnie groźne dla kultury zjawisko wynika być może z ironicznego stwierdzenia, że prawie wszyscy piszą, więc nikt nie czyta.
Jeden z tomów Włodzimierza Paźniewskiego nosi tytuł «Karawele na wietrze», a pod nim na pierwszej stronie okładki widnieje stylizowany obraz trójmasztowego żaglowca, chociaż jest to tylko replika awersu współczesnego portugalskiego banknotu tysiąca escudów. Inny jego zbiór zatytułowany został « Eseje wędrowne », a nad nim okładkę zdobi Abstract Drawing, który może, chociaż nie musi, wyobrażać skomplikowaną drogę. I w jednym i w drugim przypadku są to symboliczne odniesienia do intelektualnej podróży, w którą autor, także w innych książkach, zabiera czytelnika w daleki świat. Wypływa z nim w obszar przedchrystusowej filozofii, żegluje po oceanie późniejszej myśli, prowadzi go po zakamarkach zawiłej historii, zagląda z nim we wszechstronne obszary geograficzne, odkrywa niezmierzone fenomeny współczesności zarówno w polskim jak i powszechnym przeżywaniu. Na tym trudnym, bo i bogatym tematycznie szlaku tropi głupotę, bezmyślność, ciemnotę, zmyłki, fobie, obsesje, cały arsenał ujemnych lub tylko niedoskonałych ludzkich trafień. Uważny czytelnik o ustabilizowanych, określonych poglądach mógłby wyrazić sprzeciw wobec niektórych przynajmniej konstatacji Paźniewskiego. Powinien jednak pamiętać, że eseistyczna proza tego autora jest w znacznym stopniu prowokacją oparta na elzenbergowskiej szkole, a zatem zmuszającej do myślenia i kwestionowania problemów zastanych czasem nawet wbrew sobie. Najpierw jednak powinien prześledzić eseje Paźniewskiego.
CZESŁAW LUDWICZEK
*Tytuł jest zmodyfikowaną repliką występującego w tekście tytułu «Czytając Elzenzberga».