“Gdzieś obok nas” audycja Beaty Tomanek świętuje srebrny jubileusz
Autorska audycja Beaty Tomanek pt. “Gdzieś obok nas” po raz pierwszy pojawiła się na antenie Radia Katowice w październiku 1989 r. Dziś, po 25 latach nieprzerwanej emisji, audycja przeobraziła się w instytucję, do której zgłaszają się słuchacze szukający wsparcia w trudnych sytuacjach życiowych. W Centrum Informacji Naukowej i Bibliotece Akademickiej gościła wystawa zatytułowana “25 lat – ludzie, emocje, wydarzenia”.
- Zwykle to pani podsuwa mikrofon swoim gościom, dzisiaj role się odwróciły, tym razem to ja będę zadawać pytania, przyznam, że mam tremę.
- Ja też, ale jestem ciekawa jak to będzie.
- No to zaczynajmy. “Gdzieś obok nas” świętuje 25-lecie, to najdłużej emitowana audycja w Radiu Katowice, przenieśmy się więc w czasie, wróćmy do 1989 r.
- Pomysł audycji nie jest mój, ale przyznaję – spadł mi on z nieba. Kiedy ówczesny redaktor naczelny Maciej Bakes zaproponował mi przygotowanie audycji w oparciu o list, który przyszedł do rozgłośni, byłam prosto po studiach, nawet nie miałam jeszcze etatu (otrzymałam go w grudniu). Autorzy listu tłumaczyli, że ludzie niewidomi są wyjątkowymi słuchaczami, żyją wyłącznie w sferze dźwięku, słowa, muzyki… podobnie jak radio, dlatego też powinni być uprzywilejowani i… mieć swoją audycję. To było ogromne wyzwanie, nie tylko dla mnie, dotychczas w radiu nie było tradycji tworzenia programów skierowanych do konkretnego odbiorcy. Czułam ten ciężar zaufania, ale i odpowiedzialności. Weszłam w to środowisko dosyć szybko i łatwo, pomogła mi w tym wcześniejsza znajomość z doktor Marią Trzcińską-Fajfrowską.
- Był to program dla niewidomych, czy o niewidomych?

Beata Tomanek
- Długo dręczyło nas to pytanie. W świat ludzi niewidomych wprowadzali mnie Wojtek Maj i Norbert Galia, który był wówczas prezesem śląskiego oddziału Polskiego Związku Niewidomych. Wojtek, niewidomy od urodzenia, na nasze pierwsze spotkanie w radiu przyszedł z ogromnym kwiatem, była to chyba strelicja i oznajmił mi: przyniosłem ci kwiat, który sprzedawali na metry. Wojtek był pierwszym prowadzącym ze mną audycję – zawsze pogodny i uśmiechnięty. Razem wymyśliliśmy formułę antenowej polemiki między sobą, symbolicznego zderzenia dwóch światów, jednego zwanego wówczas światem ludzi sprawnych, którzy mieli drogę otwartą do wszystkiego, mogli pracować, normalnie żyć, realizować swoje ambicje, robić kariery z drugim funkcjonującym obok – światem ludzi niepełnosprawnych, światem zamkniętym i nieznanym. Już po pół roku krąg naszych słuchaczy znacznie się powiększył, zatem audycja docierała do wszystkich niepełnosprawnych. Bardzo szybko się okazało, że ludzie z różnego typu dysfunkcjami, niczym się od nas nie różnią, mają takie same odczucia, pragnienia, podobnie postrzegają świat, oceniają innych, chcą się rozwijać, robić kariery, z tą jednak różnicą, że ich zadanie jest o wiele trudniejsze. Audycja wykrystalizowała się z naszych bardzo wielu pomysłów, wzajemnego poznawania się i szybko nabywanych doświadczeń. Wojtek wniósł bardzo wiele do programu…
- … i dlatego uhonorowała go pani na wystawie.
- Tak, to niezwykły człowiek, kiedy go poznałam, był tłumaczem przysięgłym, ponieważ ukończył anglistykę, ale przede wszystkim wciąż tryskał pomysłami, które ułatwiały życie ludziom niewidomym. Pamiętam wymyślony przez niego specjalny aparacik do robienia notatek podczas wykładów, który nazwał “szept”, ponieważ można było do niego szeptać, to taki dzisiejszy odpowiednik dyktafonu, którego jeszcze wówczas nie było w powszechnym użytku. Mówienie do mikrofonu nie sprawiało mu żadnych trudności, a trzeba przyznać, że posługuje się piękną polszczyzną, jest niezwykle oczytany i wciąż ogromnie zżyty ze swoim środowiskiem. Wspólnie z Wojtkiem i Robertem Galią przygotowywaliśmy kolejne audycje, entuzjazm naszej wyjątkowej trójki sprawił, że wiele trudnych, czasem wymagających interwencji spraw udawało się zakończyć happy endem. Naszym częstym gościem była w studio doktor Maria Trzcińska-Fajfrowska. Stale uczyliśmy się, krąg ludzi, którzy pomagali nam rozwiązywać problemy wciąż się rozszerzał. Chcieliśmy przekonać naszych słuchaczy, że wszystko jest możliwe, że ich los jest w ich rękach… Widzę, jak pani na mnie patrzy, wiem, że to brzmi trochę banalnie. Jednak 25 lat temu ludzie niepełnosprawni zdani byli wyłącznie na pomoc społeczną, żyli w zamknięciu, w poczuciu krzywdy, niezadowolenia z życia ale wśród pragnień, które wydawały im się nie do spełnienia, nie widzieli wyjścia, nie mówiąc o dostępie do edukacji, poznawania świata… Na każdym kroku czuli się wykluczani, szczególnie przed drzwiami, które były węższe, niż ich wózki inwalidzkie.
- Nie było ich widać ani na ulicach, ani w parkach, nie mówiąc o kinach i teatrach.
- Ponieważ nikt się nimi nie interesował i nie było potrzeby, aby to zmienić. Stanowili zbyt małą grupę. Ta audycja dała im głos, zaczęliśmy więc załatwiać ich sprawy… Naszym pierwszym spektakularnym sukcesem było przyczynienie się do powstania w Siemianowicach “Imperium słońca” Stowarzyszenia Pomocy Dzieciom Specjalnej Troski. Dziś to duży i prężny ośrodek, świętujący kolejne jubileusze. Maria Dyla (prezeska stowarzyszenia) przyznaje, że przysłużyliśmy się w kwestii przekazania zabudowań, o które od dawna bezskutecznie walczyła z radą miasta.
- Media, a szczególnie radio były wówczas zupełnie inaczej postrzegane.
- To prawda, z biegiem czasu to oddziaływanie trochę spowszedniało. Wówczas media dopiero się odradzały, można było zapraszać do mikrofonu ludzi, którzy wcześniej omijali progi rozgłośni a zobowiązania, które płynęły w eter, były dotrzymywane. Udało nam się i był to nasz ogromny sukces, choć zapewne dziś trudno w to uwierzyć, wywalczyć pracę dla nauczycielki, która nie miała prawej ręki. Po ukończeniu studiów okazało się, że kalectwo dyskwalifikowało ją jako nauczyciela, ponieważ, zdaniem zwierzchników uwaga dzieci koncentrowałaby się na jej ułomności a nie na tym, czego miała ich nauczyć. Wywalczyliśmy zgodę na jej zatrudnienie, dzisiaj Edyta jest pełnomocnikiem prezydenta miasta do spraw osób niepełnosprawnych w Siemianowicach Śląskich.
- Spotkałyśmy się w Centrum Informacji Naukowej i Bibliotece Akademickiej, ponieważ gości tu wystawa zatytułowana “25 lat – ludzie, emocje, wydarzenia”, obrazująca najważniejsze wydarzenia, w których brali udział, bądź je inicjowali współtwórcy audycji, można tu znaleźć wiele wstrząsających historii, tymczasem wystawa jest niezwykle barwna…
- To prawda, mimo że fotogramy mówią o sprawach trudnych, rzeczywiście bije z nich radość życia. Ze zdumieniem spostrzegłam, kiedy przygotowywaliśmy ekspozycję, jak dużo na tych zdjęciach uśmiechu, koloru i optymizmu a przecież każdy kadr kryje w sobie dramaty poszczególnych ludzi -rodziców walczących o swoje dzieci, studentów broniących swoich praw, instytucji zmagających się z administracyjnymi zawiłościami…
- Pani także jest niezwykle pogodną osobą, to cecha odziedziczona, czy nabyta?
- Optymizm wyniosłam z domu, mam go w genach po obojgu rodziców. Wierzę, że wszystko musi mieć dobre zakończenie, może nie to, którego oczekiwaliśmy na początku, ale zawsze dobre. Z takim nastawieniem o wiele łatwiej jest odnaleźć się w tłumie a z tymi, którzy myślą podobnie łatwiej pokonuje się przeszkody.
- Poznała pani wielu niezwykłych ludzi.
- Nie sposób ich wszystkich wymienić, ale trudno nie wspomnieć o pani Teresie-Turskiej, matce dwóch, niestety, już nieżyjących synów, którzy cierpieli na postępujący zanik mięśni. Ci wspaniali, niezwykle inteligentni i utalentowani chłopcy Marek i Leszek, stwierdzili po ukończeniu liceum (świadectwa z paskiem), że ludzie z dysfunkcjami ruchu nie powinni być skazani na siedzenie w domu. To był początek lat dziewięćdziesiątych, zaczynała się rozwijać intensywnie informatyka, komputer otwierał nowe możliwości, szczególnie dla ludzi poruszających się na wózkach inwalidzkich. Wraz z panią Teresą i jej synami rozpoczęliśmy starania o uruchomienie policealnego studium, kształcącego w zawodzie informatyka ludzi niepełnosprawnych ruchowo, ówczesne przepisy nie przewidywały dla nich edukacji powyżej szkół średnich. To była prawdziwa batalia, trzeba było pokonać nie tylko prawne ograniczenia ale także zburzyć bariery architektoniczne… ale udało się. Wprawdzie Leszek nie dożył wielkiej chwili otwarcia we wrześniu 1993 r. jedynego wówczas w naszym województwie policealnego studium informatyki dla osób niepełnosprawnych (przy Zespole Szkół Technicznych i Ogólnokształcących w Katowicach), ale idea pozostała. Przetrwało także stowarzyszenie “Akcent”, które wówczas powstało (jego pierwszą prezeską była pani Teresa Turska). W tym roku świętowali jubileusz 20-lecia. Nadal szkolą, rehabilitują, pomagają. Kilka dni temu brałam udział w pierwszym marszobiegu imienia Marka i Leszka Turskich w Załężu.
- Do grona waszych słuchaczy dołączyli ludzie, którzy mają problemy ze społeczną adaptacją.
- To zaczęło się już jakieś dziesięć lat temu, wolny rynek sprawił, że zaczęło przybywać ludzi, którzy z trudnością poruszają się w nowych ekonomicznych realiach. Powstała grupa, którą nazywam -niepełnosprawnymi społecznie, z różnych względów wykluczanych: samotne matki, które nie radzą sobie na rynku pracy, znakomicie wykształcone pokolenie dwudziestoparo- i trzydziestolatków, bez perspektyw na znalezienie pracy w wyuczonym zawodzie, ludzie starsi, samotni, emeryci …
- Asertywni, ale życiowo niezaradni, nie każdy rodzi się z odpowiednimi predyspozycjami…
- … ale każdy posiada jakieś indywidualne atuty i do ich poszukiwania staramy się w naszych audycjach nakłaniać i motywować ludzi do działania, zachęcać do pokonania bierności i nie zniechęcania się kilkoma nawet z rzędu niepowodzeniami. Determinacją można zarażać, ja w to wierzę.
- Audycja, nawet godzinna, nie ma takiej mocy oddziaływania i pewnie dlatego “Gdzieś obok nas” zaczęło funkcjonować, niczym instytucja.
- Nie wszyscy wiedzą jakie w nich drzemią możliwości, nie wiedzą także jak z nich skorzystać. Potrzeba skontaktowania ze sobą ludzi, którzy chcą się dowiedzieć z tymi, którzy wiedzą, była dla nas oczywista, stąd pojawienie się poradników prowadzonych przez psychologów czy prawników. Ta formuła funkcjonuje do dzisiaj, choć zdobywanie wiedzy i kontaktów nawet wirtualnych jest dziś o wiele łatwiejsze. Przeprowadziliśmy wiele akcji, organizowaliśmy w radiu giełdy pracy, dwadzieścia parę lat temu nie było to tak popularne, jak obecnie, znajdywaliśmy obszary działań tym, którzy chcieli się angażować do pracy dla innych, wiele spotkań adresowanych było do ludzi starszych, wykluczonych nie z powodu wieku, ale z poczucia bezużyteczności, okazało się, że jest wiele atrakcyjnych możliwości zagospodarowania wolnego czasu. Uzbierało się w ciągu tego ćwierćwiecza mnóstwo różnorodnych kampanii.
- Najskuteczniejszą metodą jest dobry przykład.
- Nie wystarczy zachęcać do pokonania bariery własnej niemocy, nie wystarczy słownie przekonywać, że wszystko jest możliwe, trzeba tylko chcieć, najskuteczniej oddziaływają ludzie, którzy potrafili tego dokonać. Kiedy poznałam Marka Plurę był młodym chłopcem, który wyrwał się spod opieki rodziców i z determinacją zaczął realizować swoje marzenia, skończył studia, później następne, podyplomowe, otrzymał mandat społecznego zaufania zostając posłem RP, a obecnie jest eurodeputowanym w Parlamencie Europejskim. Marek udowodnił, że przede wszystkim trzeba przestać się bać. Bywa że nadopiekuńczość najbliższych, którzy kierując się najszlachetniejszymi intencjami, bezwiednie ogranicza pole działania, usypia instynkt. Jedynym marzeniem Janusza Świtają było kiedyś rozstanie się z życiem, dziś studiuje psychologię na Uniwersytecie Śląskim, widzimy go tu, na wystawie pośród kolegów z roku, uśmiechniętego i zadowolonego. Ten przykład pokazał, jak przy odrobinie zainteresowania innych ludzi, można w sobie obudzić chęć do życia. A znakomicie prosperujący Związek Artystów Malujących Ustami i Nogami AMUN, kto dziś o nim nie słyszał? Kabaret Absurdalny, festiwale, paraolimpiady, biura turystyczne dla niepełnosprawnych… to wszystko świadczy o zmianie mentalności, a to ona głównie decyduje o poprawie jakości życia ludzi, którzy kiedyś bali się opuścić swoje przysłowiowe cztery ściany. Świat już się nie dzieli na sprawnych i niepełnosprawnych. Niewidomi tworzą firmy, zatrudniają ludzi, jeżdżą na rowerach, wyjeżdżają za granicę, chodzą do teatrów i kin.
- 25 lat to kawał czasu, całe pani dorosłe życie, tysiące rozmówców i ich życiowych doświadczeń, czego się pani od nich nauczyła?
- Ta audycja jest ze mną cały czas, nauczyła mnie pokory i cierpliwości a moi rozmówcy pokazali mi, że wszystko, co jest w życiu wartościowe nie przychodzi łatwo. Każda praca ma jakiś cel, dziennikarska także. Człowiek z mikrofonem zawodowo korzysta ze zdobywanej wiedzy, musi więc umieć się nią dzielić. Kieruję się radą, którą dała mi mama: masz mikrofon – mówiła – spróbuj coś zrobić, ciebie będą słuchać inaczej. Staram się więc, aby to “coś” było zawsze zmianą na lepsze.
- Dziękuję za rozmowę.
MARIA SZTUKA