Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

25-07-2014, 06:28

SDP zorganizuje szkolenia dla ukraińskich dziennikarzy  »

Press
(RUT)
25-07-2014

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wspólnie z organizacjami na Ukrainie zrealizuje szkolenie i wizytę studyjną dla ukraińskich dziennikarzy.

Jak informuje serwis SDP.pl, oba projekty są finansowane w ramach programu Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności “Przemiany w Regionie” – RITA, realizowanego przez Fundację Edukacja dla Demokracji. Pierwszy – “Zarządzanie mediami – nowe wyzwanie dla ukraińskich dziennikarzy” – to szkolenie dla 15 ukraińskich dziennikarzy z pozyskiwania krajowych i zagranicznych środków na rozwój i działalność nowych mediów. Drugi – “Rola mediów w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego” – to ośmiodniowa wizyta studyjna młodych dziennikarzy ukraińskich w Polsce. W pierwszym przypadku dofinansowanie wynosi 37,6 tys. zł, w drugim 38,05 tys. zł.

Partnerami SDP są: Narodowa Unia Dziennikarzy Ukrainy i Niezależny Związek Zawodowy Mediów Ukrainy. Projekty będą realizowane do końca marca przyszłego roku.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/45992,SDP-zorganizuje-szkolenia-dla-ukrainskich-dziennikarzy

24-07-2014, 16:02

Odeszła redaktor Maria Różycka  »

Beskidzka24.pl
cz
24-07-2014

21 lipca w rodzinnym grobie na cmentarzu komunalnym w Cieszynie spoczęły doczesne szczątki redaktor Marii Różyckiej. Przeżyła 85 lat i chociaż nie urodzona w Cieszyńskiem, zdobyła wcale dobrą znajomość regionu i jego spraw. Mając zaledwie 29 lat, została końcem maja 1957 roku trzecim z rzędu, po Emanuelu Guziurze i Wiktorze Witeckim, redaktorem naczelnym “Głosu Ziemi Cieszyńskiej”.

Maria Różycka

Przyszła do tygodnika z cieszyńskiego oddziału “Trybuny Robotniczej”, gdzie pełniła funkcję kierownika tej placówki. Już tam wykazała się dobrą znajomością warsztatu dziennikarskiego i talentem organizacyjnym. Jako naczelna nie bała się panicznie o swój stołek, chętnie sięgała po ludzi z kwalifikacjami jak: Ludwik Brożek, Józef Chlebowczyk i Edward Pasek. Wtedy też na powrót zaczął współpracować z tygodnikiem redaktor Władysław Oszelda.

Maria Różycka chętnie podejmowała tematy krytyczne. Zaprzyjaźniła się z niektórymi ludźmi kultury, między innymi z Marią Wardasówną, której powieść “Zew przestworzy” opowiadająca o pilotach Franciszku Żwirce i Stanisławie Wigurze, była drukowana w “Głosie” w odcinkach, zanim ukazała się w wydaniu książkowym. Za jej szefowania gazeta podjęła szereg ciekawych inicjatyw. Organizowano co roku wyścig kolarski o Puchar “Głosu”, w którym startowali czołowi zawodnicy z Polski i zza Olzy. Wprowadzono stałą rubrykę “Pochwała tygodnia”, kącik gospodarskich porad, “Co słychać za Olzą”, “Na harcerskim tropie”, zamieszczono 10 lekcji języka esperanto, od setnego numeru jubileuszowego ukazywał się w gazecie “Młody Głos”, redagowany przez aktywistów organizacji młodzieżowych.

Młoda redaktor naczelna wcale dobrze radziła sobie z finansami. Postawiła na pozyskiwanie ogłoszeń. Oprócz tego prowadziła bardzo oszczędną gospodarkę. Nakład gazety wzrósł za jej panowania do 10 500 egzemplarzy. Krok po kroku tygodnik zaczął się więc wygrzebywać z długów. Gdy w styczniu 1961 roku odchodziła z funkcji szefowej, gazeta miała już czyste konto. Maria Różycka w następnych latach często odwiedzała redakcję. Była na jubileuszach 40- i 50 -lecia gazety. Zawsze pogodna i pełna pomysłów…

Całość: http://www.beskidzka24.pl/redakcja/artykul,odeszla_redaktor_maria_rozycka,23175.html

23-07-2014, 18:10

Zderzenie dwóch światów  »

Miesięcznik społeczno-kulturalny "Śląsk" nr 7/2014
Maria Sztuka
23-09-2014

“Gdzieś obok nas” audycja Beaty Tomanek świętuje srebrny jubileusz

Autorska audycja Beaty Tomanek pt. “Gdzieś obok nas” po raz pierwszy pojawiła się na antenie Radia Katowice w październiku 1989 r. Dziś, po 25 latach nieprzerwanej emisji, audycja przeobraziła się w instytucję, do której zgłaszają się słuchacze szukający wsparcia w trudnych sytuacjach życiowych. W Centrum Informacji Naukowej i Bibliotece Akademickiej gościła wystawa zatytułowana “25 lat – ludzie, emocje, wydarzenia”.

- Zwykle to pani podsuwa mikrofon swoim gościom, dzisiaj role się odwróciły, tym razem to ja będę zadawać pytania, przyznam, że mam tremę.

- Ja też, ale jestem ciekawa jak to będzie.

-  No to zaczynajmy. “Gdzieś obok nas” świętuje 25-lecie, to najdłużej emitowana audycja w Radiu Katowice, przenieśmy się więc w czasie, wróćmy do 1989 r.

- Pomysł audycji nie jest mój, ale przyznaję – spadł mi on z nieba. Kiedy ówczesny redaktor naczelny Maciej Bakes zaproponował  mi  przygotowanie  audycji w oparciu o list, który przyszedł do rozgłośni, byłam prosto po studiach, nawet nie miałam jeszcze etatu (otrzymałam go w grudniu). Autorzy listu tłumaczyli, że ludzie niewidomi są wyjątkowymi słuchaczami, żyją wyłącznie w sferze dźwięku, słowa, muzyki… podobnie jak radio, dlatego też powinni być uprzywilejowani i… mieć swoją audycję. To było ogromne wyzwanie, nie tylko dla mnie, dotychczas w radiu nie było tradycji tworzenia programów skierowanych do konkretnego odbiorcy. Czułam ten ciężar zaufania, ale i odpowiedzialności. Weszłam w to środowisko dosyć szybko i łatwo, pomogła mi w tym wcześniejsza znajomość z doktor Marią Trzcińską-Fajfrowską.

- Był to program dla niewidomych, czy o niewidomych?

Beata Tomanek

- Długo dręczyło nas to pytanie. W świat ludzi niewidomych wprowadzali mnie Wojtek Maj i Norbert Galia, który był wówczas prezesem śląskiego oddziału Polskiego Związku Niewidomych. Wojtek, niewidomy od urodzenia, na nasze pierwsze spotkanie w radiu przyszedł z ogromnym kwiatem, była to chyba strelicja i oznajmił mi: przyniosłem ci kwiat, który sprzedawali na metry. Wojtek był pierwszym prowadzącym ze mną audycję – zawsze pogodny i uśmiechnięty. Razem wymyśliliśmy formułę antenowej polemiki między sobą, symbolicznego zderzenia dwóch światów, jednego zwanego wówczas światem ludzi sprawnych, którzy mieli drogę otwartą do wszystkiego, mogli pracować, normalnie żyć, realizować swoje ambicje, robić kariery z drugim funkcjonującym obok – światem ludzi niepełnosprawnych, światem zamkniętym i nieznanym. Już po pół roku krąg naszych słuchaczy znacznie się powiększył, zatem audycja docierała do wszystkich niepełnosprawnych. Bardzo szybko się okazało, że ludzie z różnego typu dysfunkcjami, niczym się od nas nie różnią, mają takie same odczucia, pragnienia, podobnie postrzegają świat, oceniają innych, chcą się rozwijać, robić kariery, z tą jednak różnicą, że ich zadanie jest o wiele trudniejsze. Audycja wykrystalizowała się z naszych bardzo wielu pomysłów, wzajemnego poznawania się i szybko nabywanych doświadczeń. Wojtek wniósł bardzo wiele do programu…

-  … i dlatego uhonorowała go pani na wystawie.

- Tak, to niezwykły człowiek, kiedy go poznałam, był tłumaczem przysięgłym, ponieważ ukończył anglistykę, ale przede wszystkim wciąż tryskał pomysłami, które ułatwiały życie ludziom niewidomym. Pamiętam wymyślony przez niego specjalny aparacik do robienia notatek podczas wykładów, który nazwał “szept”, ponieważ można było do niego szeptać, to taki dzisiejszy odpowiednik dyktafonu, którego jeszcze wówczas nie było w powszechnym użytku. Mówienie do mikrofonu nie sprawiało mu żadnych trudności, a trzeba przyznać, że posługuje się piękną polszczyzną, jest niezwykle oczytany i wciąż ogromnie zżyty ze swoim środowiskiem. Wspólnie z Wojtkiem i Robertem Galią przygotowywaliśmy kolejne audycje, entuzjazm naszej wyjątkowej trójki sprawił, że wiele trudnych, czasem wymagających interwencji spraw udawało się zakończyć happy endem. Naszym częstym gościem była w studio doktor Maria Trzcińska-Fajfrowska. Stale uczyliśmy się, krąg ludzi, którzy pomagali nam rozwiązywać problemy wciąż się rozszerzał. Chcieliśmy przekonać naszych słuchaczy, że wszystko jest możliwe, że ich los jest w ich rękach… Widzę, jak pani na mnie patrzy, wiem, że to brzmi trochę banalnie. Jednak 25 lat temu ludzie niepełnosprawni zdani byli wyłącznie na pomoc społeczną, żyli w zamknięciu, w poczuciu krzywdy, niezadowolenia z życia ale wśród pragnień, które wydawały im się nie do spełnienia, nie widzieli wyjścia, nie mówiąc o dostępie do edukacji, poznawania świata… Na każdym kroku czuli się wykluczani, szczególnie przed drzwiami, które były węższe, niż ich wózki inwalidzkie.

- Nie było ich widać ani na ulicach, ani w parkach, nie mówiąc o kinach i teatrach.

- Ponieważ nikt się nimi nie interesował i nie było potrzeby, aby to zmienić. Stanowili zbyt małą grupę. Ta audycja dała im głos, zaczęliśmy więc załatwiać ich sprawy… Naszym pierwszym spektakularnym sukcesem było przyczynienie się do powstania w Siemianowicach “Imperium słońca” Stowarzyszenia Pomocy Dzieciom Specjalnej Troski. Dziś to duży i prężny ośrodek, świętujący kolejne jubileusze. Maria Dyla (prezeska stowarzyszenia) przyznaje, że przysłużyliśmy się w kwestii przekazania zabudowań, o które od dawna bezskutecznie walczyła z radą miasta.

-  Media, a szczególnie radio były wówczas zupełnie inaczej postrzegane.

- To prawda, z biegiem czasu to oddziaływanie trochę spowszedniało. Wówczas media dopiero się odradzały, można było zapraszać do mikrofonu ludzi, którzy wcześniej omijali progi rozgłośni a zobowiązania, które płynęły w eter, były dotrzymywane. Udało nam się i był to nasz ogromny sukces, choć zapewne dziś trudno w to uwierzyć, wywalczyć pracę dla nauczycielki, która nie miała prawej ręki. Po ukończeniu studiów okazało się, że kalectwo dyskwalifikowało ją jako nauczyciela, ponieważ, zdaniem zwierzchników uwaga dzieci koncentrowałaby się na jej ułomności a nie na tym, czego miała ich nauczyć. Wywalczyliśmy zgodę na jej zatrudnienie, dzisiaj Edyta jest pełnomocnikiem prezydenta miasta do spraw osób niepełnosprawnych w Siemianowicach Śląskich.

- Spotkałyśmy się w Centrum Informacji Naukowej i Bibliotece Akademickiej, ponieważ gości tu wystawa zatytułowana “25 lat – ludzie, emocje, wydarzenia”, obrazująca najważniejsze wydarzenia, w których brali udział, bądź je inicjowali współtwórcy audycji, można tu znaleźć wiele wstrząsających historii, tymczasem wystawa jest niezwykle barwna…

- To prawda, mimo że fotogramy mówią o sprawach trudnych, rzeczywiście bije z nich radość życia. Ze zdumieniem spostrzegłam, kiedy przygotowywaliśmy ekspozycję, jak dużo na tych zdjęciach uśmiechu, koloru i optymizmu a przecież każdy kadr kryje w sobie dramaty poszczególnych ludzi -rodziców walczących o swoje dzieci, studentów broniących swoich praw, instytucji zmagających się z administracyjnymi zawiłościami…

- Pani także jest niezwykle pogodną osobą, to cecha odziedziczona, czy nabyta?

- Optymizm wyniosłam z domu, mam go w genach po obojgu rodziców. Wierzę, że wszystko musi mieć dobre zakończenie, może nie to, którego oczekiwaliśmy na początku, ale zawsze dobre. Z takim nastawieniem o wiele łatwiej jest odnaleźć się w tłumie a z tymi, którzy myślą podobnie łatwiej pokonuje się przeszkody.

-  Poznała pani wielu niezwykłych ludzi.

- Nie sposób ich wszystkich wymienić, ale trudno nie wspomnieć o pani Teresie-Turskiej, matce dwóch, niestety, już nieżyjących synów, którzy cierpieli na postępujący zanik mięśni. Ci wspaniali, niezwykle inteligentni i utalentowani chłopcy Marek i Leszek, stwierdzili po ukończeniu liceum (świadectwa z paskiem), że ludzie z dysfunkcjami ruchu nie powinni być skazani na siedzenie w domu. To był początek lat dziewięćdziesiątych, zaczynała się rozwijać intensywnie informatyka, komputer otwierał nowe możliwości, szczególnie dla ludzi poruszających się na wózkach inwalidzkich. Wraz z panią Teresą i jej synami rozpoczęliśmy starania o uruchomienie policealnego studium, kształcącego w zawodzie informatyka ludzi niepełnosprawnych ruchowo, ówczesne przepisy nie przewidywały dla nich edukacji powyżej szkół średnich. To była prawdziwa batalia, trzeba było pokonać nie tylko prawne ograniczenia ale także zburzyć bariery architektoniczne… ale udało się. Wprawdzie Leszek nie dożył wielkiej chwili otwarcia we wrześniu 1993 r. jedynego wówczas w naszym województwie policealnego studium informatyki dla osób niepełnosprawnych (przy Zespole Szkół Technicznych i Ogólnokształcących w Katowicach), ale idea pozostała. Przetrwało także stowarzyszenie “Akcent”, które wówczas powstało (jego pierwszą prezeską była pani Teresa Turska). W tym roku świętowali jubileusz 20-lecia. Nadal szkolą, rehabilitują, pomagają. Kilka dni temu brałam udział w pierwszym marszobiegu imienia Marka i Leszka Turskich w Załężu.

- Do grona waszych słuchaczy dołączyli ludzie, którzy mają problemy ze społeczną adaptacją.

- To zaczęło się już jakieś dziesięć lat temu, wolny rynek sprawił, że zaczęło przybywać ludzi, którzy z trudnością poruszają się w nowych ekonomicznych realiach. Powstała grupa, którą nazywam -niepełnosprawnymi społecznie, z różnych względów wykluczanych: samotne matki, które nie radzą sobie na rynku pracy, znakomicie wykształcone pokolenie dwudziestoparo- i trzydziestolatków, bez perspektyw na znalezienie pracy w wyuczonym zawodzie, ludzie starsi, samotni, emeryci …

- Asertywni, ale życiowo niezaradni, nie każdy rodzi się z odpowiednimi predyspozycjami…

- … ale każdy posiada jakieś indywidualne atuty i do ich poszukiwania staramy się w naszych audycjach nakłaniać i motywować ludzi do działania, zachęcać do pokonania bierności i nie zniechęcania się kilkoma nawet z rzędu niepowodzeniami. Determinacją można zarażać, ja w to wierzę.

- Audycja, nawet godzinna, nie ma takiej mocy oddziaływania i pewnie dlatego “Gdzieś obok nas” zaczęło funkcjonować, niczym instytucja.

- Nie wszyscy wiedzą jakie w nich drzemią możliwości, nie wiedzą także jak z nich skorzystać. Potrzeba skontaktowania ze sobą ludzi, którzy chcą się dowiedzieć z tymi, którzy wiedzą, była dla nas oczywista, stąd pojawienie się poradników prowadzonych przez psychologów czy prawników. Ta formuła funkcjonuje do dzisiaj, choć zdobywanie wiedzy i kontaktów nawet wirtualnych jest dziś o wiele łatwiejsze. Przeprowadziliśmy wiele akcji, organizowaliśmy w radiu giełdy pracy, dwadzieścia parę lat temu nie było to tak popularne, jak obecnie, znajdywaliśmy obszary działań tym, którzy chcieli się angażować do pracy dla innych, wiele spotkań adresowanych było do ludzi starszych, wykluczonych nie z powodu wieku, ale z poczucia bezużyteczności, okazało się, że jest wiele atrakcyjnych możliwości zagospodarowania wolnego czasu. Uzbierało się w ciągu tego ćwierćwiecza mnóstwo różnorodnych kampanii.

- Najskuteczniejszą metodą jest dobry przykład.

- Nie wystarczy zachęcać do pokonania bariery własnej niemocy, nie wystarczy słownie przekonywać, że wszystko jest możliwe, trzeba tylko chcieć, najskuteczniej oddziaływają ludzie, którzy potrafili tego dokonać. Kiedy poznałam Marka Plurę był młodym chłopcem, który wyrwał się spod opieki rodziców i z determinacją zaczął realizować swoje marzenia, skończył studia, później następne, podyplomowe, otrzymał mandat społecznego zaufania zostając posłem RP, a obecnie jest eurodeputowanym w Parlamencie Europejskim. Marek udowodnił, że przede wszystkim trzeba przestać się bać. Bywa że nadopiekuńczość najbliższych, którzy kierując się najszlachetniejszymi intencjami, bezwiednie ogranicza pole działania, usypia instynkt. Jedynym marzeniem Janusza Świtają było kiedyś rozstanie się z życiem, dziś studiuje psychologię na Uniwersytecie Śląskim, widzimy go tu, na wystawie pośród kolegów z roku, uśmiechniętego i zadowolonego. Ten przykład pokazał, jak przy odrobinie zainteresowania innych ludzi, można w sobie obudzić chęć do życia. A znakomicie prosperujący Związek Artystów Malujących Ustami i Nogami AMUN, kto dziś o nim nie słyszał? Kabaret Absurdalny, festiwale, paraolimpiady, biura turystyczne dla niepełnosprawnych… to wszystko świadczy o zmianie mentalności, a to ona głównie decyduje o poprawie jakości życia ludzi, którzy kiedyś bali się opuścić swoje przysłowiowe cztery ściany. Świat już się nie dzieli na sprawnych i niepełnosprawnych. Niewidomi tworzą firmy, zatrudniają ludzi, jeżdżą na rowerach, wyjeżdżają za granicę, chodzą do teatrów i kin.

- 25 lat to kawał czasu, całe pani dorosłe życie, tysiące rozmówców i ich życiowych doświadczeń, czego się pani od nich nauczyła?

- Ta audycja jest ze mną cały czas, nauczyła mnie pokory i cierpliwości a moi rozmówcy pokazali mi, że wszystko, co jest w życiu wartościowe nie przychodzi łatwo. Każda praca ma jakiś cel, dziennikarska także. Człowiek z mikrofonem zawodowo korzysta ze zdobywanej wiedzy, musi więc umieć się nią dzielić. Kieruję się radą, którą dała mi mama: masz mikrofon – mówiła – spróbuj coś zrobić, ciebie będą słuchać inaczej. Staram się więc, aby to “coś” było zawsze zmianą na lepsze.

- Dziękuję za rozmowę.

MARIA SZTUKA

Całość: http://www.slaskgtl.pl/miesiecznik_slask/11

23-07-2014, 17:12

Zatrute owoce “czwartej władzy”  »

Miesięcznik społeczno-kulturalny "Śląsk" nr 7/2014
Michał Kaczmarczyk
23-07-2014

Obowiązująca w amerykańskim systemie prawnym doktryna “owoców zatrutego drzewa” głosi, że dowody zdobyte w wyniku nielegalnych działań śledczych nie mogą być podstawą do wydania wyroku skazującego w procesie karnym. Gdyby podobna zasada, będąca przecież fundamentem praworządności nie tylko w USA, obowiązywała media na etapie gromadzenia i weryfikowania informacji, wiele redakcji znalazłoby się w tarapatach. Na czele z tygodnikiem “Wprost”, publikującym stenogramy i pliki dźwiękowe z nielegalnych, kelnerskich podsłuchów.

Termin “fruit of the poisonoustree” został użyty po raz pierwszy w 1939 roku przez amerykańskiego sędziego Felixa Frankfurtem w sprawie Nardone v. Stany Zjednoczone. Zasada “owoców zatrutego drzewa”, wywodząca się wprost z gwarancji konstytucyjnych, nakazuje odrzucenie dowodów uzyskanych nielegalnie. Z tego powodu ława przysięgłych uniewinniła m.in. znanego amerykańskiego sportowca i aktora OJ. Simpsona, mimo że zebrane przeciw niemu dowody świadczyły bezsprzecznie, że zamordował swoją żonę. Niestety, “święta” reguła, która nie pozwala skazać człowieka w procesie karnym, nie przeszkadza ferować wyroków medialnych – wyroków o nierzadko równie poważnych konsekwencjach, zwłaszcza dla osób publicznych. Media coraz częściej nie zważają na to, w jaki sposób pozyskano informacje będące podstawą formułowania w domenie publicznej zarzutów i oskarżeń, nie wyłączając zarzutów najcięższego kalibru. Makiaweliczne przekonanie, iż cel uświęca środki jest wygodnym usprawiedliwieniem choćby dla permanentnego naruszania przez tabloidy prywatności osób publicznych poprzez publikowanie nielegalnie wykonanych, prywatnych zdjęć czy – jak ostatnio – ujawniania in- . formacji pochodzących z przestępstwa, w postaci podsłuchanych rozmów funkcjonariuszy państwa. Dziennikarze, stawiający się zwykle w roli szeryfów sprawiedliwości i pierwszych obrońców praworządności, coraz częściej praworządność tę depczą, kryjąc się za rozciągniętą do granic absurdu kurtyną ważnego interesu publicznego i stanu wyższej konieczności. Ważny interes społeczny rzeczywiście może usprawiedliwiać publikację informacji pochodzących z nielegalnego źródła czy zdobytych dzięki działaniom na granicy prawa (naturalnych dla warsztatu dziennikarza śledczego). Tyle tylko, że – po pierwsze – fundamentalne w tym kontekście kategorie interesu społecznego oraz stanu wyższej konieczności nie są rozciągliwe jak guma arabska, o czym wielu dziennikarzy i wydawców zdaje się zapominać.

W ważnym interesie publicznym z pewnością działali dziennikarze “Washington Post” Bob Woodward i Carl Bernstein, opisując kulisy afery Watergate. Nie wiem natomiast, jaki ważny interes społeczny leżał u podstaw ujawnienia przez “Wprost” pełnej treści knajpianej, alkoholowej pogawędki Bartłomieja Sienkiewicza i Marka Belki (upublicznienie fragmentów dotyczących przyrodzenia Jerzego Hausnera przyniosło jakąkolwiek korzyść państwu lub społeczeństwu?) czy rozmowy Jacka Rostowskiego i Radosława Sikorskiego. Po drugie, działanie w ważnym interesie państwa nie może jednocześnie prowadzić do dewastowania i ośmieszania tegoż państwa, a mam wrażenie, że z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w przypadku publikacji przynajmniej części słynnych “taśm kelnerów”. Po trzecie wreszcie, ważny interes publiczny nie zwalnia dziennikarzy z obowiązku przestrzegania rudymentarnych reguł prawa prasowego i etyki mediów, a zwłaszcza dochowania szczególnej staranności i rzetelności dziennikarskiej. Co więcej, w sytuacji, gdy przeznaczone do publikacji informacje pochodzą ze źródła o wątpliwej proweniencji prawnej i moralnej, ich wszechstronna weryfikacja, zgodnie z kanonami sztuki dziennikarskiej i w oparciu o szerokie instrumentarium żurnalistyki śledczej, powinna stanowić priorytet. W sprawie “taśm kelnerów” takiej weryfikacji zabrakło, a jeśli była – czytelnik “Wprost” nie został o tym należycie poinformowany. Spisywanie dostarczonych nielegalnych podsłuchów nie jest śledztwem dziennikarskim. Byłaby nim próba odpowiedzi na pytania, kto nagrywał i jakie przyświecały mu intencje, czy Andrzej Parafianowicz rzeczywiście ingerował w przebieg postępowania skarbowego wobec żony Sławomira Nowaka, czy deal między Bartłomiejem Sienkiewiczem i Markiem Belką ma charakter pozakonstytucyjny etc. W ramach śledztwa dziennikarskiego konieczne byłoby także skontaktowanie się z “bohaterami” nagrań i uzyskanie od nich komentarza, wszak stara, rzymska zasada “audiatur et altera pars” stanowi jeden z fundamentów prawa prasowego, nakazując autorowi publikacji wysłuchanie wszystkich stron zaangażowanych w sprawę, w tym zwłaszcza najbardziej zainteresowanych – podsłuchanych polityków. Niepodjęcie wskazanych tu działań powoduje, iż autor tekstu prasowego – jak trafnie określił to Tomasz Lis, komentując aferę taśmową – przestaje być dziennikarzem, a staje się paserem złodzieja treści prywatnych rozmów. A przy okazji odbiera osobom podsłuchiwanym godność osobistą, nie tylko bowiem publikuje treść ich prywatnych konwersacji, ale także pozbawia inwigilowanych prawa do obrony, komentarza, złożenia wyjaśnień, ustosunkowania się do treści zarejestrowanych wypowiedzi. Jeden ze znanych polskich publicystów przyrównuje publikowanie treści podsłuchów do rozbierania do naga ofiar przed gazowaniem. To bardzo drastyczne porównanie, ale nie do końca pozbawione sensu, jeśli chcieć za jego pomocą opisać jedną z “ludzkich” konsekwencji afery taśmowej – stan odarcia z prywatności “bohaterów” ujawnionych rozmów. Ale nawet jeśli odrzucimy tak daleko idące porównania, musimy przynajmniej przyznać, że publikowanie informacji pochodzących z przestępstwa jest sprzeczne z zasadami Kodeksu Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy, nie mówiąc już o polskim Kodeksie karnym.

Wiceprezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka Adam Bodnar wylicza cztery kryteria, według których można ocenić upublicznianie nagrań z podsłuchów: interes publiczny, brak innych możliwości zwrócenia uwagi na problem, autentyczność ujawnionych informacji oraz motywacja dziennikarza. To bardzo trafna diagnoza dowodząca jednocześnie, iż z punktu widzenia wierności zasadom etyki i prawa prasowego decyzji o ujawnieniu stenogramów z przestępczych podsłuchów w takim kształcie, w jakim dokonał tego tygodnik “Wprost”, nie daje się obronić.

MICHAŁ KACZMARCZYK

Całość: http://www.slaskgtl.pl/miesiecznik_slask/11

23-07-2014, 15:05

Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Henryk Sławik w czasie drugiej wojny światowej (cz. III)  »

Miesięcznik społeczno-kulturalny "Śląsk" nr 7/2014
Tomasz Kurpierz
23-07-2014

Generalny »sąd« był w komplecie. Przed nim stał storturowany i spoliczkowany, ale śmiały i odważny z pełną nieugiętością duszy Henryk Sławik. Postawili nas wprost przed sobą i przeczytali oskarżenie przeciwko mnie. Potem zadawali pytania, na które odpowiadałem. Henryk Sławik według stawianych punktów obalał im te zarzuty, świadcząc tym samym, że ja nie miałem o tym pojęcia. Obiecali mu, że jak powie prawdę, to go natychmiast zwolnią. Ale on był niezłomny. Przerwali rozprawę. Odprowadzili mnie do sąsiedniego pokoju. Po jakimś czasie przesłuchanie zaczęło się znowu. Obraz był ten sam, tylko Sławik się zmienił. Jego twarz i głowa były pokrwawione od bicia. Ale z oczu biło zdecydowanie. Popatrzył się na mnie z przyjacielskim oddaniem i od razu wyprostował się i powiedział: «Sprzeciwiam się – w imieniu prawa międzynarodowego, moralności i sprawiedliwości. Nie oskarżajcie Go!». Przewodniczący przerwał przesłuchanie. Na aktach Sławika napisali coś czerwonym ołówkiem. Wtenczas nie wiedziałem jeszcze, że czerwone pismo oznacza krew i śmierć. Ze Svabhegy [aresztu gestapo - T.K.] zabrano nas z powrotem do więzienia. W czasie podróży siedzieliśmy obok siebie w ciemnym czarnym samochodzie. Poszukałem jego ręki, by podziękować mu za uratowanie mego życia. [Z] uściskiem dłoni tak mi szepnął – «Tak płaci Polska». W ten sposób ostatnie spotkanie z polskim przyjacielem wspominał József Antall. Do dramatycznej konfrontacji doszło w lipcu 1944 r., kilka miesięcy po zajęciu Węgier przez wojska niemieckie. Oficerowie gestapo, dysponując bogatym dossier na temat działalności Sławika jako prezesa Polskiego Komitetu Obywatelskiego, szukali przede wszystkim dowodów na udział obu mężczyzn w akcji ratowania ludności żydowskiej. Los Polaka był niestety przesądzony, z czego on sam zdawał sobie sprawę, gra toczyła się więc o życie Węgra.

Bemowie, Mickiewiczowie, Kościuszkowie

Henryk Sławik

Uderzenie hitlerowców było celne, ponieważ Antall już od pierwszych tygodni wojny pospieszył z pomocą polskim Żydom, którzy szukali schronienia w kraju nad Dunajem. Jesienią 1939 r. i na początku 1940 r. dotarło ich tam około l O tysięcy. Jako pracownik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych sprawujący nadzór nad pomocą dla uchodźców, József pod koniec września nieoficjalnie polecił podległym sobie urzędnikom, aby nie odnotowywali faktycznej narodowości uciekinierów, wszystkich określając jedynie jako polskich obywateli. Jeżeli była taka konieczność – wpisywano fałszywe imiona i nazwiska. W ten sposób wśród żydowskich uchodźców pojawiło się wiele osób z nazwiskami najbardziej znanych w Polsce (i na Węgrzech) postaci z historii, literatury, sztuki – Bemowie, Mickiewiczowie, Chopinowie, Kościuszkowie i inni. “Niech Bóg wybaczy nam historyczną i literacką nietaktowność, ale musieliśmy działać szybko, przecież rozpoczął się już wtedy proces wywiadowczy strzałokrzyżowców [węgierskich faszystów - T.K.] i niemieckich sprzymierzeńców” – wspominał Antall. Na przełomie 1939/1940 r. w działania te włączył się Henryk Sławik. Podstawową sprawą było wystawienie niebudzących podejrzeń fałszywych dowodów tożsamości. Do wkroczenia na Węgry hitlerowców w marcu 1944 r. dokumenty te stanowiły dla żydowskich uchodźców niemal ubezpieczenie na życie. Na tym polu nieoceniona okazała się pomoc polskich księży, którzy w ścisłej współpracy z Antallem i Sławikiem, na niemal masową skalę, zaczęli wystawiać fałszywe metryki chrztu, tym razem wybierając już polskie imiona i nazwiska z listy najbardziej popularnych. Na podstawie tych dokumentów żydowscy uchodźcy wpisywani byli do polskich i węgierskich ewidencji jako katolicy. “Spytałem raz – wspominał dalej Antall – szefa Polskiego Urzędu Duszpasterskiego, franciszkanina [Piotra] Wilka-Witosławskiego, czy to śmiertelny grzech, że nadajemy Żydom polskie nazwiska i wydajemy im polskie dokumenty. Ojciec [...] bardzo poważnie, z przekonaniem odpowiedział, że jest to – w danych okolicznościach — zadanie bezwarunkowo miłe Bogu, gdyż Bóg nie chciał stworzyć imion, ani obrządków, lecz człowieka, żeby na ziemi było życie. Więc, jeśli tymi dokumentami możemy uratować komuś życie, niewinne oszustwo (pia fraus) jest czynem zawsze dozwolonym”. W siedzibie kierowanego przez Sławika Komitetu, w biurze Antalla i Polskim Katolickim Duszpasterstwie nad Uchodźcami drukowane były w języku polskim, niemieckim i francuskim teksty najważniejszych modlitw, których musieli się nauczyć żydowscy uchodźcy. Poza Ojcze Nasz, konieczna była znajomość siedmiu sakramentów i innych katolickich praktyk religijnych. Wszystko to mogło zwiększyć szansę na wyjście obronną ręką podczas przesłuchań prowadzonych na przykład przez śledczych z węgierskiego kontrwywiadu. Z biegiem czasu uchodźcy żydowscy, jak i osoby im pomagające były bowiem pod coraz ściślejszą obserwacją tych służb węgierskich (między innymi wspomnianego kontrwywiadu), którymi kierowali politycy i wojskowi o nastawieniu proniemieckim. Swoje macki rozszerzał także wywiad hitlerowski, zdobywający coraz więcej agentów rozlokowanych w wielu instytucjach i urzędach, nie wyłączając z tego nawet ministerstw. W tej sytuacji i Sławik, i Antall od początku narażeni byli na duże niebezpieczeństwo.

Od połowy 1942 r., kiedy w Polsce trwała już masowa zagłada ludności żydowskiej, na Węgry zaczęła docierać druga fala uchodźców. Przełożony Antalla, minister Ferenc Keresztes-Fischer zlecił wówczas podległym mu władzom pogranicznym, aby żadnego z uciekinierów, bez względu na pochodzenie i wyznanie, nie odstawiać za granicę, co równało się wyrokowi śmierci. Władza szefa MSW, bardzo przychylnego Polakom, stawała się jednak coraz bardziej ograniczona. W sierpniu 1941 r., na Węgrzech wprowadzona została tzw. trzecia ustawa antyżydowska i chociaż Żydów węgierskich nie dotknęły jeszcze wówczas masowe represje, to jednak wielu uciekinierów z Polski zostało schwytanych przez proniemiecko nastawione służby i deportowanych z powrotem do kraju. Niemniej jednak w 1942 i 1943 r. na Węgry dotarło około 5 tys. polskich Żydów, w tym wiele dzieci, które niejednokrotnie, po najstraszliwszych przeżyciach, cudem same przedostawały się nad Dunaj.

József Antall

Dla tych właśnie najmłodszych ofiar Sławik wraz z Antallem, przy współpracy kilku innych uchodźców żydowskich (m.in. Icchaka Brettlera vel Bratkowskiego), zorganizowali w położonym około 30 km na północ od Budapesztu miasteczku Vac sierociniec. Było to wyjątkowe przedsięwzięcie. Otwarty pod koniec lipca 1943 r. zakład oficjalnie nazwany został Domem Sierot Polskich Oficerów. W rzeczywistości wraz z polskimi i żydowskimi opiekunami przebywało tam około stu żydowskich dzieci zaopatrzonych w “aryjskie” papiery ze zmienionymi nazwiskami. Funkcjonowało przedszkole i szkoła powszechna, w której realizowano polski program nauczania. Jednocześnie jednak nie pozbawiano dzieci ich tożsamości – po oficjalnym udziale w mszy św., potajemnie uczono je hebrajskiego i objaśniano Stary Testament. W kamuflaż włączył się też Kościół katolicki. Dla zwiększenia bezpieczeństwa dzieci, dzięki pomocy hrabiny Erzsebet Szapary, wielkiej przyjaciółki Polaków, wiceprezeski Węgiersko-Polskiego Komitetu Pomocy Uchodźcom, sierociniec odwiedził wtajemniczony w całą sprawę nuncjusz apostolski na Węgrzech arcybiskup Angello Rotta. Wtedy to bliskim współpracownikiem Sławika stał się m.in. Henryk Zvi Zimmermann, prawnik z Krakowa, członek żydowskiego ruchu oporu, który uciekł z krakowskiego getta w 1943 r., dotarł na Węgry i pod fałszywym nazwiskiem został jednym z pracowników Komitetu Obywatelskiego, a faktycznie łącznikiem między prezesem a różnymi grupami ukrywających się nad Dunajem polskich Żydów. Dzięki szczęściu, poświęceniu i determinacji wielu ludzi umieszczone w Vacu dzieci udało się ocalić. W maju 1944 r., a więc już podczas okupacji Węgier, zostały one potajemnie przewiezione do Budapesztu i tam, ukryte w kilku miejscach, wszystkie dotrwały do końca wojny. Precyzyjne określenie liczby wszystkich osób uratowanych przez Sławika i jego przyjaciół jest bardzo trudne, o ile nie wręcz niemożliwe. Najbliżsi współpracownicy Henryka i Józsefa wspominali, że wielu uchodźcom żydowskim pomogli oni osobiście, nie odnotowując tego w ogóle w żadnych dokumentach. Ścisłe przestrzeganie zasad konspiracji przyniosło znakomite rezultaty. Według ostrożnych szacunków, kierowany przez byłego redaktora “Gazety Robotniczej” Komitet wraz z pomocą węgierskich przyjaciół przyczynił się do uratowania co najmniej 5 tys. polskich Żydów. Dobrze zorientowany w tej sprawie Henryk Zvi Zimmermann uważał, że liczba ta jest zaniżona, co potwierdzałyby wspomnienia Antalla, który pisał o ponad dziesięciu tysiącach żydowskich uchodźców (ale niestety nie precyzował czy chodzi o wszystkich, którzy otrzymali np. fałszywe dokumenty). W niektórych wspomnieniach pojawia się nawet liczba 14 tys. uratowanych osób. Niezależnie od tego, który z tych szacunków jest bliższy prawdy, ogrom dokonań Sławika i Antalla stawia ich w szeregu największych Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Ostatnie miesiące

W grudniu 1943 r., dzięki pomocy węgierskich przyjaciół, na fałszywych papierach z Warszawy do Budapesztu dotarła rodzina Sławika – żona Jadwiga i czternastoletnia wówczas córka Krysia. Po kilkutygodniowym pobycie w stolicy obie wyjechały nad Balaton, gdzie dziewczyna rozpoczęła naukę w szkole w Balatonboglar. W tym czasie cała rodzina miała możliwość wyjazdu do Szwajcarii, jednak Henryk nie zdecydował się na taki krok, stwierdzając, że nie może zostawić ludzi będących pod opieką Komitetu Obywatelskiego. Niestety, czasy, kiedy Węgrzy mogli zapewnić Polakom względne bezpieczeństwo, dobiegły końca. 19 marca 1944 r. nad Dunaj i Cisę wkroczyły wojska niemieckie. Natychmiast rozpoczęły się prześladowania polskich uchodźców. Kilku pracowników i współpracowników Komitetu, m.in. gen. Jan Kołłątaj-Srzednicki, szef Polskiej Służby Medycznej, od razu zginęło od hitlerowskich kuł, inni trafili do aresztów. Sławik zdołał się ukryć i jeszcze przez kilkanaście tygodni, w konspiracyjnych warunkach, kierował pracami polskiej instytucji. Dla rodziny Sławików nadeszły jednak tragiczne dni. W czerwcu aresztowana została Jadwiga. Trafiła do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Krysię ukryto u znanego polityka i polonofila księdza Beli Vargi. Zdołała się jeszcze zobaczyć z ojcem.

W połowie lipca 1944 r. w ręce gestapo trafił i sam Sławik, prawdopodobnie zdradzony przez jednego z uczniów z liceum w Balatonboglar. Aresztowany został również Antall. Obaj trafili do budapeszteńskiej siedziby gestapo. Hitlerowcy chcieli zdobyć przede wszystkim informacje o udziale Węgra w akcji przerzucania Polaków na Zachód oraz jego roli w ratowaniu Żydów. Ujawnienie zaangażowania Józsefa w te przedsięwzięcia równałoby się wydaniu na niego wyroku śmierci. Sławik całą odpowiedzialność wziął na siebie. Po brutalnym śledztwie trafił wraz z najbliższymi współpracownikami z Komitetu Obywatelskiego do obozu w Mauthausen. Tam też został powieszony 23 sierpnia 1944 r. Wraz z nim, między godziną 16 i 16.15, w ten sam sposób, zamordowani zostali pozostali liderzy polskiego uchodźstwa na Węgrzech – Stefan Filipkiewicz, Andrzej Pysz, Edmund Fietz i Kazimierz Gurgul (karta ewidencyjna z obozu, stanowiąca precyzyjny zapis zbrodni, odnaleziona została w jednym z archiwów w USA przez rodzinę prof. Gurgula). Antalla, któremu śledczy z gestapo nie udowodnili żadnych zarzutów, wypuszczono, ale niepewny swego losu do końca wojny już się ukrywał. Krysia Sławik przebywała u różnych ludzi w okolicach Balatonu. Zaraz po zakończeniu wojny odnalazł ją węgierski przyjaciel Ojca, który przez krótki czas – zanim komuniści zdobyli pełnię władzy – objął funkcję ministra odpowiedzialnego za odbudowę kraju. Wkrótce okazało się, że ocalała również Jadwiga. W lipcu 1945 r. Antallowie zorganizowali podróż Krysi do Katowic. W ten sposób zakończyły się tragiczne, wojenne losy rodziny. József, po odsunięciu od oficjalnych funkcji (do 1950 r. był jeszcze prezesem Węgierskiego Czerwonego Krzyża), żył w odosobnieniu aż do śmierci w 1974 roku.

Zapomniany bohater i przywracanie pamięci

Bezpośrednio po zakończeniu wojny pamięć o Sławiku w Katowicach była wciąż żywa. W grudniu 1945 r. wzruszające świadectwo na łamach „Dziennika Zachodniego” zamieścił Tibor Csorba, bliski współpracownik Henryka i Józsefa, po wojnie mieszkający w Polsce znany tłumacz polsko-węgierski, malarz, i językoznawca. “Antall podziwiał uspołecznionego, demokratycznego Polaka, który nie miał nic z przysłowiowego, a nam, Węgrom także znanego słomianego zapału: podziwiał człowieka, który nienawidził patosu i frazesu, który ma wyczucie miary w postępowaniu a stanowczość w żądaniach wspominał Csorba. – W ciągu pięcioletniej działalności na stanowisku Prezesa Polskiego Komitetu Opieki nad Uchodźcami na Węgrzech wykazał Sławik, że potrafił stanąć zawsze ponad interesami partyjnymi. Zadanie jego było niezmiernie trudne. Sytuacja polityczna była stale napięta. Uchodźstwo miało skłonność do ustawicznych waśni i kłótni i nie było łatwo ująć je w ryzy. A jednak do Sławika wszyscy czuli zaufanie. Wierzyli w jego bezwzględne oddanie sprawie. Osobistych zaszczytów nigdy nie szukał. Pozostał zawsze skromny, zawsze gotów do służenia innym. [...] Robił to tak, jak wszystko: na poważnie. Nieraz zdawało się nam, że kieruje się tylko mózgiem, że robi to mądrze, ale nie zdradza, że bije w nim też czułe serce. Nie odmawiał młodzieży niczego, co by ułatwiało jej rozwój, naukę, wychowanie, ratowanie zdrowia i życia. A zawsze dbał bardzo o swoją żonę i swoją córeczkę. Gdy tylko mógł, wysyłał dla nich paczki do kraju z żywnością lub z lekarstwami. Nie zapomnę nigdy, jak mała Krysia w Warszawie, na Czerniakowskiej, w przeludnionym mieszkaniu podziękowała mi za paczkę, przywiezioną w roku 40-tym, w maju od ojca i prosiła o pozdrowienie tatusia ze słowami: «nie umrę, dopóki go nie zobaczę». Ta wiadomość wycisnęła łzę z oczu twardego człowieka i łzy te zdradziły, że ma ojcowskie serce. Ta wiadomość starła pył i roziskrzyła jego serce w słońcu”. W 1946 r., według relacji córki Henryka, ówczesna Rada Miasta Katowic nadała jednej z ulic jego imię. Nazwa przetrwała jednak tylko trzy dni i – niezaakceptowana przez komunistów – została anulowana. Sławik był niezależnym socjalistą i pamięć o nim, podobnie jak 0 wielu innych wybitnych postaciach tego przedwojennego nurtu politycznego, miała zniknąć. Nie pomogło nawet to, że prezes Komitetu nie dożył tzw. władzy ludowej w Polsce, ponieważ zbyt mocno odstawał od niechlubnych wzorców, do których odwoływali się towarzysze partyjni. Dość niespodziewanie, na krótko, nazwisko Sławika pojawiło się, instrumentalnie wykorzystane przez władze komunistyczne, w czasie kampanii antysemickiej po Marcu 1968 r. Na Węgry udała się ekipa telewizyjna, która nakręciła, m.in. z udziałem Antalla, film dokumentalny o Sławiku. Na budynku szkoły w Balatonboglar w 1969 r. pojawiła się tablica informująca o współpracy polsko-węgierskiej w czasie wojny. Zabiegi te wpisywały się w kampanię antysemicką i miały niedwuznacznie wskazywać na rzekomą niewdzięczność Żydów wobec Polaków, wśród których wielu oddało życie niosąc im pomoc. Po tym niechlubnym epizodzie pamięć o tym wybitnym człowieku na wiele lat została prawie całkowicie wymazana ze świadomości zbiorowej na Górnym Śląsku.

Przywrócenie postaci Henryka Sławika zawdzięczamy determinacji Henryka Zvi Zimmermanna. Ten były polityk i dyplomata (pełnił m.in. funkcję wiceprzewodniczącego Knesetu i ambasadora Izraela w Nowej Zelandii) w listopadzie 1988 r. zamieścił w “Przekroju” ogłoszenie, że poszukuje “pana Sławika”, który “dopomógł w ocaleniu wielu Polaków i Żydów”. Nie wiedział, że prezes Komitetu Obywatelskiego nie żyje już od ponad czterech dekad. Dzięki prasowemu ogłoszeniu Zimmermann dotarł jednak do Jadwigi i Krystyny i po tym na jego wniosek Yad Yashem wszczął odpowiednie procedury. W 1990 r. Sławikowi przyznany został pośmiertnie Medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Uroczystość w Jerozolimie, w której uczestniczyła córka prezesa, odbyła się jesienią. W następnym roku tym samym, zaszczytnym medalem odznaczony został József Antall. Odznaczenie odebrał József Antall junior, jego syn, po obaleniu komunizmu pierwszy premier wolnych Węgier. Po tym wydarzeniu pojawiły się pierwsze wzmianki prasowe o zapomnianym bohaterze. W 1997 r. Zimmermann opublikował książkę “Przeżyłem, pamiętam, świadczę”, w której jeden rozdział poświęcił Sławikowi. Na tym jednak nie poprzestał – podczas spotkań upowszechniał wiedzę o tym niezwykłym człowieku, podkreślając wielokrotnie, że czyny Sławika są godnie filmu, który miałby medialną wymowę porównywalną z “Listą Schindlera”. W jednym z takich spotkań uczestniczył Grzegorz Lubczyk, który właśnie zakończył misję ambasadora RP na Węgrzech, a będąc pod wrażeniem przedstawionego przez Zimmermanna ogromu dzieła Sławika podjął, wieloletnie już obecnie, starania na rzecz przywrócenia jego pamięci. Efektem tych działań są m.in. jego dwie książki – reportaże historyczne, a także albumy o polskim uchodźstwie na Węgrzech. Popularyzacją postaci zajęła się także Elżbieta Isakiewicz, która napisała ciekawy w formie fabularyzowany dokument o Sławiku. Od połowy ostatniej dekady działania na rzecz upowszechnienia wiedzy o życiu i działalności tego wybitnego Polaka i Ślązaka podjęło środowisko katowickie. W 2008 r. powstało stowarzyszenie Henryk Sławik – Pamięć i Dzieło. Pojawiły się tablice upamiętniające jego postać, kilka szkół otrzymało imię tego bohatera. Ważnym wydarzeniem było pośmiertne odznaczenie Sławika Orderem Orła Białego. Uroczystość z udziałem prezydentów Polski i Węgier – Lecha Kaczyńskiego i Laszló Solyoma odbyła się 25 lutego 2010 r. w Katowicach. Także rodzina Antalla odebrała wówczas, przyznane mu pośmiertnie, najwyższe polskie odznaczenie dla cudzoziemców – Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski. Kolejne inicjatywy realizowane są właśnie w ramach ogłoszonego przez Sejmik Województwa Śląskiego Roku Henryka Sławika.

Antall do końca pozostał wiernym przyjacielem Polaków – na jego budapeszteńskim nagrobku widnieje napis “POLONIA SEPMER FIDELIS”. Sławik -jak wspominał Tibor Csorba ostatnie miesiące jego życia – “robił swoje «choćby pierony biły!», choć miał coraz mniej nadziei, że zrobią mu «kamraci fajnisty pogrzeb z muzyką, paradą i ze dzwonami» – jak to na Śląsku się robi…”.

Cykl artykułów (cz. I-III) opracowano na podstawie m.in.: H. Z. Zimmermann, Przeżyłem, pamiętam, świadczę, Kraków 1997; J. Antall senior, Schronienie uchodźców. (Wspomnienia i dokumenty), oprac. K. Kapronczay, Warszawa 2009; G. Łubczyk, Polski Wallenberg. Rzecz o Henryku Sławiku, Warszawa 2003; idem, Henryk Sławik. Wielki zapomniany Bohater Trzech Narodów, Warszawa 2008; H. i T. Csorba, Ziemia węgierska azylem Polaków 1939-1945, Warszawa 1985; E. Isakiewicz, Czerwony ołówek. O Polaku, który ocalił tysiące Żydów, Warszawa 2003 oraz w oparciu o materiały archiwalne i prasowe zgromadzone w Archiwum Państwowym w Katowicach, Bibliotece Śląskiej, Bibliotece Jagiellońskiej i Archiwum Akt Nowych w Warszawie.

TOMASZ KURPIERZ

 

Całość: http://www.slaskgtl.pl/miesiecznik_slask/11

22-07-2014, 19:40

Nagroda Fundacji Evens w dziedzinie dziennikarstwa europejskiego  »

Fundacja Evens
Joanna Krawczyk
22-07-2014

Evens foundation

Fundacja Evens zaprasza dziennikarzy i reporterów do przesyłania swoich zgłoszeń do drugiej edycji Nagrody w dziedzinie dziennikarstwa europejskiego. Termin wysyłania zgłoszeń mija 15 września 2014 r.

Celem nagrody jest wyróżnienie dziennikarzy i reporterów, których praca przyczynia się do zwiększenia zrozumienia i dostępności spraw współczesnej Europy. Kandydaci do nagrody muszą być dziennikarzami/reporterami pracującymi i żyjącymi w Unii Europejskiej, ze znaczącym dorobkiem w doniesieniach medialnych i/lub komentarzach na temat Europy.

Międzynarodowe Jury przyzna dwie nagrody: Nagrodę główną, w wysokości 10 000 Euro, i Nagrodę dla młodych dziennikarzy, w wysokości 5 000 Euro, o którą ubiegać się mogą twórcy mediów do 35 roku życia.

Zgłaszane materiały prasowe/medialne powinny dotykać problemów europejskich i wpływać na poszerzenie wiedzy na temat Unii Europejskiej i jej instytucji. Materiały, których szukamy, powinny inicjować debatę na temat idei Europy i jej przyszłości. Pod uwagę w wyborze laureatów będą brane m.in. profesjonalizm w tworzeniu materiałów prasowych/medialnych, wysoka kultura słowa, oryginalność pomysłu i ewentualny wpływ materiału na odbiorców w Europie.

Zapraszamy dziennikarzy i reporterów, którzy chcieliby podążyć śladami laureatów Nagrody z 2013 roku: Quentina Peel’a (Financial Times) i Valentiny Pop (EUobserver) do zgłaszania swoich kandydatur.

Szczegóły nadsyłania zgłoszeń dostępne są na stronie Fundacji Evens.

Zachęcamy do przesyłania informacji o naborze zgłoszeń do Nagrody potencjalnym zainteresowanym.

Kontakt:
Joanna Krawczyk
Dyrektorka Fundacji Evens w Polsce
ul. Wilcza 8 m. 10, 00-532 Warszawa
tel.: 22 621 66 83, joanna.krawczyk@evensfoundation.be

 

Całość: http://www.evensfoundation.be/pl/nagrody/dziennikarstwo-europejskie/2015