Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

16-12-2014, 23:59

Krzysztof Czabański wyrzucony z tygodnika “W Sieci” i serwisu wPolityce.pl  »

Press
(MW)
16-12-2014

Krzysztof Czabański nie będzie już pisać do tygodnika “W Sieci” i serwisu wPolityce.pl (Fratria). Wydawnictwo Fratria zrezygnowało ze współpracy z nim, gdy opublikował swój tekst w konkurencyjnym “Tygodniku do Rzeczy” (Orle Pióro).

Krzysztof Czabański

Krzysztof Czabański pożegnał się z czytelnikami w “W Sieci” i wPolityce.pl w serwisie Niezalezna.pl. “Uprzejmie informuję swoich Czytelników, że brak moich tekstów w tygodniku “wSieci” i na portalu wPolityce.pl – w których to miejscach pisywałem regularnie od czasu ich powstania – nie wynika z mojego lenistwa, niechęci czy zaniedbań. Otóż, kilka dni temu Michał Karnowski zakomunikował mi, że w związku z opublikowaniem przeze mnie w ubiegłym tygodniu artykułu w tygodniku „Do Rzeczy” (art. “Bal maskowy III RP dobiega końca”, nr 50), tygodnik “W Sieci” i portal wPolityce.pl nie są już więcej zainteresowane moimi tekstami” – napisał. Dodał, że ma status wolnego strzelca i z Fratrią nie łączyła go umowa na wyłączność. – Nie chcę komentować tego co się stało. Nie planuję jednak stałej współpracy z “Tygodnikiem do Rzeczy” ani z żadnym innym pismem – mówi Czabański.

Michał Karnowski, członek zarządu Fratrii, też jest oszczędny w słowach. – To był świadomy wybór Krzysztofa Czabańskiego i nie mam do niego pretensji. Dla wszystkich, którzy znają rynek prasy, jest oczywiste, że nie można współpracować z dwoma konkurencyjnymi pismami – mówi tylko.

W latach 2006-2009 Czabański był prezesem Polskiego Radia SA.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/47446,Krzysztof-Czabanski-wyrzucony-z-tygodnika-W-Sieci-i-serwisu-wPolityce_pl

16-12-2014, 17:48

Spotkanie wigilijne śląskich dziennikarzy  »

Dziennik Zachodni
TA
16-12-2014

Członkowie katowickiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, spotkali się na dorocznym opłatku w Klubie Związków i Stowarzyszeń Twórczych “Marchołt”.

Uczestnicy spotkania – ponad czterdziestu czynnych zawodowo dziennikarzy, a także emerytów – obdarowali się upominkami. Niejako przy okazji dokonano oceny pracy zarządu, która wypadła pozytywnie.

 

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/3686426,katowice-spotkanie-wigilijne-slaskich-dziennikarzy,id,t.html

16-12-2014, 09:37

Fotografował: Stanisław Jakubowski  »

Miesięcznik społeczno-kulturalny "Śląsk" nr 12/2014
Wiesława Konopelska
16-12-2014

Kiedy w 1995 i 1996 roku projektowaliśmy pierwsze numery “Śląska”, a ściślej mówiąc, kiedy poszukiwaliśmy tematów do rozważań o latach 80. na Śląsku, o przemianach społecznych, o problemach ciągle najważniejszego dla Śląska górnictwa, o przemianach, skutkach transformacji – jak się wtedy mówiło – czy aspektach socjologicznych tych zjawisk, zawsze padało koronne pytanie: czyje zdjęcia mogą być dobrą ilustracją, a raczej obrazowym komentarzem do tekstu? Nikt nie miał wątpliwości, że w gronie fotografów współpracujących z naszym miesięcznikiem – rzecz jasna najlepszych – nie mogło zabraknąć Stanisława Jakubowskiego.

Stanisław Jakubowski

Odwiedzał redakcję jeszcze przy ulicy 3 Maja, przynosząc czarno-białe odbitki ze swego ogromnego archiwum. Z dumą mogliśmy je podpisywać: Fotografie: Stanisław Jakubowski.

Pierwszy wśród polskich fotografów – dokumentalistów zdobywca World Press Photo. W Hadze, w 1970 roku pokazał fotoreportaż “Wyrwani śmierci” powstały podczas akcji ratowania górników w kopalni “Generał Zawadzki” w Dąbrowie Górniczej. Na kolejnego Polaka – laureata trzeba było czekać aż do 2007 roku, kiedy tytuł ten zdobył Rafał Milach. W 1993 roku Stanisław Jakubowski został Fotoreporterem Roku. a w następnym, 1974, Fotoreporterem Roku CAF.

Wybitny w gronie wspaniałych. Miał Śląsk i ciągle ma szczęście do znakomitych fotoreporterów.

Pisząc o dorobku Stanisława Jakubowskiego – fotografa pracującego w prasie codziennej, znającego trudy zdobywania najciekawszych, niepowtarzalnych ujęć, widzenia wszystkiego i wszystkich, zauważania rzeczy przez innych niewidzianych, dostrzegania tego, na co tylko pozwala patrzenie przez obiektyw i potrafiącego naciskać spust migawki w tym jednym, jedynym momencie, świadczącym o wyjątkowości ujęcia, nie sposób nie dostrzegać roli fotografii, jaką odgrywała w tamtym czasie. Mistrzowie obiektywu, a wśród nich Stanisław Jakubowski byli tymi, którzy poprzez swoje fotografie komentowali temat dziennikarski. Samodzielne reportaże bywały odrębnymi dziełami, obywającymi się bez słów. Te najciekawsze ujęcia, bywało, że musiały przeczekać wiele lat. By ujrzeć światło dzienne, bo nigdy na ich publikację nie zgodziliby się ówcześni prasowni decydenci i … cenzura. Za to archiwa po dziś dzień to nieprzebrane zasoby wiedzy o tamtych czasach.

Lata 80. – czas “Solidarności” i upadającego socjalizmu, także dramat stanu wojennego z absolutnym zakazem fotografowania – mimo grożących za takie działania dramatycznych konsekwencji znalazły się w archiwach Jakubowskiego.

Alojzy Piątek uratowany po siedmiu dniach tkwienia w zawale w kopalni "Rokitnica"

Był w wirze pożaru, jaki wybuchł w rafinerii w Czechowicach – Dziedzicach, był przy stole operacyjnym, za którym prof. Zbigniew Religa miał podjąć ostateczną decyzję o przeszczepie serca. Był, kiedy ratownicy przez kilka dni walczyli o życie górnika Alojzego Piątka, był, kiedy na Śląsk przyjechał Lech Wałęsa, Codzienność dostarczała wielu tematów – od tych “właściwych”, które trzeba było wykonywać jako fotoreporter Centralnej Agencji Fotograficznej po osobiste, przechowywane latami w archiwum.

Zdjęcia, które po 90. roku mogły wyjść na światło dzienne pokazują, jakim mistrzem obserwacji, nie pozbawionym dowcipu, był Stanisław Jakubowski. A efektem tego były zdjęcia z wizyty papieża-Polaka w ojczyźnie i zaobserwowane sceny, nie zawsze przepełnione powagą i duchowym uniesieniem. “Dosiadanie wodza” też mogło się wielu nie spodobać…

Dziś 80-letni, doskonale pamięta sytuacje zagrożenia podczas wypadków w kopalniach, szukanie sposobu, by za wszelką cenę znaleźć się w centrum zdarzenia. Był blisko tragedii, ale nigdy nie przekraczał granicy, nie epatował śmiercią, tragedia ludzkiego losu – dziś te standardy dawno się zmieniły. Kiedy w użycie weszły aparaty cyfrowe, a obieg informacji stał się natychmiastowy, profesjonalny fotograf jakże często staje się drugoplanowy, a jego praca służy wyjątkowym sytuacjom. Dziś każdy umie robić zdjęcia, każdy może być “dziennikarzem”, reporterem, fotoreporterem. Stanisław Jakubowski to stara szkoła fotografii, w której terminował, wkładając w pracę wszystkie swoje talenty i zdobyte doświadczenie.

Szczególne miejsce w fotoreporterskiej twórczości Stanisława Jakubowskiego zajmują zdjęcia z wydarzeń sportowych. Pełne dynamiki, oddające emocje towarzyszące zwłaszcza meczom piłkarskim. Tu pasja fotografowania łączyła się z jego pasją sportową. Za “Grupę Laokoona” powstałą w 1968 roku otrzymał nagrodę w XI Ogólnopolskim Konkursie Fotografii Prasowej.

Fotografia Stanisława Jakubowskiego jest głównie czarno-biała. I ona, mimo wszechobecnej fotografii kolorowej potrafi najlepiej oddać emocje, zilustrować codzienność bez nachalności, ale w sposób perfekcyjny.

Dawny mistrz nie oddaje pola, chociaż fotografuje głównie dla własnej przyjemności. Z fotografowaniem tak już jest – fotoreporter to nie tylko zawód, ale .. .cecha charakteru. Dlatego, jak powiada, z aparatem – teraz już cyfrowym, nigdy się nie rozstaje. A nuż zdarzy się sytuacja, której nikt nie zauważy? On ją dostrzeże, to jest pewne.

Całość: http://www.slaskgtl.pl/files/pdf/pisma/16/Miesiecznik_Slask_2014_12_16.pdf?20150914105801

16-12-2014, 04:48

Agnieszka Romaszewska-Guzy o relacji “Faktów” TVN z marszu PiS: patrzyłam na to z obrzydzeniem  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
łb
16-12-2014

Agnieszka Romaszewska-Guzy, wiceprezes SDP oraz szefowa TV Biełsat, stwierdziła na antenie TOK FM, że materiał Macieja Knapika o sobotnim marszu PiS “szydził z ludzi”. Reporter przygotował relację dla “Faktów” TVN i rozmawiał z uczestnikami zgromadzenia. – Kiedyś też się pokazywało zwariowane staruszki i zakonnice kiedy pokazywano papieża – mówiła oburzona dziennikarka.

Prowadząca poniedziałkowe poranne pasmo w TOK FM Dominika Wielowieyska poprosiła Agnieszkę Romaszewską-Guzy o ocenę “Marszu w obronie demokracji i wolności mediów”, który odbył się w sobotę w Warszawie. Wielowieyska zauważyła, że uczestnicy zgromadzenia maszerowali w imię wolności mediów, jednak na transparentach widoczne były nazwiska dziennikarzy, którzy są “zdrajcami narodu”.

Agnieszka Romaszewska-Guzy

- Jak obejrzałam wczorajszy materiał pana Knapika w TVN to pomyślałam sobie, że rzeczywiście wypisałabym go na jakiejś liście. To było coś tak skandalicznego, że z obrzydzeniem na to patrzyłam - powiedziała Agnieszka Romaszewska-Guzy, myląc dni emisji materiału: relacja z marszu została wyemitowana w sobotę, a w niedzielę Maciej Knapik przygotował materiał o pośle Joachimie Brudzińskim, który w demonstracji uczestniczył.

Wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zwróciła uwagę na sposób prezentacji marszu oraz dobór rozmówców przez reportera TVN24, które – jej zdaniem – były groteskowe. – Kiedyś też pokazywano zwariowane staruszki i zakonnice kiedy relacjonowano wizyty papieża. Odebrałam to jako nieuczciwe – kontynuowała, twierdząc, że może wskazać innych uczestników marszu, którzy nie zachowywali się w sposób przedstawiony przez red. Knapika.

Prowadząca “Poranek Radia TOK FM” zaznaczyła, że materiał Knapika mógł mieć charakter prześmiewczy. – Materiał informacyjny o demonstracji partii opozycyjnej nie powinien być prześmiewczy. A jeżeli jest to należy się spodziewać, że będzie mieć taki efekt, że się prowokuje nienawiść i niechęć ludzi, bo się szydzi z ludzi – dodała szefowa TV Biełsat.

Maciej Knapik odpowiedział na oskarżenia wiceprezes SDP wpisem na Twitterze. - Brudziński sam się obroni, madame Agnieszka Romaszewska. To duży chłop. Pani nie musi się za nim wstawiać. niedzielny materiał robiłem nie o setkach ludzi. Tylko o jednym polityku, pośle, osobie publicznej.  Wolno mi. Czy nie? - napisał dziennikarz. - A ja nie Brudzińskiego bronię tylko setek normalnych i wcale nie groteskowych ludzi którzy byli na manifestacji 13 grudnia – odpowiedziała mu Agnieszka Romaszewska-Guzy.

“Marsz w obronie demokracji i wolności mediów” przeszedł ulicami Warszawy w minioną sobotę. W jego Komitecie Honorowym, oprócz artystów i polityków, znaleźli się dziennikarze, m.in. Krzysztof Skowroński, Tomasz Sakiewicz, Paweł Lisicki, Tomasz Terlikowski, Katarzyna Hejke, Jacek i Michał Karnowscy, Marcin Wolski, Jan Pawlicki, Krzysztof Czabański czy Piotr Semka.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/agnieszka-romaszewska-guzy-o-relacji-faktow-tvn-z-marszu-pis-patrzylam-na-to-z-obrzydzeniem

15-12-2014, 17:12

Będzie bolało, dowiadywać się o jego śmieci  »

Onet.pl
Magdalena Zagała
15-12-2014

To będzie bolało, dowiadywać się o szczegółach jego śmieci… ale chcę tej prawdy po latach – mówi Jacek Ziętara, brat zamordowanego dziennikarza z Poznania.

Jarosław Ziętara

MZ: Jak pan ocenia, to co dzieje się teraz w tym śledztwie krakowskim?

Jacek Ziętara: To, co teraz robi krakowska prokuratura, a to co było robione w Poznaniu, tego nie da się porównać w ogóle. Kiedy pojechałem pierwszy raz do Krakowa i przesłuchiwał mnie prokurator Kosmaty i byli też tam obecni policjanci z Archiwum X, to mnie uderzyło, że ze mną rozmawiali inaczej, że się sprawą naprawdę interesują. Było widać, że oni chcą się czegoś dowiedzieć, to się wyczuwa. Robią więcej, niż wynika to z ich powinności zawodowych. To są “wariaci na robotę”. Ja podchodziłem do tego oczywiście z dystansem, spokojem, bo od takiego zainteresowania do efektów, to jest daleka droga, ale wlali w moje serce nadzieję. Prokurator przysyła do domu każde zawiadomienie, jeśli chodzi o powołanie biegłych i inne kwestie. Ja mam dziesiątki tych listów, czego nie było za tamtych czasów nigdy. Na spotkaniu, które miałem z nim półtora roku temu, to sobie wiele powiedzieliśmy. Bardzo szanuję to, co on robi.

Jak były prowadzone według pana śledztwa w Poznaniu?

Śledztwo wszczęto po roku, a wizję lokalną robił po dwudziestu latach prokurator Kosmaty z Krakowa. Ten pierwszy prokurator z Poznania, to w ogóle była porażka.  My chcieliśmy temat drążyć, a on chciał temat zamknąć, co tu dużo mówić.  Myśmy od razu zwracali uwagę na to, że Jarek wyszedł bez dokumentów, wszystko zostawił. Bez notatnika, który nosił ze sobą zawsze. Podejście było takie “a dajcie mi spokój”. My na policję, a potem do prokuratury jeździliśmy co tydzień. Próbowaliśmy coś ustalać, ale nic nie robili. Gdybyśmy nie jeździli, to podejrzewam, że ta sprawa byłaby szybko bardzo umorzona. Odbiór mojego ojca był tam taki “o znowu przyszedł Ziętara i coś marudzi”. Ta niemoc prokuratury nas dziwiła, poza jednym ruchem, który zrobił prokurator Tylewicz, on przeprowadzał poszukiwania w Warcie, ale szybko stracił energię do tej sprawy. Później, jak przejął to prokurator Laskowski, to działał najwięcej, było wskazanie na więźnia, który mógł brać udział w uprowadzeniu, zabójstwie Jarka, ale też się nie udało finalnie nic ustalić. UOP w żywe oczy nam kłamał, że bratem się w ogóle nie interesowali. My wiedzieliśmy, że było takie zainteresowanie. Jarek rozmawiał z ojcem na temat propozycji pracy z UOP-u bydgoskiego. To było pół roku przed zaginięciem. On odmówił. UOP coś miał na sumieniu, chcieli się od tego odciąć.

Pan miał świadomość, jak mocno pana brat angażował się w pracę?

Jarek nie mówił o pracy. Chwalił się w domu tym, co już opublikował. On był na początku swojej drogi zawodowej. Początkujący, nieznany dziennikarz. Choć, jak się okazało był dobry w tym, co robił. Gdyby zaginęła jakaś osoba “ze świecznika” dziennikarskiego, to też by było inaczej. Co będziemy się oszukiwać. Nie byliśmy świadomi, jak on głęboko w to wszystko brnie. Nie było takich sytuacji w domu, żebyśmy go z ojcem przed czymś przestrzegali, rozmawiali o jakiś sprawach politycznych, korupcyjnych.

Jakie było pana ostatnie spotkanie z nim?

Widzieliśmy się w połowie sierpnia u rodziny. To było przypadkowe spotkanie, ja z rodzicami pojechałem do rodziny naszej pod Rawicz, on wracał z gór wtedy i też tam wpadł. Nic nie zauważyłem by coś się działo, by się czegoś obawiał. Było normalnie. Jarek bardzo kochał góry. Zaczynał swoją dorosłość.  Ja go głównie pamiętam, jako nastolatka, bo jak ja wyjechałem na studia, to on zaczynał liceum. Potem poszedł swoją drogą, odwiedzaliśmy się na uczelniach, w domu. Widywaliśmy się na święta.

Jak się pan dowiedział o zniknięciu brata?

O tym, że nie wrócił dowiedziałem się od rodziców. Zadzwoniła Beata, jego dziewczyna. Od razu wsiedliśmy z ojcem do samochodu, pojechaliśmy do Poznania. Zaczęliśmy go szukać po znajomych, w różnych miejscach, które nam przychodziły do głowy. Żadnych śladów nie było. Pojawiły się wersje, że wyjechał, że popełnił samobójstwo. Nie wierzyliśmy w to, bo z jego zapisków, z rozmów z jego kolegami nie wynikało, żeby on miał, aż takie kłopoty by wpadać w jakąś depresję, zrobić coś nieracjonalnego. Nic kompletnie nie wskazywało, że on chce zmienić życie. Nasze relacje były dobre, normalne. On by nam tego nie zrobił. Jakby chciał gdzieś wyjechać, coś zmienić, to by nam powiedział. Wyjazd, samobójstwo odrzuciliśmy, w grę wchodził tylko udział osób trzecich. Czekanie było straszne. Pojawiła się bezradność. Pomagali dziennikarze z Poznania. Oni próbowali. Długo nam pomagali. Tam był Stasiu Rusek, Paweł Talaga, potem Krzysztof Kaźmierczak, Ania Dakowicz. Po latach Krzysztof został sam z Talagą. Oni we dwójkę ten temat ciągnęli. Nam rodzinie, tej energii starczyło, tak na dziesięć lat. Potem wszystko się zmieniło. Wszystko siadło.

Pana rodzice to przeżywali, to musiało być bardzo trudne dla nich

Tego nie da się opisać. Mama ze względu na swój charakter, to tłumiła to w sobie. Starała się na zewnątrz tych emocji nie okazywać, bo taka była. Wolę nie wiedzieć, co się działo z nią w środku. A ojciec żył chyba dzięki temu tylko właśnie, że mógł działać. On był na rencie, potem na emeryturze. Kupił maszynę do pisania i ciągle pisał do wszystkich. Jak przyjeżdżałem do rodziców, to widziałem jak siedział nad tą maszyną. To go trzymało przy życiu. Potem zachorował. Miał zawał, to trochę to przyhamowało, ale i tak  jeździliśmy do Poznania, do dziennikarzy. Wciąż to było najważniejsze. Ojciec pisał też o wątkach, które się pojawiały w sprawie, w kolejnych latach. On tak radził sobie z bólem po stracie Jarka. Miał umysł analityczny, dużo zapisywał różnych rzeczy. Teraz te zapiski jego są w prokuraturze w Krakowie. Prokurator Kosmaty powiedział mi, że to jest dobry materiał do analiz, do działania. Sam przyznał, że pewne przemyślenia ojca były trafne, pomogły teraz. Dziwił się, że to nie było wykorzystywane wcześniej przez prokuraturę.

Jakie pana ojciec dostawał odpowiedzi na te listy?

Po kilku pierwszych latach właściwie wyczerpaliśmy wszystkie możliwości, które mają zwykli ludzie i odbijaliśmy się od muru obojętności, niemożności w pewnym sensie. Wszystkie listy, które wysyłał ojciec, ich były dziesiątki, setki potem. Do “wszystkich świętych” – jak ja to mówię. Odpowiedzi były nijakie, że to nie jest ich sprawa, przesyłają dalej. W pewnym momencie, nie pamiętam co było impulsem, jak doszliśmy do ściany, to pojechaliśmy do jasnowidza. Wskazał miejsce, jezioro pod Poznaniem. Pojechałem tam. Była zima. Chodziłem wokół tego jeziora i tak nie bardzo wiedziałem czy mam liczyć na to, że to ciało tam jest czy lepiej, żeby się nigdy nie odnalazło. Musiałem tam pojechać, coś mnie tam ciągnęło. Ratowaliśmy się wszystkim, żeby mieć czyste sumienie, że się robiło wszystko, co było w naszej mocy.

Takie trudne momenty, kiedy przychodziły?

Najgorszy to był 1 listopad, bo właściwie nie bardzo było wiadomo, co wtedy robić. Dopiero po śmierci mamy, tam też zrobiliśmy pomnik. Dzięki temu potem tata miał gdzie iść, złożyć kwiaty. Ja mam dwóch synów, teraz są w wieku Jarka kiedy go uprowadzono i ostatnio z żoną rozmawiałem, że tego sobie nie można wyobrazić, co może czuć rodzic w takiej sytuacji, kiedy traci dziecko… A wcześniej to każde święta były bardzo trudne dla rodziców.  Siadaliśmy do stołu, z taką myślą, że nie wiadomo, gdzie on jest. Byłoby nam łatwiej mimo wszystko, gdyby to ciało się znalazło.

Pana tato nigdy się nie pogodził z tym, że ta sprawa nie została wyjaśniona?

Nie pogodził się. Ale nie rozmawialiśmy o tym. My się rozumieliśmy bez słów. Ciągle się w nas tliła nadzieja. Nigdy nie zdarzyło się, że usiedliśmy i padły słowa “to koniec”. I choć tych słów nie było, to po umorzeniu sprawy przez prokuratora Laskowskiego straciliśmy nadzieję. Nie widzieliśmy co robić, wydawało się że wszystko, co było do ruszenia, to zrobiliśmy. Każdy z nas musiał się z tym uporać w samotności. Czuliśmy, że sprawa jest przegrana. Liczyliśmy jedynie, że może jeszcze w tym światku przestępczym, ktoś przypadkiem coś ujawni. Otuchy dodawali nam dziennikarze z Poznania. Zawsze w rocznicę pisali o Jarku. Potem został już sam Krzysztof Kaźmierczak. I byliśmy mu wdzięczni, że pisał, pamiętał. Był w nas żal do świata dziennikarskiego, bo ci dziennikarze z Poznania, ta garstka która walczyła, nie mogła się przebić do Warszawy. To nas dziwiło, że gazet ogólnopolskich los brata w ogóle nie interesował. Ja nawet teraz mam takie odczucie, że gdyby nie zatrzymano Aleksandra G. tylko kogoś nieznanego, to też zainteresowanie mediów byłoby znacznie mniejsze. Liczy się tylko sensacja. To jest brutalna prawda.

Zatrzymania w sprawie, postawienie zarzutów Aleksandrowi G., Mirosławowi R. i Dariuszowi L., jakie to zrobiło na panu wrażenie?

Po raz pierwszy, po tylu latach postawiono zarzuty konkretnym osobom. To jest dla mnie niesamowity przełom w sprawie. Oby się to wreszcie wszystko wyjaśniło.

Jest pan gotowy dowiedzieć się prawdy nawet jeśli byłaby ona bardzo bolesna, trudna dla pana?

Jeśli dojdzie do takiego etapu, to będzie bolało, bo człowiek się już oswoił z tą myślą, że go nie ma, że nie ma ciała, prawdziwego grobu. Ale dowiadywać się o szczegółach jego śmierci… nie wiem. Ale trzeba się dowiedzieć. Chcę tej prawdy po latach. Wszystko bym dał, by jego szczątki spoczęły obok rodziców. To się im należy. Sprawa kto, dlaczego i ile dostanie w sądzie, to jest dla mnie już drugorzędne w tej chwili.

Dlaczego trzeba było tak długo czekać na ten przełom?

Liczę, że będziemy mieć na to odpowiedź. Mój brat musiał się mocno narazić komuś, jakiejś grupie interesów, że to tak było hamowane. Liczę, że teraz w najbliższych miesiącach coś się więcej jeszcze wyjaśni. Teraz albo nigdy.

Dziękuję za rozmowę.

Całość: http://wiadomosci.onet.pl/kraj/bedzie-bolalo-dowiadywac-sie-o-jego-smieci/yqm34v

15-12-2014, 17:02

Beata Sauer: wierzę, że sprawa Jarosława Ziętary zostanie w końcu wyjaśniona  »

Onet.pl
(jsch)
15-12-2014

To prawdopodobnie jedyna taka sprawa w najnowszej historii naszego kraju: młody poznański dziennikarz został zamordowany przez tych, którzy mieli stać się bohaterami jego artykułu. Wśród tych, którzy latami walczyli o schwytanie sprawców zbrodni, była partnerka dziennikarza, która do tej pory unikała kontaktów z mediami, a teraz przerywa milczenie.

1 września 1992 r. Jarosław Ziętara miał 24 lata. Od trzech miesięcy absolwent uniwersytetu, od kilku lat obiecujący dziennikarz.

- Był bardzo inteligentny, pomocny i przystojny. Był też szalony, potrafił się bawić. Mimo że dziennikarstwo było jego pasją, to nie siedział tylko w książkach, potrafił też wyluzować. Oprócz dziennikarstwa jego pasją były góry i muzyka. Przez pewien czas był nawet szefem Uniwersyteckiego Centrum Radiowego i miał swoje audycje – opowiada Beata Sauer, była partnerka Jarosława Ziętary.

Jarek Ziętara nie został dziennikarzem muzycznym. Najpierw w tygodniku “Wprost”, a później w “Gazecie Poznańskiej” zajmował się sprawami, które dziś nazwalibyśmy dziennikarstwem śledczym, głównie aferami na styku gospodarki i polityki. Kiedy ogólnopolskie gazety przedrukowały jego artykuł na temat omijania prawa w firmach transportowych, o młodym dziennikarzu zrobiło się głośno nie tylko w Poznaniu.

- Wtedy nie było strachu, nigdy nie pomyślałabym, że coś mu się może stać. Jednak zaczęłam się bać, bo w pewnym momencie to, co robił, nie spodobało się pewnemu biznesmenowi z Zielonej Góry. A dowiedział się, że jest problem, bo ten pan żądał przeprosin i wycofania się, ale Jarek nie przeprosił – mówi dalej pani Beata.

Nadszedł 1 września 1992 roku, o 8.40 Jarosław Ziętara wyszedł z domu, od redakcji dzielił go kwadrans spaceru.

- Pamiętam, że okropnie rozbolała mnie głowa i jak wróciłam do domu, to zasnęłam. Spałam do rana. Po przebudzeniu nie zdawałam sobie sprawy, że jego nie ma. I kiedy dodzwoniłam się do redakcji, usłyszałam, że oni już chcieli jechać do nas, bo Jarka nie ma w redakcji i nie było dzień wcześniej. Ja i znajomi pomyśleliśmy, że stało mu się coś i to w związku z jego pracą – kontynuuje Beata Sauer.

Dziś już wiemy, że pierwsze miesiące, a nawet lata śledztwa zostały stracone. Zdaniem wielu, zbagatelizowano wątek przestępstwa związanego z pracą Ziętary, a skoncentrowano się na niczym nie popartych hipotezach: m.in. samobójstwa, ucieczki za granicę a nawet związania się dziennikarza z grupą przestępczą.

- Ja odbierałam tych policjantów jako takie “matołki”. Wydawało mi się, że nie zwracają uwagi na to, co mówię. Myśleli, że wyjechał gdzieś w góry, albo do Anglii. Były przypuszczenia, że popełnił samobójstwo. Ja byłam wściekła, tak jak zawsze, gdy podaje się nieprawdę – mówi pani Beata.

Po blisko 20 latach od zaginięcia Jarosława Ziętary jego przyjaciele i bliscy doprowadzili do przeniesienia trzeci raz rozpoczętego śledztwo z Poznania do Krakowa. Efekty pracy prokuratorów poznaliśmy kilka tygodni temu – prawdopodobnie dziennikarz został zamordowany w związku z przygotowywanym artykułem na temat nielegalnych interesów najbogatszego wówczas Polaka Aleksandra G. i jednej z największych polskich firm, która swoją siedzibę miała właśnie w Poznaniu. Trzy osoby – w tym Aleksandra G. – aresztowano, ciała dziennikarza nadal nie znaleziono.

- Wierzę, że ta sprawa zostanie w końcu wyjaśniona. Ważne jest, byśmy się dowiedzieli, dlaczego w wolnej Polsce zginął obiecujący dziennikarz. Wiemy, że został zamordowany, ale nic więcej nie wiemy. Ani kto, ani dlaczego, ani w jakich okolicznościach. Jest ważne, aby zamknąć ten rozdział – kończy Beata Sauer.

Całość: wiadomosci.onet.pl/kraj/beata-sauer-wierze-ze-sprawa-jaroslawa-zietary-zostanie-w-koncu-wyjasniona/07vbx