Tygodnik Wprost powołując się na anonimowe ofiary oskarża Kamila Durczoka, szefa “Faktów” TVN o molestowanie i mobbing. “Przed dyżurami płakałam i wymiotowałam z nerwów” – opowiada jedna anonimowych z ofiar. “Szefostwo stacji mogło o tych sprawach nie wiedzieć” – dodaje.
Na łamach nowego numeru tygodnik Wprost (nr 9/2015) powraca do molestowania i mobbingu w świecie polskich mediów. Tym razem redakcja ujawnia nazwiska. Według informacji tygodnika, molestowania miał się dopuszczać Kamil Durczok, szef redakcji “Faktów” telewizji TVN. Niestety osoby oskarżające dziennikarz wciąż pozostają anonimowe.
“Nie podamy nazwisk ofiar, bo wbrew temu, co napisał dziennikarz Gazety Wyborczej Wojciech Czuchnowski, nie jesteśmy bydlakami. Ujawnienie nazwisk ofiar byłoby zwykłym świństwem. W większości takich spraw osobom molestowanym zapewnia się ten minimalny komfort anonimowości. Dlaczego minimalny? Bo traumy tych ludzi nie da się zlikwidować” – pisze we wstępniaku do najnowszego wydania tygodnika Wprost redaktor naczelny Sylwester Latkowski. I dodaje, że rozmówcy Wprost obawiają się dużego koncernu medialnego, wynajętych firm PR-owskich, agencji detektywistycznych i solidarności środowiska, a raczej kumpelskich układów Kamila Durczoka i osób go chroniących. “Z nimi się nie wygra – słyszymy. A jednak wciąż zgłaszają się do nas kolejne poszkodowane osoby. Niektóre są zastraszone do tego stopnia, że nawet po latach nie mają odwagi, aby ich relacje ujrzały światło dzienne – pisze Latkowski. To, co dzieje się od kilku tygodni, pokazuje, że ludzie mediów uważają się za nietykalnych – skoro mają sympatię opinii publicznej, to znaczy, że mogą więcej i łatwiej się im wybacza (…)” – konkluduje Latkowski.
Dlaczego redakcje mimo wszystko podjęła temat? Bo według ekspertów, w Polsce co dziesiąta kobieta w wieku do 34 lat przyznaje się, że była obiektem niepożądanego zachowania o podłożu seksualnym. Ponad jednej piątej współpracownicy robią nieodpowiednie uwagi o podtekście erotycznym. Ale był też inny ważny powód. “Wiedzieliśmy, że ofiar jest więcej. I liczyliśmy, że – podobnie jak to miało miejsce w przypadku analogicznych afer na Zachodzie – nazwanie i opisanie problemu przerwie zmowę milczenia wokół sprawy. Że ofiary poczują, iż nie są same, nabiorą odwagi, żeby mówić. I że przestaną czuć, że sprawcy takich zachowań są bezkarni” – piszą dziennikarze Wprost.
Na łamach tygodnika opublikowana została także historia jednej z anonimowych ofiar. Jej koszmar zaczął w lutym 2010 r. podczas wyjazdu służbowego do Zakopanego. “O trzeciej w nocy dostałam od Kamila Durczoka SMS-a: “Wpadniesz?”. Nie odpisałam” – opowiada. “Potem pojawiły się kolejne SMS-y z propozycją spotkania. Nie odpisywałam. (…) Był natarczywy. Nie wiedziałam, co z tym zrobić. Rozmawiałam z psychologiem, doradził spokój i jasny przekaz: “nie”. Bez emocji i histerii. Kiedy przychodził kolejny SMS od niego, płakałam. Ryczałam w prywatny telefon, ale na wiadomość odpisywałam rzeczowo i spokojnie” – mówi. Kiedyś, już w 2012 r., odmówiła powrotu z imprezy wspólną taksówką. “Od tego dnia zaczął się dla mnie koszmar. Nagle pojawiły się problemy w redakcji. Wszystko, co robiłam, było złe, klasyczny mobbing. Mówiłam coś do niego, a on – jeśli to było przy kolegach z redakcji – udawał, że nie słyszy. Ustalałam z nim coś, co dotyczyło programu, a on potem twierdził, że nic nie ustalaliśmy i że wszystkie moje propozycje są złe (…)” – wspomina. – “W pewnym momencie zaczęłam mieć lęki. Nie wiedziałam, z której strony dostanę. Przed dyżurami płakałam i wymiotowałam z nerwów” – czytamy we Wprost.
W tygodniku też rozmowy z pracownikami TVN. “Redakcje “Faktów” i TVN24 są obok siebie. Żartowaliśmy, że na pierwszy rzut oka można było poznać, kto gdzie pracuje. “Rysie” z TVN24 to głównie faceci. Ubrani normalnie, raczej na sportowo, jak większość dziennikarzy, którzy nie pokazują się na antenie. W “Faktach” jest inaczej. Po pierwsze, od czasu, kiedy przyszedł Durczok, prawie wszyscy researcherzy to dziewczyny. Przez jego zachowanie wytworzył się specyficzny dress code: obowiązkowe szpilki, spódniczki mini, krzykliwy makijaż. Takie dziewczyny były wyraźnie faworyzowane” – opowiada jeden z pracowników.
W opinii pracowników, szefostwo stacji mogło o tych sprawach nie wiedzieć. Paradoksalnie działała zasada, że najciemniej pod latarnią. Skoro szef “Faktów” tak się zachowywał, to wszyscy na dole zakładali, że ma na to przyzwolenie z góry. A wcale nie musiał mieć. “Na ogół wiedział, na ile i przy kim może sobie pozwolić. Na przykład na imprezach integracyjnych z udziałem kierownictwa potrafił się hamować” – mówią tygodnikowi Wprost współpracownicy.
Kamil Durczok: Nie molestowałem
Przypomnijmy, że w głośniej rozmowie na antenie TOK FM Kamil Durczok zaprzeczył pomówieniom dotyczących molestowania.
Z całą stanowczością, jasno i wyraźnie chcę powiedzieć: nigdy nie molestowałem żadnej z podległych mi pracownic. Nigdy nie molestowałem żadnej kobiety (…) Czym innym jest wymagający szef, czym innym molestujący. Nigdy nie byłem molestującym szefem – powiedział w TOK FM Kamil Durczok.
Dziennikarz poinformował także, że gotowy jest już pozew przeciwko blogerowi, który po publikacji Wprost poinformował, że bohaterem artykułu jest właśnie Kamil Durczok.