Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

02-03-2015, 06:27

Bohdan Tomaszewski był ostatnim dżentelmenem polskiego dziennikarstwa  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
Łukasz Brzezicki
02-03-2015

Bohdan Tomaszewski o sporcie potrafił opowiadać inaczej niż komentatorzy sportowi robią to teraz. Dla młodszych od siebie dziennikarzy był ikoną dziennikarza przedwojennego, z epoki, której już nie ma – zmarłego Tomaszewskiego wspominają Marek Rudziński, Przemysław Babiarz, Michał Pol i Andrzej Janisz.

Bohdan Tomaszewski

Dziennikarz sportowy Bohdan Tomaszewski przez ponad 50 lat był związany z Polskim Radiem, a ostatnio komentował w Polsacie Sport. Zajmował się głównie tenisem, lekką atletyką i kolarstwem. Zmarł w piątek 27 lutego br., miał 93 lata.

Andrzej Janisz, dziennikarz i komentator sportowy Polskiego Radia, zapamięta Bohdana Tomaszewskiego jako “ostatniego dżentelmena polskiego dziennikarstwa”. – Był to wytworny, świetnie ubrany mężczyzna o nienagannych manierach i ujmującym stylu bycia. Często udzielał rad, choć nigdy nie przekraczał pewnego dystansu i nie pozwalał sobie na zbytnie poufałości. Był otoczony chmurą dymu, to nierozerwalnie z nim związane. Człowiek starej daty, konserwatywny, a jednocześnie otwarty na pewnego rodzaju nowinki. Rozumiał, że świat nie został takim, jakim on go zapamiętał z młodości – wymienia Andrzej Janisz.

Dla Janisza Tomaszewskim był wybitnym dziennikarzem. – Nie wiem, czy nawet nie najwybitniejszym w historii Polskiego Radia – zaznacza. – On wprowadził dziennikarstwo sportowe na wyższy poziom. Dawniej ta dziedzina traktowana była jako drugi albo trzeci nawet rodzaj dziennikarstwa. Jak komuś się nie udało tam gdzie zaczynał to zostawał dziennikarzem sportowym. A Tomaszewski temu absolutnie zaprzeczył. Zaczynał pracę w 1947 roku w Szczecinie ze znajomością języka angielskiego, z tym, że przyjaźnił się z aktorami, reżyserami i pisarzami. Oni wszyscy widzieli w nim partnera do rozmowy – wspomina dziennikarz Polskiego Radia

Janisz wskazuje, że opowieści Tomaszewskiego były niekończącymi się rozmowami o sporcie. – Potrafił o sporcie opowiadać inaczej niż my opowiadamy teraz. Mówił nie o wyniku tylko o istocie sportu. Dla niego nie najważniejszą rzeczą były wynik i zwycięstwo. Oczywiście, cieszył się kiedy Polacy wygrywają, ale potrafił też docenić tego przegranego i potrafił o tym opowiedzieć. A przy tym opowiadał o tym wspaniałym językiem, teraz może trochę archaicznym, niemniej nadal pięknym – nadmienia Andrzej Janisz.

Przemysław Babiarz, dziennikarz i komentator sportowy TVP, przypomina sobie głównie osobiste spotkania z Bohdanem Tomaszewskim. – Miałem to szczęście, że już na początku mojej pracy w telewizji, a ona rozpoczęła się egzaminem, spotkałem Bohdana Tomaszewskiego. Zasiadał w komisji, która kwalifikowała nowych adeptów, był to 1992 rok. Kazał mi z wyobraźni skomentować fragment zawodów sportowych. Tak to się zaczęło. Potem wielokrotnie spotykaliśmy się przy okazji imprez sportowych, np. w studiu telewizyjnym – opisuje Przemysław Babiarz.

- Przekazał mi trzy rady, które zapamiętałem na całe życie. Pierwsza – aby nie zamęczać widzów zbyt dużą ilością szczegółów, bo to niszczy skojarzenia. Druga – poprzedź moment startu zawodnika odrobiną pauzy, ciszy, żeby ten start wybrzmiał, a napięcie urosło. Po trzecie, mawiał: panie Przemysławie, czasami największą zaletą komentatora jest cierpliwość. Żeby doczekać do końca zawodów, ale i czekanie na swoją szansę, bo komentator musi mieć swoja szansę, ktoś musi go gdzieś wysłać – mówi dziennikarz Telewizji Polskiej.

Babiarz przypomina sobie, jak podczas kursów do telewizji Bohdan Tomaszewski szkolił młodych kandydatów. – Mówił: Pamiętajcie, tylko dużo czytajcie dobrej literatury, barwnego opisu w języku polskim. Zawsze polecał Sienkiewicza. Potem gdy miałem zajęcia ze studentami wydrukowałem sobie fragment jak Wołodyjowski walczy z Bohunem. I rzeczywiście, kiedy się to przeczyta widać, że Sienkiewicz był mistrzem dynamicznego opisu – mówi Przemysław Babiarz.

Z kolei Michał Pol, redaktor naczelny “Przeglądu Sportowego”, przypomina, że dziennik, którym kieruje ostatni raz rozmawiał z Bohdanem Tomaszewskim w grudniu. – On niechętnie udzielał wywiadów, ale zgodził się na rozmowę z “Przeglądem Sportowym”, ponieważ czuł z nami więź, był naszym równolatkiem. Rozmawiałem też z nim kilkukrotnie i próbowałem go namówić na wywiad dla Muzeum Powstania Warszawskiego do Archiwum Historii Mówionej. Chodziło o jego powstańcze i okupacyjne wspomnienia. Miał to przemyśleć – podkreśla Pol.

Michał Pol uważa, że Bohdan Tomaszewski przez młodszych od siebie dziennikarzy był postrzegany jako ikona dziennikarza przedwojennego i epoki, której już nie ma. – To jak się ubierał, zawsze elegancko, i zachowywał wskazywało na jego wysoką klasę. Miał nienaganne przedwojenne maniery. Jeżeli zabierał głos na konferencji prasowej – zawsze wstawał. A jednocześnie był bardzo otwarty na młodych ludzi, wsłuchiwał się w to, co mieli do powiedzenia. Ja niemalże ważyłem każde słowo, by nie użyć przy nim żargonu i nie spalić się ze wstydu – mówi redaktor naczelny “Przeglądy Sportowego”.

Marek Rudziński, dziennikarz sportowy Telewizji Polskiej, wspomina, że po raz pierwszy z głosem Bohdana Tomaszewskiego zetknął się w dzieciństwie, gdy jako sześcioletnie dziecko słuchał w Polskim Radiu jego relacji z igrzysk olimpijskich w Rzymie. – Kiedy przyszedłem do Polskiego Radia w lipcu 1982 roku pana Bohdana już nie było w redakcji sportowej. Żeby być dobrym sprawozdawcą słuchałem taśm z nagraniami relacji Tomaszewskiego i Tuszyńskiego. Starałem się wyłapywać to, jak mówili, jak przeżywali i na co zwracali uwagę – mówi Rudziński.

Od końca lat 80. Rudziński i Tomaszewski prowadzili wspólnie audycję radiową “Co słychać, panie Bohdanie?”. – Długo trzeba było go na to namawiać, bo to był taki czas, kiedy on się w ogóle nie udzielał w mediach. Udało się dzięki jego żonie Izabelli. Pan Bohdan był przy całym procesie powstawania audycji. Spędzaliśmy na nagraniach wiele godzin, towarzyszył mi również w czasie montażu. Był to taki czas kiedy poznaliśmy się bliżej – wspomina dziennikarz.

W swoim wspomnieniu o Bohdanie Tomaszewskim, opublikowanym na portalu polsatsport.pl, dyrektor ds. sportu w Telewizji Polsat Marian Kmita napisał, że trudno jest wymienić jego najmocniejszą stronę jako człowieka i komentatora. – Zawsze cechował go profesjonalizm i znakomite przygotowanie do zawodu. Miał także dobre serce – w każdym próbował znaleźć coś dobrego. Zawsze w sposób odpowiedni wyważał emocje. Nikogo nie krzywdził. Często dyskutowaliśmy o tym, gdzie kończy się obiektywna relacja dziennikarska, bezstronna a gdzie są te elementy emocjonalne, jak daleko można się posunąć. On to doskonale wiedział. Bardzo dbał o to, by przez swój komentarz, być bodźcem do rozwoju sportowców. Często rozmawialiśmy o Agnieszce Radwańskiej i Jerzym Janowiczu. Był bardzo szczęśliwy, że dożył jej finału, a także jego półfinału! Cieszył się, że dożył zwycięstwa nad Niemcami w piłce nożnej. Nigdy się nie poddawał, to był prawdziwy sportowych duch – napisał Marian Kmita.

Bohdan Tomaszewski urodził się 10 sierpnia 1920 roku w Warszawie. Wyczynowo uprawiał tenis ziemny, w wieku 15 lat zaczął treningi w WKS Legii Warszawa, w 1939 roku wywalczył mistrzostwo Polski juniorów, a po wojnie był zawodnikiem SKT Szczecin. W latach 1942–1944 uczył się na tajnych zajęciach Szkoły Głównej Handlowej. Walczył w powstaniu warszawskim, a po jego kapitulacji przebywał w obozie w Ożarowie.

Otrzymał wiele nagród, m.in. Złote Pióro, Złoty Mikrofon, Super Wiktora i tytuł Mistrza Mowy Polskiej. W 2005 roku został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Był pomysłodawcą turnieju dla młodych tenisistów Tomaszewski Cup.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/bohdan-tomaszewski-byl-ostatnim-dzentelmenem-polskiego-dziennikarstwa-wspomnienia

01-03-2015, 21:26

Kamil Durczok oddał się do dyspozycji zarządu TVN  »

Press
01-03-2015

Kamil Durczok w związku z zarzutami o molestowanie, jakie opublikował “Wprost”, wydał oświadczenie. Pisze w nim o “kłamliwych insynuacjach i oskarżeniach”.

Kamil Durczok

Szef “Faktów” pisze:

“Od kilku tygodni trwa bezprecedensowy atak tygodnika WPROST na moją osobę. Wysuwane są kłamliwe insynuacje i oskarżenia, naruszane jest moje dobre imię, reputacja i wizerunek, na który ciężko pracowałem przez 25 lat uprawiania zawodu dziennikarza. Naruszane jest także prawo do prywatności, tak moje jak i mojej rodziny. Po opuszczeniu szpitala, gdzie przebywałem przez ostatnie 10 dni i gdzie zgodnie z zaleceniami lekarzy byłem pozbawiony dostępu do informacji, poznałem skalę emocji wokół mojej osoby. W moim przekonaniu, wszystkie negatywne reakcje zostały wywołane publikacjami i atakiem tygodnika. Wobec przekroczenia granic prawnych i etycznych postanowiłem podjąć zdecydowane działania. Do sądów skierowane będą stosowne pozwy, a do prokuratury odpowiednie zawiadomienia.”

I dalej:

“Ale mam świadomość, że dopóki nie odzyskam dobrego imienia naruszonego przez oszczerstwa WPROST, wywołane przez tygodnik zamieszanie utrudnia normalną pracę moim koleżankom i kolegom z Redakcji. Nie mogę pozwolić na taką sytuację. Dlatego dziś oddałem się do dyspozycji Zarządu TVN. Niezmiennie jestem także gotów i liczę na możliwość spotkania z członkami specjalnej niezależnej komisji powołanej w celu zbadania zarzutów dotyczących mobbingu i molestowania w TVN.”

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/48065,Kamil-Durczok-oddal-sie-do-dyspozycji-zarzadu-TVN

01-03-2015, 17:36

Rozpoczęła się XIII edycja Konkursu na najlepsze okładki prasowe!  »

Press
01-03-2015

Grand Front 2014

2. marca rozpoczął się XIII Konkurs Izby Wydawców Prasy na Prasową Okładkę Roku GrandFront 2014. W Konkursie rywalizują ze sobą zarówno najciekawsze okładki i “jedynki” gazet, jak i ich elektroniczne wydania. Statuetka GrandFront trafi w ręce twórców najlepszej okładki opublikowanej w polskiej prasie w 2014 roku, a twórcy najlepszej aplikacji otrzymają statuetkę TouchFront.

Izba Wydawców Prasy do udziału w Konkursie zaprasza wydawców, redaktorów gazet i czasopism, a także twórców grafiki prasowej. Nagroda GrandFront przyznana zostanie najlepszej stronie tytułowej w polskiej prasie. Laureatów wytypuje Jury, złożone z uznanych twórców grafiki prasowej. Zwycięzcy ośmiu kategorii tematycznych zostaną uhonorowani nagrodami ArtFront. Jury będzie miało również możliwość przyznania Nagrody Specjalnej za szczególne osiągnięcia artystyczne i edytorskie, które w innowacyjny oraz kreatywny sposób łączą ideę, tekst i rozwiązania graficzne. Po raz kolejny do Konkursu zgłaszać można również elektroniczne wydania gazet i czasopism. Najlepszej publikacji przeznaczonej na urządzenia mobilne przyznana zostanie nagroda TouchFront.

W Konkursie uczestniczyć mogą wszystkie zarejestrowane (posiadające nr ISSN) pisma drukowane, których tytuły, zgodnie z datą wydawniczą, ukazały się w 2014 roku. Wydania elektroniczne zgłaszać mogą redakcje, których aplikacje obecne były na rynku w 2014 roku i posiadają numer ISSN. Termin zgłaszania prac konkursowych upływa 16. marca 2015 roku. Udział w Konkursie jest bezpłatny.

Rozstrzygnięcie Konkursu oraz wręczenie nagród nastąpi w maju 2015 roku, podczas uroczystej Gali Finałowej w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

Prace do Konkursu można zgłaszać w ośmiu kategoriach dla prasy drukowanej oraz jednej dla aplikacji mobilnych:

  • dzienniki,
  • czasopisma lokalne (o zasięgu poniżej województwa).
  • czasopisma opinii,
  • magazyny wielotematyczne,
  • czasopisma poradnicze dla kobiet,
  • czasopisma branżowe,
  • czasopisma hobbystyczne,
  • aplikacje prasowe (TouchFront).

Organizowany już po raz trzynasty Konkurs to najbardziej prestiżowe polskie wyróżnienie dla twórców grafiki prasowej. Jest miejscem prezentacji przełomowych rozwiązań, twórczych pomysłów i profesjonalnie przygotowanych okładek gazet i czasopism.

Zapraszamy do udziału!

Całość: http://www.grandfront.pl/

28-02-2015, 12:45

Polscy dziennikarze muzyczni. Filip Łobodziński: już nie czuję potrzeby  »

Onet.pl
Paweł Piotrowicz
28-02-2015

- Etos dziennikarstwa podupadł – twierdzi Filip Łobodziński, dziennikarz, tłumacz literatury hiszpańskiej i muzyk, a przed laty popularny aktor dziecięcy. Jak zauważa, znakiem naszych czasów jest zrównanie w mediach rangi wydarzeń ważnych i nieważnych. – Zjawiska w kulturze, nawet jeśli są komentowane, to w takiej samej temperaturze, w jakiej komentowane są kompletne pierdoły. Premiera filmu Smarzowskiego jest równie istotna jak to, że ktoś pojechał na Żoliborz i zrobił melanż do trzeciej rano.

Filip Łobodziński

- Wie pan, mam prawie 56 lat. Cokolwiek powiem, i tak będzie tekstem starego ramola – uprzedza w trakcie rozmowy Filip Łobodziński, który nie ukrywa, że ma do powiedzenia sporo gorzkich słów na temat dzisiejszych mediów, muzyki i kultury w ogóle. – To nie jest tak, że ludzie koniecznie muszą oglądać noce kabaretowe i tańce z bałwanami. Im się to proponuje jako coś łatwego, na zasadzie hamburgera. Można by było się bez tego obejść.

Dla pokolenia pamiętającego początek lat 70. długo był przede wszystkim Dudusiem z “Podróży za jeden uśmiech” i Julkiem z serialu “Stawiam na Tolka Banana”. Aktorem nie został, postawił za to na muzykę – najpierw jako członek Zespołu Reprezentacyjnego, a później wzięty dziennikarz i prezenter, pod koniec lat osiemdziesiątych związany z “Non Stopem”, a w następnych latach między innymi z “Rock’n’Rollem”, “Machiną”, Przekrojem” i “Newsweekiem”. Współpracował też z radiową Trójką oraz “Wiadomościami” TVP, gdzie był reporterem, wydawca, korespondentem zagranicznym i prezenterem. Od lat jest wziętym tłumaczem literatury hiszpańskojęzycznej, w tym także wierszy.

Obecnie Filip Łobodziński nie jest związany z żadną redakcją – prowadzi jedynie “Xięgarnię” w TVN24. Na co dzień pracuje w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Mimo to zgodził się porozmawiać o dziennikarstwie muzycznym, mediach, kulturze i swojej ciekawej, bez wątpienia nietypowej zawodowej drodze.

PAWEŁ PIOTROWICZ: Przyznam szczerze – wieść, że jest pan pracownikiem Departamentu Komunikacji Społecznej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, trochę mnie zaskoczyła.

FILIP ŁOBODZIŃSKI: Mnie też zaskoczyła ta praca, ale bywa bardzo ciekawa. Dzięki niej mogę współuczestniczyć w kształtowaniu kampanii społecznych ministerstwa, związanych choćby z przemocą domową. Ale przypuszczam, że to są rzeczy, które pana w kontekście tego wywiadu interesują mniej.

Interesuje mnie to, co powiedział mi pan, gdy po raz pierwszy zadzwoniłem, pytając, czy zgodzi się pan umówić na rozmowę do naszego cyklu “Polscy dziennikarze muzyczni”: “Ale ja już od dawna nie jestem dziennikarzem muzycznym”.

Bo nie jestem. Owszem, zachęcam ludzi do czytania książek w “Xięgarni” w TVN24, ale to raczej nie ma wiele wspólnego z dziennikarstwem, a już na pewno nie z muzycznym. Właściwie nie wiem, czy dziś w ogóle istnieje przestrzeń do wykonywania tego zawodu, a więc także czy i ja mógłbym go wykonywać.

Przecież istnieje sporo mediów, w których można to robić.

Mam dużo wątpliwości, czy ludzi interesują jeszcze analizy muzyki od strony niefanowskiej. Widzę bardzo dużo, zwłaszcza w polskiej blogosferze, recenzji, które nie są recenzjami, lecz emocjonalnymi wypowiedziami na temat tego, czego się słucha, co czyta i ogląda. Z tego tak naprawdę niewiele wynika, bo autorzy nie umiejscawiają ich w szerszym kontekście. Nie pokazują na przykład, skąd się wzięło dane zjawisko czy wykonawca, do czego nawiązuje, w czym jest to wtórne i tak dalej. Takie pisanie służy wyłącznie opisaniu, dlaczego fajnie się czegoś słucha. W porządku, można i tak, ale przydałby się też jakiś szerszy kontekst – analiza formy, która tłumaczyłaby, dlaczego dźwięki są takie, a nie inne, dlaczego słowa, jeśli mają znaczenie, dotykają tego, a nie czegoś innego.

Mówi się, że media zajmujące się kulturą są dziś mniej opiniotwórcze. A może w ogóle nie są?

Kiedyś rzeczywiście czekało się na nowy numer muzycznego czy filmowego magazynu, tak jak czekało się na płytę. Płyta była istotna, dzisiaj nie jest. Muzyka dostępna jest na wyciągnięcie ręki. Jestem wdzięczny YouTube’owi, bo dzięki niemu mogę sobie obejrzeć koncert sprzed lat czy stary program telewizyjny, których bym bez niego nie zobaczył. Natomiast nie zmienia to faktu, że muzyka nie jest już przeżyciem pokoleniowym. Grunge był chyba ostatnim stylem, które wytworzył pokolenie mogące mówić: “To jest nasza muzyka”. A teraz? Muzyka jest soundtrackiem do życia codziennego, częściowo wirtualnego.

Czyżby więc skazywał pan zawód dziennikarza muzycznego na wymarcie? Nie pociesza mnie pan.

Nie wiem. Etos dziennikarstwa, nie tylko muzycznego, podupadł. Znakiem naszych czasów jest zrównanie rangi wydarzeń ważnych i nieważnych. Premiera filmu Wojciecha Smarzowskiego jest równie istotna jak to, że ktoś znany swoim znajomym pojechał na Żoliborz i zrobił melanż do trzeciej rano. A zjawiska w kulturze, nawet jeśli są komentowane, to w takiej samej temperaturze, w jakiej komentowane są kompletne pierdoły. I tego mi najbardziej szkoda. Do ciężkiej cholery, kultura zasługuje na to, by istniała i była doceniana. Cieszę się, że powstał ministerialny program “Kultura dostępna”, mający udrażniać kanały dojścia do tej kultury. Bo wielu ludziom w Polsce wydaje się, że coś jest nie dla nich, a może się okazać, że właśnie jest dla nich – i muzeum, teatr, film niekoniecznie gatunkowy czy frapująca muzyka nikogo nie obrażą, a na balecie w Teatrze Wielkim będzie się dało przeżyć coś zaskakującego.

Czy pana gorzka ocena współczesnej kultury i dziennikarstwa nie wynika po trosze także z tego, że rozczarował się pan światem mediów po rozstaniu cztery lata temu z “Newsweekiem”?

Nie, choć rzeczywiście to, co się w przestrzeni medialnej dzieje, nie podoba mi się. Świat dziennikarski ma dziś chyba po prostu inne potrzeby. Dla rzetelnych dziennikarzy jest coraz mniej miejsca. Robi się je dla powierzchowności i krótkotrwałości, bo kolejny nagłówek w newsach za piętnaście minut wyprze poprzedni. Liczy się to, kto pierwszy o czymś poinformuje, natomiast mniej się zwraca uwagę na pogłębienie, refleksję. Rozumiem, że występuje w tym procesie jakaś wzajemność, bo godzą się na to i właściciele czy pracownicy mediów, i odbiorcy. Pytanie tylko, nierozstrzygnięte, kto był pierwszy.

Grzegorz Miecugow wywołał swego czasu burzę, mówiąc, że największą słabością mediów jest odbiorca. I to jego uznał za głównego winnego tabloidyzacji mediów, twierdząc, że nie można abstrahować od tego, czego chce widz.

Wydaje mi się, że Grzesiek nie do końca ma rację. W tym samym mniej więcej czasie, gdy wypowiedział te słowa, rozmawiałem z ludźmi, którzy są emerytowanymi rolnikami z Suwalszczyzny, dość biednego okręgu Polski. Na pytanie, co najchętniej oglądają w telewizji, odpowiedzieli, że programy naukowe i popularno-naukowe, jak Animal Planet i National Geographic. A dlaczego? “Tam nie ma kitu” – usłyszałem. To nie jest tak, że ludzie koniecznie muszą oglądać noce kabaretowe i tańce z bałwanami. Im się to proponuje jako coś łatwego, na zasadzie hamburgera. Można by było się bez tego obejść.

Może za jakiś czas wrócimy do pewnych rzeczy, które dziś są w odwrocie?

Głęboko w to wierzę. Wierzę, że ludzie wrócą do siebie nawzajem, bo dziś wielu z nas częściej zadaje się z klawiaturą niż z ludźmi i przestało umieć rozmawiać. Ale wie pan, mam prawie 56 lat. Cokolwiek powiem, i tak będzie tekstem starego ramola. Oczywiście czuję się wewnętrznie młody, ale ludzie wokół mnie mogą powiedzieć, że wcale tak nie jest, bo jestem starym pierdzielem i tyle.

Ile jest w panu głodnego muzyki fana, który pod koniec lat 80. i na początku następnej dekady recenzował płyty w kultowym “Non Stopie” i jego następcy, “Rock’n’Rollu”?

Łeb mam już jak sklep od muzyki, w związku z tym coraz częściej łapię się na tym, że nowych rzeczy nie absorbuję. Zdarza się, że zwrócę uwagę na coś frapującego. Słucham radia, leci fajny kawałek, patrzę na wyświetlacz, a to Mika Urbaniak. Podoba mi się, ale już nie czuję potrzeby, by to mieć na własność. Mam wystarczająco gigantyczną płytotekę. Kiedyś zrobiłem eksperyment – w wolnych chwilach puszczałem sobie po kolei wszystkie moje płyty, często po kilka dziennie. Miałem taką pracę, że mogłem. Zabrało mi to cztery lata.

Jak pan został dziennikarzem muzycznym? Patrząc na pana dzieciństwo i pamiętne role Dudusia w “Podróży za jeden uśmiech” i Julka w serialu “Stawiam na Tolka Banana”, można było sądzić, że postawi pan na aktorstwo.

Nigdy nie miałem myśli, by pójść tą drogą. I nie żałuję. To była oczywiście fajna przygoda, która dała mi możliwość przybywania w towarzystwie ludzi wybitnych, aktorów, aktorek, ludzi z ekip realizujących te filmy. No i Henia Gołębiewskiego, kapitalnej postaci. Natomiast nie było to aż tak fascynujące, bym chciał dalej coś z tym zrobić. Zresztą, słabiutko to wszystko pamiętam.

Kiedy zainteresował się pan muzyką?

Mam wrażenie, że interesowałem się zawsze. To zasługa rodziców, którzy mieli bardzo różnorodną płytotekę. Nasiąkłem różnymi rzeczami, nie dzieląc muzyki na tę fajniejszą i tę mniej fajną. Wszystko mi się podobało – Penderecki, Mozart, Beatlesi, Simon & Garfunkel, afrykańskie bębny z Gwinei. Do dziś niewiele jest gatunków, których bym nie lubił.

Ale jednak są?

Oczywiście. Nie za bardzo interesuje mnie współczesny soul i R’n’B. Lubię, ale z lat 50. czy 60. W momencie, w którym z muzyki emocji przekształciło się to w muzykę wirtuozerii wokalnej, z jedną sylabą wyśpiewywaną na piętnastu nutach, żeby tylko pokazać kunszt głosu, przestałem mieć na to ochotę. Doceniam, ale wolę głosy chropawe, nieporadne, bo sam też taki mam. Nie jestem wielkim wokalistą, choć śpiewam od trzydziestu paru lat. Bliżej mi jest do punkowej czy folkowej wrażliwości, nawet jeśli słuchałem też muzyki poważnej, i to w każdym wydaniu.

A rocka symfonicznego, swoistego pièce de résistance upodobań pańskiego pokolenia?

W ogóle. W młodości szkolnej to co innego. W tamtych czasach, w latach siedemdziesiątych, byliśmy skazani na to, co promowali dziennikarze w Trójce, w związku z tym bardzo niewiele wiedzieliśmy o istnieniu The Velvet Underground czy Davida Bowie’ego, Talking Heads czy Ramones, nie mówiąc o większych odlotach w rodzaju Henry Cow czy The Residents.

Sugeruje pan, że tamci dziennikarze robili słuchaczom krzywdę? Przecież właśnie o nich mówi się, że wychowali ze dwa pokolenia polskich fanów rocka.

Zgoda. Wychowali, ale wychowali niepełnie, czyli nie powiedzieli nam wszystkiego. Mówili o tym, co sami lubili. Postacie typu Lou Reed, Dawid Bowie, Tom Waits to były dla nas jakieś tam opowieści. Znaliśmy nazwiska, ale nie mieliśmy pojęcia, co tak naprawdę śpiewają. A ileż się można było onanizować kolejną płytą Yes?

Jako młody dziennikarz próbował pan z tym jakoś walczyć?

Nie. Propozycja wzięcia udziału w przedsięwzięciach dziennikarskich związanych z muzyką alternatywną wypłynęła od kolegi, którego poznałem w Remoncie, Grześka Brzozowicza. Najpierw uczestniczyłem razem z nim w kilku wywiadach jeszcze dla “Non Stopu” pod rządami Wojciecha Manna, a w lutym 1988 roku, gdy naczelnym został Zbigniew Hołdys, napisałem swój pierwszy tekst. Przekonałem się, że mogę się w tym odnaleźć.

W latach osiemdziesiątych “Non Stop” uchodził za najbardziej wpływowe polskie pismo muzyczne. Na czym pana zdaniem polegał jego fenomen?

Prawdę mówiąc, sam się czasem nad tym zastanawiam. Chyba na niezwykłym poczuciu humoru, które towarzyszyło tekstom. Gdy dołączyłem do redakcji, był to już moment, w którym zaczynaliśmy się powoli rozpychać. Ingerencja Stronnictwa Demokratycznego, wydającego Tygodnik Demokratyczny, pod którego skrzydłami wychodziliśmy, była prawie zerowa. A kiedy nastał grafik Mirek Makowski, tuż po moim pojawieniu się, zaczęła się kompletna anarchia. “Non Stop” przez ostatnie półtora roku swojego istnienia było jedynym pismem w Polsce, które z numeru na numer miało inną winietę. Ciągle pojawiały się jakieś wariacje, wykręcanie liter, doręczne notki na marginesach. Nikt pewnie nie traktował nas poważnie, więc szaleliśmy.

Ja pamiętam takie perełki jak recenzja z Metalmanii, z treścią ograniczającą się do jednego zdania: “Była tylko mania”.

Różne rzeczy się pojawiały. To akurat była recenzja Krzysztofa Wacławiaka, redakcyjnego metalowca. Potem został naczelnym nowego pisma, do którego przeszliśmy z częścią redakcji, zwącego się “Rock’n’Roll” i wydawanego przez Agorę, wówczas świeżo obecną na rynku. Musieliśmy to zrobić, bo przed “Non Stopem” nie bardzo była przyszłość.

Fajne to było pismo, dużo było w nim metalu, także tego w wersji “pudel”.

To znowu zasługa Wacławiaka. “Rock’n’Roll” był podobny do “Non Stopu”, ale jednak robiony na trochę innych warunkach, zwłaszcza graficznych, bo w tym względzie prawie w ogóle nie było szaleństwa. Natomiast w tekstach nie dochodziło już do żadnej ingerencji z góry. Pozwalaliśmy sobie na wulgaryzmy, bez żadnego obcyndalania się. Wydawało nam się, że służą tekstowi, choć nie zawsze służyły. Czasami było to, przyznaję, szczeniackie.

Dlaczego po półtora roku pismo padło?

Agora nie miała na nie pieniędzy. Okazało się, że brak w Polsce w 1991 roku zapotrzebowania na pismo stricte rockowe.

Przecież właśnie wtedy wystartował “Tylko Rock”.

Ale to było innego typu dziennikarstwo, mniej rebelianckie, bardziej akademickie, magazynowe. My w “Rock’n’Rollu” byliśmy jednak w naszym podejściu do pisania bardziej punkowi.

Współpracował pan z później wieloma mediami, nie tylko muzycznymi – miesięcznikami “Max” i “Machina”, radiową Trójką, Telewizją Polską. Który z wywiadów, jakie pan przeprowadził, uznaje pan za najlepszy?

Rzeczywiście miałem szansę prowadzić sporo ciekawych rozmów z artystami, których niekoniecznie strasznie kochałem za muzykę, ale okazywali się interesującymi ludźmi. Jeden z nich cenię szczególnie. Był to wywiad dla “Machiny”, telefoniczny, ale naprawdę świetny, bo rozmówca okazał się znakomity. Akurat zresztą przeze mnie uwielbiany. Na tyle dobrze nam się rozmawiało, że w pewnym momencie sam wywiadowany powiedział: “Nasza rozmowa robi się coraz bardziej intrygująca”. A już po wszystkim jego asystentka zadzwoniła do mnie jeszcze raz: “David Bowie prosi przekazać, że dawno nie udzielał tak interesującego wywiadu”. Bardzo mocno to przeżyłem. Byłem wręcz w euforii.

O czym rozmawialiście?

Poruszaliśmy tematy niekoniecznie związane z muzyką, jak wiara czy rola rytuałów w życiu społecznym. Rozmowę, która była ziszczeniem wielu moich marzeń, przeprowadziłem kilka lat temu dla “Dużego Formatu” z Brianem Eno, jednym z moich idoli. Tu również sporo było wątków osobistych, a także różnych aspektów sztuki, także plastycznej. Siedzieliśmy we Wrocławiu przy stoliku i gawędziliśmy sobie, nie patrząc na zegarek. Słucham sobie tej rozmowy czasem, bo uwielbiam głos Eno.

Kolejną niezwykłą rozmowę przeprowadziłem dla miesięcznika “Max”, razem z Kamilem Sipowiczem, z człowiekiem, który się nazywa Homer Flynn i występuje jako rzecznik The Residents [istniejącego od 1969 roku amerykańskiego zespołu awangardowego, którego członkowie nigdy nie zdradzili swojej tożsamości – przyp. aut.].

Odbyła się nazajutrz po ich koncercie w Pradze i była dość długa. Ubawiło nas, że cały czas rozmawialiśmy o The Residents jak o jakimś bycie, który jest gdzieś tam na zewnątrz, a tymczasem głos Flynna łudząco przypominał głos wokalisty grupy. Flynn miał na dodatek chrypkę świadczącą o tym, że poprzedniego dnia trochę go nadwyrężał… Prawdę mówiąc, byłem w stu procentach pewien, że rozmawiałem z liderem The Residents.

A pamięta pan najbardziej rozczarowujące spotkanie z gwiazdą?

Było to spotkanie telefonicznie, z Johnem Lydonem. Skończyło się po piętnastu minutach, choć było zaplanowane na trzy kwadranse. Ten skądinąd bardzo ceniony przeze mnie facet zamiast odpowiadać na pytania, wygłaszał oświadczenia. W pewnym momencie powiedział: “Znudziło mi się”, i odłożył słuchawkę.

Rozczarowujące zawsze są rozmowy z ludźmi, którzy głęboko wierzą, że mówią wiekopomne rzeczy, a ich wcale nie mówią. Nie chcę jednak lecieć po nazwiskach, bo sporo wśród nich naszych artystów… Ale cóż, tak jak i nie piszę od paru lat recenzji, tak i nie prowadzę wywiadów. Rozmawiam co prawda z gośćmi “Xięgarni”, ale to jednak coś trochę innego.

Jest pan cenionym tłumaczem literatury hiszpańskojęzycznej, nagrodzonym przez Instytut Cervantesa za przekład “Przygód kapitana Alatriste” Artura Pereza-Reverte. Skąd się wzięła ta iberystyczna pasja?

Jeszcze w liceum miałem w domu nad biurkiem mapę Europy. Kiedyś, chyba w trzeciej klasie, zawiesiłem na dłużej wzrok na Hiszpanii. Pomyślałem wtedy, że to niby Europa, a jednak kraj dość egzotyczny, właściwie nieeuropejski. Kraj, w którym jak nigdzie indziej na Starym Kontynencie przenikają się kultury chrześcijańskie, muzułmańskie i żydowskie. W konsekwencji zacząłem uczyć się hiszpańskich słówek. Gdy przyszło mi wybierać kierunek studiów, postawiłem na iberystykę. Wprawdzie pasjonowało mnie wtedy językoznawstwo, ale bardzo szybko wessały mnie tłumaczenia literatury, w tym także poezji. Cieszę się, że jestem cenionym tłumaczem, nawet jeśli nie jest to zajęcie, z którego można by się było utrzymać. Chyba że poświęciłoby się temu mnóstwo czasu.

Zajmuje się pan dziś czymś jeszcze oprócz pracy w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, współprowadzenia “Xsięgarni” i tłumaczenia książek?

Nadal grywam z Jarkiem Gugałą i kolegami, kiedy czas nam pozwoli, jako Zespół Reprezentacyjny – trwa to już ponad trzy dekady. Przygotowuję się też do nagrania z polskimi muzykami płyty utrzymanej w maksymalnie amerykańskim stylu. Znajdą się na niej utwory Dylana, z moimi tłumaczeniami, które robię od trzydziestu paru lat. Zagram na gitarze i zaśpiewam. Udało mi się zebrać fajny skład, trio z opcją rozszerzenia do kwartetu. Gramy na zasadzie: żadnego przeprodukowania, tylko czysta międzyludzka komunikacja, nawet z wchodzeniem instrumentów za późno czy za wcześnie. Zależy nam, by miało to intymne brzmienie, czysto analogowe, dzięki któremu każdy, kto zechce tego posłuchać, będzie miał wrażenie, że jest wśród muzyków.

Sporo czasu zajmuje mi też wolontariat na rzecz bezdomnych zwierząt, głównie psów i kotów. Wspieramy kilka fundacji. Udało nam się z żoną doprowadzić do wysterylizowania w naszej okolicy ponad pięćdziesięciu zwierzaków. Nie ma sensu, by te niechciane się rozmnażały. W ogóle jesteśmy gorącymi orędownikami sterylizacji psów i kotów. Schroniska i tak są pełne nieszczęścia, które zrzuciliśmy na zwierzęta my, ludzie.

Tak szczerze, słyszy pan czasem za plecami: “Zobacz, Duduś!”

Nie słyszę, ale może ktoś po prostu szepcze, a nie krzyczy. A może w pracy o mnie tak mówią? Powtórzę, aktorem dziecięcym byłem w zupełnie innym życiu. Czasem, gdy w telewizji trafię na fragment filmu czy serialu z moim udziałem, nawet nie czuję, że to byłem ja.

Całość: http://muzyka.onet.pl/wywiady/polscy-dziennikarze-muzyczni-filip-lobodzinski-juz-nie-czuje-potrzeby/wy6ds

28-02-2015, 10:28

Kuczyński: Pan Bohdan pamiętał o Jadzi  »

Dziennik Zachodni
Tomasz Kuczyński
28-02-2015

Latem 2012 roku na kortach im. Jadwigi Jędrzejowskiej w Katowicach zebrali się kibice tenisa, aby obejrzeć transmisję z finału Wimbledonu z udziałem Agnieszki Radwańskiej.

Drugi raz w historii Polka zagrała w finale na londyńskich trawnikach. Redaktor Bohdan Tomaszewski na każdym kroku przypominał, że pierwszą była właśnie Jędrzejowska. Miał przyjemność komentowania meczu Radwańskiej z Sereną Williams. A my przyjemność słuchania jego komentarza. Dziś nie ma już kortów przy Astrów, odszedł też Pan Bohdan.

Młodzi ludzie, którzy oglądali ostatnio mecze z komentarzem Pana Bohdana, trochę narzekali, że już się nie nadaje, że się myli, że powinien iść na emeryturę. Ja jednak ciągle doceniałem klasę Mistrza. On był taki, jak kiedyś tenis, zwany “białym sportem” (grało się tylko w białych strojach) – dystyngowany, elegancki, kulturalny.

Wprowadzał atmosferę wielkiego święta, czuł ten sport.

Był Wielki.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/3767867,kuczynski-pan-bohdan-pamietal-o-jadzi,id,t.html

27-02-2015, 17:37

Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka dobrze wróży sprawie Gęsiny-Torresa  »

Press
(MW)
27-02-2015

Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie szwajcarskiego materiału reporterskiego zrobionego z użyciem ukrytej kamery może pomóc polskim dziennikarzom w zdobywaniu materiałów – uważa Dominika Bychawska-Siniarska z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

W 2003 roku reporterzy publicznej szwajcarskiej telewizji SRF nagrali ukrytą kamerą rozmowę z pośrednikiem firmy ubezpieczeniowej. W ten sposób dowiedli oszustw  popełnianych przez tę firmę. Mimo że twarz bohatera nagrania została zamazana, a jego głos zmieniony, sąd okręgowy w Zurychu ukarał dziennikarzy grzywną za naruszenie prywatności pośrednika. Stacja odwołała się do Sądu Federalnego, który uchylił orzeczenie sądu w Zurychu, ale stwierdził, że dziennikarze mogli dowieść nieuczciwości ubezpieczyciela, używając innych metod. Ostatecznie Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu orzekł, że naruszenie prywatności ubezpieczyciela nie było ważniejsze od interesu publicznego. Stwierdził też, że dziennikarze działali etycznie, a zdobytych przez nich materiałów nie zakwestionowano. Trybunał stwierdził, że szwajcarskie sądy ograniczyły wolność słowa łamiąc art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Zdaniem Dominik Bychawskiej-Siniarskiej z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka wyrok Trybunału może mieć znaczenie w rozpoznaniu skargi dziennikarza Endy’ego Gęsiny-Torresa, który we wrześniu 2014 roku został skazany przez Sąd Okręgowy w Białymstoku na 2 tys. zł grzywny za składanie fałszywych zeznań i podrabianie dokumentów. Jako dziennikarz programu “Po prostu” (TVP 1) pod zmienioną tożsamością dostał się do ośrodka dla cudzoziemców w Białymstoku, aby ustalić, w jakich warunkach naprawdę przebywają cudzoziemcy. Jego nagrania z ukrytej kamery wyemitowała TVP, ale za to nie został skazany.

- To dobry znak, że Europejski Trybunał Praw Człowieka zaakceptował używanie ukrytych kamer w zbieraniu materiałów dziennikarskich – komentuje Bychawska-Siniarska. – Zwykle wypowiadał się tylko w sprawie rzetelności zbierania materiałów, a nie używanych do tego metod. Nie oznacza to oczywiście, że w każdych okolicznościach będzie można korzystać z ukrytych kamer. Ten wyrok otwiera tylko drzwi dziennikarzom, którzy działają w imię interesu społecznego i w inny sposób nie mogli zdobyć potrzebnych im materiałów – dodaje prawniczka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Bertold Kittel, dziennikarz programu “Uwaga!” TVN, zwraca jednak uwagę, że Gęsina-Torres dostał wyrok za fałszowanie dokumentów i składanie fałszywych zeznań, a nie za nagrywanie z ukrytej kamery. – To dwie różne sprawy. Ale prawdą jest, że Torres działał w interesie publicznym i wstydem dla sądu jest to, że tego nie uwzględnił – mówi Kittel.

Bychawska-Siniarska, która reprezentuje Gęsinę-Torresa przed Europejskim Trybunałem, argumentuje w ten sposób: – Zarówno szwajcarscy dziennikarze, jak i Gęsina-Torres naruszyli porządek prawny, ale działali zgodnie z etyką zawodową i w interesie publicznym. Ostatni wyrok jest znakiem, że Trybunał akceptuje metody zdobywania materiałów w śledztwie dziennikarskim, które służą wyższemu dobru.

Sam Gęsina-Torres orzeczenie Trybunału komentuje następująco: – Cieszę się z niego, ale nie wiem, czy ułatwi on pracę polskim dziennikarzom. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś z dziennikarzy w Polsce miał kłopoty z powodu nagrywania ukrytą kamerą. Ukrytych kamer i tak używamy w co drugim programie.

Całość: http://www.press.pl/newsy/telewizja/pokaz/48062,Wyrok-Europejskiego-Trybunalu-Praw-Czlowieka-dobrze-wrozy-sprawie-Gesiny-Torresa