Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

25-09-2015, 20:05

Rafał Woś przechodzi z “Dziennika Gazety Prawnej” do “Polityki”  »

Press
(GK)
25-09-2015

Od 1 października Rafał Woś będzie publicystą ekonomicznym “Polityki” (Polityka). W tygodniku, tak jak w “Dzienniku Gazeta Prawna” (Infor Biznes), będzie się zajmował publicystyką ekonomiczną.

Rafał Woś

Rafał Woś do “Dziennika Gazety Prawnej” (Infor Biznes) trafił w 2009 roku wraz z redakcją dawnego “Dziennika” (Ringier Axel Springer Polska), który został połączony z “Gazetą Prawną” (Infor PL). W “Dzienniku” pracował od 2006 roku – był dziennikarzem działu zagranicznego.

- Zdecydowałem się skorzystać z propozycji przejścia do “Polityki” – mówi Woś. W tygodniku będzie się zajmował publicystyką ekonomiczną. Już wcześniej napisał dla niej kilka tekstów.

W br. otrzymał Nagrodę im. Dariusza Fikusa za cykl artykułów w “DGP”, które zdaniem jury konkursu “desakralizują liberalne dogmaty ekonomiczne dominujące w polskiej debacie”. W ub.r. był nominowany do Grand Press Economy.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/50155,Rafal-Wos-przechodzi-z-Dziennika-Gazety-Prawnej-do-Polityki

25-09-2015, 18:21

PAMIĘCI IRKA I… JEGO SYNA MARCINA  »

Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Oddział w Katowicach
Czesław Ludwiczek
25-09-2015

W pierwszą rocznicę śmierci

Duszę miał po lewej stronie tuż nad sercem, albo gdzieś w jego okolicach. Według religii monoteistycznej jest ona pierwiastkiem ożywiającym ciało, choć dokładnie w nim nie zlokalizowanym. Być może, ale w jego przypadku tkwił jednak w tej bocznej przestrzeni międzyżebrowej i stamtąd atakował jego umysł. Tworzył źródło jego świadomości, cnót, aktywności, swoistego i niezmiennego postrzegania świata. W końcu układał się w filozoficzny ciąg poczynań dążących do wolności, równości i sprawiedliwości społecznej, czyli nurtu zainicjowanego podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej. W czasach bliższych współczesności przekształcił się najpierw w doktrynę, a następnie w radykalny ruch polityczny określany wyświechtanym już mianem lewicy. Ireneusz Łęczek, bo o nim traktuje ten tekst, był mu wierny od wczesnej młodości, aż do końca swojego niesprawiedliwie krótkiego żywota.

Ireneusz Łęczek

Ten parafilozoficzny wstęp nie wyjaśnia wszakże jak wyłonił się u niego ten pogląd i jak zaraził się wynikającą z niego pasją. I tak naprawdę nawet dziś trudno odpowiedzieć na to wirtualne pytanie, bo przecież Irek nigdy nie zwierzał się z tak intymnych, osobistych tajemnic. Można się tylko domyślać, że wyssał ją podświadomie z atmosfery, która otaczała jego młodzieńczą przestrzeń życiową – dom, szkołę, ulice, miasto, cały jego region. Bo Ireneusz Łęczek urodził się i wychował w Zagłębiu Dąbrowskim słynącym, nawet po dziś dzień, z niegdysiejszych tradycji rewolucyjnych, a już za jego dzieciństwa (urodził się w 1950 r.) udzielającego manifestacyjnego poparcia współczesnej mu Polsce Ludowej. Przesiąknięty tym klimatem wybrał się, już świadomie, na Wydział Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, by po jego ukończeniu wspierać piórem próbę budowy przyszłej, socjalistycznej Polski.

Życie niesie jednak ze sobą nie tyle niespodzianki, ile odstępstwa od wydumanej wizji swego posłannictwa. Zamiast więc kreować w publicystycznym rozmachu artykuły służące głównej idei, która popchnęła go w dziennikarskie szranki, imał się tematyki raczej przyziemnej,  a bywało, że i podziemnej. Tak się bowiem złożyło, że pierwszą pracę po dyplomie w warszawskiej uczelni otrzymał w gazecie zakładowej w jednej z przysosnowieckich kopalń, która przynajmniej nazwą przypominała radykalny ruch, bo była to kopalnia “Czerwone Zagłębie”. Pisał więc o  fedrunku i wydobyciu węgla i o wszystkim co działo się w tym przedsiębiorstwie, a przy tym redagował, makietował i wydawał tę gazetę. Zyskał tam spore doświadczenie zauważone zresztą przez wydawców prasy wojewódzkiej, a w konsekwencji ściągnęli go do Katowic i powierzyli mu odpowiedzialne stanowisko sekretarza redakcji w popularnej popołudniówce zwanej “Wieczorem”. Praca redaktora jest trudna i żmudna, ale i w niej wykazać można przedsiębiorczość, inwencję i polot i takie też cechy zaprezentował w tym tabloidzie Ireneusz Łęczek. Zapewniło mu to kolejny awans, bo po dwuletnim stażu we wspomnianej popołudniówce przeniesiony został do najważniejszej za czasów “komuny” gazety w regionie śląsko-zagłębiowskim, do “Trybuny Robotniczej”. I tam dość szybko ujawnił swoje zdolności redaktorskie, toteż wkrótce otrzymał stanowisko zastępcy redaktora naczelnego. I z tą gazetą dotrwał do zmiany systemu politycznego w kraju, a wtedy wraz z upadkiem Polski Ludowej upadła też jego ówczesna gazeta.

Kariera Ireneusza Łęczka w okresie tzw. komuny trwała niespełna dziesięć lat. Czy wraz z Polską Ludową zawalił się jego ukształtowany w młodości i podtrzymywany konsekwentnie w wieku męskim świat? Pytanie jest o tyle uzasadnione, że wielu podobnych mu dziennikarskich apologetów poprzedniego systemu dość mocno odczuło ów polityczny przewrót i różnie się do niego ustosunkowało. Ci ze stanowisk nomenklaturowych, bądź ze średnich funkcji kierowniczych usunęli się w cień, w każdym razie poza sferę medialną, próbując ułożyć sobie życie w nowych dla siebie warunkach. Taką samą mniej więcej drogę wybrała część byłych czołowych publicystów. Za to druga część zaliczana poprzednio do średniej klasy pisarzy zmieniła całkowicie orientację i jeśli uzyskała możliwość publikacji to potępiała miniony ustrój z takim samym rozmachem z jakim kiedyś go gloryfikowała. Ireneusza Łęczka do żadnej z tych grup nie można byłoby zaliczyć, bo on poszedł własną, ukształtowaną w przeszłości, oczywiście lewicową drogą.

W owym czasie, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych trzeba było mieć sporo odwagi, by publicznie prezentować swoje poglądy. Irek się ich nie wstydził, ale dostęp do redakcji ówczesnych gazet miał zamknięty. Z czegoś musiał jednak żyć, więc imał się drobnej przedsiębiorczości, choć nie był to najszczęśliwszy dla niego wybór. Ciągle myślał o dziennikarstwie z lewicowym oczywiście odcieniem. W Warszawie wychodziła wprawdzie “Trybuna”, ale na Śląsku brak było jakiejkolwiek inicjatywy wydawniczej. W tej sytuacji z pomocą przyszedł, raczej nieświadomie,  Lech Wałęsa ze swoją “wojną na górze” i ze swym słynnym zawołaniem, że “w każdym społeczeństwie potrzebne są dwie nogi”. Wpłynęło to niewątpliwie na pobudzenie przytłumionych i spychanych na margines ludzi lewicy i ich sympatyków. Ożywiła się Socjaldemokracja Rzeczpospolitej Polskiej, do której Irek natychmiast przystał. Zaczęły pojawiać się śmielsze inicjatywy i właśnie jedna z nich zrodziła się przy jego aktywnym współudziale. W jej wyniku powstało w Sosnowcu radio “Rezonans”, głównie o charakterze informacyjnym, ale uwzględniające w swym programie lewicowe elementy. Irek pełnił w nim jedną z kierowniczych ról, ale tylko do czasu, bo kiedy w rozgłośni tej zaczęły przeważać tendencje młodzieżowe, ściślej rzecz biorąc studenckie, pożegnał się z nią bez żalu.

Na szczęście los się uśmiechnął i zamrugał do niego akurat tym lewym okiem. Oto bowiem został współpracownikiem warszawskiej “Trybuny”. Dość szybko zaaklimatyzował się w tym dzienniku, a w rezultacie stał się z czasem jego oficjalnym, etatowym, śląskim korespondentem Pisał sporo o tym co dzieje się na Śląsku, prezentował inicjatywy SdRP, a następnie SLD, ukazywał poczynania nowej władzy wojewódzkiej, ujawniał zdarzające się niedorzeczności, a nawet przypadki sprzecznych z prawem działań. Nie ograniczał się się tylko do swojej gazety, ale od czasu do czasu publikował co cięższe teksty w urbanowym “Nie”. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych “Trybuna” pod ówczesnym kierownictwem Janusza Rolickiego stała się poważną gazetą opiniotwórczą, a co równie istotne, coraz bardziej dynamiczną. Pragnęła docierać do szerszego grona czytelników, więc jej kierownictwo usiłowało uwzględniać w większym stopniu na swych łamach tematykę lokalną. W tym celu postanowiło utworzyć w wybranych regionach terenowe oddziały “Trybuny”. Zamysł taki objął również województwo śląskie, a realizacja tego zadania spadła na barki właśnie Ireneusza Łęczka.

Zabrał się do tego z właściwą sobie solidnością, zaradnością, zmysłem organizacyjnym. Wyszukał i wynajął pomieszczenie przy ul. Reymonta w Katowicach, zakupił podstawowe umeblowanie, sprowadził z macierzystej redakcji oprzyrządowanie komputerowe, wynegocjował przypadającą na lokalne wydanie gazety liczbę kolumn, zaprojektował ich styl i zyskał dla niego warszawską akceptację. Pozostawał problem obsady dziennikarskiej nowego oddziału, ale z tym nie było większego problemu, bo w tym zawodzie panowało w tamtych czasach dość spore bezrobocie. Dość szybko więc skompletował czteroosobowy zespół. Z satysfakcją muszę podkreślić, że i mnie, choć byłem już wtedy emerytem, w nim uwzględnił, powierzając mi redagowanie kolumny sportowej. Ruszyliśmy spokojnie, publikując najważniejsze naszym zdaniem materiały. Później jednak gazeta nabierała rozpędu, zwiększając obszar tematyczny i jakość publikowanych tekstów. Do stałego bowiem zespołu redakcyjnego dołączyło kilkunastu luźnych współpracowników. Mieliśmy zatem tak sporo artykułów, że zapełnialiśmy nimi nie tylko wydanie śląsko-zagłębiowskie, ale bardzo często wchodziliśmy z nimi na kolumny wydania ogólnopolskiego. Ukazywaliśmy się rytmicznie i owocnie, ale tylko cztery lata. Wydająca gazetę prywatna spółka Ad Novum popadła w kłopoty finansowe. Szukając oszczędności sięgnęła po najłatwiejszy sposób ich uzyskania, po likwidację terenowych oddziałów “Trybuny”. Łęczek walczył dzielnie o utrzymanie katowickiej redakcji, ale i jemu się nie udało. Oddział padł w 2002 roku, a wszyscy jego pracownicy poszli na przysłowiowy bruk. Wszakże na krótko, bo Irek znów wykazał mnóstwo inicjatywy i sobie tylko znanym sposobem założył nową gazetę “Trybunę Wojewódzką”, która pod względem ideowym i opiniotwórczym miała być niejako kontynuatorką śląskiego wydania “Trybuny”, choć od niej całkowicie niezależną. Niestety, gazeta ta borykająca się z poważnymi problemami finansowymi, wytrzymała tylko rok.

Ta próba zarysu drogi życiowej Ireneusza Łęczka koncentruje się głównie na jego dziennikarstwie, ale przecież człowiek ten nie ograniczał się tylko do tej działalności. Z wrodzoną sobie inicjatywą, pomysłowością i pracowitością podejmował wiele innych przedsięwzięć społecznych, politycznych, pamiętnikarskich i w końcu pisarskich. Wszystkie jednak mieściły się w lewicowym nurcie, lub przynajmniej o niego zahaczały. Był więc jednym ze współzałożycieli  w Sosnowcu intelektualnego lewicowego Stowarzyszenia Kuźnica, przy czym tworzył go z pochodzącym z Krakowa posłem Andrzejem Urbańczykiem i sosnowieckim radnym Bogdanem Kabałą. Współtworzył także prospołeczne i pronaukowe Stowarzyszenie im. profesora Bogdana Suchodolskiego i był jego pierwszym prezesem. Zainicjował budowę pomnika Wolność-Praca-Godność. Sporą aktywność wykazywał w popularyzowaniu działań zagłębiowskich działaczy, współpracując m.in. z biurami poselskimi Ireneusza Sekuły, Zygmunta Machnika, Adama Gierka. Najdłużej z tym ostatnim, przypominając wkład jego ojca Edwarda Gierka w rozwój kraju.

Sporo czasu, cierpliwości i wysiłku poświęcił Ireneusz Łęczek problematyce regionalnej. Śledził i utrwalał pożyteczne w przeszłości i ważne we współczesności zdarzenia w Zagłębiu Dąbrowskim, przypominał i zapisywał sylwetki ludzi związanych z tym regionem. Wiązało się to z licznymi, tzw. publikacjami zwartymi, czyli książkami i monografiami, które odnaleźć można w jego bibliografii. Znajdziemy tam więc takie pozycje jak: Sosnowiec -historia, daty, fakty, ludzie,  Sosnowiecki Kalendarz Historyczny, Dąbrowiacy znani i mniej znani i wiele innych. Gdyby ktoś zadał sobie trud i przejrzał roczniki prasowe to odnajdzie wiele jego artykułów w Roczniku Sosnowieckim, Wiadomościach Zagłębia, w Ekspresie Sosnowieckim, w Gazecie Wyborczej, w wielu pismach pozamiejscowych. Potrafił  zainteresować czytelnika materiałami odkrywczymi jak np. tym o amerykańskim filmie Mur kręconym na ulicy Dekerta w Sosnowcu i pokazanym w Polsce po latach, właśnie dzięki Irkowi w Bibliotece Śląskiej. Zainteresowanie wzbudził też jego artykuł o zakonnicy, Karmelitance Teresie Kierocińskiej, o jej działaniach prospołecznych w najuboższych dzielnicach i ratowaniu żydowskich dzieci podczas wojny.

Trudno wymieniać wszystkie poczynania tego dynamicznego i pracowitego człowieka. Szkoda tylko, że jego niezwykła aktywność została nagle i niespodziewanie przerwana. Żal ten wyraził nad cmentarnymi prochami jego syn Marcin Łęczek, który przeżył ojca zaledwie o pół roku, ale o tym ciąg dalszy nastąpi.

_____________________________________

MARCIN

Wiadomość o zgonie Marcina to prawdziwy szok, wstrząs psychiczny, tragedia trudna do opisania. Ktoś, kto widział go we wrześniu 2014 roku przemawiającego na tym sosnowieckim cmentarzu komunalnym położonym między Niwką i Dańdówką, w żaden sposób nie mógł sobie wyobrazić, że za kilka miesięcy spocznie on obok swego ojca. A jednak, 30 maja 2015 roku stało się  to co najgorsze. Młody, sprawny, inteligentny człowiek pożegnał się z tym światem. Dla mnie o tyle niespodziewanie, że jeszcze późnym wieczorem, bo gdzieś około godziny 23.00 śledziłem na Facebooku jego wpisy, uwagi, wywody na tematy absolutnie odległe od jakichkolwiek czarnych myśli, a sugestii o ewentualnym odejściu z tego  świata zupełnie pozbawione. W kilkanaście godzin później ten sam Facebook przyniósł tę straszną i trudną do uwierzenia wiadomość, że ów młody, bo prawie 42 letni człowiek nie żyje.

Marcin Łęczek

Marcin Łęczek był nieodrodnym synem swojego ojca. Jeśli przyjąć, że geny są odpowiedzialne za kształtowanie osobowości człowieka, to niemal ze stuprocentową pewnością można było stwierdzić, że tą właśnie genetyczną drogą Irek przekazał Marcinowi  najlepsze swoje cechy – charakter, zdolności, upór, wytrwałość i pracowitość. Co więcej, przesłał mu także sposób wyczuwania świata, jego oglądu i kształtowania. Przynajmniej w sferze myśli, idei, poglądów, no i wreszcie konduity, lub jak kto woli sposobu bycia. Dość śmiało eksponuję taką konstatację, ponieważ miałem doskonałą okazję odnotować jej prawdziwość. W ciągu czterech lat siedziałem z Marcinem biurko w biurko w tym samym pokoju katowickiego oddziału “Trybuny” kierowanej właśnie przez Ireneusza Łęczka i w sposób niemal bezwiedny postrzegałem jego podobieństwo do ojca. Nie trudno było dostrzec, że młodszy z tych dwóch Łęczków obrał, podobnie jak starszy, lewicowy kierunek w ruchu w ruchu społeczno-politycznym.

Nie od razu, wpierw przeszedł porządną edukację. Ukończył jedno z sosnowieckich liceów ogólnokształcących, a później studiował filozofię na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Wtedy dopiero, po dyplomie, zaraził się dziennikarstwem i smakował je w mieście swojego zamieszkania, w Sosnowcu. Najpierw w “Wiadomościach Zagłębia”, zresztą w podwójnej roli, bo dziennikarza i fotoreportera. W tej drugiej specjalności odniósł nawet sukces, bo jego fotogramy doczekały się indywidualnej wystawy w Pałacu Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej. Zwyciężyła u niego jednak żyłka pisarska i ona ostatecznie poprowadziła go na publicystyczne szlaki. Kolejnym jego pismem był wychodzący także w Sosnowcu tygodnik “Nowe Zagłębie”, a gdy wyczerpał swoje możliwości wydawniczo obyty i w miarę doświadczony już dziennikarz trafił do tworzącego się właśnie katowickiego oddziału “Trybuny”, pod skrzydła jego ojca. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że miał taryfę ulgową. Nie, Marcin tyrał ciężko i wytrwale, przygotowując mnóstwo artykułów, które i dziś jeszcze można odnaleźć w archiwalnych numerach gazety. Żywot tej redakcji był jednak tylko kilkuletni, więc gdy zszedł z rynku wydawniczego, Marcin podjął się roli rzecznika prasowego Zarządu Wojewódzkiego SLD. Równocześnie podążał śladem ojca, dokumentując wydarzenia regionalne i wydając je w formie monografii. Los nie był jednak dla niego łaskawy, bowiem nawiedziła go choroba, która wytrącała go z normalnego dziennikarskiego rytmu. W ostatnich miesiącach zmagał się z chorobą nowotworową, o której większość z nas nie wiedziała. Leczył się i wiele wskazywało na to, że walkę o życie wygrał. A jednak odszedł nagle i niespodziewanie. “Odszedł młody, wrażliwy człowiek, zdolny dziennikarz. Kochał i był kochany – powiedział, żegnając go jego młodszy brat Bartłomiej Łęczek, który w Warszawie odnosi sukcesy dziennikarskie.

CZESŁAW LUDWICZEK

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/9050

25-09-2015, 17:59

Prokuratura: w Radiu Maryja prowokowano i przesadzano, ale nie znieważono prezydenta Komorowskiego  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
tw
25-09-2015

Toruńska prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie rzekomego publicznego znieważenia pod koniec lipca br. ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego podczas nocnej audycji na antenie Radia Maryja. – Nie każde zachowanie naruszające pewne standardy kultury, obyczaju, przyzwoitości może być traktowane jako zachowanie znieważające. Nie jest dopuszczalne utożsamianie zniewag z lekceważeniem – uzasadniła prokurator.

Prokuratura Rejonowa Toruń Centrum – Zachód w Toruniu przeprowadziła postępowanie wyjaśniające w sprawie audycji Radia Maryja nadanej w nocy z 27 na 28 lipca br., po tym jak opisała ją “Gazety Wyborcza”. W programie prowadzący i słuchacze mocno skrytykowali kończącego wtedy kadencję prezydenta Bronisława Komorowskiego za podpisanie ustawy o in vitro. Stwierdzono m.in., że Komorowski jest “gorszy od Hitlera”, jest “zdrajcą” i że to “agent rosyjski ukraińskiego pochodzenia”.

W ramach postępowania toruńska prokuratura odsłuchała zapis audycji. W piątek poinformowała, że wypowiedzi z programu nie zawierają znamion czynu zabronionego, naruszającego 2. paragraf artykułu 135 Kodeksu karnego mówiący o karze do trzech lat więzienia za publiczne znieważenie prezydenta Polski.

W uzasadnieniu tej decyzji prokurator rejonowy Ewa Janczur zwróciła uwagę, że ustawa o in vitro przez wiele miesięcy przed jej podpisaniem przez prezydenta była przedmiotem sporów i dyskusji, szeroko komentowanych w mediach, między jej zwolennikami i zdecydowanymi przeciwnikami, natomiast w audycji Radia Maryja głos zabrali ci drudzy.

- Wszystkie wypowiedzi wyrażały dezaprobatę dla decyzji o podpisaniu ustawy. Wypowiedzi każdego z uczestników audycji traktować należy jako wyraz negatywnej, wysoce emocjonalnej oceny uchwalenia ustawy „in vitro” i udziału w procesie legislacyjnym tego aktu prawnego Prezydenta. Audycja prowadzona była w formie dyskusji, stąd też wypowiedzi poszczególnych uczestników nie mogą być ocenianie łącznie – podkreśliła Ewa Janczur. – Słowa wypowiadane przez uczestników dyskusji, jakkolwiek w części lekceważące, nie stanowiły wyrazu ośmieszenia czy poniżenia, co warunkuje uznanie tych słów za znieważające w kontekście znamion z art. 135 par. 2 kk. Niewątpliwie osoby uczestniczące w audycji wypowiadając swoje poglądy posługiwały się prowokacją, a ich opinie można ocenić jako przesadzone – nie oznacza to jednak, iż świadomie w ten sposób wyrażały wolę znieważenia ówczesnego Prezydenta - wyjaśniła.

Prokurator dodała, że każda osoba ma prawo do korzystania z wolności wypowiedzi, także formułowania negatywnych ocen zachowań innych osób, m.in. polityków, wobec których, w związku z ich działalnością publiczną, zakres wolności słowa jest szerszy niż wobec osób prywatnych. – Działalność polityczna podlega bowiem nieustannej ocenie opinii publicznej. Owe oceny nie muszą być aprobowane przez wszystkich. Jednak brak zgodności w poglądach z wypowiadającym nie przesądza jednoznacznie o tym, że osoba, której dana wypowiedź (ocena) dotyczyła, została znieważona w rozumieniu prawa karnego – zaznaczyła.

Orzeczenie o odmowie wszczęcia śledztwa jest nieprawomocne.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/prokuratura-w-radiu-maryja-prowokowano-i-przesadzano-ale-nie-zniewazono-prezydenta-komorowskiego

25-09-2015, 16:41

Sekretarz redakcji “DGP” donosi na FB, kto skarży się naczelnej na teksty Łukasza Bąka  »

Press
(JM, MAK)
25-09-2015

Mira Suchodolska, sekretarz redakcji “Dziennika Gazety Prawnej” (Infor Biznes), poinformowała na Facebooku o treści listu, który nie był adresowany do niej, tylko do Jadwigi Sztabińskiej, naczelnej “DGP”. Jarosław Machowiak pisał w nim krytycznie o felietonach Łukasza Bąka publikowanych na Gazetaprawna.pl. Zdaniem Suchodolskiej to donosicielstwo. “Kapusiami się brzydzę” – napisała na swoim otwartym profilu na Facebooku.

Suchodolska w środę napisała na Facebooku: “Jarosław Machowiak – mój znajomy (…) kiedyś dziennikarz, popełnił rzecz niebywałą: doniósł na mojego znajomego (też dziennikarza) Łukasza Bąka do redaktor naczelnej. Naskarżył w liście. Że mu się Bąka felietony nie podobają. I że w rozmowach (prywatnych) na Facebooku używa ciężkiego żartu, który jemu, Machowiakowi, wydaje się ksenofobiczny, rasistowski etc.”.

Post zyskał ponad 100 polubień i wywołał dyskusję dziennikarzy. Początkowo wiele osób krytykowało Machowiaka i zarzucało mu donosicielstwo. “Bardzo niesmaczne zachowanie” – pisała Dominika Cosic z “DGP”. Innego zdania była Renata Kim z “Newsweek Polska”: “Mira, te komentarze Bąka są okropne. Ambasada koreańska rozważała protest po ostatnim. (…) Jak rozumiem Jarek chciał uchronić Bąka przed popełnieniem kolejnych dziełek w tym stylu”.

Zaczęto zwracać też uwagę, że list podpisany imieniem i nazwiskiem trudno nazwać donosem. “Uważam, że donos to rzecz anonimowa i dlatego obrzydliwa. Jeśli robi się to pod nazwiskiem – wierząc, że to pomoże światu – to rzecz naturalna” – skomentował Leszek Talko z “Gazety Wyborczej”. “Nazywanie »kapusiem« kogoś, kto z otwartą przyłbicą, podpisując się pod listem, protestuje przeciwko jawnemu rasizmowi, wydaje mi się albo skrajną manipulacją, albo świadectwem jakiejś branżowej moralności” – pisał Witold Głowacki z “Polska The Times”.

W końcu głos zabrał główny zainteresowany. “List był prywatny. Do Pań zarządzających DGP” – napisał na swoim profilu Jarosław Machowiak, który pracował m.in. w “Przeglądzie Sportowym”, “Forbes Polska” i “Dzienniku”, a od końca 2013 roku pracuje w Wielkiej Brytanii jako pedagog. Machowiak tłumaczył też: “Ośmieliłem się głośno i stanowczo skrytykować felietonową twórczość pewnego pracownika pewnej gazety. Co mi się nie podobało w jego tekstach? Wulgarność, ksenofobia, uprzedzenia rasowe, myślenie stereotypami kulturowymi. Po przeczytaniu jednego z dzieł tego pana wysłałem list do redakcji, jasno informując, co mi się nie podoba”. W końcu na FB upublicznił swój list, który wysłał do naczelnej “DGP”.

Jak o treści listu do naczelnej dowiedziały się osoby, do których nie był on adresowany? – Nie będę tego komentować – powiedziała “Presserwisowi” Jadwiga Sztabińska. Nie chciała się też odnieść do publicznej dyskusji wywołanej przez sekretarz “DGP”.

Ostatecznie jednak post Miry Suchodolskiej zniknął. – Nie skasowałam go, tylko ukryłam na wallu, żeby już nie powodować okładania się i obrzucania błotem. Napisałam, że być może faktycznie ruganie kogoś po nazwisku na otwartym profilu jest zbyt piętnujące. Nie było to moją intencją – tłumaczy Suchodolska. I próbuje bagatelizować sprawę: – To była koleżeńska awantura. Nie chodziło o krytykę podaną przez czytelnika, tylko że kolega dziennikarz uznał za stosowne donieść na swojego kolegę dziennikarza, zamiast porozmawiać z nim.

- Nie pisałem listu do pani Sztabińskiej jako kolega Łukasza Bąka, bo go nie znam. Moje zarzuty dotyczyły elementów rasizmu i seksizmu w jego tekstach. Od roku nie napisałem ani słowa w polskich mediach. Podpisałem się imieniem i nazwiskiem. Gdzie tu donosicielstwo? – pyta Machowiak.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/50154,Sekretarz-redakcji-DGP-donosi-na-FB_-kto-skarzy-sie-naczelnej-na-teksty-Lukasza-Baka

25-09-2015, 14:12

Bartosz Walat poprowadzi Opolskie od kuchni  »

Portal medialny.pl
kw
25-09-2015

Bartosz Walat, dyrektor ds. informacji Radia Park z województwa opolskiego został prowadzącym program “Opolskie od kuchni”. To nowa propozycja w jesiennej ramówce Telewizji TVS.

Bartosz Walat

“Opolskie od kuchni to podróż po malowniczych terenach i smakowitych spiżarniach. To taka propozycja dla osób, które wybierają ucieczkę poza miasto. Każdy może pokazać znakomitego kucharza oraz sprawdzone przepisy, aby udowodnić, że dany region jest smaczny, ale w naszym przypadku wybraliśmy mieszkańców, samorządowców i ludzi kultury. To oni gotują i dzięki nim poznajemy jacy są Opolanie” – przekonuje Walat.

Nowy program Telewizji TVS ma być odpowiedzią na trend poszukiwania lokalnych smaków i inspiracji kulinarnych. Program emitowany jest w niedzielę o 17:10, powtórki w czwartek o 15:05 i 23:00 oraz w sobotę o 13:45.

Bartosz Walat jest dyrektorem ds. informacji Radia Park FM z siedzibą w Kędzierzynie-Koźlu oraz Brzegu. Wcześniej prowadził swój autorski program “Format”, który był realizowany w opolskim oddziale Telewizji Polskiej. W 2012 roku otrzymał wyróżnienie w kategorii “Autor najlepszego programu publicystycznego związanego z regionem”. Wyróżnienie przyznano na 19. Przeglądzie i Konkursie Dziennikarskim Oddziałów Terenowych TVP.

Całość: http://portalmedialny.pl/art/50634/bartosz-walat-poprowadzi-opolskie-od-kuchni.html

25-09-2015, 08:45

Urząd ds. Cudzoziemców organizuje warsztaty dla dziennikarzy informujących o uchodźcach  »

Press
(JM)
25-09-2015

Dziennikarze będą mogli uczestniczyć w warsztatach “Fakty i mity o uchodźcach”, które odbędą się 29 września br. w ośrodku dla uchodźców w Dębaku.

Organizatorami warsztatów są Urząd do spraw Cudzoziemców i Polskie Forum Migracyjne.

W ramach warsztatów planowane są panele “Ja, muzułmanka” i “Moje życie w Polsce”, podczas których media będą miały możliwość poznania historii uchodźców i rozmowy z nimi. Zaplanowano też panel “Fakty i mity – eksperci o uchodźcach”. – Zainteresowanie jest spore. Prawdopodobnie dlatego, że temat jest bardzo aktualny – informuje Aleksander Wyszyński, starszy specjalista w UdsC.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/50145,Urzad-ds_-Cudzoziemcow-organizuje-warsztaty-dla-dziennikarzy-informujacych-o-uchodzcach