W pierwszą rocznicę śmierci
Duszę miał po lewej stronie tuż nad sercem, albo gdzieś w jego okolicach. Według religii monoteistycznej jest ona pierwiastkiem ożywiającym ciało, choć dokładnie w nim nie zlokalizowanym. Być może, ale w jego przypadku tkwił jednak w tej bocznej przestrzeni międzyżebrowej i stamtąd atakował jego umysł. Tworzył źródło jego świadomości, cnót, aktywności, swoistego i niezmiennego postrzegania świata. W końcu układał się w filozoficzny ciąg poczynań dążących do wolności, równości i sprawiedliwości społecznej, czyli nurtu zainicjowanego podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej. W czasach bliższych współczesności przekształcił się najpierw w doktrynę, a następnie w radykalny ruch polityczny określany wyświechtanym już mianem lewicy. Ireneusz Łęczek, bo o nim traktuje ten tekst, był mu wierny od wczesnej młodości, aż do końca swojego niesprawiedliwie krótkiego żywota.

Ireneusz Łęczek
Ten parafilozoficzny wstęp nie wyjaśnia wszakże jak wyłonił się u niego ten pogląd i jak zaraził się wynikającą z niego pasją. I tak naprawdę nawet dziś trudno odpowiedzieć na to wirtualne pytanie, bo przecież Irek nigdy nie zwierzał się z tak intymnych, osobistych tajemnic. Można się tylko domyślać, że wyssał ją podświadomie z atmosfery, która otaczała jego młodzieńczą przestrzeń życiową – dom, szkołę, ulice, miasto, cały jego region. Bo Ireneusz Łęczek urodził się i wychował w Zagłębiu Dąbrowskim słynącym, nawet po dziś dzień, z niegdysiejszych tradycji rewolucyjnych, a już za jego dzieciństwa (urodził się w 1950 r.) udzielającego manifestacyjnego poparcia współczesnej mu Polsce Ludowej. Przesiąknięty tym klimatem wybrał się, już świadomie, na Wydział Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, by po jego ukończeniu wspierać piórem próbę budowy przyszłej, socjalistycznej Polski.
Życie niesie jednak ze sobą nie tyle niespodzianki, ile odstępstwa od wydumanej wizji swego posłannictwa. Zamiast więc kreować w publicystycznym rozmachu artykuły służące głównej idei, która popchnęła go w dziennikarskie szranki, imał się tematyki raczej przyziemnej, a bywało, że i podziemnej. Tak się bowiem złożyło, że pierwszą pracę po dyplomie w warszawskiej uczelni otrzymał w gazecie zakładowej w jednej z przysosnowieckich kopalń, która przynajmniej nazwą przypominała radykalny ruch, bo była to kopalnia “Czerwone Zagłębie”. Pisał więc o fedrunku i wydobyciu węgla i o wszystkim co działo się w tym przedsiębiorstwie, a przy tym redagował, makietował i wydawał tę gazetę. Zyskał tam spore doświadczenie zauważone zresztą przez wydawców prasy wojewódzkiej, a w konsekwencji ściągnęli go do Katowic i powierzyli mu odpowiedzialne stanowisko sekretarza redakcji w popularnej popołudniówce zwanej “Wieczorem”. Praca redaktora jest trudna i żmudna, ale i w niej wykazać można przedsiębiorczość, inwencję i polot i takie też cechy zaprezentował w tym tabloidzie Ireneusz Łęczek. Zapewniło mu to kolejny awans, bo po dwuletnim stażu we wspomnianej popołudniówce przeniesiony został do najważniejszej za czasów “komuny” gazety w regionie śląsko-zagłębiowskim, do “Trybuny Robotniczej”. I tam dość szybko ujawnił swoje zdolności redaktorskie, toteż wkrótce otrzymał stanowisko zastępcy redaktora naczelnego. I z tą gazetą dotrwał do zmiany systemu politycznego w kraju, a wtedy wraz z upadkiem Polski Ludowej upadła też jego ówczesna gazeta.
Kariera Ireneusza Łęczka w okresie tzw. komuny trwała niespełna dziesięć lat. Czy wraz z Polską Ludową zawalił się jego ukształtowany w młodości i podtrzymywany konsekwentnie w wieku męskim świat? Pytanie jest o tyle uzasadnione, że wielu podobnych mu dziennikarskich apologetów poprzedniego systemu dość mocno odczuło ów polityczny przewrót i różnie się do niego ustosunkowało. Ci ze stanowisk nomenklaturowych, bądź ze średnich funkcji kierowniczych usunęli się w cień, w każdym razie poza sferę medialną, próbując ułożyć sobie życie w nowych dla siebie warunkach. Taką samą mniej więcej drogę wybrała część byłych czołowych publicystów. Za to druga część zaliczana poprzednio do średniej klasy pisarzy zmieniła całkowicie orientację i jeśli uzyskała możliwość publikacji to potępiała miniony ustrój z takim samym rozmachem z jakim kiedyś go gloryfikowała. Ireneusza Łęczka do żadnej z tych grup nie można byłoby zaliczyć, bo on poszedł własną, ukształtowaną w przeszłości, oczywiście lewicową drogą.
W owym czasie, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych trzeba było mieć sporo odwagi, by publicznie prezentować swoje poglądy. Irek się ich nie wstydził, ale dostęp do redakcji ówczesnych gazet miał zamknięty. Z czegoś musiał jednak żyć, więc imał się drobnej przedsiębiorczości, choć nie był to najszczęśliwszy dla niego wybór. Ciągle myślał o dziennikarstwie z lewicowym oczywiście odcieniem. W Warszawie wychodziła wprawdzie “Trybuna”, ale na Śląsku brak było jakiejkolwiek inicjatywy wydawniczej. W tej sytuacji z pomocą przyszedł, raczej nieświadomie, Lech Wałęsa ze swoją “wojną na górze” i ze swym słynnym zawołaniem, że “w każdym społeczeństwie potrzebne są dwie nogi”. Wpłynęło to niewątpliwie na pobudzenie przytłumionych i spychanych na margines ludzi lewicy i ich sympatyków. Ożywiła się Socjaldemokracja Rzeczpospolitej Polskiej, do której Irek natychmiast przystał. Zaczęły pojawiać się śmielsze inicjatywy i właśnie jedna z nich zrodziła się przy jego aktywnym współudziale. W jej wyniku powstało w Sosnowcu radio “Rezonans”, głównie o charakterze informacyjnym, ale uwzględniające w swym programie lewicowe elementy. Irek pełnił w nim jedną z kierowniczych ról, ale tylko do czasu, bo kiedy w rozgłośni tej zaczęły przeważać tendencje młodzieżowe, ściślej rzecz biorąc studenckie, pożegnał się z nią bez żalu.
Na szczęście los się uśmiechnął i zamrugał do niego akurat tym lewym okiem. Oto bowiem został współpracownikiem warszawskiej “Trybuny”. Dość szybko zaaklimatyzował się w tym dzienniku, a w rezultacie stał się z czasem jego oficjalnym, etatowym, śląskim korespondentem Pisał sporo o tym co dzieje się na Śląsku, prezentował inicjatywy SdRP, a następnie SLD, ukazywał poczynania nowej władzy wojewódzkiej, ujawniał zdarzające się niedorzeczności, a nawet przypadki sprzecznych z prawem działań. Nie ograniczał się się tylko do swojej gazety, ale od czasu do czasu publikował co cięższe teksty w urbanowym “Nie”. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych “Trybuna” pod ówczesnym kierownictwem Janusza Rolickiego stała się poważną gazetą opiniotwórczą, a co równie istotne, coraz bardziej dynamiczną. Pragnęła docierać do szerszego grona czytelników, więc jej kierownictwo usiłowało uwzględniać w większym stopniu na swych łamach tematykę lokalną. W tym celu postanowiło utworzyć w wybranych regionach terenowe oddziały “Trybuny”. Zamysł taki objął również województwo śląskie, a realizacja tego zadania spadła na barki właśnie Ireneusza Łęczka.
Zabrał się do tego z właściwą sobie solidnością, zaradnością, zmysłem organizacyjnym. Wyszukał i wynajął pomieszczenie przy ul. Reymonta w Katowicach, zakupił podstawowe umeblowanie, sprowadził z macierzystej redakcji oprzyrządowanie komputerowe, wynegocjował przypadającą na lokalne wydanie gazety liczbę kolumn, zaprojektował ich styl i zyskał dla niego warszawską akceptację. Pozostawał problem obsady dziennikarskiej nowego oddziału, ale z tym nie było większego problemu, bo w tym zawodzie panowało w tamtych czasach dość spore bezrobocie. Dość szybko więc skompletował czteroosobowy zespół. Z satysfakcją muszę podkreślić, że i mnie, choć byłem już wtedy emerytem, w nim uwzględnił, powierzając mi redagowanie kolumny sportowej. Ruszyliśmy spokojnie, publikując najważniejsze naszym zdaniem materiały. Później jednak gazeta nabierała rozpędu, zwiększając obszar tematyczny i jakość publikowanych tekstów. Do stałego bowiem zespołu redakcyjnego dołączyło kilkunastu luźnych współpracowników. Mieliśmy zatem tak sporo artykułów, że zapełnialiśmy nimi nie tylko wydanie śląsko-zagłębiowskie, ale bardzo często wchodziliśmy z nimi na kolumny wydania ogólnopolskiego. Ukazywaliśmy się rytmicznie i owocnie, ale tylko cztery lata. Wydająca gazetę prywatna spółka Ad Novum popadła w kłopoty finansowe. Szukając oszczędności sięgnęła po najłatwiejszy sposób ich uzyskania, po likwidację terenowych oddziałów “Trybuny”. Łęczek walczył dzielnie o utrzymanie katowickiej redakcji, ale i jemu się nie udało. Oddział padł w 2002 roku, a wszyscy jego pracownicy poszli na przysłowiowy bruk. Wszakże na krótko, bo Irek znów wykazał mnóstwo inicjatywy i sobie tylko znanym sposobem założył nową gazetę “Trybunę Wojewódzką”, która pod względem ideowym i opiniotwórczym miała być niejako kontynuatorką śląskiego wydania “Trybuny”, choć od niej całkowicie niezależną. Niestety, gazeta ta borykająca się z poważnymi problemami finansowymi, wytrzymała tylko rok.
Ta próba zarysu drogi życiowej Ireneusza Łęczka koncentruje się głównie na jego dziennikarstwie, ale przecież człowiek ten nie ograniczał się tylko do tej działalności. Z wrodzoną sobie inicjatywą, pomysłowością i pracowitością podejmował wiele innych przedsięwzięć społecznych, politycznych, pamiętnikarskich i w końcu pisarskich. Wszystkie jednak mieściły się w lewicowym nurcie, lub przynajmniej o niego zahaczały. Był więc jednym ze współzałożycieli w Sosnowcu intelektualnego lewicowego Stowarzyszenia Kuźnica, przy czym tworzył go z pochodzącym z Krakowa posłem Andrzejem Urbańczykiem i sosnowieckim radnym Bogdanem Kabałą. Współtworzył także prospołeczne i pronaukowe Stowarzyszenie im. profesora Bogdana Suchodolskiego i był jego pierwszym prezesem. Zainicjował budowę pomnika Wolność-Praca-Godność. Sporą aktywność wykazywał w popularyzowaniu działań zagłębiowskich działaczy, współpracując m.in. z biurami poselskimi Ireneusza Sekuły, Zygmunta Machnika, Adama Gierka. Najdłużej z tym ostatnim, przypominając wkład jego ojca Edwarda Gierka w rozwój kraju.
Sporo czasu, cierpliwości i wysiłku poświęcił Ireneusz Łęczek problematyce regionalnej. Śledził i utrwalał pożyteczne w przeszłości i ważne we współczesności zdarzenia w Zagłębiu Dąbrowskim, przypominał i zapisywał sylwetki ludzi związanych z tym regionem. Wiązało się to z licznymi, tzw. publikacjami zwartymi, czyli książkami i monografiami, które odnaleźć można w jego bibliografii. Znajdziemy tam więc takie pozycje jak: Sosnowiec -historia, daty, fakty, ludzie, Sosnowiecki Kalendarz Historyczny, Dąbrowiacy znani i mniej znani i wiele innych. Gdyby ktoś zadał sobie trud i przejrzał roczniki prasowe to odnajdzie wiele jego artykułów w Roczniku Sosnowieckim, Wiadomościach Zagłębia, w Ekspresie Sosnowieckim, w Gazecie Wyborczej, w wielu pismach pozamiejscowych. Potrafił zainteresować czytelnika materiałami odkrywczymi jak np. tym o amerykańskim filmie Mur kręconym na ulicy Dekerta w Sosnowcu i pokazanym w Polsce po latach, właśnie dzięki Irkowi w Bibliotece Śląskiej. Zainteresowanie wzbudził też jego artykuł o zakonnicy, Karmelitance Teresie Kierocińskiej, o jej działaniach prospołecznych w najuboższych dzielnicach i ratowaniu żydowskich dzieci podczas wojny.
Trudno wymieniać wszystkie poczynania tego dynamicznego i pracowitego człowieka. Szkoda tylko, że jego niezwykła aktywność została nagle i niespodziewanie przerwana. Żal ten wyraził nad cmentarnymi prochami jego syn Marcin Łęczek, który przeżył ojca zaledwie o pół roku, ale o tym ciąg dalszy nastąpi.
_____________________________________
MARCIN
Wiadomość o zgonie Marcina to prawdziwy szok, wstrząs psychiczny, tragedia trudna do opisania. Ktoś, kto widział go we wrześniu 2014 roku przemawiającego na tym sosnowieckim cmentarzu komunalnym położonym między Niwką i Dańdówką, w żaden sposób nie mógł sobie wyobrazić, że za kilka miesięcy spocznie on obok swego ojca. A jednak, 30 maja 2015 roku stało się to co najgorsze. Młody, sprawny, inteligentny człowiek pożegnał się z tym światem. Dla mnie o tyle niespodziewanie, że jeszcze późnym wieczorem, bo gdzieś około godziny 23.00 śledziłem na Facebooku jego wpisy, uwagi, wywody na tematy absolutnie odległe od jakichkolwiek czarnych myśli, a sugestii o ewentualnym odejściu z tego świata zupełnie pozbawione. W kilkanaście godzin później ten sam Facebook przyniósł tę straszną i trudną do uwierzenia wiadomość, że ów młody, bo prawie 42 letni człowiek nie żyje.

Marcin Łęczek
Marcin Łęczek był nieodrodnym synem swojego ojca. Jeśli przyjąć, że geny są odpowiedzialne za kształtowanie osobowości człowieka, to niemal ze stuprocentową pewnością można było stwierdzić, że tą właśnie genetyczną drogą Irek przekazał Marcinowi najlepsze swoje cechy – charakter, zdolności, upór, wytrwałość i pracowitość. Co więcej, przesłał mu także sposób wyczuwania świata, jego oglądu i kształtowania. Przynajmniej w sferze myśli, idei, poglądów, no i wreszcie konduity, lub jak kto woli sposobu bycia. Dość śmiało eksponuję taką konstatację, ponieważ miałem doskonałą okazję odnotować jej prawdziwość. W ciągu czterech lat siedziałem z Marcinem biurko w biurko w tym samym pokoju katowickiego oddziału “Trybuny” kierowanej właśnie przez Ireneusza Łęczka i w sposób niemal bezwiedny postrzegałem jego podobieństwo do ojca. Nie trudno było dostrzec, że młodszy z tych dwóch Łęczków obrał, podobnie jak starszy, lewicowy kierunek w ruchu w ruchu społeczno-politycznym.
Nie od razu, wpierw przeszedł porządną edukację. Ukończył jedno z sosnowieckich liceów ogólnokształcących, a później studiował filozofię na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Wtedy dopiero, po dyplomie, zaraził się dziennikarstwem i smakował je w mieście swojego zamieszkania, w Sosnowcu. Najpierw w “Wiadomościach Zagłębia”, zresztą w podwójnej roli, bo dziennikarza i fotoreportera. W tej drugiej specjalności odniósł nawet sukces, bo jego fotogramy doczekały się indywidualnej wystawy w Pałacu Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej. Zwyciężyła u niego jednak żyłka pisarska i ona ostatecznie poprowadziła go na publicystyczne szlaki. Kolejnym jego pismem był wychodzący także w Sosnowcu tygodnik “Nowe Zagłębie”, a gdy wyczerpał swoje możliwości wydawniczo obyty i w miarę doświadczony już dziennikarz trafił do tworzącego się właśnie katowickiego oddziału “Trybuny”, pod skrzydła jego ojca. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że miał taryfę ulgową. Nie, Marcin tyrał ciężko i wytrwale, przygotowując mnóstwo artykułów, które i dziś jeszcze można odnaleźć w archiwalnych numerach gazety. Żywot tej redakcji był jednak tylko kilkuletni, więc gdy zszedł z rynku wydawniczego, Marcin podjął się roli rzecznika prasowego Zarządu Wojewódzkiego SLD. Równocześnie podążał śladem ojca, dokumentując wydarzenia regionalne i wydając je w formie monografii. Los nie był jednak dla niego łaskawy, bowiem nawiedziła go choroba, która wytrącała go z normalnego dziennikarskiego rytmu. W ostatnich miesiącach zmagał się z chorobą nowotworową, o której większość z nas nie wiedziała. Leczył się i wiele wskazywało na to, że walkę o życie wygrał. A jednak odszedł nagle i niespodziewanie. “Odszedł młody, wrażliwy człowiek, zdolny dziennikarz. Kochał i był kochany – powiedział, żegnając go jego młodszy brat Bartłomiej Łęczek, który w Warszawie odnosi sukcesy dziennikarskie.
CZESŁAW LUDWICZEK