Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

03-01-2016, 19:39

Zapraszamy na poranek z Telewizją Katowice  »

TVP Katowice
03-01-2016

W poniedziałek o godz. 7.00 na naszej antenie pojawi się nowy program – “Poranek z Telewizją Katowice”. W programie znajdą Państwo najświeższe informacje, prognozę pogody, komunikat ekologiczny, przegląd prasy, rozmowy z ciekawymi gośćmi i dużo dobrej muzyki. Mamy nadzieję, że będziecie Państwo wspólnie z nami rozpoczynać każdy dzień. “Poranek z Telewizją Katowice” na naszej antenie codziennie od poniedziałku do piątku o godz. 7.00. Polecamy!

Całość: http://katowice.tvp.pl/23427123/zapraszamy-na-poranek-z-telewizja-katowice

03-01-2016, 18:14

Krystyna Doktorowicz: Media narodowe nie będą miały nic wspólnego ze standardami BBC  »

Dziennik Zachodni
Sławomir Cichy
03-01-2016

To będzie rok rewolucyjnych zmian na rynku mediów nie tylko publicznych w Polsce – uważa prof. Krystyna Doktorowicz z Wydziału Radia i Telewizji UŚ, ekspert od zarządzania mediami.

Jaka pani zdaniem jawi się przyszłość mediów w Polsce, w tym mediów publicznych, w sprawie których tak wiele się ostatnio w parlamencie dzieje. Są nagłe zwroty akcji, która toczy się również w nocy, wprowadzani są coraz to nowi bohaterowie, uchwalana jest w ekspresowym tempie mała ustawa medialna i niczym w telenoweli przewidzianej na kilka sezonów już są zapowiedzi, że ciąg dalszy tej historii nastąpi w marcu albo w kwietniu. Puszczane są w obieg zwiastuny tego, co będzie w następnych odcinkach…

Krystyna Doktorowicz

Teoretycznie scenariusze związane z przyszłością mediów publicznych w Polsce mogą być dwa. Idealistyczny, w którym po zmianach ustawodawczych przeprowadzonych w dobrej wierze przez większość parlamentarną powstanie określony zakres zasad etycznych, na przykład jak w BBC, o której politycy lubią mówić w kontekście wzoru bezstronności. Choć warto zaznaczyć, że taki wzór zasad telewizja publiczna ma.

Scenariusz drugi, to nasza Real-politik, czyli zawłaszczenie mediów publicznych przez jedną opcję polityczną i realizowanie poprzez nie propagandy swojej, jedynie słusznej wizji ideologicznej, gospodarczej i historycznej. Mając wiedzę popartą wieloletnim doświadczeniem przewiduję raczej to drugie rozwiązanie, tym bardziej że przyjęta właśnie tzw. mała ustawa medialna umożliwia szybką wymianę rad nadzorczych i zarządów TVP i PR z pominięciem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Kompetencje w tej sprawie zostały przekazane ministrowi skarbu, Dawidowi Jackiewiczowi, który będzie mógł dowolnie decydować o tym, kto stoi na czele mediów publicznych. Jednak w praktyce decydował będzie nie on, ale partia, czyli de facto Jarosław Kaczyński. Próba uzyskania nawet niewielkiej samodzielności przez prezesów mediów publicznych może w każdej chwili zakończyć się ich dymisją i wymianą na innych, bardziej spolegliwych. Ustawa nie ma okresu przejściowego (vacatio legis) a więc wejdzie w życie natychmiast po uzyskaniu podpisu prezydenta.

Ale czy przypadkiem nie za bardzo poddajemy się swoistej psychozie związanej ze zmianami statusu mediów publicznych. Trudno krytykować przekształcenie ich ze spółek prawa handlowego w państwowe instytucje kultury, a zamiana abonamentu na powszechną opłatę audiowizualną to oczekiwana od lat rewolucja.

Dotychczas media publiczne działały w oparciu o ustawę o radiofonii i telewizji z 1992 roku. Z jednej strony media stały się spółkami prawa handlowego, a więc z zasady powinny generować zysk niczym stacje komercyjne, z drugiej strony zapisano ich misyjną rolę, która miała być realizowana z abonamentu. Abonament był słabo ściągalny, więc aby pozyskać pieniądze, mieliśmy do czynienia z pozyskiwaniem szerokiego strumienia pieniędzy z reklam. Opłata audiowizualna rozwiąże pozyskiwanie pieniędzy na realizację misji, pozostaje tylko pytanie, jaka to będzie misja i czy przypadkiem nie będzie służyć zaspokajaniu potrzeb tylko jednej opcji politycznej, będąc jednostronną wizją historii i kultury, nie mówiąc o przedstawianiu bieżących wydarzeń w sposób wybitnie jednostronny.

Trudno jednak zaprzeczać faktom, że od początku istnienia mediów publicznych partie rządzące traktowały je instrumentalnie, w mniejszym lub większym stopniu uważając za własną tubę propagandową.

To prawda, że zawsze istniał klin polityczny w mediach i wraz ze zmianą większości parlamentarnej zmieniało się ich kierownictwo. Jednak nigdy żadna partia nie zdecydowała się tak jawnie jak teraz PiS podporządkować mediów, zmieniając ustawę i zapisując w niej wprost podległość prezesów mediów publicznych partyjnemu ministrowi z marginalizacją w tym względzie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. To jak powrót do Radiokomitetu z czasów PRL. Jednak działacze partyjni zapominają, że nie wystarczy mieć w rękach mediów publicznych, by mieć jednocześnie rząd dusz Polaków. Badania pokazują, że dziś twierdzenie: “Kto ma media publiczne, ten ma władzę” jest prostackim myśleniem i już się nie sprawdza.

“Chcemy przeprowadzić nową ustawę. Media muszą być publiczne, wrócić do misji. Teraz są upolitycznione, zbyt skomercjalizowane. Podstawowym założeniem jest to, żeby media publiczne były narodowymi instytucjami kultury. Podobnie jak Opera Narodowa. Najlepsze telewizje tego typu, jak BBC, są właśnie takimi telewizjami” – to cytat z min. Glińskiego sprzed uchwalenia małej ustawy medialnej. Coś się zmieniło?

Deklaracje to jedno, a twarde fakty to zupełnie co innego. Zresztą gdyby prof. Gliński jako rozmówca zamiast do red. Karoliny Lewickiej trafił do na przykład programu Jeremy’ego Paxmana w telewizji BBC, którą tak lubi dawać za przykład rzetelności i standardów dziennikarskich, to przekonałby się, że Lewicka zadawała mu łagodne pytania i wcale nie była napastliwa, licząc na konkretne odpowiedzi.

Prawicowe media naliczyły dziennikarce telewizji publicznej w tej krótkiej rozmowie aż 50 bardziej lub mniej udanych prób przerwania wypowiedzi ministrowi kultury.

Paxmana nie przez przypadek nazywano czasem “papierem ściernym”, mówiono o nim, że prowadzi rozmowy w agresywny sposób, że zastrasza rozmówców, stosuje protekcjonalny ton, ale nigdy nikt nie wpadł na to, ani w BBC, ani w rządowych gabinetach, by go zawiesić w prowadzeniu programu. Zresztą pomijając Kartę Królewską, która je chroni, założenie kagańca na BBC w Wielkiej Brytanii nic by partii rządzącej nie dało i doskonale o tym wiedzą. Brytyjczycy zwyczajnie przestaliby tę stację oglądać, mając do dyspozycji setki anglojęzycznych kanałów informacyjnych i rozrywkowych z całego świata.

Tworząc w Polsce media publiczne jednej opcji politycznej, PiS stoi na grzęzawisku, jakby nie rozumiejąc, że na niepewnym gruncie pewnych rzeczy dla własnego dobra się nie robi. Politycy najwyraźniej nie zauważyli, że Polacy, zwłaszcza pokolenie 1989, coraz lepiej mówią po angielsku i już dziś częściej korzystają z informacji pozyskanej w internecie, niż przez tradycyjne kanały jej dystrybucji. Ta sytuacja będzie się pogłębiać.

Po co zatem tworzono platformę z cyfrową telewizją naziemną, skoro, jak pani twierdzi, ma ona coraz mniejsze znaczenie

Telewizja naziemna to taki pakiet socjalny. Media publiczne, czy jak kto woli narodowe, już z nazwy powinny być ogólnodostępne. Platforma cyfrowa ten warunek spełnia. To nie oznacza, że media będą oglądane. Telewizja i radio publiczne nie tylko bowiem przekazują informacje, ale również je kreują. W demokracjach Zachodu spełniają funkcję najbardziej obiektywnego medium, gdzie jest miejsce dla każdych poglądów, do czego media komercyjne nie są zobowiązane. Zwróćmy uwagę, że obok krytykowanego przez prawicę Tomasza Lisa, telewizja prezentowała odmienne spojrzenie Jana Pospieszalskiego. Naturalnie można zarzucić telewizji, że, powiedzmy, mieszała informację z komentarzem, do programów publicystycznych byli zapraszani tylko goście z określonych opcji lub że jedni występowali częściej niż inni. To jednak drobiazgi, które da się wyeliminować i nie są wystarczającym powodem, by zawłaszczać publiczne media. To mnie głęboko niepokoi.

Obawiam się też, że to dopiero pierwszy krok. Następne na celowniku będą media komercyjne. Nieprzypadkowo coraz głośniej mówi się o ich repolonizacji, czyli ograniczaniu zagranicznych koncernów medialnych w ich udziałach. Jak szybko to nastąpi i w jakim tempie, to trudno dziś przewidywać, ale przecież politycy rządzącej większości już w tej kadencji wykazali się sporą kreatywnością i szybkością działania.

Rozmawiał Sławomir Cichy

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/9247166,krystyna-doktorowicz-media-narodowe-nie-beda-mialy-nic-wspolnego-ze-standardami-bbc,id,t.html

03-01-2016, 14:20

Policja nielegalnie podsłuchiwała dziennikarzy – wynika z audytu w BSW KGP  »

Press
03-01-2016

W Komendzie Głównej Policji działała specjalna grupa do rozpracowania osób biorących udział w podsłuchiwaniu polityków w restauracji Sowa i Przyjaciele – poinformowało Radio Zet. Z audytu przeprowadzonego w Biurze Spraw Wewnętrznych Policji wynika, że policjanci podsłuchiwali dziennikarzy i prawników. Inwigilowano prawie 80 osób.

Specgrupa, na czele której stał ówczesny szef Biura Spraw Wewnętrznych KGP, otrzymała praktycznie nieograniczone możliwości. Jej celem było ustalenie, kto stoi za biznesmenem Markiem Falentą. Podsłuchy zakładano w ramach śledztwa dotyczącego napaści na tle rasowym w Białymstoku, aby zataić sprawę przed prokuraturą i sądami.

Podsłuchy zakładano na rzekomo osoby nieznane. Jak ustaliło Radio Zet, nagrania rozmów zostały skasowane, ale ślady inwigilacji zostały w notatkach służbowych. Ustalenia audytorów potwierdzali członkowie specgrupy.

Podsłuchiwano między innymi dziennikarzy piszących o aferze podsłuchowej, zatem ktokolwiek kontaktował się z Markiem Falentą, był natychmiast włączany do grupy inwigilowanych – dowiedziało się Radio Zet od jednego z policjantów zaangażowanych w audyt.

O możliwości podsłuchiwania dziennikarzy media informowały już na początku 2015 roku, ale zaprzeczali temu były komendant główny i były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz.

Cezary Gmyz złożył do prokuratury zawiadomienie, bo podejrzewa, że był podsłuchiwany przez Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/51071,Policja-nielegalnie-podsluchiwala-dziennikarzy---wynika-z-audytu-w-BSW-KGP

03-01-2016, 14:12

Jerzy Sosnowski, szef publicystyki w radiowej Trójce: “Z góry wycofuję się z tego wyścigu”  »

Press
Jerzy Sosnowski
03-01-2016

“Kończy się rok i kończą się wolne media. Dla mnie to problem raczej sentymentalny, nie zaś finansowy (jak chcieliby zapewne moi wrogowie), ale przykro będzie patrzeć, jak coś, co się współtworzyło nieprzerwanie przez sześć, a z przerwą przez piętnaście lat, zostanie zniszczone. Mam na myśli Trójkę.” – napisał na blogu Jerzy Sosnowski, kierownik publicystyki w radiowej Trójce.

Jerzy Sosnowski zamieścił wpis 30 grudnia 2015 po uchwaleniu przez Sejm nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. W sylwestra została ona przyjęta przez Senat.

Zamieszczamy fragmenty jego wpisu:

Oglądałem nocną debatę nad nową ustawą. Powiedzmy sobie od razu, że o istnieniu radia pamiętał raptem jeden poseł dyskutant. Dostajemy zatem rykoszetem. Telewizji Polskiej bronić nie będę, z wyjątkiem TVP Kultura, ma się rozumieć. Od dawna telewizor służy mi nieomal wyłącznie do oglądania Ligi Mistrzów i ewentualnie jakichś pojedynczych filmów. Niemniej kłucie w oczy Tomaszem Lisem wydaje mi się nieuczciwe, jeśli się nie wspomina, że w tej samej telewizji można oglądać Jana Pospieszalskiego. Zostawiam na boku wątpliwość, czy tym zestawieniem nie robię jednak przesadnej uprzejmości p. Pospieszalskiemu. Chodzi o to, że to był klasyczny system rowerowych “żabek”: jeśli sam nie umiesz zachować balansu, to dokręcasz jedno kółko lewe, jedno prawe, i jakoś jedziesz środkiem.

W Trójce przyjęliśmy inną zasadę: właśnie balansu. Unikamy radykalizmów (radykalna audycja nadawana jest raz w miesiącu nocą – to “Trójka Na Poważnie” Wojciecha Reszczyńskiego, w moim poczuciu niewyczerpane źródło przykładów na ryzykowne igraszki z etyką dziennikarską). Mamy wypośrodkowane audycje informacyjne i publicystyczne. Wśród komentatorów zasiadali przez wszystkie te lata ludzie z rozmaitych opcji politycznych; Beata Michniewicz prowadzi swoje dialogi z politykami w taki sposób, że co chwila oburzeni są to jedni słuchacze, to drudzy, i nikt z Was nie wie tak naprawdę, na kogo Beata głosuje (wiemy to w Trójce i w związku z tym narzekania jednych słuchaczy bawią nas bardziej, niż drugich). W audycjach publicystycznych przyjęliśmy zasadę, że jeśli jakiś głos gościa brzmi zbyt stanowczo, to zaznaczamy zaraz, że nie jest to jedyny możliwy pogląd na sprawę – wyłączywszy kilka kwestii całkowicie fundamentalnych. Nawet znajomi o poglądach zgoła przeciwnych do moich, przyznają, że nie uprawiamy propagandy. Nie mówiąc o powtarzających się pochwałach z European Broadcasting Union, że Polskie Radio jest wzorcowym radiem misyjnym w Europie. Choć, nawiasem mówiąc, chronicznie niedofinansowanym.

(…)

Ekipa, która wygrała wybory (i tym tłumaczy wszystkie swoje posunięcia, doprawdy, nie martwiąc się jak dotąd o swój wizerunek, co jakoś uprawdopodabnia wariant numer trzy…), poza programem, głoszonym w okresie kampanii wyborczej, ma wyraźnie pewną filozofię języka. Tę już jakiś czas temu starałem się opisać. Jest to świat na opak. Nie można zatem obozowi rządzącemu odmówić konsekwencji. W tym przypadku: niezależność mediów wzmacnia się przez najsilniejsze możliwe powiązanie ich władz z rządem (nota bene Prezes Radiokomitetu miał w czasach PRL, jeśli mnie pamięć nie zawodzi, rangę ministra). Ikoną niezależnego dziennikarza jest moja była studentka, która po latach uprawiania niezależnego podobno dziennikarstwa została, jak gdyby nigdy nic, posłanką z listy PiS. Wzorcowo rzetelną rozgłośnią radiową okazuje się stacja, która – przyznaję, cytuję z pamięci – pewną debatę sejmową relacjonowała tak: “w dyskusji głos zabrał premier Tusk, ale mówił to co zawsze, więc nie będziemy tracić państwa czasu. Po nim głos zabrał pan prezes Jarosław Kaczyński, posłuchajmy jego wystąpienia” (nadano je w całości). Wzorcowym publicystą okazuje się mój kolega ze studiów, od lat zapadający się coraz głębiej w język knajacki (choć wiem, że potrafi mówić poprawnie), oraz redaktor naczelny pewnego tygodnika, który na przykład w niesławnej audycji Trójka Po Trzeciej do dyskusji o umiejscowieniu krzyża na Krakowskim Przedmieściu zaprosił dwóch kolegów ze swojej redakcji i ks. Małkowskiego. I w tym gronie przez godzinę lżono ludzi, którzy nie zgadzaliby się z dyskutantami, nie rozróżniając zresztą cywilizowanych oponentów od hołoty, sikającej (jakoby) na znicze.   No więc jeśli wspominani propagandyści mają być symbolami rzetelnego i obiektywnego dziennikarstwa, to ja z góry wycofuję się z tego wyścigu. Wolę moje złe dziennikarstwo od takich zasług.

Całość: http://www.press.pl/newsy/radio/pokaz/51070,Jerzy-Sosnowski_-szef-publicystyki-w-radiowej-Trojce_-Z-gory-wycofuje-sie-z-tego-wyscigu

02-01-2016, 15:24

Małgorzata Raducha: czuję się jak mięso armatnie wykorzystane w bratobójczej walce  »

Portal medialny.pl
kw
02-01-2016

Jedynka Polskie Radio

Dziennikarka, Małgorzata Raducha z Jedynki wystosowała list otwarty do Bogusława Chraboty (red.nacz. “Rzeczpospolitej”) w sprawie protestu na antenie Programu Pierwszego Polskiego Radia. To “Rz” napisała o proteście w Jedynce jako pierwsza, ale bardzo szybko wysłano również materiały prasowe do redakcji, w tym naszej.

Drogi Redaktorze,

Nikt mnie o zdanie nie pytał przy podejmowaniu decyzji o emisji o każdej pełnej godzinie hymnu na przemian z Odą do radości. Co więcej, nikt nie pytał nikogo z mojej redakcji. Swoją decyzję ogłosił na porannym kolegium szefów wszystkich redakcji: aktualności, publicystyki, kultury, sportu, międzynarodowej, naukowej oraz sekretarza programu dyrektor Dąbrowa. Nikt nie zaprotestował. Dziennikarze Jedynki dowiedzieli się o tym fakcie po południu w Sylwestra, a niektórzy dopiero z anteny w pierwszym dniu jakże Nowego dla nas Roku. Wszelkie jeremiady nad tą decyzją, która już jest od 5tej rano faktem antenowym, są spóźnione. Wszelkie protesty mogą być potraktowane jako koniunkturalizm. Dyrektor Dąbrowa rozegrał to po mistrzowsku, jeśli mistrzem można nazwać Wolanda albo Machiavellego – wpisał nas w bieżący kontekst polityczny, a wziąwszy pod uwagę czas – Sylwester i Nowy Rok – wytrącił możliwość reakcji. Nie ma też elektronicznego śladu tej decyzji – została ona w formie PAPIEROWEJ zostawiona na bloku emisyjnym do realizacji. Mimo braku podpisu pod ustawą Prezydenta – telefoniczną dyspozycję, że “ruszamy” z akcją wydał dzwoniąc na blok emisyjny szef aktualności Artur Makara. I już. Po prostu. Powtórzę tu za red. Markiem Mądrzejewskim zdanie, które padło w dzisiejszej rozmowie dnia tuż po 12tej: – Dawniej protest miał twarz i nazwisko. A teraz? W związku z tym mam jednak kilka uwag:

- Dlaczego red. Bartosz Węglarczyk napisał o proteście pracowników Jedynki – na jakiej podstawie, czy tylko opierając się na rozmowie z dyr. Dąbrową?

- Czy red. Bartosz Węglarczyk interesował się wcześniej anteną Jedynki, nowościami wprowadzanymi na naszą antenę przez dyr. Dąbrowę, czy dopiero ów rzekomy “protest” stał się jego inspiracją do bycia medioznawcą?

- Polskie Radio, a w szczególności Jedynka, w której pracuję od ćwierćwiecza, zawsze słynęły z obiektywizmu. Mamy na to dowody archiwalne i antenowe – np. w osobach gości komentatorów od prawa do lewa. Polityków również, z których wystąpień jesteśmy skrupulatnie rozliczani.

- Odbierając dziś liczne telefony i smsy z gratulacjami za niezwykle udaną akcję protestacyjną czułam się jak Piszczyk, który nie wie, na jakiej wojence się znalazł. Podobnie zresztą, gdy dzwonili przeciwnicy takiej formy protestu p/nowej ustawie.

- Myślę, a nawet jestem przekonana, że umowną panią Jadzię z mięsnego mało interesuje jakaś ustawa medialna – radio ma jej towarzyszyć, grać dobrą muzykę, informować o korkach i ciśnieniu, przekazywać informacje i udzielać mądrych porad dobrymi głosami i poprawną polszczyzną. Radio jest dla pań Jadź, a nie do rozgrywek i wmanewrowywania nas w jakikolwiek kontekst.

- Większość z nas, przynajmniej tych Osób, z którymi pracuję, cierpi na nieuleczalną chorobę – otóż jesteśmy …RADIOTAMI. Po prostu kochamy swoją pracę i chcemy ją wykonywać rzetelnie i w dobrej atmosferze nie psutej politycznymi rozgrywkami. A do takich należy decyzja o emisji dwóch Hymnów na przemian, zwieńczonych o północy piosenką Kabaretu Starszych Panów “Dobranoc ojczyzno kochana” – przy okazji, nie wiem, czy jej użycie w tak określonym kontekście było konsultowane ze spadkobiercami PP Przybory i Wasowskiego, podobnie, jak użycie piosenki „ Dziwny jest ten świat” przez demonstrantów KODu bez zgody i wiedzy spadkobierców Cz. Niemena.

I na koniec: jestem pełna “podziwu” dla Dyr. Dąbrowy – rozegrał to doskonale, pociągając nas za sobą. Na nas nie czeka żadne  ”pierwsze radio informacyjne”, ani fotel w “Szkle kontaktowym”. Nie mogę mówić za Kolegów, ale ja się czuję jak mięso armatnie wykorzystane w bratobójczej walce.

Pozdrawiam

Małgorzata Raducha

Całość: http://portalmedialny.pl/art/52181/magorzata-raducha-czuje-sie-jak-mieso-armatnie-wykorzystane-w-bratobojczej-walce.html

02-01-2016, 14:14

Tomasz Lis: mój nowy program też w poniedziałki wieczorem, sukcesem wyborczy efekt rozmowy z Kaczyńskim  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
tw
02-01-2016

Tomasz Lis zapowiedział, że jego nowy program będzie pokazywany o tej samej porze co “Tomasz Lis na żywo” w TVP2. Przy okazji podsumował 8-letnią współpracę z Telewizją Polską, m.in. wyjaśnił kulisy podania nieprawdziwego tweeta córki Andrzeja Dudy oraz bojkotowania programu przez polityków PiS.

Tomasz Lis

Na swoim blogu na portalu naTemat.pl Tomasz Lis wyraził wątpliwość, czy po zmianach w kierownictwie Telewizji Polskiej, które nastąpią po wejściu w życie nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji, swój program w TVP2, zgodnie z ogłoszoną już ramówką, będzie prowadził do końca stycznia. – Za chwilę nadany może być ostatni program “Tomasz Lis na żywo”. A może ostatni program już był nadany. Może ostatni będzie nadany w poniedziałek. Albo za tydzień. Nieistotne – stwierdził.

W czwartek do dymisji podali się dyrektorzy TVP1, TVP2, TVP Kultura i Telewizyjnej Agencji Informacyjnej oraz dyrektor kadrowa TVP. W czwartkowym i piątkowym wydaniu “Wiadomości” niepewną sytuację w redakcji zasugerowały widzom Beata Tadla i Diana Rudnik.

Tomasz Lis na Twitterze skomplementował troje odchodzących dyrektorów. – Panu Jerzemu Kapuścińskiemu, dyrektorowi TVP2 dziękuję za wspólne dobre lata. Wyrazy szacunku dla Katarzyny Janowskiej z TVP Kultura i Tomasza Syguta z TAI. Pokazaliście klasę! Katarzynie Janowskiej dziękuję głównie za cudowne relacje z Konkursu Chopinowskiego. Tomasz Sygut pokazał, że można mieć w CV “Super Express” i być facetem przyzwoitym i z jajami. Szacunek – ocenił.

Na blogu dziennikarz podkreślił, że “Tomasz Lis na żywo” był najpopularniejszym telewizyjnym programem publicystycznym, mimo że w porze jego emisji konkurencyjne stacje pokazywały hitowe filmy i programy rozrywkowe. – Stawiam jednocześnie dolary przeciw orzechom, że w przyszłości żaden publicystyczny program poświęcony polityce, nie będzie miał takiej oglądalności jak mój. Zakłady już przyjmuję – ocenił dziennikarz. Przy okazji odparł zarzut, że wysoka oglądalność jego programu wynika z tego, że jest pokazywany po bardzo popularnym serialu “M jak miłość”. Zwrócił uwagę, że po serialu jest jeszcze emitowany krótki program z kulisami jego produkcji, więc w praktyce “Tomasz Lis na żywo” zaczyna się 16 minut po zakończeniu “M jak miłość”.

Tomasz Lis nie zgadza się też z pogłoskami o kosztach i zyskach finansowych z jego programu (realizowanego przez firmę należącą do dziennikarza). Podkreślił, że podawane co jakiś czas kwoty 5-7 mln zł rocznego budżetu produkcji (pierwszy raz opublikowały je na początku 2012 roku “Gazeta Polska” i “Super Express”) są „całkowicie kosmiczne, zupełnie zmyślone”. W rzeczywistości budżet był wielokrotnie mniejszy i służył opłaceniu kilkunastu osób pracujących przy realizacji programu. Z drugiej strony audycja pozwoliła TVP2 osiągać duże wpływy reklamowe (według Lisa przez prawie 8 lat wyniosły one łącznie grubo ponad 100 mln zł). – Nie tylko nie zarabiałem więc dzięki abonamentowi, ale pomagałem, i to na wielką skalę, uzupełnić lukę w abonamencie – podkreślił dziennikarz.

Ponadto opisał kulisy wydania programu w maju ub.r. przed drugą turą wyborów prezydenckich. W rozmowie z Tomaszem Karolakiem omawiał wtedy w krytycznym tonie rzekomy wpis twitterowy córki Andrzeja Dudy, który umieszczono na jej fałszywym profilu. O to, kto zawinił w tej sytuacji, dziennikarz i aktor korespondencyjne spierali się jeszcze w zeszłym tygodniu.

Na blogu Lis wyjaśnił, że w czasie programu z udziałem Aleksandra Kwaśniewskiego (tydzień przed rozmową z Karolakiem) czuł się bardzo słabo (wcześniej trzy razy przebywał przez wiele dni w szpitalach, w kwietniu ub.r. trafił tam po zasłabnięciu w czasie maratonu w Holandii, a najbliższe wydanie jego audycji zostało odwołane). – Czułem się strasznie, na pewno tak wyglądałem. Program, czego na szczęście nikt nie zauważył, skróciłem o 6 minut. W tym czasie na Woronicza jechała już karetka. Chwilę potem wylądowałem na kardiologii w szpitalu MSW na Wołoskiej – opisał. Przed kolejnym programem na własne życzenie wypisał się ze szpitala, a producentce polecił, żeby sama wybrała gości, byle nie takich, z którymi mogą być ostre dyskusje. Kartkę z rzekomym wpisem córki Andrzeja Dudy dostał od jednego ze współpracowników tuż przed początkiem rozmowy z Karolakiem.

Dziennikarz podkreślił, że z własnej inicjatywy następnego dnia przeprosił za tę pomyłkę w TVP Info i osobiście w rozmowie z Dudą w siedzibie Ringier Axel Springer Polska. – Z całym szacunkiem, nie sądzę, by była to postawa w polskich mediach standardowa. Nawiasem mówiąc, fałszywe konto Pani Kingi Dudy funkcjonowało na Twitterze przez wiele tygodni. Ani kandydat ani jego sztab nie usunęli go, choć jest to proste. Rozumiem, że ktoś miał wpaść w pułapkę. Padło na mnie. Trudno – skomentował Lis. M.in. za ten błąd dwa tygodnie temu otrzymał od Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich tytułu Hieny Roku.

Podsumowując prawie 8 lat swojego programu w TVP2, za jeden z największych sukcesów Tomasz Lis uznał rozmowę z Jarosławem Kaczyńskim na początku października 2011 roku, zaraz przed wyborami parlamentarnymi, które wygrała Platforma Obywatelska. – Mój cel był prosty – zmusić prezesa Kaczyńskiego do odkrycia się. Udało się – stwierdził dziennikarz, dodając, że w komentarzach powyborczych ten wywiad uznano za jeden z czynników, które przyczyniły się do porażki Prawa i Sprawiedliwości. – Nie ukrywam, odsunięcie o kilka lat PiS-owskich rządów w Polsce, jeśli rzeczywiście w tym pomogłem, uznawałbym za jeden ze swych największych zawodowych sukcesów – uważa Lis.

Od jesieni 2012 roku politycy PiS nie przyjmowali zaproszeń do programu, a od maja ub.r. Tomasz Lis wspominał o tym na wizji i w niektórych wydaniach zostawiał dla nich pusty fotel. Bojkot tłumaczono serią okładek “Newsweeka” karykaturujących Jarosława Kaczyńskiego, jednak według Lisa, przyczyną było jedno zdanie z artykułu tygodnika o ojcu braci Kaczyńskich – jego wypowiedź: “Niech Bóg ocali Polskę przed moimi synkami narwańcami”. Cezary Łazarewicz, który napisał ten tekst, został przez SDP nominowany do tytułu Hieny Roku, a w sądzie bezskutecznie domagał się od stowarzyszenia przeprosin za naruszenie w ten sposób jego dóbr osobistych.

Tomasz Lis kolejny raz zapowiedział też swój nowy program (dwa tygodnie temu stwierdził, że będzie on emitowany częściej niż ten w TVP2). – Za chwilę, o tej samej godzinie, także w poniedziałek, pojawię się gdzie indziej. Zdążę Państwa poinformować gdzie – napisał dziennikarz. – “Tomasz Lis na żywo” znika. “Lis na żywo” będzie trwał – zadeklarował.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/tomasz-lis-moj-nowy-program-tez-w-poniedzialki-wieczorem-sukcesem-wyborczy-efekt-rozmowy-z-kaczynskim