Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

27-02-2009, 17:49

Szymborski zniesławia dziennikarza “Gazety”  »

Gazeta Wyborcza
Łukasz Lipiński, szef działu krajowego "Gazety Wyborczej"
27-02-2009

Wykorzystywanie rodziny do politycznego nożownictwa ma już w ostatnich latach tradycję. Wystarczy przypomnieć Jacka Kurskiego i jego “dziadka w Wehrmachcie” czy ostatnio Lecha Wałęsę, który zwalczał swojego wroga przy jako “wnuka ubeka”.

Do osób, które wykorzystują takie haniebne metody, dołączył wczoraj Tomasz Szymborski. Na jednym swoim blogu podpisanym “tosz” zlustrował ojca dziennikarza “Gazety” Dominika Uhliga, by potem na drugim napisać ze świętoszkowatą obłudą: “Niby dzieci nie odpowiadają za rodziców, ale moim zdaniem czasem lepiej się wstrzymać i nie być » cynglem «”. Całość opatrzył błyskotliwym tytułem  “Tata – agent, dziecko – pisze w Gazecie.

Nie mam zamiaru polemizować z autorem tych świństw.

Ewentualnych czytelników blogu Szymborskiego informuję tylko, że Dominik dopiero wczoraj dowiedział się o tym, że jego ojciec w ośrodku dla internowanych podpisał zobowiązanie do współpracy, żeby wyjść na wolność do rodziny. W sieci ojciec Dominika opublikował wstrząsające oświadczenie, w którym opisuje, jak wyplątywał się z tego zobowiązania.

Szymborski pisze na blogu, że “Gazeta Wyborcza” specjalnie – bo to syn agenta – “oddelegowała” Dominika do napisania tekstu piętnującego lewicę za wybielanie bezpieki (w uzasadnieniu skargi do Trybunału Konstytucyjnego dotyczącej obcięcia emerytur b. funkcjonariuszom SB i UB).

Już sama “logika” tego zarzutu jest kretyńska. Co więcej, zarzut ten świadczy jak najgorzej o samym Szymborskim. Najwidoczniej to on nawykł do takiej szkoły dziennikarstwa, gdzie “cyngle” się “oddelegowuje”.

Szymborski, ot, tak rzuca sobie błotem w nadziei, że coś się do kogoś przylepi. I pewnie nie przychodzi mu do głowy, że jedyną osobą, która się tym błotem utytłała, jest on sam.

Łukasz Lipiński, szef działu krajowego “Gazety Wyborczej”

Całość: http://wyborcza.pl/1,76842,6327034,Szymborski_znieslawia_dziennikarza__Gazety_.html#ixzz1Tt09MJzD

27-02-2009, 13:00

“Pożegnanie z Domem Prasy”  »

Polska Dziennik Zachodni
Monika Krężel
26-02-2009

Katowice, Młyńska 1. Pod tym adresem od 46 lat można było spotkać śląskich dziennikarzy. Tu także od 1963 roku mieściła się nasza redakcja. To już jednak historia.

Dom Prasy

“Polska Dziennik Zachodni” za kilka dni wyprowadza się do nowej siedziby na pograniczu Katowic i Sosnowca, a pamiętający czasy głębokiego komunizmu budynek czeka gruntowny remont, choć jego właściciel, Urząd Miasta w Katowicach, nadal nie ma pomysłu, jak będzie wyglądał. Rozważa się nawet wyburzenie jednego lub kilku pięter.

Dom Prasy. Najbardziej kultowa siedziba śląskich redakcji. Świadek koncertów Maryli Rodowicz, odwiedzin miejskich sekretarzy i stawiających pierwsze kroki w zawodzie znanych później dziennikarzy. W położonym w ścisłym centrum Katowic budynku dziennikarzy zastąpią urzędnicy. W zapomnienie odchodzą fusiasta kawa z Cafe Sport, noce spędzane nad maszyną do pisania i znany adres – Młyńska 1, od ponad 40 lat kojarzony ze śląskimi dziennikarzami.

Od sportu do gazet

Dom Prasy, o czym rzadko pamięta najmłodsze dziennikarskie pokolenie, miał być… Domem Sportowca. Pod taką nazwą figuruje w najstarszych dokumentach z 1959 roku, które zachowały się w archiwum Urzędu Miejskiego. Projektant Domu Sportowca, inż. Marian Śramkiewicz, był wtedy pracownikiem firmy Miastoprojekt Katowice – Przedsiębiorstwo Projektowania Budownictwa Miejskiego. Marian Śramkiewicz zmarł w 1993 roku.

- Pracowaliśmy obaj w Miasto-projekcie – wspomina architekt Jurand Jarecki, którego dziełem jest m.in. katowicki Skarbek. – Nie pamiętam jednak oficjalnego otwarcia Domu Prasy, chyba nie było wtedy takich uroczystości. Ale jak to się stało, że budynek przeszedł w ręce prasy, nie wiem… – rozkłada ręce.

- Trudno dociec, dlaczego wprowadziły się tam redakcje – dodaje Czesław Ludwiczek, emerytowany dziennikarz, który w Domu Prasy pracował od momentu oddania go do użytku. – Może uznano, że rozproszone tytuły powinny mieścić się w jednym budynku? – zastanawia się Urszula Kowaczek, maszynistka “Dziennika Zachodniego”. – Przecież wszystkie były własnością jednego wydawnictwa, RSW Prasa-Książka-Ruch, potentata na krajowym rynku.

Dokumentacja obiektu była gotowa w październiku 1959 r. W papierach jako inwestor figuruje Wojewódzki Komitet Kultury Fizycznej w Katowicach. Jego przewodniczący, Roman Stachoń, został później przewodniczącym Wojewódzkiej Rady Związków Zawodowych. W maju 1960 roku powołano Komitet Budowy Domu Sportowca, a w styczniu 1961 roku komitet wystąpił do prezydium Rady Narodowej o wydanie pozwolenia na budowę. 1 lutego 1961 roku wykonawca przejął plan inwestycji.

Budowa za 8 milionów

Teren, na którym zaprojektowano Dom Sportowca, wyrósł na miejscu czterech pięknych przedwojennych kamienic, które nosiły adresy: Młyńska 1, Pocztowa 1, Pocztowa 3 oraz 3 Maja 2. Wiadomo, że kamienica przy Pocztowej 1 u schyłku lat 30. XX wieku była własnością miasta Katowice. Wcześniej należała do rodziny Glodny i do Banku Kwilecki z Poznania.

Cztery kamienice zostały zniszczone pod koniec II wojny światowej. Prawdopodobnie, tak jak ratusz, zostały podpalone przez czerwonoarmistów.

- Gruz wywieziono po wojnie, miejsce uporządkowano, powstały mury oporowe od sąsiednich kamienic i przypory – wspomina Jurand Jarecki. – Na miejscu przyszłego Domu Sportowca był spory plac, gdzie stały budki i sprzedawano pieczywo, nabiał, owoce. Prywatny handel kwitł tam do 1948 roku – dodaje.

Gdy na plac budowy wjechał ciężki sprzęt, budowlańcom ukazały się piwnice i pomieszczenia bankowe, tzw. safesy. Z dokumentów zachowanych w Archiwum Państwowym w Katowicach wynika, że obiekt kosztował 8 mln 700 tys. ówczesnych zł. Dom Sportowca finansowały różne instytucje, m.in. Wojewódzka Rada Narodowa, Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, Totalizator Sportowy, organizacje sportowe.

Budowę Domu Sportowca zakończono w 1963 r., ale nie zachowały się dokumenty o oddaniu go do użytku.

Dziennikarze pamiętają, że wprowadzili się do nowoczesnego budynku w październiku 1963 roku. – “Dziennik Zachodni” razem z “Wieczorem” mieścił się wcześniej tuż obok, w kamienicy przy ulicy Młyńskiej, tam gdzie dzisiaj jest siedziba Straży Miejskiej. Nie ma co ukrywać, cztery piętra, było ciasno. Przeprowadzaliśmy się do wyśmienitych warunków – podkreśla red. Czesław Ludwiczek.

“Trybuna Robotnicza” wraz ze Śląskim Wydawnictwem Prasowym RSW Prasa-Książka-Ruch mieściła się z kolei w budynku obecnej przychodni przy ul. Mickiewicza. “Sport” w prywatnej kamienicy przy ul. 3 Maja. Zaraz po przeprowadzce na pierwszym piętrze uruchomiono Cafe Sport, kawiarnię cieszącą się ogromną popularnością w mieście. Drugie piętro zajęło wydawnictwo, które w tych czasach było jednym z najsilniejszych na krajowym rynku, wydając wszystkie śląskie gazety (ich łączny nakład wyniósł w latach 70. aż 2 mln 900 tys. egzemplarzy). Na trzecie i czwarte piętro wprowadzili się dziennikarze “Trybuny Robotniczej”, a na piąte “Dziennika Zachodniego”. Szóste piętro zajęły redakcje “Sportu” i “Wieczoru”. – Siódme piętro było wspólne, tam była taka rezerwa dla wszystkich redakcji, dopóki Sokołowski nie założył “Panoramy”. Tam mieściły się też “Poglądy” Wilhelma Szewczyka – wyliczają dziennikarze. – Na ósmym piętrze była stołówka. Każdego dnia o 10.00 czy 11.00 nie można tam było szpilki wetknąć, bo dziennikarze przychodzili na kawę.

- Ileż to razy red. Bronisław Schmidt-Kowalski, naczelny “Dziennika Zachodniego”, szukał dziennikarzy w Cafe Sport… – wspominają byli pracownicy. – Imprez było wtedy mnóstwo, zawsze hucznie obchodziliśmy Dzień Kobiet – mówi dziennikarka Jolanta Ilewicz.

O krok od tragedii

Nie da się ukryć, że budynek wyróżniał się w centrum miasta. Projektant zastosował ścianę kurtynową, jedną z pierwszych w kraju, całkowicie szklaną, która nie pełniła żadnych funkcji konstrukcyjnych. Na parterze były czytelnia Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki, biura Orbisu, kasy biletowe, kasy wymiany walut i informacja turystyczna.

W 1965 roku w budynku zauważono zagrzybione ściany. Okazało się, że niedrożne były kanały spalinowe. Jeden zasypany był piaskiem i gruzem, w drugim znajdował się przewód… centralnego ogrzewania.

Zakłady Gazownictwa Okręgu Zabrzańskiego wystosowały więc pisma, m.in. do straży pożarnej, MZBM-u, prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Zawiadamiano w nich, że “instalacja wywiewna dla spalin gazowych (…) nie działa prawidłowo (…), wskutek czego ściana jest zawilgocona, tynki zniszczone i pokryte grzybem i pleśnią (…), a utrzymująca się wilgoć zagraża życiu zatrudnionym tam pracownikom i grozi pożarem”.

W budynku przeprowadzono wizję lokalną. Inżynier wydający orzeczenie napisał: “Musiał nastąpić jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności, że powyższe zagruzowanie przewodów nie było przyczyną zatrucia ludzi pracujących w najbliższym sąsiedztwie lub wybuchu, gdyż spaliny te w tych warunkach nie mogły swobodnie wydobywać się ponad dach”.

Komitet i cenzura

W latach 60. i 70., pomimo kłopotów z grzybem, Domu Prasy nie omijał partyjny wystrój. 22 lipca cały był przepasany biało-czerwonym wizerunkiem Lenina.

- Także 1 Maja nasz budynek był mocno udekorowany, podobnie jak inne budynki w centrum Katowic – mówi Urszula Kowaczek. – Jego położenie sprzyjało dziennikarzom, bo wiele imprez odbywało się na Rynku i wystarczyło, że wychylili głowy przez okna. Ale pamiętam też dramatyczne chwile, jak w 1968 r. podczas wydarzeń marcowych czołgi oblewały ludzi wodą, a milicjanci wyłapywali studentów i pakowali do suk. To było straszne przeżycie, a nie można było o tym napisać – mówi. Urszula Kowaczek była jedną z trzech maszynistek w redakcji “Dziennika Zachodniego”. Zaczynała na maszynach mechanicznych, potem były elektryczne i wreszcie komputery. Do dzisiaj pamięta, jak wściekli dziennikarze rzucali maszynami o podłogę.

W 1966 roku do budynku wprowadził się “Krwawy Maciek”, czyli Maciej Szczepański, który do 1972 roku szefował “Trybunie Robotniczej”. Potem został przewodniczącym Komitetu ds. Radia i Telewizji oraz posłem PRL-owskim .

Wszyscy kandydatury na stanowiska redakcyjne w śląskich gazetach musiały być zaakceptowane przez Komitet Wojewódzki PZPR. – Komitet decydował o wszystkim, o przenosinach dziennikarza z jednej redakcji do drugiej, o tym, kogo trzeba zwolnić, bo ukazał się jakiś niepochlebny tekst, a cenzura tego nie wyłowiła – wspomina dziennikarka Bogumiła Hrapkowicz. – Naczelny Schmidt-Kowalski nie chciał zwalniać dobrych dziennikarzy, więc kazał im pisać pod obcymi nazwiskami – opowiada.

Dziennikarze w tych czasach pisali też jednak za darmo… przemówienia dla sekretarzy partyjnych. Za organ partyjny KW PZPR uważana była “Trybuna Robotnicza”, redaktor naczelny był członkiem egzekutywy.

Fotoreporterzy w tych czasach też nie mieli łatwego zadania. Powszechnie znana nienawiść towarzysza Grudnia do generała Ziętka skutkowała tym, że jeżeli obaj pokazywali się na jakichś uroczystościach, fotoreporterzy mieli obowiązek wyciąć postać Ziętka i tak zaaranżować zdjęcie, jakby go tam nie było. – Do kopalni doświadczalnej Jan w Katowicach przyjechała delegacja radziecka, a wraz z nią Ziętek i Grudzień. Robiłem im zdjęcia. Na drugi dzień patrzę, a w gazecie Jorga nie ma. Myślę sobie, że zaraz zadzwoni jego sekretarka. I zadzwoniła, bo generał mnie wzywał – opowiada Zygmunt Wieczorek, fotoreporter. – Poszedłem do niego, a on pyta: Wieczorek, to mnie tam nie było?! Ponoć zadzwonił do Gierka i trzy dni później na innej oficjalnej imprezie wystąpił sam na zdjęciu.

Największą imprezę przeżył Dom Prasy na początku 1970 roku, gdy “Dziennik Zachodni” obchodził 25-lecie powstania. Przyjechali wtedy Maryla Rodowicz, zespół Trubadurzy, był I sekretarz KW PZPR w Katowicach Edward Gierek.

- Maryla Rodowicz z zespołem denerwowała się, że musi występować w stołówce – śmieje się Czesław Ludwiczek.

Niepokorni – na bruk

Dom Prasy nie przechodził większych remontów ani modernizacji. W 1985 roku Śląskie Wydawnictwo Prasowe RSW Prasa-Książka-Ruch wystąpiło do Urzędu Miejskiego o wydanie pozwolenia na obłożenie elewacji okładziną blaszaną.

Na początku 1982 roku, tuż po ogłoszeniu stanu wojennego, dziennikarze pracujący w gazetach mieszczących się w Domu Prasy przechodzili za to weryfikację.

- Ci, których uznano za nieprawomyślnych, stracili pracę – wspomina Hanka Jarosz-Jałowiecka, dziennikarka. – Dostaliśmy zakaz pracy w prasie centralnej i wielkonakładowej, przygarnęły nas za to gazety lokalne – dodaje.

Przeprowadzka

Po 1989 roku budynek przy Młyńskiej 1 powoli pustoszał. Jedne redakcje wyprowadzały się, inne… zamykano. W latach 90. nie było już “Wieczoru” i “Panoramy”, “Sport” się wyprowadził, a “Trybuna Robotnicza” zmienia nazwę na “Trybuna Śląska”. W 2004 roku “Dziennik Zachodni” , który od lat jest jedną z najbardziej prestiżowych i opiniotwórczych gazet w kraju, połączył się z “Trybuną Śląską”.

Za kilka dni dziennikarze “Polski Dziennika Zachodniego” opuszczą budynek przy Młyńskiej 1 i przeprowadzą się do Milowic na pograniczu Sosnowca i Katowic. Trochę żal, ale czas najwyższy, by największa gazeta regionalna w kraju miała supernowoczesną siedzibę.

- Przy ul. Młyńskiej 3 w Katowicach zostaną naturalnie nasze Biuro Ogłoszeń i stanowiska dziennikarskie – wyjaśnia prezes “PDZ”, Zenon Nowak.

Dom Prasy jest własnością miasta. Właśnie zlecono opracowanie ekspertyzy jego stanu technicznego. – Konstrukcja jest w dobrym stanie, elewacja w złym, budynek wymaga gruntownej modernizacji – mówi Waldemar Bojarun, rzecznik UM w Katowicach. – Zostanie prawdopodobnie obniżony o jedno piętro, gdyż chodzi o dostosowanie jego wysokości do innych, zgodnie z przyjętą koncepcją przebudowy centrum. Na dole chcielibyśmy utworzyć biuro obsługi mieszkańców, na piętrach znajdowałyby się biura urzędu – zapowiada rzecznik.

Całość: https://dziennikzachodni.pl/pozegnanie-z-domem-prasy/ar/88824

16-02-2009, 20:58

“Z nim nie ma żartów?”  »

Życie Bytomskie
(m)
16-02-2009

Tomenko w książce. 53 lata twórczej pracy. Ponad 35 tysięcy rysunków. Wciąż nowe pomysły.

Tak najkrócej można scharakteryzować satyryka Edwarda Tomenkę. Do księgarń trafił właśnie zbiór jego rysunków i aforyzmów pod przekornym tytułem “Ze mną nie ma żartów!”. 

Edward Tomenko

W tym roku Tomence “stukną” 75 urodziny. Urodził się w 1934 roku w Czortkowie nad Seretem. Pierwszy rysunek wykonał kredą na płocie w wieku kilku lat. I niemal od razu otrzymał zań honorarium wypłacone ojcowskim pasem. Po II wojnie światowej jego rodzina została wysiedlona do Kluczborka. W 1955 roku wraz z żoną Alicją, wkrótce po ślubie, zamieszkał w Bytomiu. A już rok później zadebiutował jako satyryk na łamach katowickiego pisma “Kocynder”. Tak więc wszystko, co narysował, powstało w Bytomiu. A dorobek to niezwykły – ponad 35 tysięcy rysunków publikowanych w kraju i za granicą Do tego kilka tysięcy aforyzmów, bo pięć lat po debiucie rysownika-satyryka Edward Tomenko zaczął również publikować wszystkie aforyzmy. – Naprzód nauczyłem się rysować, a potem myśleć - mówi autor i oczywiście żartuje. Bo jego rysunki pełne są błyskotliwej inteligencji, choć potrafią być czasami także dosadne, balansujące na granicy dobrego smaku. 

Do księgarń trafiła właśnie książka Edwarda Tomenki zatytułowana “Ze mną nie ma żartów!”. To pogrupowany w tematyczne cykle zbiór jego rysunków i aforyzmów. Rysunki Tomenki w wielu przypadkach ujmują połączeniem metafory z umiejętnością niemal socjologicznej obserwacji. Oto dwóch mężczyzn przed Rejonowym Biurem Pracy. – Szukasz pracy? – pyta pierwszy. – Nie, zasiłku – odpowiada drugi. Albo idzie sobie świnia. W tym prostym rysunku nie byłoby nic oryginalnego, gdyby nie jeden szczegół: świnia pozostawia za sobą ślady ludzkich stóp. Albo taki rysunek: Obok kontenera na śmieci skacze z radości roześmiany biedak, zarabiający na życie przetrząsaniem odpadków. Oto bowiem znalazł kapitał. A właściwie “Kapitał” – książkę o tym tytule napisaną prze Karola Marksa, ideologa komunizmu. 

Warto również czytać aforyzmy Tomenki. “Nawet ci, co chodzą na lewo, mogą być prawymi ludźmi” – pisze nie bez racji satyryk. Albo: “I z mocnymi plecami można leżeć na łopatkach” – błyskotliwe memento dla wielu osób, robiącym dziś karierę w polityce, samorządach, platformach i zakładach. Ciekawe, ilu jeszcze posiadaczy mocnych pleców ujrzymy na łopatkach i w ilu przypadkach widok taki sprawi nam niekłamaną frajdę. Albo coś z bardziej przyziemnych refleksji: “Seksbomba rozerwała już niejedno małżeństwo.” I bardziej filozoficznie: “Naga prawda. A jaka czysta.” Ewentualnie: “Nie kuśmy diabła. Dajmy mu odpocząć.” 

“Wyprodukowanie” jednego rysunku to dla Edwarda Tomenki pestka. Satyryk przyznaje, że zajmuje mu to około 5 minut. Jeżeli na rysunku znajduje się więcej postaci – czas potrzebny na stworzenie obrazka wzrasta do kwadransa. Mieszkający na Osiedlu na Sójczym Wzgórzu rysownik w sposób szczególny związany jest z “Życiem Bytomskim”. Od ponad 20 lat nie ma numeru naszego tygodnika, w którym nie zostałyby zamieszczone jego prace. A pierwsze pojawiły się już w 1957 roku, a więc ponad pół wieku temu. Nie da się ukryć, że Edward Tomenko bawi już trzecie pokolenie bytomian. Książkowy zbiór rysunków i aforyzmów Tomenki warto mieć w swojej bibliotece. Zaś za kilka miesięcy ma się ukazać kolejna jego książka – tym razem tylko dla dorosłych, gdyż zawierająca rysunki oraz fraszki o tematyce erotycznej.

Całość: http://www.zyciebytomskie.pl/artykul.php?id=1161&glowny=0

27-01-2009, 18:14

“Film dokumentalny o Ślązaku, który zdobył świat”  »

Dziennik Zachodni
Regina Gowarzewska - Griessgraber
27-01-2009

W sobotę mija 11. rocznica śmierci wybitnego dyrygenta prof. Karola Stryji, a już w czwartek w katowickim Centrum Sztuki Filmowej odbędzie się premierowy pokaz filmu dokumentalnego o nim.

Violetta Rotter - Kozera

- To był człowiek, który mało mówił o sobie. Muzyka była dla niego wartością nadrzędną. Starałam się dotrzeć do niezwykłej intensywności jego życia – opowiada Violetta Rotter – Kozera, reżyserka i autorka scenariusz. Producentem filmu jest Filharmonia Śląska przy udziale Instytucji Filmowej “Silesia Film” i katowickiego oddziału TVP. Autorem zdjęć jest Marek Uhma.

Prof. Karol Stryja pochodził z Cieszyna, urodził się w 1915 roku. Był absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Katowicach. Zaznaczył swoją artystyczną obecność niemal we wszystkich ważniejszych placówkach kulturalnych Śląska. Po studiach rozpoczął pracę w Filharmonii Śląskiej. Spędził tam 45 lat, z czego 37 jako jej dyrektor. Jako dyrygent występował w całej Europie oraz w Ameryce i Azji. Przez 16 lat był dyrektorem dwóch filharmonii, odległych od siebie o 1500 km.

Druga znajdowała się w duńskim mieście Odense, gdzie m.in. stworzył Konkurs Skrzypcowy im. Nielsena. W Katowicach zaś powołał do życia Międzynarodowy Konkurs Dyrygentów im. Grzegorza Fitelberga. Zajmował się również pracą pedagogiczną.

Śląscy filmowcy wyruszyli tropem wybitnego dyrygenta. Przejechali 11 tys. km. Odwiedzili: Danię, Austrię, Włochy, Wielką Brytanię i Francję. Wszędzie spotykali się z jego współpracownikami i ludźmi mu bliskimi. Tak powstał portret jednego z pierwszych polskich powojennych muzyków, który wyruszył ze Śląska na podbój scen i estrad świata.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/kultura/81332,film-dokumentalny-o-slazaku-ktory-zdobyl-swiat,id,t.html

21-01-2009, 18:51

Nowy “Szef” Telewizji Katowice  »

WIRTUALNEMEDIA.PL
Marta Godzisz
21-01-2009

Nominacja nowego dyrektora ośrodka regionalnego Telewizji Katowice pozostawia wiele do życzenia. Nie jest dziennikarzem, nie zna się na dziennikarstwie, a tym bardziej na kierowaniu ośrodkiem telewizyjnym. Czy wystarczy, aby przynależeć do odpowiedniej partii, aby nagle zostać dyrektorem tak odpowiedzialnego stanowiska. Umiejętności i doświadczenie w ogóle się nie liczą.

W takich decyzjach tym bardziej widać, co dzieje się z naszym abonamentem i jak nieodpowiedzialne kroki mają obecność w mediach publicznych.

Być może szansą do zmiany jest projekt “Ustawy o zadaniach publicznych w dziedzinie usług medialnych”, według której pieniądze mają być przeznaczane na określone zadania (programy) w mediach publicznych, a nie na same media publiczne z racji ich nazwy. Jak mówi Tadeusz Kowalski w rozmowie w Wirtualnych Mediach – szef zespołu nowego projektu – “Nie chcemy przyznawać pieniędzy podmiotowi (spółce), tylko programowi. Większość instytucji kultury funkcjonuje w taki sposób. Żyją z tego, co robią, a nie z tego, że wyłącznie istnieją. Idąc dalej – celem mediów publicznych nie jest dawanie zatrudnienia swoim pracownikom, tylko świadczenie określonych usług, i te usługi to jest właśnie wytwarzany przez nie produkt (w tym wypadku program)”.

Sam Tomasz Dalecki w rozmowie z GW potwierdza, że nie ma doświadczenia w pracy w telewizji, ale skoro zaproponowano mu takie stanowisko, to się zgodził. Nie ma to jak siła argumentów i poparcia, rzekłabym.

Co więcej, Dalecki nie związany jest w ogóle ze środowiskiem Śląska – tak szczególnym rejonem Polski. Każdy region to osobna specyfika, to inna mentalność, tym bardziej chyba tak silnej grupy społecznej jak Ślązacy.

Dalecki mówi, że nie planuje zmian kadrowych, a jedynie skupi się na poszukiwaniach oszczędności – ale nie kosztem programów. A jak nie kadra, jak nie programy to ciekawe co?  Jedno jest pewne – to, co się dzieje w mediach publicznych nie jest właściwe. Za dużo polityki za mało misji. A na to tak naprawdę idzie nasz abonament, środki publiczne.

A misja sama – cóż, dużo by mówić, a mało robić…

Całość: http://blog.wirtualnemedia.pl/index.php?/authors/180-Marta-Godzisz/archives/2623-Nowy-Szef-Telewizji-Katowice.html

17-01-2009, 17:51

Dziennikarze “Echa Miasta” chcą pomóc młodym piłkarzom  »

MMSilesia.pl
Marcin Nowak
17-01-2009

“Echo Miasta” wymyśliło zbiorową aukcję a znani ludzie oddali na nią cenne przedmioty. Wszystko po to, by w Katowicach powstała piłkarska liga dla dzieci ze świetlic środowiskowych.

Masz ochotę na herbatę w filiżance ze skeczu o “Pani Serwusowej” Kabaretu Mumio? A może chciałbyś zaimponować znajomym bluzą hokejową Mariusza Czerkawskiego? Te i wiele innych ciekawych gadżetów czeka na Ciebie na internetowej aukcji charytatywnej zorganizowanej przez kolegów i koleżanki z katowickiej redakcji “Echa Miasta”.

Oprócz filiżanki i bluzy znalazły się na niej m.in. kolekcjonerski maksisingiel Anny Marii Jopek pt. “Cisza na skronie, na powieki słońce” z autografami artystki i jej męża – Marcina Kydryńskiego, t-shirty zespołu Feel z podpisem Piotra Kupichy oraz krzesełko reżyserskie Michała Rosy.

Aukcja potrwa do 28 stycznia, a dochód z niej zostanie przekazany na rzecz ligi piłkarskiej, w której będą uczestniczyć drużyny prowadzone przez organizacje przeciwdziałające marginalizacji społecznej dzieci. 

- Już dziś wiadomo, że w lidze zagra co najmniej 9 drużyn. Koszt wyposażenia jednej to 669 zł, które trzeba wydać na stroje, piłki, pachołki i inne elementy niezbędne do przeprowadzenia piłkarskiego treningu – informuje nas Marta Żabińska, dziennikarka “Echa Miasta”.

Pieniądze za wylicytowane przedmioty trafiają bezpośrednio na konto Katolickiej Fundacji Dzieciom w Parafii św. Apostołów Piotra i Pawła w Katowicach. Zapraszamy więc do licytacji i liczymy na Waszą hojność!

Całość: http://www.mmsilesia.pl/242737/2009/1/17/dziennikarze-echa-miasta-chca-pomoc-mlodym- pilkarzom?category=news