Młyńska 1 była przez ponad cztery dekady adresem wielu śląskich gazet. Z biurowca w samym centrum Katowic właśnie wyprowadziła się ostatnia z nich. W Domu Prasy pozostały niedobitki: Związek Pszczelarzy, oddział miesięcznika “Polskie drogi”.
Jeden z najbardziej rozpoznawalnych gmachów w Katowicach najpierw miał być Domem Sportowca. Za pomysłem stał Roman Stachoń, działacz partyjny, związkowy i sportowy ze Śląska. W 1960 roku powstał nawet komitet budowy, która była finansowana m.in. przez Wojewódzką Radę Narodową i Totalizatora Sportowego.
Zadecydował towarzysz Grudzień?
Marian Lubina, znawca historii Katowic, był na początku lat 60. zeszłego wieku prezesem Okręgowego Związku Łyżwiarstwa Figurowego. – W Domu Sportowca miały znaleźć swoje siedziby wszystkie związki rozproszone dotąd po mieście. Każdy związek miał się dołożyć do tej inwestycji. My nie mieliśmy dużego budżetu, zorganizowaliśmy więc na Torkacie rewię lodową i wpływy z biletów przekazaliśmy na budowę – przypomina Lubina.
Kiedy prace nabrały rozpędu, w Komitecie Wojewódzkim PZPR ktoś – bardzo prawdopodobne, że był to sam Zdzisław Grudzień – doszedł do wniosku, że prasa jest ważniejsza niż sport. Partyjną decyzją postanowiono przeznaczyć gmach na potrzeby śląskich gazet.
- To Stachoń wystarał się o zgodę i pieniądze na budowę. Kiedy jego pomysł przepadł, przez jakiś czas był podobno skonfliktowany z Komitetem Wojewódzkim – mówi Janusz Jeleń, były redaktor naczelny katowickiego “Sportu”, który ze stanowiskiem musiał pożegnać się po 13 grudnia 1981 roku.
Związkom sportowym na otarcie łez przekazano pomieszczenia w budynku przy dzisiejszym Rynku 13. – Dzieliliśmy tam pokoik z szachistami – śmieje się Lubina.
Najpierw Orbis, potem Dziennik
Centrum Katowic 50 lat temu wyglądało zupełnie inaczej. – W miejscu, gdzie stoi Dom Handlowy “Zenit”, nie było nawet chodnika. Pierwszy pojawił się wzdłuż ściany, która została na rynku po zburzeniu dwóch spalonych w czasie wojny kamienic – wspominał w “Gazecie” architekt Jurand Jarecki. Po drugiej stronie rynku, w miejscu zniszczonych podczas wojny kamienic, sterczały konstrukcje przyporowe, przytrzymujące budynki z sąsiednich ulic. Tam właśnie stanął Dom Prasy.
Budowa siedmiopiętrowego gmachu nie była prostą sprawą. Jerzy Ziętek, przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej, w rozmowie z dziennikarką “Trybuny Robotniczej” zwracał uwagę, że nowy biurowiec, podobnie jak wybudowany trochę wcześniej Zenit, przewyższał swoje otoczenie – oba budynki musiały więc stanąć na znacznie mocniejszych fundamentach. Z uwagi na ruch w centrum miasta transport materiałów budowlanych odbywał się nocą.
W 1963 roku do budynku przy ul. Młyńskiej 1 – według ówczesnej prasy mieszkańcy Katowic nazwali go “seledynowym kredensem” – zaczęli wprowadzać się pierwsi lokatorzy. Parter i kawałek trzeciego piętra zajęło Polskie Biuro Podróży “Orbis”. Na parterze czynne były kasy kolejowe, autobusowe, informacja, obsługa ruchu turystycznego. Dyrektor katowickiego oddziału zaznaczył, że zmotywowani lepszymi warunkami socjalnymi pracownicy Orbisu dołożą wszelkich starań, “aby mieszkańcy Śląska mogli korzystać w jeszcze większym stopniu z wycieczek zagranicznych”. W późniejszych latach parter Domu Prasy na długie lata zajął Klub Międzynarodowej Prasy i Książki.

Dom Prasy, lata 70. ubiegłego wieku
Kolejne piętra zajęli dziennikarze. Na piąte piętro przeniosła się redakcja “Dziennika Zachodniego”, która wcześniej mieściła się w kamienicy kilka numerów dalej. Potem do gmachu wprowadzili się dziennikarze “Trybuny Robotniczej” (trzecie i czwarte piętro), którzy dotąd pracowali w budynku przy ul. Mickiewicza, oraz “Sportu” (szóste piętro), mającego siedzibę przy ul. 3 Maja. Biurka i maszyny do pisania znalazły się także dla dziennikarzy popularnego tygodnika “Panorama”, popołudniówki “Wieczór” oraz dwutygodnika “Poglądy”, któremu przez wiele lat szefował pisarz i poseł Wilhelm Szewczyk. Na samej górze gmachu dziennikarze mieli swój bufet i stołówkę pracowniczą.
Oblegana Cafe Sport
Śląskie Wydawnictwo Prasowe było filarem Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej utworzonej jeszcze przez PPR . “Trybuna Robotnicza” miała największy nakład w kraju – nawet 800 tys. egzemplarzy. Kiedy od 1966 roku gazeta zaczęła organizować swoje partyjne święto, stać ją było na fundowanie wartościowych nagród i zapraszanie największych gwiazd: Maryli Rodowicz, Czerwonych Gitar czy Marka Grechuty.
Latem 1963 roku na piętrze Domu Prasy została otwarta kawiarnia Cafe Sport na 350 miejsc. Czynna była codziennie od godz. 8 do 23, a w dniach występów orkiestry nawet do północy. Nowy lokal od razu stał się ulubionym miejscem spotkań katowiczan. “Dziennika Zachodni” pisał: “O znalezieniu tu wolnego stolika nie ma mowy. Każdego dnia przewija się przez sale tej kawiarni ponad 7 tys. osób. Jak obliczono, jedno miejsce przechodzi codziennie 25-30-krotną rotację”. Nie wszystko było jednak takie różowe. Czytelnik żalił się w liście do redakcji: “Kawiarnia ta rządzi się od początku dosyć specyficznymi prawami. Na przykład klient nie może do małej czarnej albo do zwykłej popularnej herbaty zamówić ciastka za 2 zł. Od razu musi być deser w granicach 10 zł”.
Chętnie zaglądali politycy
W czasach PRL-u katowicki rynek był ulubionym miejscem speców od propagandy. – Tam, gdzie stoi dziś Zenit, była ściana. Wisiały na niej portrety przodowników pracy. W zależności od okoliczności raz byli to górnicy, innym razem hutnicy. Raz w roku pojawiały się nowe wieści z pochodu pierwszomajowego, innym razem plakaty propagandowe – mówił “Gazecie” Jarecki.
Jeszcze zanim do Domu Prasy wprowadziły się redakcje, na jego frontonie zawisły gigantyczne portrety Walentyny Tierieszkowej i Walerego Bykowskiego, słynnych radzieckich kosmonautów. Polityka była zresztą widoczna nie tylko na fasadzie budynku, ale i w jego wnętrzu. Gazety przez całe dekady wiernie realizowały wytyczne Komitetu Wojewódzkiego PZPR. W stanie wojennym weryfikacje przerwały zawodowe kariery wielu dziennikarzy.
Na Młyńską chętnie zaglądali politycy. Zbigniew Messner jak najpoważniej debatował z dziennikarzami “TR”, czy podczas wigilijnej kolacji trzeba koniecznie jeść deficytowego wówczas karpia. Przyjeżdżał młody minister ds. młodzieży Aleksander Kwaśniewski. Tomasz Nałęcz lobbował na rzecz Ruchu 8 Lipca, który miał reformować PZPR. Jerzy Domański obiecywał, że będzie najlepszym prezesem PZPN-u. Na początku lat 90. gmach okupowali działacze Konfederacji Polski Niepodległej, a członkowie Komisji Likwidacyjnej RSW “Prasa Książka Ruch” z nieskrywaną satysfakcją słuchali skaczących sobie do oczu partyjnych dziennikarzy “Trybuny Robotniczej”.
Dom Prasy: za PRL-u imperium propagandowego zła, jak chcą niektórzy, ale i miejsce, w którym pracę zaczynało wiele uznanych potem osobowości prasy, radia i telewizji. Trudno też wyobrazić sobie dziś sytuację, w której dziennikarze konkurujących ze sobą gazet pracują w jednym budynku, jedzą pomidorową w tej samej stołówce i piją piwo przy wspólnych stolikach.