26 kwietnia br. zmarła Ewa Brablec, dziennikarka z Katowic, która całe zawodowe życie związała z “Dziennikiem Zachodnim”. Pracowała w naszej redakcji prawie 40 lat – trafiła do niej w 1953 roku, a na emeryturę przeszła w styczniu 1992 roku.
Urodziła się 15 kwietnia 1933 roku w Katowicach, ale jej rodzice pochodzili z Karbidowa. Studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.
Potem wróciła do Katowic i zaczęła pracę w “DZ” jako redaktor techniczny w drukarni, gdy naczelnym redaktorem “Dziennika Zachodniego” był Bogusław Reichhart. Terminowała tam kilkanaście miesięcy, a następnie przeszła do redakcji dziennej i pokonywała typową dziennikarską drogę. Najpierw – jak my wszyscy – pisała szpunty, czyli krótkie informacje, w dziale miejskim, a następnie w dziale ekonomicznym zajmowała się problematyką gospodarczą, społeczną i związkową.

Ewa Brablec
Należała do ścisłej czołówki publicystów w całej historii “Dziennika Zachodniego” – łączyła dziennikarski talent i niebanalną osobowość z krytycyzmem i pracowitością.
Trzeźwy osąd spraw i umiejętność wyrażenia tego na łamach, sprawiały, że potrafiła “odpowiednie dać rzeczy słowo”. Zawsze bliska życia, zajmowała się sprawami dnia codziennego: handlem i usługami. Miała lekkie pióro, więc o trudnych tematach konsumenckich pisała przystępnie i rzeczowo.
Przez kolejne lata piętnowała niedostatki zaopatrzenia i wadliwą dystrybucję towarów, czyli to wszystko, co ludziom szczególnie doskwierało w czasach PRL-u. W swej odważnej i bezkompromisowej publicystyce zawsze eksponowała punkt widzenia oraz interesy klientów i niezmiennie w ich obronie stawała.
To nie były łatwe czasy dla dziennikarzy. A jednak Ewa w dobie realnego socjalizmu potrafiła uniknąć “państwowotwórczego” zadęcia. Wybierała te istotne sfery życia, które można było krytykować. Właśnie dzięki takim publicystom, jak ona, “Dziennik Zachodni” stworzył markę świetnej gazety, która nie jest poplecznikiem władzy, ale dostrzega życie w jego złożoności i piętnuje to, co jest szczególnie złe.
Współtworzyła ten niepowtarzalny zespół, dzięki któremu Czytelnicy mówili o “DZ”: to jedyny w naszym regionie tytuł, który nie unika krytyki i jest wiarygodny. Tacy dziennikarze jak Ewa Brablec, w najtrudniejszym dla mediów okresie, stworzyli redakcyjny kapitał, intelektualną wartość i tak ogromne zaufanie Czytelników, że pozwoliło nam to przetrwać wszystkie późniejsze burze na medialnym rynku i nie stracić odbiorców. To procentuje do dziś.
Jej zaangażowane teksty pisane potocznym i komunikatywnym językiem – nienaganne w formie – nie znosiły żadnych poprawek, skrótów czy wtrętów, a każda taka próba wywoływała natychmiastową reakcję i opór autorki. I w ten sposób także tworzyła pozytywny obraz gazety w oczach Czytelników.
Ewa potrafiła być krytyczna wobec spraw, ale i wobec ludzi – także młodszych kolegów po fachu. Czasem robiła wrażenie osoby szorstkiej i bywała programowo “przeciw”. Lecz czy nie takie są cechy rasowego dziennikarza? Po prostu patrzy wokół krytycznie. Ale to była zewnętrzna powłoka Ewy, bo w istocie była bezpośrednia, koleżeńska, życzliwa, a nade wszystko uczynna i pomocna.
Miała rzadką cechę: chciała i potrafiła słuchać innych. Jeśli ktoś miał kłopot, mógł przyjść do Ewy, wyżalić się, wygadać, a nawet wypłakać. Wypijając kolejną ulubioną kawę rozpuszczalną, słuchała, a potem – czasem nie przebierając w słowach – tłumaczyła, dlaczego sprawa, a nawet cały świat, nie są warte naszych nerwów, zdrowia i łez.
Bo tak naprawdę Ewa była hedonistką; uważała, że życie nie może składać się z samej pracy, ale także z przyjemności; z obowiązków, ale i z zabawy. Tylko wtedy warto żyć. Lubiła i potrafiła się bawić. Chętnie obracała się w katowickich środowiskach twórczych: uwielbiała i ceniła malarzy, aktorów, muzyków. Oni też ją lubili i podziwiali; była piękną kobietą, drobną, zgrabną, zawsze elegancko i modnie ubraną. Nic dziwnego, że przez wiele lat zajmowała się na łamach “DZ” modą i urodą.
Ale my, koleżanki i koledzy z zespołu, znaliśmy jeszcze jedno oblicze Ewy – była niezmordowaną rzeczniczką naszych pracowniczych praw. Gdy na zebraniach redakcyjnych docieraliśmy do punktu: “sprawy socjalne”, Ewa podnosiła rękę i mówiła: “Teraz ja”. I dla pracodawcy – wtedy jeszcze Śląskiego Wydawnictwa Prasowego – zaczynały się prawdziwe “schody”. Wiedzieliśmy, że dyrektor pracowniczy będzie się wił jak piskorz, bo Ewa była niezmordowana i nieustępliwa w naszym imieniu. Zawsze upominała się o godne warunki pracy i płacy dziennikarzy. Gdy ważyły się losy Układu Zbiorowego Pracy Dziennikarzy, pilnowała wszystkich jego zapisów tak, jakby od nich zależały losy całego świata.
Podziwialiśmy jej niezwykłą energię nietypową w tak drobnej i – zdawałoby się – kruchej postaci od lat drążonej przez nieustępliwą, przewlekłą chorobę. Ewa tak mówiła o swoich astmatycznych dolegliwościach: “Od tego się nie umiera, ale trzeba nauczyć się z tym żyć”. Często potem o innych uporczywych sprawach i kłopotach, które nie omijają nikogo, powtarzaliśmy za Ewą: “Trzeba nauczyć się z tym żyć”.
Ale ona w końcu przegrała z chorobą i jej następstwami. Żegnaj Ewo!
Koleżanki i koledzy
z “Dziennika Zachodniego”

